Nielegalna fabryka papierosów w Danii. Zatrzymano 13 Polaków i Ukraińców

W miejscowości Vamdrup na zachodzie Danii zlikwidowano dużą nielegalną fabrykę papierosów. Zatrzymano 13 Polaków oraz Ukraińców w wieku od 32 do 70 lat. W nielegalnej fabryce w miejscowości Vamdrup na zachodzie Danii policja skonfiskowała 11 milionów papierosów.

W przekształconym w fabrykę gospodarstwie rolnym znaleziono profesjonalny sprzęt do produkcji przetwarzania tytoniu. Zatrzymano 13 Polaków i Ukraińców w wieku do 32 do nawet 70 lat.

„Uważamy, że podejrzani przez dłuższy czas wyprodukowali kilka milionów papierosów” – powiedział Morten Vegger z oddziału policji, która dokonała przeszukania.

Zatrzymanym mężczyznom zarzuca się, oprócz nielegalnej produkcji papierosów, również przemyt dużej ilości tytoniu. Według duńskiej policji dochodzenie zostało wszczęte we współpracy z izbą skarbową, urzędem celnym, Europolem oraz innymi zagranicznymi agencjami policyjnymi.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zaginął 27-letni Marcin Obara

Policjanci z komisariatu w Bełżycach poszukują zaginionego mężczyzny. 27-latek wyszedł z jednego z lubelskich szpitali w miniony weekend i od tego czasu nie wrócił do miejsca zamieszkania i nie nawiązał kontaktu z rodziną. Marcin Obara ma 27 lat, mieszka w gminie Konopnica (woj. lubelskie). Ma 170-175 wzrostu, jest szczupłej budowy ciała, ma ciemne włosy.

Podczas minionego weekendu wyszedł z jednego z lubelskich szpitali. Od tamtej pory nie powrócił do miejsca zamieszkania i nie nawiązał jakiegokolwiek kontaktu z rodziną. W dniu zaginięcia dniu zaginięcia był ubrany w bluzę i ciemne spodnie.

Wszelkie informacje mogące przyczynić się do ustalenia miejsca pobytu zaginionego proszę kierować bezpośrednio do dyżurnego Komisariatu Policji w Bełżycach pod nr tel.: 47 812-63-10 lub 112.
Źródło info i foto: interia.pl

Taśmy Daniela Obajtka. Ciąg dalszy

Ty jesteś od grubszych tematów – mówi do Szymona, pracownika firmy TT Plast Daniel Obajtek. Według „Gazety Wyborczej” rozmowa została zarejestrowana w sierpniu 2009 roku, gdy obecny prezes Orlenu był wójtem Pcimia. Potwierdzać ma to obecność na materiałach Bernadetty Obajtek, która jeszcze do lipca 2009 roku pracowała w firmie Elektroplast. Według gazety Daniel Obajtek „z tylnego siedzenia” kierował spółką TT Plast. Ustawa o samorządach zabrania łączenia funkcji wójta oraz działalności biznesowej – przypomina „GW”.

Pierwsze nagrania z udziałem ówczesnego wójta Pcimia, a dzisiejszego prezesa Orlenu Daniela Obajtka „Gazeta Wyborcza” opublikowała w piątek. Są to nagrania rozmów telefonicznych z 2009 roku, podczas których rozmawia z mężczyzną, którego nazywa Szymonem. Mężczyzna ten pracuje dla spółki TT Plast działającej w branży elektroinstalacyjnej. TT Plast jest konkurencją dla Elektroplastu – firmy wujów Obajtka Romana i Józefa Lisów.

W jednej z nagranych rozmów Obajtek w wulgarnych słowach krytykuje Romana Lisa – współwłaściciela Elektroplastu, swojego wuja. „Sk*****yn. Ten ch*j pi******ny, brudna pała. W****ia mnie to, wiesz, ale co mam zrobić? Ten pie******y Elektroplast wiecznie, k***a, słyszę. (…) Stary buc, który na emeryturze powinien siedzieć po sześćdziesiątce. (…) Nie damy się, my go i tak weźmiemy. C***a trypla” – mówi.

„Daniel powiedział, żebym się kontaktowała z panem, jak Polskę dzielić”

W środę „Gazeta Wyborcza” opublikowała kolejne nagrania z udziałem osób związanych z firmą TT Plast. W pierwszej części materiału, zarejestrowanego 14 sierpnia 2009 roku, słychać rozmowę Szymona z Bernadettą Obajtek, pracownicą firmy TT Plast, prywatnie żoną kuzyna Daniela Obajtka. Obecnie jest ona członkiem zarządu TT Plastu. – Sławek będzie teraz nominowany na Bieruń i teraz mam pytanie, jak ja mam podzielić Polskę między tymi dwoma przedstawicielami? – pyta Bernadka, jak w dalszej części nagrania nazywa ją Szymon.

Szymon, wydaje się zaskoczony słowami kobiety, deklaruje, że „nic takiego nie słyszał”. – Nie? Mi tak Daniel powiedział, żebym się kontaktowała z panem, jak Polskę dzielić – mówi Bernadetta Obajtek.

Jak pisze „Wyborcza”, kilka godzin po rozmowie z Bernadką Szymon kontaktuje się z Danielem Obajtkiem, ówczesnym wójtem Pcimia. – Powiedz mi, Danielu, o dwie rzeczy chciałem się zapytać. Coś mi Bernadka mówiła, że Sławek idzie do Bierunia, nic nie wiem – mówi Szymon.

– A to nic, to akurat, przyjacielu, ciebie nie dotyczy, taka sytuacja, że się zastanawiamy z chłopakami. Ty jesteś od grubszych tematów, tych dwóch chłopaków i jeszcze ten mój przyjaciel, który nam pomaga, a w Bieruniu, no, k***a, tam, Szymek, musisz coś mieć, bo słuchaj, ty jesteś w porządku człowiek, ale sam wiesz, jak to wygląda jechać tam na dzień, na dwa, jak tu mamy, k***a, tyle tematów – mówi Obajtek

W odniesieniu do wymienianego wcześniej Sławka, Daniek Obajtek mówi: – A powiem ci jeszcze jedną rzecz, Szymek, tylko tyle, co dla ciebie. Wiesz co, k***a, mi się ten Sławek nie widzi, k***a. Nie lubię takich karierowiczów z deczka. Wiesz.

Obajtek: Jestem w firmie. Patrzę na tę rurę

W rozmowie, którą „Gazeta Wyborcza” datuje na 18 sierpnia 2009 roku, Daniel Obajtek rozmawia z Szymonem o sprawach przedsiębiorstwa. – Jestem w firmie. Patrzę na tę rurę, chcę ci powiedzieć, przyjacielu, że szukają ch**a do d**y. Powiem ci szczerze, że jedynie „37” była cieńsza, ale wizualnie, no rura jak rura, przyjacielu. Ja jeszcze kazałem ją 15 procent pogrubić teraz, i to jest szukanie do d**y – mówi Obajtek, wówczas będący wójtem Pcimia.

– No, to wiesz co, ja bym pojechał jutro do tego, k***a, gdzie była ta akcja, i po prostu autorytetem bym próbował to już jakoś ułagodzić – oznajmia Szymon. W odpowiedzi obecny prezes Orlenu mówi: – No to jedź. Wojtek ma jechać, to zadzwoń do niego, że ty pojedziesz, k***a.

Ustawa „zabrania łączenia posady wójta z działalnością w biznesie”

Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy, pytany o sprawę nagrań Daniela Obajtka, mówił w niedzielę w „Kawie na ławę” w TVN24, że „wcale nie ma pewności, że te nagrania pochodzą z okresu, kiedy pan prezes Daniel Obajtek był wójtem Pcimia”. – Dlaczego to jest tak istotne? Dlatego, że przed tym, zanim prezes Obajtek objął fotel wójta Pcimia, był współwłaścicielem tej spółki – mówił Spychalski. – Jeżeli to są nagrania, które pochodzą z okresu, kiedy pan prezes Obajtek był współwłaścicielem tej spółki, czyli generalnie mógł wydawać polecenia, mógł rozmawiać z pracownikami na tematy pracownicze, urlopowe, biznesowe, to rzeczywiście kapiszon – kontynuował Spychalski.

„Gazeta Wyborcza” zwraca jednak uwagę, że Bernadetta Obajtek, która w powyższych fragmentach nagrań wypowiada się jako pracownica TT Plast, do 17 lipca 2009 roku pracowała w firmie Elektroplast, a dopiero później przeniosła się do TT Plastu. Daniel Obajtek był wójtem Pcimia w latach 2006-2015.

Gazeta przypomina, że „Ustawa o pracownikach samorządowych zabrania łączenia posady wójta z działalnością w biznesie. Za zatajenie informacji o prowadzeniu działalności gospodarczej grozi nawet do ośmiu lat więzienia”.

Z „firmy w Stróżach” do państwowego koncernu

„Gazeta Wyborcza” odnotowuje również fakt, że w firmie Elektroplast, gdzie przed lipcem 2009 roku pracowała Bernadetta Obajtek, poznała ona swojego męża, kuzyna Daniela Obajtka, Grzegorza. „Grzegorz Obajtek w Elektroplaście został kierownikiem, zastępując na tym stanowisku Daniela Obajtka, gdy wygrał on wybory na wójta. Z firmy w Stróżach odszedł w 2009 r., a po 2015 r. odnalazł się w państwowej spółce Bioeko Tauron” – pisze „GW”.

„GW”: Obajtek skłamał przed sądem

W grudniu 2014 roku – po pięciu latach od zarejestrowania nagrań – przed sądem toczył się proces Romana i Józefa Lisów, współwłaścicieli Elektroplastu, którzy byli oskarżeni o wyłudzenie 200 tysięcy złotych unijnych dotacji.

Obajtek zeznawał w tej sprawie jako świadek. Pełnomocnik Elektroplastu pytał go między innymi o jego współpracę z firmą TT Plast. – Nigdy nie byłem cichym wspólnikiem spółki TT Plast. Wówczas, te 12 czy 15 lat temu, posiadałem udziały w tej spółce przez krótki okres. Gdy pełniłem już funkcję wójta, to nie pełniłem i nie mogłem pełnić żadnych funkcji w tej spółce – zapewnia Obajtek.

Przyznaje – pytany przez adwokata – że „zna Szymona średnio”. – Może z nim rozmawiałem, ale nie współpracowałem z nim. Szymon był zatrudniony w TT Plaście, ale nie wiem, w jakim okresie czasu, ani nie wiem, w jakim charakterze – odpowiada.

Prokuratura nie dopatrzyła się „znamion czynu zabronionego”

Niecałe dwa lata później, w 2016 roku – pisze „GW” – Roman Lis zawiadomił krakowską prokuraturę o podejrzeniu złożenia fałszywych zeznań przez Obajtka. Z informacji „Wyborczej” wynika, że „wuj obecnego prezesa Orlenu jako dowód dołączył dysk z nagraniami rozmów z Szymonem oraz ich pisemną transkrypcję”. Za składanie fałszywych zeznań grozi kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

Jednak prokuratura – podaje dziennik – „już po miesiącu zdecydowała, że nie będzie badać sprawy ze względu na brak znamion czynu zabronionego”. Obajtek był już wtedy szefem państwowej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Biegły informatyk o autentyczności nagrań rozmów Roberta Lewandowskiego i Cezarego K.

Z opinii biegłego informatyka wynika, że nagrania rozmów między Cezarym K. a Robertem Lewandowskim nie zostały poddane żadnym modyfikacjom. Na podstawie tych nagrań Kucharskiemu przedstawiono zarzuty szantażowania „Lewego”.

Nagrania – kluczowy dowód w śledztwie

Prok. Marcin Saduś z Prokuratury Regionalnej w Warszawie poinformował, że prokuratura kilka dni temu uzyskała opinię biegłego z zakresu informatyki i teleinformatyki, który przeanalizował dane na zabezpieczonych od Lewandowskiego czterech telefonach komórkowych oraz laptopie, na który piłkarz skopiował pliki.

– Z ustaleń biegłego wynika, że nagrania rozmów, których oględzin dokonał prokurator na początkowym etapie śledztwa, są identyczne z materiałami zapisanymi w pamięciach przebadanych telefonów, czyli oryginalne nośniki, na których dokonano nagrań. Z opinii biegłego wynika jednoznacznie, że zarejestrowane utwory, a tym samym treści rozmów, nie zostały poddane jakimkolwiek modyfikacjom – podał prok. Saduś.

Nagrania rozmów między pokrzywdzonym a podejrzanym są kluczowym dowodem w śledztwie . Robert Lewandowski nagrał kilka rozmów z K., w których wypowiadane przez byłego menedżera piłkarza słowa brzmiały jak groźby zniszczenia wizerunku i żądanie pieniędzy.

Cytowany przez „Rzeczpospolitą” obrońca K. mecenas Oskar Sitek podważał autentyczność nagrań. Zdaniem Sitka „nagrania nie mają ani początku, ani końca i są znacznie krótsze niż sama rozmowa”. Obrona poddawała w wątpliwość także protokoły z oględzin nagrań dźwiękowych, których dokonał prokurator z asystentem.

Przesłuchanie Lewandowskiego

– Powyższe protokoły były już przedmiotem pierwszej oceny sądu, który 15 grudnia 2020 r., rozpoznając zażalenia obrońców na zastosowane środki zapobiegawcze, utrzymał najistotniejsze z nich, wskazując jednocześnie na duże prawdopodobieństwo popełnienia przez Cezarego K. zarzucanego mu czynu – podkreślił prok. Saduś.

15 grudnia sąd zmniejszył K. poręczenie majątkowe z 1 mln euro do 500 tys. zł. Były menedżer Lewandowskiego ma dalej zakaz kontaktowania się z piłkarzem i jego żoną Anną.

