Pijany kierowca próbował uniknąć kontroli drogowej. Staranował policjantkę. Miał trzy promile

Mundurowi zatrzymali mężczyznę, który próbował uniknąć kontroli drogowej. Podejrzany przejechał policjantce po nodze i uszkodził radiowóz. Do zdarzenia doszło we wtorek, po godzinie 20:00. Mężczyzna był pod wpływem alkoholu. Miał w organizmie prawie trzy promile.

Potrącił policjantkę. Był pijany

Jak przekazał Piotr Świstak z biura prasowego Komendy Stołecznej Policji, do zdarzenia doszło na ulicy Prostej pomiędzy rondem ONZ a ulicą Towarową. Wcześniej policjanci otrzymali zgłoszenie o kierowcy osobowej toyoty, który miał jeździć „od lewej do prawej”. Podejrzany mężczyzna nie zatrzymał się do kontroli drogowej.

„Przejechał policjantce po nodze, została przewieziona do szpitala” – przekazał Piotr Świstak.

Policjant dodał także, że kierowca toyoty uszkodził jeden z radiowozów. Po krótkim pościgu podejrzany został zatrzymany. Jak się okazało później, mężczyzna był pod wpływem alkoholu. Miał prawie trzy promile alkoholu w organizmie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe informacje dotyczące śledztwa ws. Mariana Banasia. Prokuratura zwróciła dokumenty prezesowi NIK

Sąd odrzucił zażalenie Mariana Banasia na przeszukanie jego mieszkań i gabinetu. Natomiast prokuratura i CBA nagle uznały, że nie potrzebują już jego notatek służbowych – pisze środowy „Dziennik Gazeta Prawna”.

„Epidemia koronawirusa część spraw zepchnęła na dalszy plan. Tak stało się m.in. ze śledztwem prowadzonym przez białostocką prokuraturę regionalną w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia. To, że sprawa zniknęła z radaru, nie znaczy, że nic się w niej nie działo” – czytamy w „DGP”.

Z ustaleń gazety wynika, że tydzień temu Sąd Rejonowy w Białymstoku odrzucił zażalenie Mariana Banasia na przeszukanie i wydanie dokumentów oraz sprzętu elektronicznego. „Sąd nie powiadomił ani pełnomocników, ani samych zainteresowanych o posiedzeniu, choć wcześniej zwrócił się o ich adresy do doręczeń. W mojej ocenie sąd naruszył prawo do obrony mojego klienta” – mówi DGP adwokat Marek Małecki i dodaje, że decyzja sądu w tych konkretnych przypadkach jest już niezaskarżalna.

„Dziennik Gazeta Prawna” wyjaśnia, że istotą postanowienia jest to, że można było dokonać przeszukania i wydać postanowienie o nim, bo immunitet prezesa NIK chroni go przed zatrzymaniem, a nie „rozciąga się” na pomieszczenia zajmowane przez niego.

Dziennik przypomina, że do przeszukań kilkunastu lokali należących do Banasia lub jego rodziny, a także w siedzibie NIK doszło w lutym tego roku na wniosek Prokuratury Regionalnej w Białymstoku. „W gabinecie prezesa zabezpieczono jego laptop, telefon, twardy dysk z kopią binarną komputera stacjonarnego oraz kalendarze z notatkami i planowanymi kontrolami. Co ciekawe, prokuratura uznała, że już ich nie potrzebuje i zostały zwrócone urzędnikowi Izby w delegaturze warszawskiej CBA. Biuro było gotowe zwrócić dwa kalendarze już 4 maja, ostatecznie doszło do tego tydzień później” – pisze „DGP”.

„Pozaprocesowy zwrot dokumentów zatrzymanych w gabinecie prezesa NIK przez CBA, bez wydania zarządzenia czy postanowienia prokuratury krajowej, jest kolejnym argumentem za tym, że i CBA, i prokuratura doszły do wniosku, że przekroczyły swoje uprawnienia i dyskretnie wycofały się z błędnych decyzji. Sąd nie dał nam jednak nawet szansy przedstawienia tych zdarzeń czy ich procesowego skomentowania” – mówi gazecie mec. Małecki.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Rozbito gang oszukujący metodą „na BLIK”

Lubuska Policja rozbiła zorganizowaną grupę przestępczą dokonującą oszustw metodą „na BLIK”. Efektem niesłychanie żmudnej i wytężonej pracy śledczych było dotarcie do hermetycznego środowiska, zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie 7 osób, które przestępczy proceder realizowały na terenie całej Polski. W sprawie, która jest rozwojowa, a nadzorowana przez Prokuraturę Okręgową w Gorzowie Wlkp. już postawiono ponad 200 zarzutów.

Przestępczy proceder trwał co najmniej od stycznia 2019 do maja 2020 roku. Realizowany był przez zorganizowaną grupę przestępczą, która z wyłudzeń i oszustw uczyniła sobie stałe źródło dochodu. Na czym zatem polegał mechanizm przestępczy? Oszuści wykorzystywali do tego celu aplikację BLIK. A w zasadnie zaufanie i naiwność osób, bo sama aplikacja jest bardzo bezpieczna. W pierwszej kolejności wykorzystywali oprogramowanie do przejmowania kont na Facebooku. Po kliknięciu na sugerowane do obejrzenia filmy zamieszczane na stronach internetowych znanych wydawców następowało przekierowanie na automatyczne przetwarzanie danych teleinformatycznych. Kiedy oszuści już dysponowali loginem i hasłem, nie pozostawało nic innego jak zalogowanie się do określonego konta na Facebooku. A pokrzywdzeni żyli w przekonaniu, że korespondują ze znajomymi. Przestępcy prosili zatem przez komunikator o przesłanie kodu BLIK. Po zdobyciu zaufania i przekonania, że jest to nasz znajomy, nie było większych problemów, aby taki kod przesłać. A co za tym idzie, umożliwić wypłacanie przez oszustów pieniędzy z bankomatów.

Z reguły były to transakcje od tysiąca do 3 tys. zł. Na tę chwilę lubuscy policjanci w sprawie mają ponad 200 pokrzywdzonych. Dotarcie do tej zorganizowanej grupy przestępczej było niezwykle trudne. Do sprawy oddelegowano najbardziej doświadczonych śledczych z Wydziału dw. z Przestępczością Gospodarczą oraz Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp., którzy wspólnie z Prokuraturą Okręgową krok po kroku zbliżali się do przełomowych ustaleń. Szukali punktów odniesienia, które pozwolą na dotarcie do grupy, w której jej liderzy wykorzystywali tzw. słupy. Żmudna i ciężka praca połączona z doświadczenie rzuciła światło na ten przestępczy proceder.

W październiku 2019 roku doszło do pierwszych zatrzymań na terenie Gorzowa Wlkp. Choć to jedno z wielu punktów na mapie Polski, gdzie oszuści prowadzili swą przestępczą działalność. Ślady zostawili również w Gdańsku, Warszawie, Gryfinie, Poznaniu, Wrocławiu czy Gorzowie Wlkp. oraz innych miastach w kraju. Sześć osób zostało zatrzymanych między październikiem 2019 a styczniem 2020 roku przez policjantów śledczych i zwalczających przestępczość gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp. Wszystkie usłyszały zarzuty związane z oszustwem, także komputerowym i zostały tymczasowo aresztowane. Podczas przeszukań policjanci zabezpieczyli specjalistyczny sprzęt służący do tego rodzaju przestępczości. Jak nie trudno się domyślić były to komputery stacjonarne, laptopy, oprogramowania, telefony komórkowe, modemy, routery, zestawy startowe, karty SIM, karty sieciowe, bankomatowe, dyski itp.

21 maja br. na terenie Szczecina funkcjonariusze z Lubuskiej Policji zatrzymują lidera zorganizowanej grupy przestępczej. To osobą kierująca wszystkimi działaniami w grupie, w której istniał swoisty podział na role. 34-latek z województwa zachodniopomorskiego usłyszał łącznie 35 zarzutów związanych z oszustwami oraz wydawaniem poleceń. Bartosz P. kierował zorganizowaną grupą przestępczą, z której wszyscy jej członkowie uczynili sobie stałe źródło dochodu. Grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności. Pozostałej szóstce 8 lat. Sprawa ma charakter rozwojowy i nadzorowana jest przez Prokuraturę Okręgową w Gorzowie Wlkp. Policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp. ustalają w tej sprawie kolejnych pokrzywdzonych, przejmując do prowadzenia podobne sprawy z całej Polski.
Źródło info i foto: Policja.pl

Miami: 47-latka oskarżona o zabójstwo 9-letniego syna. Początkowo informowała, że dziecko zostało uprowadzone

47-letnia kobieta z Miami na Florydzie (USA) początkowo informowała, że jej dziewięcioletni syn został uprowadzony. Świadek i monitoring ujawniły jednak zupełnie inny przebieg zdarzeń. Matka usłyszała zarzut zamordowania swojego autystycznego syna – donoszą lokalne media. Jak czytamy m.in. w CBS Miami w zeszły czwartek (22 maja) 47-latka zgłosiła zaginięcie swojego niepełnosprawnego dziecka. Policja rozpoczęła poszukiwania, jednak już następnego dnia okazało się, że dziewięciolatek nie żyje. Jego ciało odnaleziono w kanale – czytamy.

Kobieta początkowo relacjonowała, że jej syn został uprowadzony. Twierdziła, że podczas podróży samochodem jej drogę zajechało auto, z którego wysiadło dwóch czarnoskórych mężczyzn. Mieli oni żądać od kobiety narkotyków, a na końcu ją okraść i porwać syna.

Wersja ta szybko okazała się nieprawdziwa. Kobieta gubiła się w zeznaniach i nie potrafiła przekazać szczegółów zdarzenia. Nagranie z monitoringu w okolicy, a także zeznanie świadka ukazały zupełnie inny przebieg zdarzenia.

Jak się okazało, kobieta już wcześniej próbowała wepchnąć dziecko do wody. Uratował je wówczas przypadkowy przechodzień. Kobieta ponowiła jednak próbę morderstwa. Tym razem w okolicy nie było nikogo, kto mógłby pomóc chłopcu.

47-latka usłyszała zarzut morderstwa. Jak informują lokalne media, na sali sądowej tłumaczyła, że ciążyła jej opieka nad niepełnosprawnym synem. Z roku na rok dziecko miało się stawać coraz trudniejsze w wychowaniu i wymagać stałej opieki.
Źródło info i foto: interia.pl

Bułgar oskarżony o sutenerstwo. Ścigany był za handel ludźmi i czerpanie korzyści z prostytucji

Po pięciu latach poszukiwań udało się namierzyć i zatrzymać Bułgara Kadira D., ściganego za handel ludźmi i czerpanie korzyści z prostytucji. Śledczy z pomorskich „pezetów” Prokuratury Krajowej ustalili, że mężczyzna wraz ze swoim bratem i synem „kontrolowali” dwie swoje rodaczki i Polkę, którym zabierano niemal cały zarobek, a często brutalnie „dyscyplinowano”.

Sprawa miała swój początek jesienią 2014 roku, gdy pogranicznicy Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku i śledczy z miejscowych „pezetów” przerwali działalność szajki bułgarskich sutenerów działających w północnej Polsce. Liderem tej ekipy miał być Kadir D., którego w zależności od sytuacji zastępował syn Sasho S. lub brat Pavel P.

Śledczym udało się zebrać dowody, że mężczyźni zarabiali na przydrożnej prostytucji dwóch swoich rodaczek oraz Polki. Każdy z członków klanu „opiekował” się jedną kobietą. Prostytutki musiały im oddawać większą część zarobku, a często i cały utarg. Kobiety były tak podporządkowane swoim alfonsom, że mieszkały razem z nimi i ponosiły wszystkie koszty utrzymania mężczyzn oraz wynajmu mieszkania. Nie mogły nic odłożyć dla siebie na przyszłość, za to ich „opiekunowie” żyli pełnią życia.

Brutalne „dyscyplinowanie”

Według śledczych Kadir D. był głównym nadzorcą prostytutek. Herszt miał bardzo często brutalnie „dyscyplinować” kobiety, kiedy te wykazały się choćby najmniejszym nieposłuszeństwem. Normą było poniżanie ofiar.

Szczególnie miał się znęcać nad jedną z rodaczek, która prawdopodobnie podstępem została zwerbowana do uprawiania przydrożnej prostytucji. Według herszta szajki, „nie przykładała się do pracy” i zarabiała najmniej ze wszystkich kobiet. Karą za to miało być jej regularne głodzenie i groźby zabójstwa. Kadir D. wykorzystywał to, że nie znając języka polskiego, nie mając także pieniędzy na powrót do ojczyzny kobieta była całkowicie zależna od swoich oprawców.

Koszmar Bułgarki i podły los jej towarzyszek niedoli miał trwać co najmniej rok. W końcu jedna z kobiet powiadomiła o wszystkim śledczych. Zatrzymano Sasho S., jednak jego ojciec i wuj zniknęli.

Europejski nakaz aresztowania

Za Kadirem D. i jego bratem Pavlem P. wydano europejski nakaz aresztowania. Herszt rodzinnej szajki sutenerów wpadł w grudniu ubiegłego roku w Bułgarii. Przewieziono go do Polski, gdzie usłyszał zarzuty, a po kilku miesiącach Pomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Okręgowego w Gdańsku akt oskarżenia przeciwko niemu.

Kadir D. odpowie za handel ludźmi oraz czerpanie korzyści z prostytucji w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Pod koniec 2016 roku na mocy wyroku Sądu Okręgowego w Gdańsku syn herszta został skazany na karę trzech lat więzienia i sześć tysięcy złotych grzywny. Pavlo P. wciąż figuruje na stronach policji jako poszukiwany.
Źródło info i foto: TVP.info

Magdalena K. prosi o azyl polityczny. Sąd na Słowacji przychylił się do wniosku

Sąd na Słowacji przychylił się we wtorek do wniosku Magdaleny K. o wszczęcie procedury udzielenia jej azylu politycznego. Słowaków przekonały argumenty prawników, dotyczące m.in. nieprawidłowości przy powołaniu Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, brutalności polskiej policji oraz braku niezależności polskiej prokuratury. To oznacza, że nie dojdzie na razie do ekstradycji K., podejrzanej o kierowanie gangiem kiboli Cracovii.

Magdalena K. siedzi w słowackim areszcie od 28 lutego. Trafiła tam po półtorarocznej ucieczce przed polskimi śledczymi. Kobieta, która według polskiej prokuratury miała dowodzić gangiem kiboli odpowiedzialnym m.in. za handel na masową skalę narkotykami (zarzuty dotyczą sprowadzenia do Polski 5,5 tony marihuany wartej 88 milionów złotych oraz 120 kilogramów kokainy o wartości 4,3 miliona euro), miała także utrudniać postępowanie karne, składać fałszywe zeznania oraz nakłaniać do tego inne osoby.

Gang, którym miała kierować K., stworzyło trzech braci Z.: Adrian, Jakub i Mariusz. Magdalena K. jest konkubiną tego ostatniego. Mężczyźni byli kibolami Cracovii, zorganizowana grupa przestępcza powstała w oparciu o struktury pseudokibiców. W pewnym momencie gang praktycznie zmonopolizował dostawy narkotyków do Krakowa. Do Małopolski co miesiąc trafiał z Holandii i Hiszpanii nielegalny towar wart 1,5 miliona euro.

Magdalena K. została zatrzymana na Słowacji po tym, jak uciekając z Budapesztu przed tamtejszą policją wpadła w zasadzkę zastawioną przez słowackie służby w miejscowości Zwoleń, około 20 kilometrów od Bańskiej Bystrzycy. Z wnioskiem o ekstradycję K. natychmiast wystąpiła polska prokuratura. Ale obrona kobiety od początku podnosiła problemy z praworządnością w Polsce, które uniemożliwiłyby jej sprawiedliwy proces.

Argumenty przeciw polskiemu wymiarowi sprawiedliwości

Polski obrońca Magdaleny K. i jej słowacki pełnomocnik zasypywali sąd w Bańskiej Bystrzycy opisami przypadków łamania praworządności w Polsce oraz trwających wiele lat śledztw prokuratorskich, w trakcie których stosowany jest areszt wydobywczy, wskazywali na brutalność i nadużycia policji (między innymi opisywali szczegóły zastrzelenia przez policję Adriana Z., brata konkubenta Magdaleny K., podczas próby jego zatrzymania).

Do kolejnego przesłuchania przed słowackim sądem, który miał decydować o ekstradycji Magdaleny K., doszło w poniedziałek. Kobieta mówiła m.in. o sytuacji z nieprawidłowościami przy wyborze Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Po wysłuchaniu jej racji oraz jej obrońcy, we wtorek podczas trwającego zaledwie kilka minut posiedzenia sąd w Bańskiej Bystrzycy nie zgodził się na ekstradycję Magdaleny K. i przychylił się do jej wniosku o wszczęcie procedury dotyczącej przyznania azylu politycznego. Jego rozpatrywanie może potrwać kilka tygodni. Do tego czasu Magdalena K. pozostanie w areszcie w Bańskiej Bystrzycy.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Białystok: Prokuratura wyjaśni okoliczności śmierci 5-miesięcznego niemowlęcia

We wtorek rano policjanci otrzymali zgłoszenie o śmierci 5-miesięcznego niemowlęcia w jednym z mieszkań w Białymstoku. Sprawę bada prokuratura. O zdarzeniu policjanci zostali poinformowani we wtorek ok. 9:00 rano. W jednym z mieszkań na osiedlu Zielone Wzgórza w Białymstoku zmarło 5-miesięczne niemowlę. Funkcjonariusze zabezpieczyli materiał dowodowy. Na miejscu pracował także prokurator. Sprawa zostanie przekazana do prokuratury.

Policja nie udziela szczegółowych informacji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wyrzuciła 11-miesięczne dziecko przez okno. Prokuratura ujawnia przerażające szczegóły

Agnieszka G. (34l.) z Rybnika usłyszała dwa zarzuty usiłowania zabójstwa 11-miesięcznego synka. Kobieta w minioną niedzielę wyrzuciła synka przez okno z pierwszego piętra. 12 marca tego roku Agnieszka G. z tym samym synkiem położyła się na torach kolejowych. Cudem uniknęła śmierci. Maszynista zdążył bowiem wyhamować w porę, pociąg dopiero ruszał z miejsca. Sąd zdecydował o areszcie Agnieszki G. Matka zostanie poddana obserwacji psychiatrycznej.

Prokuratura Okręgowa w Gliwicach przedstawiła szokujące fakty w sprawie rodzinnego dramatu w Rybniku przy ul. Janasa. W niedzielę 24 maja 34-letnia Agnieszka G. wyrzuciła z okna pierwszego piętra własnego synka. 11-miesięczne niemowlę przeżyło upadek.

Kobieta tydzień temu opuściła szpital. Przebywała w nim od 12 marca, kiedy to usiłowała targnąć się na swoje życie i synka. Agnieszka G. położyła się wtedy na torach tuląc dziecko. Czekała aż nadjedzie pociąg. Na szczęście maszynista dopiero ruszał ze stacji w Rybniku i udało mu się zahamować.

W tym tygodniu prokurator planował wykonać czynności w związku z tą sprawą i przesłuchać matkę. Tymczasem Agnieszka G. w niedzielę po ósmej rano wykorzystała nieobecność męża w pokoju. Otworzyła okno i wyrzuciła 11-miesięcznego synka. Chwilę później poinformowała o tym swego męża, który wrócił do pokoju po ubranie.

Z zimną krwią powiedziała mężowi, że wyrzuciła synka przez okno. Chłopczyk leżał na trawie. Przerażony ojciec dziecka wezwał pogotowie i powiadomił policję.

Chłopczyk w stanie stabilnym trafił do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. – Ma złamanie kości udowej, przechodzi dalszą diagnostykę – dodaje prokurator Karina Spruś z prokuratury okręgowej w Gliwicach.

W trakcie przesłuchania Agnieszka G. przyznała, że chciała popełnić samobójstwo. Matka twierdziła, że nie pamięta przebiegu niedzielnego incydentu. Kobieta zostanie poddana obserwacji psychiatrycznej. Biegli ocenią jej stan psychiczny i czy jest w stanie odpowiadać za swoje czyny. Jeśli zostanie uznana za poczytalną, grozi jej nawet dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Opatów: Opiekun z Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej podejrzany o znęcanie się nad dziećmi

Marcin B., opiekun z Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej w Opatowie, jest podejrzany o fizyczne i psychiczne znęcanie się nad podopiecznymi. Mężczyzna miał być postrachem dzieci od 2017 roku aż do maja 2020. Grozi mu od 6 miesięcy do 8 lat więzienia!

Prokuratura ustaliła, że Marcin B. miał wykorzystywać swoją pozycję jako opiekuna i znęcać się nad grupą dzieci i młodzieży, nieporadnych ze względu na wiek oraz stan psychiczny i fizyczny. Opiekun został zatrzymany przez policję 23 maja, dwa dni później doprowadzono go Prokuratury Rejonowej w Opatowie, gdzie usłyszał zarzut, do którego się nie przyznał.

Marcin B. złożył wyjaśnienia, ale prokurator jeszcze tego samego dnia skierował do Sądu Rejonowego w Opatowie wniosek o tymczasowe aresztowanie mężczyzny. Najbliższe trzy miesiące opiekun młodzieży z Opatowa spędzi za kratkami.

– W śledztwie kompletowany będzie materiał dowodowy niezbędny do jednoznacznego ustalenia okoliczności sprawy. Za czyn zarzucany podejrzanemu grozi kara od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności – informuje Daniel Prokopowicz, rzecznik kieleckiej prokuratury.
Źródło info i foto: se.pl

Sprawa biskupa Edwarda Janiaka. Wysłano list do Watykanu. Kuria nie chce go pokazać

Bp Edward Janiak, antybohater filmu „Zabawa w chowanego” braci Sekielskich, miał kryć podległych sobie księży, którzy molestowali nieletnich. Kaliska kuria poinformowała Onet, że ws. hierarchy do papieża został wysłany list. Nie chce go jednak upublicznić. W sieci pojawiły się głosy, że zbierano głosy poparcia dla Janiaka.

W poniedziałek w Kaliszu odbyło się zebranie członków Rady Kapłańskiej oraz Księży Dziekanów. Z informacji, które zaczęły pojawiać się w sieci, wynika, że podczas spotkania zbierano „lojalki” w sprawie biskupa Edwarda Janiaka, który, jak wynika z „Zabawy w chowanego”, miał tuszować czyny pedofilskie podległych mu księży.

„Każdy członek Rady miał ją podpisać i tyle. Ma to posłużyć ordynariuszowi kaliskiemu w Watykanie w jego obronie przed potencjalnym odwołaniem i udowodnić jakim to jest wzorowym rządcą diecezji kaliskiej i jak staje za nim duchowieństwo tej diecezji” – czytamy w jednym z postów na Facebooku.

List do Watykanu ws. bpa Janiaka. Kuria odmawia pokazania go. „Wewnętrzna korespondencja”

Na pytanie Onetu rzecznik prasowy ks. Marcia Papuźnik zaprzeczył jakoby „lojalki” rzeczywiści były zbierane.

„Jest to nieprawdą. Podczas spotkania Biskup Pomocniczy, członkowie Rady Kapłańskiej i Księża Dziekani podczas dyskusji wypracowali wspólne stanowisko w związku z zaistniałą sytuacją, które w formie listu dobrowolnie podpisanego przez wszystkich uczestników spotkania zostało przesłane do Ojca Świętego” – napisał do portalu. Onet poprosił o udostępnienie kopii listu ws. bpa Edwarda Janiaka, który został wysłany z parafii do Watykanu. Rzecznik odmówił jednak, mówiąc, że to „wewnętrzna korespondencja”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl