Brakuje pieniędzy w policyjnej kasie. Błędy w liczeniu czy kradzież?

Nowe fakty ws. ujawnionych przez RMF FM nieprawidłowości w kasie kaliskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego Policji. Ponad pół roku temu informowaliśmy, że tamtejsi funkcjonariusze nie mogą się doliczyć 150 tysięcy złotych – chodziło o gotówkę zabezpieczoną w mieszkaniu podejrzanego. Teraz dotarliśmy do osób, które twierdzą, że pieniądze mogły zostać po prostu skradzione przez samych policjantów, a w raporcie zapisano mniejszą kwotę.

Jak ujawniliśmy w marcu, w notatce sporządzonej po akcji kaliskiego CBŚP znalazła się informacja o zabezpieczeniu u zatrzymanego 350 tysięcy złotych. Mężczyzna przekonywał tymczasem, że miał w domu pół miliona złotych. Śledztwo w tej sprawie na początku wszczęła Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim. Okazało się jednak, że ci śledczy współpracują na co dzień z kaliskim biurem CBŚP. W tej sytuacji wszczęte już śledztwo przekazano do Sieradza. Sprawę wyjaśniają też wewnętrzne służby policji. Podstawą wszczęcia śledztwa jest niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień.

Według naszego informatora – byłego funkcjonariusza jednego z zarządów CBŚP, przywłaszczanie pieniędzy zabezpieczanych u przestępców podczas zatrzymania było normą dla nieuczciwych funkcjonariuszy. Niekiedy o procederze mogli wiedzieć przełożeni.

Nasz informator relacjonuje, że kiedy funkcjonariusze przeszukiwali miejsce zatrzymania przestępcy i znajdowali sporą sumę pieniędzy lub cenne przedmioty, nie wpisywali całej zabezpieczonej kwoty do protokołu albo fakt znalezienia gotówki nie był nigdzie ujmowany.

Część przestępców w ogóle tego nie zgłaszała. O tym, że tak się dzieje, wiedzą też policjanci, ale w CBŚP wygląda to tak, że są policjanci zastraszani. Każda niepokorna osoba albo jest zmuszana do tego, żeby odeszła z policji, albo jest tzw. kara poprzez delegowanie. (…) Przestępcy nie zgłaszają takich nieprawidłowości zazwyczaj, bo te pieniądze pochodzą często z nielegalnych źródeł – wyjaśnia anonimowo informator RMF FM.

„Uczciwi funkcjonariusze się boją”

Według jednego z naszych rozmówców, nieuczciwym policjantom najłatwiej było ukryć kradzież w trakcie zatrzymań obcokrajowców i przeszukań ich mieszkań. Chodzi m.in. o podejrzanych z Azji.

Jak dodaje były funkcjonariusz, tego rodzaju praktyki mogłyby ukrócić kamery nasobne, w które mogliby zostać wyposażeni policjanci CBŚP. Wtedy wszystkie ich działania byłyby rejestrowane. To zmniejszyłoby ryzyko nieuczciwych zachowań i uniemożliwiłoby ewentualne późniejsze pomówienia policjantów przez bandytów – słyszymy od naszego informatora.

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

CBŚP w Kaliszu znalazło się pod lupą prokuratury już dużo wcześniej, z powodu zupełnie innej sprawy. Chodzi o nieprawidłowości związane z obowiązkowym dla funkcjonariuszy tej jednostki testem sprawnościowym, którego elementem było strzelanie z broni palnej. Test miał miejsce 1 czerwca 2017 roku. Nie stawiło się na nim dwóch policjantów. Oficjalnie – wyjechali w delegację. Ich nieobecność wyszła na jaw m.in. po tym, jak w magazynie zostało 60 sztuk amunicji. Każdemu przysługiwało bowiem po 30 nabojów. Prowadzący szkolenie oficerowie zawiadomili o tym przełożonych.

Według naszych informacji, podpisy nieobecnych funkcjonariuszy już później pojawiły się na liście obecności i odbioru amunicji. Stało się tak, mimo że do dowódców trafiła notatka z informacją o nieprawidłowościach. Formalnie uznano też, że skoro podpisy funkcjonariuszy znalazły się na liście obecności – zaliczyli oni obowiązkowy test strzelecki, choć w ogóle nie było ich na miejscu.

Według naszych ustaleń, dwaj policjanci wzięli udział w teście strzeleckim dopiero kilka miesięcy później, jesienią. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Poddębicach, która prowadziła śledztwo pod kątem przekroczenia uprawnień i sfałszowania dokumentu. To zostało jednak umorzone. Nie dopatrzono się znamion czynu zabronionego i nie wykryto sprawców – poinformowali śledczy.

Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie toczyło się w oparciu o dwa paragrafy Kodeksu karnego. Pierwszy z nich dotyczył przekroczenia uprawnień, a drugi fałszerstwa materialnego. Poddane ocenie prawno-karnej zachowania nie wyczerpały znamion przestępstwa, przy czym pozostały w gestii odpowiedzialności dyscyplinarnej – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Śledczy uznali ponadto, że funkcjonariusze nie działali na szkodę interesu publicznego, a ich przewinienie to niedopełnienie obowiązków służbowych. To, jak czytamy, „nie realizuje jeszcze znamion czynu zabronionego”. Jeśli zaś chodzi o samo sfałszowanie podpisów w tabeli z listą obecności, śledczy przekonują, że nie udało się wykryć osoby, która je naniosła. Jednocześnie wobec nieautentyczności podpisów ustalonych funkcjonariuszy na listach obecności i braku ustalenia osoby, która je naniosła, postępowanie w tym zakresie umorzono wobec niewykrycia sprawcy – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Co istotne, Prokuratura Rejonowa w Poddębicach formalnie podlega Prokuraturze Okręgowej w Sieradzu – tej samej, która prowadzi obecnie śledztwo w sprawie manka w kasie kaliskiego zarządu i która współpracowała wcześniej z kaliskim zarządem CBŚP.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zabrze: 2-letnia dziewczynka chodziła po parapecie. Matka była pijana

Policjanci z Zabrza zatrzymali 32-letnią kobietę, która spała pijana w swoim mieszkaniu, kiedy jej dwuletnia córeczka spacerowała po parapecie otwartego okna. Groźną sytuację zauważył świadek i wezwał na miejsce mundurowych. Jak podała w czwartek zabrzańska komenda, w środę krótko po godz. 9 dyżurny Komisariatu II Policji odebrał zgłoszenie dotyczące małego dziecka, które miało chodzić po parapecie okna mieszkania przy ul. Grunwaldzkiej.

„Na miejsce skierowano dzielnicowych, którzy rzeczywiście zobaczyli otwarte okno w mieszkaniu usytuowanym na wysokim parterze. Z pomocą drabiny interweniujący policjanci weszli do środka. W mieszkaniu zastali dziewczynkę w wieku 2 lat. Jej matka spała w łóżku. Kiedy policjanci ją obudzili, jej wypowiedzi były nieskładne i nielogiczne. Kobieta nie miała świadomości, że jej dziecko stało na parapecie” – opisują policjanci.

Dziecko było głodne

Do czasu przyjazdu innych służb mundurowi zajęli się dziewczynką, która uskarżała się, że jest głodna. „Na szczęście jeden z mundurowych miał pączka, którym poczęstował dziecko” – dodali zabrzańscy policjanci.

Badanie alkomatem wykazało, że matka dwulatki miała w organizmie prawie 2,6 promila alkoholu. Decyzją pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie dziecko przekazano pod opiekę rodziny. Jeszcze w czwartek 32-latka usłyszy zarzut dotyczący narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia swojej córki. Może za to grozić to kara do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Tragiczny finał poszukiwań 37-latka z Drobina

Zwłoki mężczyzny znaleziono w miejscowości Psary na polu przy drodze. Po identyfikacji okazało się, że należą one do 37-letniego mieszkańca pobliskiego Drobina. Jego zaginięcie zgłosiła rano rodzina.

– Wezwany na miejsce lekarz pogotowia ratunkowego stwierdził zgon mężczyzny. Po identyfikacji zwłok okazało się, że jest to 37-letni mieszkaniec Drobina, którego zaginięcie rodzina zgłosiła dziś rano – przekazała Polskiej Agencji Prasowej w środę wieczorem płocka policja.

Jak podano w informacji, „na miejscu prowadzone były czynności z udziałem prokuratora, a ciało zabezpieczono w prosektorium”. Okoliczności i przyczyny śmierci mężczyzny są wyjaśniane pod nadzorem prokuratury – podała policja.

Psary to miejscowość położona ok. 5 km na południe od Drobina przy drodze krajowej nr 60 łączącej Płock i Ciechanów.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Dżihadystka prosi Borisa Johnsona o zgodę na powrót do Londynu

Shamima Begum, która w 2015 roku jako 15-letnia uczennica wyjechała z Wielkiej Brytanii, aby dołączyć do Państwa Islamskiego, poprosiła o przebaczenie i zaapelowała do brytyjskiego premiera Borisa Johnsona, by pozwolił jej wrócić do Londynu.

Nikt nie może mnie nienawidzić bardziej niż sama siebie nienawidzę za to, co zrobiłam i wszystko, co mogę powiedzieć, to przepraszam i po prostu dajcie mi drugą szansę – powiedziała w wyemitowanym w środę w stacji ITV programie „Good Morning Britain” 21-letnia obecnie Begum, która przebywa w Syrii w obozie dla uchodźców. W lutym tego roku brytyjski Sąd Najwyższy orzekł, że nie może ona wrócić do Wielkiej Brytanii, by zaskarżyć decyzję o odebraniu jej obywatelstwa tego kraju.

Przekonywała, że została wykorzystana i zmanipulowana, aby wyjechać do Syrii i nie zdawała sobie strawy, że Państwo Islamskie jest „sektą śmierci”. Jedyną zbrodnią, jaką uważam, że popełniłam, było bycie na tyle głupią, by dołączyć do ISIS (Państwa Islamskiego) – mówiła Begum, która podczas rozmowy ubrana była w zachodnim stylu – w czapeczkę z daszkiem i krótką bluzkę bez rękawów.

Popełniłam błąd w bardzo młodym wieku. Wiem, że Brytyjczykom jest bardzo trudno spróbować mi wybaczyć, ponieważ żyli w strachu przed ISIS i stracili bliskich z powodu ISIS, ale ja również żyłam w strachu przed ISIS i również straciłam bliskich z powodu ISIS, więc mogę rozumieć, co czuli. Wiem, że bardzo trudno jest im mi wybaczyć, ale z głębi serca mówię, że jest mi bardzo przykro, jeśli kogokolwiek uraziłam, przychodząc tutaj i jeśli kogokolwiek uraziłam tym, co powiedziałam – mówiła Begum. W Syrii wyszła ona za mąż za bojownika ISIS, z którym miała troje dzieci, jednak wszystkie zmarły. W przeszłości mówiła m.in., że zamach terrorystyczny w Manchesterze, w którym w 2017 r. zginęły 22 osoby, był usprawiedliwiony.

Zapytana, dlaczego nie pojedzie do Bangladeszu, którego jest obywatelką, powiedziała: Jak kraj taki jak Wielka Brytania, który nie wierzy w karę śmierci, jak może oczekiwać, że pojadę do kraju, w którym zostanę zabita?.

Dżihadystka apeluje do Johnsona

Begum zwróciła się też bezpośrednio do Johnsona, by pozwolił jej wrócić. Najwyraźniej nie radzicie sobie się z ekstremizmem i terroryzmem w swoim kraju, a ja chcę pomóc w tym, opowiadając wam moje własne doświadczenia, co mówią i jak przekonują ludzi do przyjazdu do miejsc takich jak Syria, i bardzo mogłabym wam w tym pomóc, ponieważ wyraźnie nie wiecie, co robicie w walce z terroryzmem i chcę pomóc – mówiła.

Odnosząc się do wywiadu udzielonego przez Begum, Sajid Javid, obecny minister zdrowia, który jako szef resortu spraw wewnętrznych podjął w 2019 r. decyzję o odebraniu jej brytyjskiego obywatelstwa, powiedział, że decyzja ta była zarówno zgodna z prawem, jak i moralnie słuszna. Nie będę wchodził w szczegóły sprawy, ale powiem, że na pewno nie widzieliście tego, co ja widziałem. Gdybyście wiedzieli, co ja wiedziałem, to wiem – bo jesteście rozsądnymi, odpowiedzialnymi ludźmi – że podjęlibyście dokładnie taką samą decyzję – nie mam co do tego wątpliwości – powiedział.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Policjanci CBŚP rozbili zorganizowaną grupę przestępczą. Był to rodzinny „biznes”

Policjanci CBŚP, przy wsparciu KPP w Brzegu rozbili zorganizowaną grupę przestępczą. Z ustaleń śledztwa wynika, że osoby związane z pseudokibicami jednego z dolnośląskich klubów sportowych wprowadzali do obrotu znaczne ilości marihuany, amfetaminy i mefedronu. W śledztwie prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową w Opolu obecnie występuje 9 podejrzanych o przestępstwa narkotykowe.

Policjanci z Zarządu w Opolu Centralnego Biura Śledczego Policji od kilku miesięcy rozpracowywali zorganizowaną grupę przestępczą, pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Opolu. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że członkowie gangu handlowali dużymi ilościami różnego rodzaju narkotyków. Według śledczych niektórzy z nich mogli mieć związek z pseudokibicami jednego z dolnośląskich klubów sportowych.

Pierwsze uderzenie w grupę policjanci przeprowadzili w maju br., gdy przejęli 2 kg amfetaminy oraz zatrzymali 2 mężczyzn na autostradzie w rejonie Brzegu. Narkotyki były ukryte w bagażniku samochodu, którym jechali podejrzani. Wówczas zatrzymani usłyszeli zarzuty posiadania i wprowadzania do obrotu znacznych ilości narkotyków, a następnie zostali tymczasowo aresztowani na okres 3 miesięcy.

Okazało się, że trzon grupy przestępczej mogli stanowić mieszkańcy Brzegu. Funkcjonariusze CBŚP i KPP w Brzegu szybko połączyli siły i po kilku miesiącach gromadzenia dowodów przeprowadzili kolejne uderzenie. Tym razem, przy wsparciu Zespołów Specjalnych CBŚP z Opola i Poznania oraz funkcjonariuszy z Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w Opolu, zatrzymano 7 osób. Wśród podejrzanych jest czworo członków jednej rodziny. Podczas akcji policjanci zabezpieczyli także amfetaminę, marihuanę, mefedron oraz niebezpieczne przedmioty np. broń czy kije bejsbolowe. Na poczet przyszłych kar i grzywien przejęto ponad 85 tys. zł w gotówce.

Zatrzymane osoby doprowadzono do Prokuratury Okręgowej w Opolu, gdzie przedstawiono im zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, z czego jeden z zatrzymanych jest podejrzany o kierowanie nią. Dodatkowo osobom tym grozi odpowiedzialność za posiadanie i wprowadzanie do obrotu znacznych ilości środków odurzających i psychotropowych. Decyzją sądu 3 osoby zostały tymczasowo aresztowane, a 4 objęte dozorem policyjnym.

Policjanci i prokuratorzy nadal wykonują czynności w śledztwie.
Źródło info i foto: Poicja.pl

Toruń: Pijany 29-latek zaatakował policjantów

29-letni mieszkaniec osiedla Na Skarpie rzucił się na interweniujących policjantów. Bił ich i kopał. Teraz grozi mu pobyt w więzieniu.

We wtorek (14.09.2021) około godziny 10:00, w Toruniu policjanci z Ogniwa Patrolowo-Interwencyjnego Komisariatu Policji na Rubinkowie, pełniący służbę przy ulicy Plac Skarbka, zauważyli mężczyznę, który na ich widok zaczął się nerwowo zachowywać. W związku z powyższym funkcjonariusze przystąpili do interwencji. Postanowili wylegitymować tego człowieka, którym okazał się mieszkaniec osiedla Na Skarpie. Z początku nic nie zwiastowało problemów. – W czasie spisywania danych, legitymowany rzucił się na funkcjonariuszy – informuje podinsp. Wioletta Dąbrowska, oficer prasowy KMP w Toruniu.

– Agresor zaczął kopać obu policjantów, uderzać ich pięściami i szarpać za mundury, czym chciał zmusić ich do odstąpienia od czynności służbowych. Funkcjonariusze obezwładnili agresora – podaje podinsp. Wioletta Dąbrowska z KMP w Toruniu.

– Podczas doprowadzania go do radiowozu, mężczyzna zwymiotował woreczek foliowy z zawartością białej substancji. W wyniku takiego obrotu sytuacji policjanci podjęli decyzję o przewiezieniu 29-latka do placówki medycznej celem wykonania dalszych badań. Zbadali również jego trzeźwość. Probierz wykazał ponad 0,3 promila alkoholu w organizmie – wyjaśnia podinsp. Dąbrowska.
Źródło info i foto: se.pl

Abp. Sławoj Leszek Głódź nie straci państwowych orderów. „Jednogłośna” decyzja kapituły

Nie będzie wniosku do prezydenta Andrzeja Dudy o odebranie abp. Sławojowi Leszkowi Głódziowi państwowych odznaczeń. Tak zdecydowała Kapituła Orderu Odrodzenia Polski – informuje „Gazeta Wyborcza”.

29 marca Nuncjatura Apostolska w Polsce wydała specjalny komunikat dotyczący arcybiskupa seniora Sławoja Leszka Głódzia. Watykan zdecydował się nałożyć na duchownego nakaz zamieszkania poza terenem archidiecezji gdańskiej. Zakazał mu również uczestniczenia w jakichkolwiek publicznych celebracjach religijnych i spotkaniach świeckich na terenie archidiecezji gdańskiej oraz polecił wpłacić z osobistych funduszy odpowiedniej sumy na rzecz Fundacji św. Józefa, z przeznaczeniem na działalność prewencyjną i pomoc ofiarom nadużyć. Kary te związane są z tuszowaniem nadużyć seksualnych na terenie podległych mu diecezji.

W kwietniu Kapituła Orderu Odrodzenia Polski wystąpiła do Nuncjatury Apostolskiej o przekazanie materiałów w sprawie zarzutów o ukrywanie przez arcybiskupa przestępstw seksualnych popełnianych przez księży. Jak dowiedziała się trójmiejska „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu kapituła zdecydowała, że nie wystąpi do prezydenta o pozbawienie Głódzia państwowych odznaczeń. Nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio – jak ustaliła „Wyborcza” – przesłał bowiem lakoniczne pismo, w którym wyraził stanowisko, że zasług, za które duchowny został wyróżniony, nie należy łączyć ze sprawami oskarżeń o tuszowanie przestępstw seksualnych.

„Kapituła Orderu Odrodzenia Polski jednogłośnie postanowiła nie występować z wnioskiem do prezydenta w trybie art. 36 ustawy o orderach i odznaczeniach o pozbawienie pana arcybiskupa Głódzia wcześniej nadanego orderu” – poinformował „Wyborczą” prof. Wiesław Johann, kanclerz kapituły.

Przypomnijmy, to prezydent może podjąć decyzję o pozbawieniu orderu lub odznaczenia. Następuje to w dwóch przypadkach: jeżeli nadanie orderu lub odznaczenia nastąpiło w wyniku wprowadzenia w błąd lub osoba odznaczona dopuściła się czynu, wskutek którego stała się niegodna wyróżnienia. Może to zrobić z własnej inicjatywy lub na wniosek kapituły. Oznacza to, że nic jeszcze nie jest przesądzone w tej sprawie, ponieważ opinia kapituły jest tylko sugestią dla głowy państwa.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Gdzie są najważniejsi przywódcy afgańskich talibów?

Wszystko wskazuje na to, że zaginęli jedni z najważniejszych przywódców afgańskich talibów. Zagraniczne media spekulują, że mułła Baradar został ranny, a być może nawet zabity w Kabulu. Z kolei najwyższy przywódca talibów Haibatullah Akhundzada nie był widziany publicznie już pięć lat – informuje CNN. Baradar jest szefem biura politycznego talibów, prowadził też negocjacje z poprzednim rządem i Stanami Zjednoczonymi. Wiele osób spodziewało się, że zostanie premierem, ostatecznie objął urząd wicepremiera.

Od jakiegoś czasu krążą pogłoski o wewnętrznych rozłamach wśród talibów. Podsyca je nieobecność Baradara w delegacji, która spotkała się w niedzielę w Kabulu z ministrem spraw zagranicznych Kataru, szejkiem Mohammedem bin Abdulrahmanem Al-Thanim. Talibscy urzędnicy tłumaczyli, że w tym czasie udał się do Kandaharu, gdzie podobno siedzibę ma najważniejszy przywódca ruchu talibów Haibatullah Akhundzada.

W poniedziałek do sieci trafiło krótkie nagranie, na którym ma być odręczna notatka asystenta Baradara. Ma być tam też słyszalny głos samego mułły. – W mediach pojawiają się spekulacje na mój temat. Byłem na wycieczce. Pojechałem gdzieś i chwalę Boga, że ​​wszyscy jesteśmy zdrowi. Niektóre z tych mediów robią tego rodzaju propagandę i opowiadają takie haniebne kłamstwa. Nie ma problemów, żadnych problemów, chwała Bogu. Zapewniam cię w 100 proc. – słychać na nagraniu. Ostatni raz Baradara widziano przelotnie w hotelu w Kabulu na początku września.

Z kolei obecny najwyższy przywódca talibów, który został wybrany w 2016 r. – Haibatullah Akhundzada – nie występuje publicznie od pięciu lat. W 2020 r. miał chorować na COVID-19. W zależności od źródeł Akhundzada wyzdrowiał lub zmarł.
Źródło info i foto: onet.pl

Śmiertelne pobicie 25-latka w Zakopanem. Jest śledztwo

Jeszcze dziś zostanie wszczęte śledztwo w sprawie śmiertelnego w skutkach pobicia 25-letniego mężczyzny w Zakopanem. Sprawców tej brutalnej napaści do tej pory nie zatrzymano. Mieszkaniec powiatu bocheńskiego zostawił żonę w ciąży i 3-letnią córeczkę. Do stolicy Tatr przyjechał, żeby bawić się na wieczorze kawalerskim. Do tragicznych wydarzeń doszło na zakopiańskich Krupówkach w nocy z soboty na niedzielę.

Mężczyzna z powiatu bocheńskiego przyjechał pod Tatry z grupą przyjaciół na wieczór kawalerski. Według relacji policji, ok. godz. 2:00 na skrzyżowaniu Krupówek i ul. Kościuszki grupę zaatakowali nieznani mężczyźni. Wywiązała się bijatyka, w wyniku której 25-latek, najprawdopodobniej po uderzeniu w głowę, stracił przytomność. Zmarł po przewiezieniu do szpitala. Sprawcy tej brutalnej napaści są wciąż poszukiwani.

„Nie jest znana ich tożsamość. Kluczowe będą analizy monitoringu i przesłuchania świadków” – powiedział zastępca prokuratora rejonowego w Zakopanem Rafał Porębski.

Dziś ma zostać wszczęte śledztwo w związku ze śmiercią 25-latka. Mężczyzna pochodzący z powiatu bocheńskiego osierocił 3-letnią córeczkę, zostawił też żonę, która spodziewa się kolejnego dziecka. Na jutro zaplanowano natomiast sekcję zwłok – poinformował RMF FM prokurator Porębski.

Śledczy przesłuchali już w charakterze świadków osoby, które były w grupie pobitego 25-latka. Poszukiwani są także inni świadkowie, którzy mogą mieć wiedzę o tym, co się wydarzyło, ale nie brały udziału w samej bójce. Za pobicie, którego następstwem jest śmierć człowieka, grozi kara pozbawienia wolności od roku do 10 lat.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Śmierć 25-letniego Ukraińca w izbie wytrzeźwień. Są nowe informacje

30 lipca bieżącego roku we wrocławskiej izbie wytrzeźwień zmarł 25-letni obywatel Ukrainy. Najprawdopodobniej pod koniec września świdnicka prokuratura otrzyma od biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu opinię dotyczącą przyczyn śmierci mężczyzny. Na razie pracę stracił jeden z policjantów biorących udział w interwencji. Do tragedii doszło 30 lipca 2021 roku we Wrocławiu. Właśnie tego dnia ratownicy medyczni wezwali policję na jeden z przystanków MPK. Pracownicy pogotowia uznali, że agresywny mężczyzna, do którego przyjechali, nie kwalifikuje się do hospitalizacji, za to nadaje się na izbę wytrzeźwień. Przybyli na miejsce funkcjonariusze zabrali 25-latka.

Niestety, obywatel Ukrainy w izbie wytrzeźwień zmarł. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy prok. Tomasza Orepuk poinformował PAP, że opinia biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej dotycząca śmierci 25-latka trafi do prokuratury najprawdopodobniej pod koniec września.

Przypomnijmy, że według nagrań, do których dotarła „Gazeta Wyborcza”, funkcjonariusze bili 25-letniego obywatela Ukraińcy. Gdy nie potrafili sobie z nim poradzić, przyciskali go kolanami do ziemi. W pewnym momencie na mężczyźnie usiadło aż dziewięć osób. Szczegóły postępowania prokuratury nie są ujawniane ze względu na dobro sprawy. Śledztwo prowadzone jest w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci.

Pewne jest jednak to, że na razie pracę w policji stracił jeden z funkcjonariuszy biorących udział w akcji. Policjant miał w sposób nieuzasadniony użyć pałki służbowej i przekroczyć przepisy dotyczące zasady stosowania przymusu bezpośredniego. Zdaniem rzecznika policji, Kamila Rynkiewicza, złamanie zasad polegało na uderzaniu i zadawaniu ciosów.

Od 1 września, po tym jak sprawę nagłośniła „Gazeta Wyborcza”, zawieszonych jest za to trzech innych funkcjonariuszy, biorących udział w interwencji. Powodem takiej decyzji według rzecznika dolnośląskiej policji jest fakt, iż podczas działań nie włączyli oni kamer. W tej chwili jest to obowiązek, co oznacza, że policjanci nie zachowali się właściwie i czekają ich w związku z tym konsekwencje.
Źródło info i foto: wp.pl