Jednocześnie rzecznik Prokuratury Regionalnej w Warszawie poinformował, że 16 lutego odbyło się kolejne przesłuchanie Roberta Lewandowskiego „na okoliczności, które nie są objęte zarzutem ogłoszonym Cezaremu K., ale mające z nim pośredni związek”.

– Z uwagi na zakres okoliczności, których dotyczyło przesłuchanie, oraz potrzebę zabezpieczenia prawidłowego toku dalszych czynności procesowych w śledztwie, przesłuchanie odbyło się bez udziału obrońców podejrzanego – podał prok. Saduś.

Zarzuty wobec Cezarego K.

Prokuratura zarzuca Cezaremu K., że „od września 2019 r. do września 2020 r. kilkukrotnie stosował wobec swojego byłego klienta groźbę bezprawną, polegającą na zapowiedzi rozpowszechnienia informacji dotyczących rzekomych nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych należącej do pokrzywdzonego spółki handlowej” – informował w październiku prok. Marcin Saduś.

Cezary K. miał grozić wszczęciem postępowania karnego i „rozgłaszaniem wiadomości uwłaczającej czci pokrzywdzonego oraz jego żony”.

K. miał zapowiedzieć Lewandowskiemu, że go „zniszczy”, jednocześnie obiecywał zachowanie wiadomości w tajemnicy, gdy „Lewy” zapłaci mu 20 mln euro, czyli równowartość 84,6 mln zł.

Były menedżer Lewandowskiego nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu. W październiku 2020 r. składał przez kilka godzin wyjaśnienia, w których szczegółowo opisał współpracę z Lewandowskim, historię rozliczeń cywilnoprawnych pomiędzy nimi, które nie miały żadnego związku ze śledztwem. Postępowanie wszczęto po zawiadomieniu złożonym przez pełnomocnika piłkarza.

Na pytanie Lewandowskiego, za co K. chce „te pieniądze”, podejrzany miał odpowiedzieć, że „nie będzie do końca życia kryć oszustów podatkowych”. Prokuratura zamierza poddać szczegółowej analizie nośniki danych, które zabezpieczono podczas przeszukania domu Cezarego K. pod Konstancinem.

O czym napisał „Der Spiegel”?

– Chcemy ustalić, czy w szantażowaniu pokrzywdzonego uczestniczyły inne osoby, w tym przedstawiciele zagranicznych mediów – podał rzecznik prokuratury. Chodzi o publikację w niemieckim dzienniku „Der Spiegel”, która pojawiła się niedługo po tym jak „Lewy” odmówił zapłaty na rzecz K.

Gazeta podała, że Cezary K. skierował przeciwko Robertowi Lewandowskiemu pozew cywilny, domagając się zapłaty około 39 mln zł. Chodzi o udziały w rozwiązanej już spółce RL Management, którą założyli w 2014 r.

„K. wniósł do niej prawa do wizerunku zawodnika wycenione wówczas na 3,5 mln zł. Otrzymał w zamian 2 proc. udziałów firmy, pozostałe 98 proc. należy do Lewandowskiego” – wyjaśniali dziennikarze serwisu wirtualnemedia.pl.

Na łamach „Spiegla” znanemu piłkarzowi zarzucano m.in. antydatowanie umowy dotyczącej praw reklamowych, dzięki czemu miał uniknąć wielomilionowych podatków. Cezary K. zakończył współpracę z Robertem Lewandowskim w 2018 r.

– Publicznie mówię o tym pierwszy raz. (…) Momentem, kiedy on podpisał kontrakt z Bayernem Monachium, największy kontrakt w historii polskiego sportu, na 100 mln euro, zażądał ode mnie, żebym zapłacił mu dodatkowe pieniądze ze swojej prowizji. Ja powiedziałem, że nie, a on odpowiedział, że w takim razie kończymy współpracę; i tak się stało – mówił Cezary K. 12 czerwca 2020 r. w programie „Futbolownia” na YouTube.

Kariera Cezarego K.

Zanim pochodzący z Łukowa K. został menedżerem Roberta Lewandowskiego, sam miał na koncie sportowe osiągnięcia jako zawodnik m.in. Orląt Łuków, szwajcarskiego FC Aarau, hiszpańskiego Sportingu Gijon, greckiego Iraklisu Saloniki oraz Legii Warszawa, w której z przerwami grał do końca sportowej kariery w 2007 r. W latach 1996-2002 17-krotnie wystąpił w reprezentacji narodowej Polski.

Cezary K. został menedżerem piłkarskim, reprezentował m.in. Roberta Lewandowskiego, Jakuba Koseckiego, Michała Kucharczyka. W 2011 r. z list Platformy Obywatelskiej z okręgu lubelskiego dostał się do Sejmu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Zgłosili zaginięcie syna. Policjanci odnaleźli ciało chłopca. Matka odpowie za zabójstwo

Birttany Gosney i jej partner zgłosili się na komisariat w Middletown w Ohio (USA). Na miejscu przekazali, że 6-letni syn kobiety zaginął. Policjanci natychmiast przystąpili do poszukiwań. Podczas akcji okazało się jednak, że chłopiec nie żyje od kilku dni. Za śmiercią dziecka stała jego własna matka, która wyrzuciła zwłoki do rzeki. Para zgłosiła się na komisariat w niedzielę. Policja bezskutecznie szukała 6-letniego Jamesa Hutchinsona przez kilka godzin. Pod wieczór funkcjonariusze odwołali akcję i zatrzymali… matkę dziecka oraz jej partnera, 42-letniego Jamesa Hamiltona.

– Tuż po przyjęciu zgłoszenia policjanci nabrali podejrzeń. Z informacji pary wynikało, że ostatni raz widzieli Jamesa w sobotę wieczór. Gdy chodzi o zagniecie małoletniego, takie sprawy zgłasza się od razu – przekazał szef policji w Middletown David Birk na konferencji prasowej w poniedziałek.

Nie okazywała skruchy

Detektywi ustalili przebieg wydarzeń na podstawie zeznań pary i świadków. W piątek wieczorem, dwa dni przed zgłoszeniem zaginięcia, Gosney zawiozła swoje dzieci do parku Rash Run ok. godziny drogi od Middletown. Po zaparkowaniu auta wyniosła Jamesa z samochodu i próbowała go porzucić.

Gdy 6-latek chciał wrócić do samochodu, kobieta przejechała po nim i wyjechała z parkingu. Na miejsce zbrodni wróciła pół godziny później – chłopiec nie dawał oznak życia. Przeniosła jego ciało do samochodu, a następnie wróciła do domu.

W sobotę wieczorem Gosney i Hamilton pojechali nad rzekę Ohio i zrzucili ciało 6-latka z mostu.

– Kobieta przyznała się do zabicia syna. Podczas zeznań nie okazywała praktycznie żadnej skruchy – przekazał David Birk. Gosney usłyszała zarzuty morderstwa, zbeszczeszczania zwłok i manipulowania dowodami. Dwa ostatnie zarzuty usłyszał również Hamilton.

„Chcę sprawiedliwości”

Sędzia wyznaczył dla Gosney kaucję w wysokości miliona dolarów. 29-latka podczas pierwszego posiedzenia zapewniała, że ma stwierdzoną „niepełnosprawność w nauce” i nie rozumie postępowania. – Moim zdaniem nie miała żadnych problemów. Rozumie co to zło i dobro, zrozumiała swoje konstytucyjne prawa – skomentował Birk.

Dwoje pozostałych dzieci, którymi zajmowała się para, zostało przekazanych opiece społecznej.

– Nie mogę tego pojąć. Chcę sprawiedliwości dla Jamesa – skomentował ojciec chłopca, Lewis Hutchinson w wywiadzie dla Dayton Daily News.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ojciec rzucił się z nożem na 19-letniego syna

Ojciec w trakcie sprzeczki ranił nożem swojego 19-letniego syna. Ostrze wbiło się w brzuch nastolatka. 53-latkowi zatrzymanemu przez policjantów z Kłomnic może grozić nawet dożywocie. Do zdarzenia doszło 25 lutego w jednym z domów na terenie powiatu częstochowskiego. Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że podczas wspólnego spożywania posiłku doszło do sprzeczki pomiędzy ojcem i jego 19-letnim synem.

53-latek stracił panowanie nad sobą i rzucił nożem w syna. Ostrze wbiło mu się w brzuch i stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla jego życia. Konieczna była natychmiastowa pomoc specjalisty – poinformowała policja.

Mężczyzna został aresztowany na trzy miesiące. Śledztwo w tej sprawie, pod kątem usiłowania zabójstwa, prowadzą kryminalni z Częstochowy – podała we wtorek tamtejsza komenda.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Meksyk: Prokuratura podała przyczynę zgonu Polaka

Są nowe informacje w sprawie Polaków, którzy polecieli do Meksyku za pracą. Jeden z Polaków zmarł, jak przekazała meksykańska prokuratura, przez zaczadzenie – podaje RMF FM.

„Na drodze śledztwa wykluczono, że denat stracił życie w wyniku aktu przemocy, a ponadto na ciele nie stwierdzono obrażeń wewnętrznych. Biuro Prokuratora Generalnego Stanu Meksyk kategorycznie wyklucza, by śmierć denata miała związek z handlem narządami” – czytamy w oświadczeniu opublikowanym przez RMF FM.

Służby wskazują, że „w mieszkaniu, gdzie znaleziono zwłoki, przebywał inny młody mężczyzna, który wykazał oznaki zatrucia”.

Z ustaleń Onetu wynika, że dwóch 20-latków wyjechało na początku lutego do Meksyku za pracą. Nie wiadomo jaką, natomiast miał im ją załatwić rodak. Czy powiązany z przestępstwem – to na razie również nie jest jasne.

Onet podał, że na miejscu mężczyznom wycięto narządy wewnętrzne. Zmarły Polak miał stracić prawdopodobnie nie tylko nerkę, ale też inne organy. Jego kolega leży w śpiączce w szpitalu, do którego trafił w stanie ciężkim – donosi nieoficjalnie Onet.

MSZ potwierdza doniesienia

Informację o tragicznych wydarzeniach potwierdza polskie MSZ. „Sprawa, o którą pan pyta, jest znana polskiej służbie konsularnej i dotyczy trzech obywateli polskich. Ambasada RP w Meksyku po uzyskaniu informacji o zdarzeniu niezwłocznie podjęła stosowne działania. Konsul RP jest w stałym kontakcie z członkami rodzin poszkodowanych, pracodawcą oraz miejscową prokuraturą, która bada okoliczności sprawy” – poinformowało portal Biuro Rzecznika Prasowego Ministerstwa.

„Jeden z poszkodowanych zmarł. Drugi został hospitalizowany, a stan jego zdrowia poprawia się. Natomiast trzeci z naszych obywateli powrócił już do Polski” – dodaje resort.

„Z uwagi na obowiązujące przepisy RODO oraz dobro poszkodowanych, MSZ nie udziela szczegółowych informacji na temat zdarzenia i toczącego się postępowania wyjaśniającego” – podkreśla MSZ.

Interwencja Ziobry

Poleciłem, by śledztwem w sprawie zabójstwa młodego Polaka w Meksyku i usiłowaniem zabójstwa drugiego naszego rodaka zajęła się Prokuratura Okręgowa w Krakowie; celem jest wyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy – poinformował w czwartek szef MS, Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro.

Krakowscy śledczy w akcji

Prokurator Janusz Hnatko wyjaśnił, że decyzją Prokuratury Regionalnej w Krakowie materiały w sprawie śmiertelnego wypadku w trakcie delegacji służbowej zostały przekazane do dalszego prowadzenia przez prokuraturę niższego szczebla w czwartek. Do wypadku tego miało dojść między 13 a 14 lutego. W tym samym dniu po otrzymaniu materiałów (w czwartek – PAP) prokuratorzy rozpoczęli wykonywanie intensywnych czynności służbowych w tej sprawie – powiedział Hnatko.

Jak poinformował, sprawa została zarejestrowana w Wydziale I Śledczym krakowskiej PO. Dotychczas postępowanie prowadzone było pod kątem popełnienia przestępstwa polegającego na narażeniu zdrowia lub życia pracownika oraz nieumyślnego spowodowania śmierci, ale – jak wskazał Hnatko – „nie wyklucza to przyjęcia innej kwalifikacji prawnej czynu, będącej wynikiem ustalanego przebiegu zdarzeń”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Ciało mężczyzny znalezione na trawniku w Gostyninie

Ciało mężczyzny znaleziono we wtorek po południu na trawniku przy ul. Nowej w Gostyninie. Zgłoszenie o tragicznym odkryciu wpłynęło do tamtejszej komendy powiatowej policji o godz. 13.26. Na miejscu pojawiły się wszystkie służby ratownicze, ale na ratunek było już za późno. Oględziny miejsca zdarzenia przeprowadził też śledczy z Prokuratury Rejonowej w Gostyninie, typując już wstępną przyczynę śmierci 59-latka.

Jak informuje Gostynin24.pl, ciało mężczyzny znaleziono we wtorek po południu na trawniku przy ul. Nowej w Gostyninie, w pobliżu sklepu Kaufland. Dyżurny komendy powiatowej policji odebrał zgłoszenie o tragicznym odkryciu o godz. 13.26, po czym na miejscu pojawiły się służby ratownicze – w tym momencie na pomoc było już jednak za późno. Ciało 59-latka zostało zabezpieczone na potrzeby sekcji zwłok, ale śledczy z Prokuratury Rejonowej w Gostyninie wytypował już wstępną przyczynę śmierci – mężczyzna miał popełnić samobójstwo.

To drugie podobne zdarzenie w ciągu ostatnich kilku dni. W czwartek 25 lutego pod szynobus w Płocku rzuciła się 19-latka, która zginęła na miejscu. Dziewczyna zostawiła wcześniej list pożegnalny.
Źródło info i foto: se.pl

Federalne Biuro Śledcze uznało, że atak na Kapitol to akt krajowego terroryzmu

FBI po raz pierwszy wydało oświadczenie w sprawie ataku na Kapitol, nazywając te wydarzenia terroryzmem krajowym. Uczestnicy mają być pociągnięci do odpowiedzialności, a USA chcą wzmocnić działania w walce z krajowym ekstremizmem, który wiąże się z antyrządowymi nastrojami i nienawiścią rasową.

Atak na Kapitol Stanów Zjednoczonych wywołał oburzenie zarówno w USA, jak i w środowisku międzynarodowym. 6 stycznia tysiące zwolenników Donalda Trumpa wdarło się na teren Kapitolu, kiedy odbywały się tam obrady, w wyniku których miało zostać zatwierdzone zwycięstwo Joe Bidena w wyborach prezydenckich. Uczestnicy zamieszek dopuścili się aktów wandalizmu i rabunku, a obrady przerwano. W wyniku zamieszek zginęło pięć osób. FBI uznało ten czyn za akt krajowego terroryzmu.

Dyrektor FBI, Christopher Wray, oskarżył we wtorek zwolenników byłego prezydenta USA Donalda Trumpa o „terroryzm krajowy” i obiecał pociągnąć ich do odpowiedzialności w ramach zwiększenie środków do zwalczania skrajnie prawicowej przemocy. Wystąpienie Wraya było jego pierwszym publicznym komentarzem na ten temat i pierwszym formalnym oświadczeniem FBI na temat statusu śledztwa dotyczącego ataku na Kapitol.

„To oblężenie było przestępczym zachowaniem, czystym i prostym. To zachowanie, które my, FBI, postrzegamy jako terroryzm krajowy” – mówił Christopher Wray. Z kolei republikanin Charles Grassley stwierdził, że wszyscy zaangażowani w ten atak muszą wziąć za to odpowiedzialność – łącznie z byłym prezydentem.

Departament Sprawiedliwości postawił po ataku zarzuty ponad 300 osobom, o czym pisze m.in. abcnews.go.com. Śledczy twierdzą, że uczestnicy zamieszek na Kapitolu mieli ze sobą broń, młoty, paralizatory, gaz pieprzowy i co najmniej jeden pistolet.

Nie wiadomo, dlaczego FBI nie wykryło przygotowań do ataku z wyprzedzeniem. Senatorzy unikali odpowiedzi.

„Chciałbym usłyszeć, jak Wray wyjaśnia czynniki, które sprawiły, że FBI nie dostrzegło zagrożenia, które widziało tak wielu z nas” – powiedział nbcnews.com Frank Figliuzzi, były zastępca dyrektora FBI. Kilka dni przed atakiem na Kapitol media społecznościowe pełne były nienawistnych wezwań do przemocy.

„W dniach poprzedzających 6 stycznia otrzymałem lawinę SMS-ów od rodziny i przyjaciół, w których mówiono mi, żebym ‚był bezpieczny w czasie obrad’. Nie mieli dostępu do danych wywiadowczych. Ale przeczytali tweety prezydenta Trumpa i jego zwolenników” – powiedział przedstawiciel Izby Reprezentantów Eric Swalwell.

Sekretarz ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Alejandro Mayorkas, powiedział w zeszłym tygodniu, że wewnętrzny brutalny ekstremizm stanowi obecnie najbardziej śmiertelne i trwałe zagrożenie terrorystyczne dla Stanów Zjednoczonych. Urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości, w tym FBI, zapowiedzieli z kolei, że zwiększą liczbę prawników i śledczych zajmujących się sprawami dot. terroryzmu w kraju.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Ksiądz Arkadiusz H. przyznał się przed sądem do molestowania nieletniego

Przed sądem w Pleszewie w Wielkopolsce rozpoczął się proces księdza Arkadiusza H. oskarżonego o molestowanie nieletniego. Duchowny przyznał się do winy. „Wyznaję ze skruchą swoją winę i proszę pana Bartłomieja P. o wybaczenie moich słabości, moich grzechów” – mówił.

Arkadiusz H. to ksiądz z filmu braci Sekielskich „Zabawa w chowanego” wyemitowanego w maju ub. roku. Dokument przedstawiał historię trzech chłopców – braci Bartłomieja i Jakuba oraz Andrzeja – wykorzystywanych przez tego samego księdza z diecezji kaliskiej – Arkadiusza H.

Po emisji filmu braci Sekielskich ksiądz Arkadiusz H. został suspendowany przez biskupa kaliskiego; zawieszony w pełnieniu posługi kapłańskiej (zakaz sprawowania sakramentów i noszenia stroju duchownego) za postępowanie w latach 1994-2000.

„Ludzka słabość”

Sprawą molestowania małoletnich przez kapłana zajmowała się także Prokuratura Rejonowa w Pleszewie, która zarzuciła mu, że „pomiędzy wrześniem 1998 a majem 2000 w Pleszewie z góry powziętym zamiarem dopuścił się przestępstw o charakterze seksualnym na szkodę 15-letniego pokrzywdzonego”. Arkadiusz H. miał skrzywdzić jeszcze sześciu chłopców, którzy zgłosili się do prokuratury, ale sprawy te się przedawniły i śledztwa zostały umorzone.

Dziś przed sądem w Pleszewie rozpoczął się proces 52-letniego obecnie Arkadiusza H. Oskarżony przyznał się do winy.

Chcę z głębi serca pokornego bardzo serdecznie przeprosić. Jeszcze raz powtarzam – bardzo mocno przeprosić pana Bartłomieja P., który wnosi dzisiaj w swoim oskarżeniu. Mam świadomość i poczucie ogromnej szkody, jaką przez swoją słabość ludzką, nieudolność, grzeszność dokonałem wobec pana Bartłomieja – mówił w sądzie Arkadiusz H.

Nigdy nie kierowałem się w swoim życiu tym, aby komukolwiek czynić krzywdę, ale ludzka słabość spowodowała, że dzisiaj, na podstawie także minionych miesięcy, wielu przemyśleń, wielu modlitw, przeproszenia w duchu i modlitwy wstawienniczej w intencji osoby pokrzywdzonej, raz jeszcze wyznaję ze skruchą swoją winę i proszę pana Bartłomieja P. o wybaczenie moich słabości, moich grzechów i wnoszę o łaskę takiego braterskiego pojednania – jeśli jest to możliwe – ze strony osoby pokrzywdzonej przeze mnie – podkreślił.

Bardzo serdecznie żałuję raz jeszcze. I mam świadomość, tak wiele zła swoją słabością, grzesznością dopuściłem się wobec pana Bartłomieja. Wysoki sądzie, raz jeszcze przepraszam, uznając swoją grzeszność i winę, i proszę raz jeszcze o wybaczenie – dodał.

„Staliśmy się dla pana Arkadiusza H. łakomym kąskiem”

We wtorek przed sądem zeznania składał pokrzywdzony. Jak mówił, jego ojciec pracował w kościele jako organista, stąd rodzina znała się bliżej z księżmi pracującymi w parafii. Arkadiusz H. jako ksiądz wikary, jako przyjaciel domu często u nas w domu bywał, przychodził do nas na kawę, na herbatę – po prostu był traktowany jako przyjaciel domu – mówił.

Dodał, że „okazało się, że w tamtym okresie ja i mój brat Jakub staliśmy się dla pana Arkadiusza H., wtedy księdza wikarego, „łakomym kąskiem” ku temu, żeby zaspokajać swoje potrzeby seksualne i swoje jakieś potrzeby”.

Początkowo zaczynało się od niewinnych spotkań, jednak z czasem te spotkania powoli przeradzały się w coś innego (…) Moje zaufanie do pana H. potęgowało kupowanie prezentów z jego strony i okazywanie mi, jak na tamten czas, jakiegoś rodzaju miłości – dzisiaj wiem, że ta miłość była fałszywa. Prezenty nie były kupowane bez powodu, prezenty były pretekstem ku temu, by zachowania, których dopuszczał się pan H. były utrzymane w tajemnicy. Zachowaniami tymi było, tak, jak jest w aktach, całowanie mnie z „języczkiem”, przytulanie, sadzanie na kolanach, dotykanie moich miejsc intymnych. Kolejnym etapem było również dotykanie miejsc intymnych i pobudzenie seksualne, niejako tymi czynami, oskarżonego – podkreślił.

Wskazał również, że z uwagi na to, iż czujność jego rodziców „była uśpiona” w związku z chorobą brata, do tych zachowań dochodziło także podczas obecności jego rodziców w domu.

Do tego typu czynów dochodziło kilkanaście razy – myślę, że to jest uczciwa liczba z moich wspomnień i z okresu, w którym przebywał pan H. jako ksiądz wikary. W mojej psychice na pewno doszło do jakichś zmian, których w tamtym okresie nie rozumiałem i nie wiedziałem, że mogą mieć wpływ na moje przyszłe życie – zaznaczył.

Arkadiuszowi H. grozi do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl