Do brutalnego zabójstwa doszło w Zbytkowie w Śląskiem. 16-latek zabił tam 85-letnią kobietę. Swojej ofierze ukradł ponad tysiąc złotych. “Nie mamy żadnych wątpliwości, że motywem zbrodni była kradzież” – mówi reporterowi RMF FM Rafał Domagała z policji w Cieszynie. Kobieta mieszkała sama. W piątek wieczorem jej bliscy znaleźli ciało. Dwa dni później policja zatrzymała 16-latka, który zabił kobietę. Sprawca zostawił na miejscu zbrodni ważny ślad – tłumaczy Rafał Domagała. Bardzo pomógł też miejski monitoring. Policjanci przez wiele godzin analizowali nagrania, dzięki którym mogli odtworzyć trasę, którą po zbrodni przebył sprawca. To na tej podstawie został on wytypowany.

Nastolatek mieszkał w pobliżu starszej kobiety, dlatego prawdopodobnie wpuściła go do swojego domu. Wtedy została zaatakowana. 16-latek uderzył ją tępym przedmiotem w głowę, a potem ukradł pieniądze i uciekł. Jego łupem padło ponad tysiąc złotych. Zaraz po zbrodni pojechał do innej miejscowości. W czasie policyjnego przesłuchania nastolatek nie chciał nic mówić. Na razie trafił do schroniska dla niepełnoletnich. Teraz sąd zdecyduje, czy za zabójstwo będzie mógł odpowiadać jak dorosły.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Comments Brak komentarzy »

Międzynarodowy gang specjalizował się w kradzieżach aut luksusowych. Złodzieje w Niemczech ukradli samochody warte ponad milion euro. W ręce policji wpadło osiem osób. Policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji razem z grupą funkcjonariuszy z Niemiec rozbili międzynarodowy gang złodziei luksusowych samochodów. Przestępcy w Niemczech ukradli auta warte łącznie ponad milion euro.

Funkcjonariusze zatrzymali osiem osób. Sześciu zatrzymanym, ściganym Europejskimi Nakazami Aresztowania, strona niemiecka przedstawi zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, dokonującej kradzieży pojazdów znacznej wartości. Jeden z członków grupy został zatrzymany na terenie Niemiec, gdy jechał do Polski skradzionym samochodem marki BMW. Pozostali zostali zatrzymani na terenie Polski. W trakcie policyjnej operacji, w ramach międzynarodowej pomocy prawnej, przeprowadzono 8 przeszukań, podczas których zabezpieczono 14 samochodów pochodzących najprawdopodobniej z przestępstwa.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Comments Brak komentarzy »

Błagam wróć do domu, cierpię – apeluje za pośrednictwem mediów matka młodej Kenijki, która wraz z koleżanką uciekła, by dołączyć do Państwa Islamskiego. Kilka dni po zniknięciu napisała w SMS-ie do rodziny: “Jestem w Syrii, nie szukajcie mnie”. Matka dziewczyny Rahma Adan od kilku dni trzyma w dłoniach małe i wymięte zdjęcie. Nosi je cały czas przy sobie. To jedna z najbardziej wartościowych pamiątek, która jej została. Młoda kobieta ze zdjęcia, ubrana w czarną chustę, to jej córka Tawfiqua, która wraz z przyjaciółką Salwą Abdullą zniknęła na początku maja.

Według relacji ich rodzin dziewczyny po lekcjach w szkole poszły do domu Tawfiquy w stolicy Kenii Nairobi. Jakiś czas później Tawfiqua postanowiła odprowadzić Salwę i już nie wróciła. Od tego momentu nikt ich nie widział.

“Nie szukajcie mnie”

Rodziny i krewni zaczęli desperackie poszukiwania, ale nie mogli trafić na żaden ślad. Po czterech dniach nadeszła nieoczekiwana wiadomość, która wprowadziła ich w osłupienie. – Jestem w Syrii, nie szukajcie mnie, wszystko jest ze mną w porządku” – napisała w SMS-ie do kuzyna Tawfiqua. Jej matka Rahma jest w szoku. – Była pracowita, sumienna i skryta. Dobrze się uczyła. Nic nie wskazywało, że może powodować jakiekolwiek problemy – wspomina córkę. – Bardzo porządne dziecko, czytała Koran, kochała swoją religię. Nie mogę uwierzyć jak to się mogło stać, może Szatan zmienił jej myślenie – dodaje.

Kenijska policja wszczęła śledztwo. Sprawdza w jaki sposób dziewczynom udało się przekroczyć granicę bez paszportów. To nie pierwsza ucieczka osób, które chcą działać w organizacji terrorystycznej. W marcu kenijska policja aresztowała cztery młode dziewczyny próbujące wyjechać z Kenii bez odpowiednich dokumentów. Chciały dołączyć do somalijskich terrorystów powiązanych z Al-Kaidą.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Comments Brak komentarzy »

Pod zarzutem korupcji, szwajcarska policja aresztowała w Zurychu sześciu wysokiej rangi działaczy FIFA. Do zatrzymania doszło na wniosek Waszyngtonu, w luksusowym hotelu Baur au Lac nad jeziorem Zuryskim, podczas dorocznego zgromadzenia urzędników. Działaczy czeka teraz ekstradycja do USA. Jak napisał amerykański dziennik „New York Times”, wśród zatrzymanych są m.in. Jeffrey Webb, wiceprzewodniczący komitetu wykonawczego i Jack Warner, członek komitetu wykonawczego, oskarżony o liczne naruszenia etyki.

Szef kostarykańskiej federacji piłkarskiej Eduardo Li, został wyprowadzony z hotelu tylnym wyjściem. Funkcjonariusze wyprowadzający działacza – według świadków – nieśli torby z dowodami. W hotelu zjawił się sekretarz generalny FIFA Jerome Valcke, który przyznał, że nie ma pojęcia, co się dzieje.

– Korupcja wydaje się po prostu przenikać każdy element federacji i jest ich sposobem prowadzenia działalności gospodarczej. Wydaje się, że korupcja została zinstytucjonalizowana – powiedział jeden z funkcjonariuszy biorący udział w zatrzymaniu. Policjanci, którzy brali udział w akcji, zjawili się w hotelu w cywilnych ubraniach i po prostu pobrali w recepcji klucze do pokoi zajmowanych przez urzędników. Według policji podejrzenia korupcyjne dotyczą starań poszczególnych krajów o organizację piłkarskich mistrzostw świata, umów medialnych FIFA, prania pieniędzy czy łapówkarstwa. Nielegalne działania miały być prowadzone przez dwadzieścia lat, a wysokość łapówek miała sięgać stu milionów dolarów.

Wybory nowego prezydenta w świetle skandalu

Nie wiadomo, czy w związku z zatrzymaniami, odbędą się zaplanowane na piątek wybory nowego prezydenta FIFA. Szwajcar Joseph Blatter i bez kolejnego korupcyjnego skandalu nie może liczyć na sympatie kibiców. Jak wynika z badań, więcej niż czterech na pięciu kibiców uważa, że Blatter nie powinien ubiegać się po raz piąty o funkcję prezydenta Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA). W wyborach, które odbędą się w piątek, jest jednym z dwóch kandydatów. W ankiecie przeprowadzonej przez organizację Transparency International, która walczy z korupcją, przepytano 35 tysięcy osób w 30 krajach. Najmniejsze poparcie Blatter ma w Chile, gdzie przeciwko jego reelekcji opowiedziało się 99 procent pytanych, oraz w Portugalii – 97 procent.

„Celem badania było określenie efektów korupcji i złego zarządzania w FIFA na środowisko kibiców. Nie będą oni jednak mieli prawa głosu w wyborach” – napisała organizacja.

Nawet w ojczyźnie Szwajcar nie ma dużego poparcia. Na pytanie, czy powinien ubiegać się o reelekcję, „nie” odpowiedziało 84 procent badanych. Najbardziej popierany jest w Katarze, gdzie przychylny mu jest co trzeci kibic.

Figo faworytem wśród kibiców

W roli prezydenta FIFA fani futbolu widzieliby Portugalczyka Luisa Figo (59,1 procent) oraz prezesa Holenderskiej Federacji Piłkarskiej Michaela van Praaga (8,7). Obaj jednak już wcześniej wycofali swoje kandydatury. O urząd ubiegają się tylko jordański książę Ali bin Al-Hussein (5,3) i Blatter (2,2). Pozostali ankietowani – 24,6 procent – nie zagłosowaliby na żadnego z tej czwórki.

Atmosfera kontrowersji

To nie jedyna brzydko wyglądająca sprawa przy okazji tych wyborów. We wtorek przedstawiciele jedynego konkurenta Szwajcara poinformowali, że w kwietniu zaproponowano im 47 z 209 głosów w piątkowych wyborach oraz informacje o finansach Blattera. Nie podali, kim była osoba składająca tę ofertę. Zaznaczyli jedynie, że nie był to nikt oficjalnie związany z futbolem.

„Wyglądało na to, że te dane zostały zdobyte w sposób nielegalny. Naszym celem nie było rozpętanie skandalu, tylko prawidłowa reakcja na zdarzenie, które nosiło znamiona przestępstwa” – napisano w oświadczeniu sztabu Al-Husseina.

Blatter pełni rolę szefa światowych władz futbolu nieprzerwanie od 1998. Jest też zdecydowanym faworytem wyborów, które odbędą się w Zurychu. Jego rządom od lat towarzyszą jednak kontrowersje i podejrzenia o korupcję.
Żródło info i foto: TVP.info

Comments Brak komentarzy »

19-letnia siostrzenica wysoko postawionego urzędnika miejskiego, została uprowadzona dla okupu, a następnie zamordowana. Porywacze zabili dziewczynę, chociaż jej rodzina wpłaciła okup. W zbrodnię zamieszkany jest syn lokalnego polityka. Policja twierdzi, że to on zabił Isarve.

19-letnia Isarve Cano Vargas została porwana dla okupu, a następnie zamordowana. Jej ciało odnaleziono po miesiącu poszukiwań. Porywacze wrzucili je do zbiornika wodnego zaledwie 32 km od Tehuacan, gdzie Vargas mieszkała. Rodzina porwanej cały czas miała nadzieję, że Isarve żyje, a porywacze zwrócą jej wolność. Miało do tego dojść po przekazaniu okupu w wysokości 140 tys. dolarów. Niestety tak się nie stało. Wkrótce po odebraniu pieniędzy, ponownie skontaktowali się z rodziną i zażądali kolejnych 130 tys. dolarów. Według policji Isarve już wtedy nie żyła – zabito ją kilka godzin po porwaniu.

Komisarz dowodzący śledztwem twierdzi, że porywacze zabili nastolatkę, bo obawiali się, że ich wyda. Vargas, która jest wnuczką byłego polityka oraz siostrzenicą znanego w Tehuacan urzędnika, prawdopodobnie znała jednego z morderców. 21-letni Jesus Carrasco Lopez jest synem lokalnego polityka. W zbrodni pomagali mu przyjaciele – 28-letni Efrain Mendez Cabrera oraz 21-letni Jairo Adan Gutierrez Cabrera.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Comments Brak komentarzy »

Mimo trwających już prawie rok amerykańskich bombardowań dżihadyści odnoszą kolejne zwycięstwa w Iraku i Syrii. Na horyzoncie walki z Państwem Islamskim nie widać żadnej nowej strategii. Miało być odwrotnie. W kwietniu, po wyparciu Państwa Islamskiego (PI) z Tikritu, iracki premier Hajdar al-Abadi zapowiadał, iż kolejnym celem ofensywy sił rządowych – wspieranych z powietrza przez lotnictwo USA (z niewielkim wkładem paru innych krajów Zachodu oraz monarchii sunnickich), a z lądu przed szyickie bojówki wierne Iranowi – będą zajęte przez rebeliantów miasta prowincji Anbar. Tymczasem 15 maja PI, jakby grając Abadiemu na nosie, przypuściło udany atak na stolicę tej prowincji, Ramadi. Zaraz potem w ręce dżihadystów wpadła starożytna Palmira w Syrii oraz ostatnie kontrolowane przez syryjską armię przejście graniczne z Irakiem.

We wtorek iracki rząd ogłosił nową operację odbijania Ramadi. W wywiadzie dla BBC pewny siebie Abadi zapowiedział, że może się to udać w ciągu kilku dni. Wygląda to na kolejną obietnicę bez pokrycia. Jednak gdyby nawet siły irackie znów opanowały Ramadi, nie zmieni to niewesołej sytuacji: wielonarodowe i wielomiliardowe zaangażowanie wyraźnie nie wystarcza do pokonania “nowej Al-Kaidy”.

Pentagon obwinia iracką armię. – Możemy ją wyposażyć i wyszkolić, ale nie możemy jej dać woli walki – mówi sekretarz obrony Ashton Carter. Iraccy żołnierze uciekli z Ramadi tak samo jak w ubiegłym roku z Mosulu, drugiego największego miasta Iraku, które wciąż znajduje się pod kontrolą PI, mimo zapowiedzi jego odbicia. W teorii iracka armia liczy ćwierć miliona ludzi, jednak spora część to martwe dusze: żołnierze istniejący tylko na listach wypłat żołdu albo niegotowi do walki.

Według premiera Abadiego armia nie jest winna: została zaskoczona przez napastników wyposażonych w wybuchające ciężarówki, co “dało efekt jak mała bomba atomowa i miało bardzo, bardzo zły wpływ na nasze siły”.

Zabrakło ducha bojowego czy zawiedli sojusznicy?

Dżihadyści od miesięcy kontrolowali niektóre dzielnice Ramadi, co ułatwiło im przygotowanie skoordynowanego z kilku miejsc uderzenia. Przepytywani przez dziennikarzy oficerowie iraccy mówią o “uśpionych komórkach” PI, które zaatakowały z wewnątrz miasta. Użyto ok. 30 samochodów pułapek, które prowadzone przez samobójców eksplodowały na wojskowych posterunkach kontrolnych i otworzyły rebeliantom drogę. Niektórzy napastnicy nosili mundury policyjne, co pogłębiało dezorientację w szeregach ich przeciwników.

Bojownicy PI wykorzystali sprzyjającą pogodę: nad miastem trwała burza piaskowa, kryjąc ich przed kamerami amerykańskich dronów. W trakcie pierwszych dwóch dni walk, 15 i 16 maja, samoloty koalicji dokonały tylko czterech nalotów. Trzeciego dnia – siedmiu.

Władze w Bagdadzie mają o to do Amerykanów pretensje: to nie brak ducha bojowego, twierdzą, lecz bezczynność sojuszników odpowiada za upadek Ramadi.

Według Pentagonu burza piaskowa nie stanowi przeszkody dla nalotów, ale dotąd nie wyjaśniono, dlaczego nie było ich więcej – czy do amerykańskich dowódców nie dotarła powaga sytuacji, czy też zapanował taki chaos, że nie było jasne, kto swój, a kto wróg.

16 maja wieczorem do Ramadi dotarły posiłki: 30 pojazdów opancerzonych irackiej policji federalnej. Kolumna skierowała się w stronę budynku, gdzie oblężeni miejscowi policjanci czekali na pomoc, lecz po drodze dostała się pod silny ostrzał i zawróciła.

- Kiedy ci, którzy mieli nas ratować, wycofali się, nasze morale się załamało – powiedział “Washington Post” jeden z sunnickich obrońców miasta Omar Shehan al-Alawni.

Inaczej niż w Tikricie, w Ramadi nie było szyickich milicji, uważanych za jedyne prawdziwie bojowe oddziały w Iraku – ale znienawidzonych przez mniejszość sunnicką. Rząd (w większości szyicki) posłuchał doradców i powierzył bezpieczeństwo Ramadi regularnym siłom rządowym oraz oddziałom sformowanym na bazie lokalnych sunnickich milicji plemiennych. Lecz nie zaufał tym ostatnim na tyle, by je odpowiednio wyposażyć. Ich członkowie narzekali, że tuż przed atakiem musieli zrobić zrzutkę na zakup amunicji na czarnym rynku.

Z Ramadi zrejterowała nawet “złota dywizja”, szkolona przez Amerykanów i uważana za elitarną. Jej dowódca Fadhil Dżalil al-Barwari tłumaczył w mediach, że to “taktyczne wycofanie”.

W rezultacie około tysiąca osób zostało oblężonych w bazie wojskowej pod ogniem moździerzy i rakiet. Rebelianci wózkiem widłowym przebili się przez ścianę i wprowadzili do środka żywe bomby. Cztery potężne wybuchy zabiły wielu ludzi. Zdesperowani policjanci nie chcieli już czekać na posiłki, jak rozkazali im dowódcy – porzuciwszy rannych kolegów, podjęli próbę przebicia się przez linię wroga.

Według gubernatora prowincji w bitwie zginęło 286 policjantów. Z miasta uciekły tysiące cywilów. W ręce PI wpadło amerykańskie uzbrojenie warte miliony dolarów, w tym kilkadziesiąt czołgów i transporterów.

Kalifat walczy na kilku frontach

Kilka dni po zajęciu Ramadi w Iraku PI przejęło kontrolę nad syryjską Palmirą. Miasto figurujące na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO słynie m.in. z kolumnowych portyków i rzeźby sepulkralnej. Wyrażano obawy, że dżihadyści wezmą się do niszczenia zabytków, lecz w pierwszej kolejności wzięli się do ludzi. Państwowa telewizja syryjska podała w niedzielę, że zabili co najmniej 400 osób, w tym wiele kobiet i dzieci.

Zdobycie Palmiry pokazało zdolność PI do skutecznego prowadzenia walk na kilku frontach jednocześnie. Według niektórych analiz wojska samozwańczego kalifa Al-Bagdadiego kontrolują teraz połowę obszaru Syrii i jedną trzecią Iraku.

Padają pełne obaw pytania o ich kolejne cele. Położona centralnie Palmira jest bramą do obszarów kontrolowanych przez syryjskie wojska rządowe: Damaszku, wybrzeża na południu i południowym zachodzie kraju oraz miasta Dajr az-Zaur na wschodzie. W pobliżu znajdują się również ważne pola gazowe i naftowe. Natomiast Ramadi, 110 km od Bagdadu, leży niedaleko tamy i elektrowni zaopatrujących stolicę Iraku w prąd i wodę.

Co zrobią Amerykanie

Premier Abadi wezwał sojuszników do większego zaangażowania. Powinni pomóc Irakowi kontrolować granicę z Syrią, przez którą teraz swobodnie napływają wrodzy bojownicy. I przysłać więcej broni, w tym ręcznych wyrzutni rakietowych, która posłużyłaby do neutralizowania bomb na kołach. Waszyngton musi teraz zdecydować, czy chce ryzykować dalsze inwestowanie w iracką armię z perspektywą, że kolejne partie uzbrojenia wpadną w ręce dżihadystów. I czy pozostać przy dotychczasowej strategii: nalotów, szkolenia miejscowych wojsk i nieangażowania Amerykanów bezpośrednio w walkę. Na oba pytania odpowiedź prawdopodobnie będzie brzmiała “tak”, bo nie ma żadnej dobrej – tzn. jednocześnie skutecznej i bezpiecznej – alternatywy.

W komentarzach w USA motywem dominującym jest szukanie winnego: Republikanie i popierający ich komentatorzy twierdzą, że za “utratę Iraku” odpowiada wycofanie stamtąd wojsk przez Baracka Obamę w 2011 r., a Demokraci – że jego poprzednik George W. Bush nie powinien był w ogóle tam wchodzić.
Żródło info i foto: Wyborcza.pl

Comments Brak komentarzy »

Poznański sąd nakazał prokuraturze wznowić śledztwo w sprawie Zbigniewa R., byłego wiceministra spraw wewnętrznych w rządzie PiS, któremu zarzucano prowadzenie samochodu po pijanemu i terroryzowanie bronią kierowców. Byłego wiceministra zatrzymano przed rokiem pod Nowym Tomyślem (woj. wielkopolskie). Na jednej z lokalnych dróg jego auto zajechało drogę innemu samochodowi. Zbigniew R. wysiadł z samochodu i oddał z pistoletu trzy strzały w powietrze. Jadące samochodem małżeństwo z dzieckiem zawróciło i uciekło.

Kilka minut wcześniej R. zajechał drogę innemu pojazdowi, którym jechało pięciu młodych ludzi. Też wysiadł z auta i oddał trzy strzały – tym razem w pobocze. R. jechał samochodem w pidżamie i kapciach. Miał 1,6 promila alkoholu. Prokuratura w Szczecinie postawiła mu zarzuty prowadzenia samochodu po pijanemu oraz “zmuszania za pomocą przemocy do określonego zachowania”. Bo próbował zmusić kierowców do zatrzymania pojazdów.

Był pod wpływem leków?

Pół roku temu śledztwo jednak umorzono. Powód? Niepoczytalność. Według biegłych psychiatrów Zbigniew R. w chwili zdarzenia nie mógł rozpoznać znaczenia swoich czynów i kierować swoim postępowaniem. Tę decyzję zaskarżył pełnomocnik pokrzywdzonych, którzy jechali jednym z samochodów. We wtorek poznański sąd zdecydował, że sprawa wróci do prokuratury, a śledztwo będzie kontynuowane. Szczegóły nie są jednak znane, bo sąd obradował za zamkniętymi drzwiami. Sędzia Joanna Knobel wyjaśniła, że podczas posiedzenia poruszane będą kwestie związane ze stanem zdrowia Zbigniewa R.

Przed rokiem R. rozmawiał z dziennikarzami tygodnika “Wprost”. Mówił, że w dniu zdarzenia wypił z kolegą dwa mocne drinki, a wcześniej zażywał “leki nasercowe i silne środki przeciwbólowe”. Przyznał, że od dłuższego czasu nadużywał alkoholu. Według wersji z “Wprost” ktoś miał włamać się do domu Zbigniewa R. Ten widział dwóch mężczyzn i kobiety, chwycił za pistolet i ruszył za nimi w pościg. Po strzelaninie zawiadomił prokuraturę o włamaniu.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Comments Brak komentarzy »

Do strzelaniny doszło w sklepie znanej sieci Walmart w Grand Forks w Północnej Dakocie. Nie żyją dwie osoby. Wiele jest rannych – informuje korespondent RMF FM Paweł Żuchowski. Wiceszef lokalnej policji Mike Ferguson nie powiedział, czy napastnik został zatrzymany, czy może jest wśród ofiar strzelaniny. Oświadczył natomiast, że jego zdaniem nie ma już zagrożenia.

Jeden ze świadków, który był w sklepie w czasie strzelaniny, powiedział dziennikarzowi WDAZ-TV, że słyszał odgłosy wystrzałów, a chwilę później pracownicy sklepu przez megafon wezwali klientów, aby ci udali się do tak zwanej strefy bezpiecznej. Twierdził, że kiedy już opuszczał budynek, widział zakrwawionego pracownika sklepu.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Comments Brak komentarzy »

Gdańska prokuratura przedstawiła zarzuty dwóm nastolatkom w związku ze śmiercią 17-letniej Agaty z Wejherowa. Jedna z nich usłyszała zarzuty zabójstwa, druga utrudniania postępowania. Jak ustalili śledczy, zabójstwo odbyło się na prośbę i za zgodą 17-letniej Agaty. Rzecznik Prokuratury Okręgowej Grażyna Wawryniuk poinformowała, że zarzut zabójstwa usłyszała 17-latka, zarzut utrudniania postępowania 18-letnia koleżanka Agaty.

- Zabójstwa na prośbę i za zgodą pokrzywdzonej, taki jest zarzut postawiony podejrzanej. Druga podejrzana usłyszała zarzut utrudniania postępowania przygotowawczego poprzez podejmowanie działań pozwalających na unikniecie odpowiedzialności za popełnione przestępstwo. To nie było przypadkowe zabójstwo, było ono zaplanowane – powiedziała rzecznik.

Prokuratura złożyła wniosek o tymczasowy areszt nastolatki, która usłyszała zarzut zabójstwa. Odmówiła składania wyjaśnień. Druga dziewczyna ma dozór policyjny. Przyznała się do winy. Obie podejrzane są mieszkankami Gdańska, znały się z Agatą. Prokuratura nie ujawnia na razie, co mogło być motywem tej tragedii. To ustali śledztwo.

O hipotezie samobójstwa mówiło się od dłuższego czasu. Dziewczyna miała szukać w internecie informacji dotyczących sposobu popełnienia samobójstwa. A kilka dni przed śmiercią odwiedzić stronę, na której opisywano sposoby, jak skutecznie pchnąć się nożem w brzuch. Od takiego ciosu zginęła, a była przy tym jej najbliższa koleżanka.

Agata w chwili śmierci miała znajdować się pod wpływem środków odurzających. W zadaniu śmiertelnego ciosu uczennicy pomogła koleżanka, która wyciągnęła nóż, który zabezpieczyli już śledczy. Zabrała z parku rower, a ciało 17-latki ukryła w krzakach.

Przyjaciółka 17-latki ze wszystkiego zwierzyła się innej koleżance.

Policja od początku rozważała wątek samobójstwa w sprawie śmierci 17-letniej Agaty. Brali też pod uwagę, że dziewczynie ktoś pomagał. Teraz ten trop się potwierdził.

- Nie będę komentować tych rewelacji. Obecnie trwają czynności dochodzeniowe. Jeżeli ustalimy przełomowe fakty w śledztwie, opinia publiczna zostanie o tym poinformowana – mówi Wirtualnej Polsce prok. Ewa Burdzińska, szefowa Prokuratury Gdańsk-Oliwa.

Ostatni raz nastolatkę widziano 21 lutego o godz. 17.21 przy hipermarkecie Real przy ul. Kołobrzeskiej w Gdańsku. Wcześniej kamery zarejestrowały ją w sklepie przy Alei Niepodległości w Sopocie. Na innych materiałach wideo nastolatka była widziana na peronie stacji SKM w Kamiennym Potoku.

Pod koniec lutego tego roku Gdańskiem wstrząsnęła tragedia. Spacerująca po brzezieńskim parku para ludzi odkryła poranione ciało dziewczyny. Zwłoki leżały przykryte liśćmi, niedaleko wejścia na plażę. Dziewczyna ubrana była w ciemną bluzę z polaru oraz jeansy, co ułatwiło ukrycie zwłok. Na jej ciele odnaleziono kilkanaście ran zadanych nożem w klatkę piersiową, aortę oraz wątrobę. Śledczy przez kilka miesięcy nie mogli odnaleźć noża, telefonu ani roweru, na którym przyjechała dziewczyna.

17-latka była wysportowaną młodą dziewczyną. Chodziła do klasy mundurowej. Interesowały ją sztuki walki, szczególnie MMA. Była uparta i konsekwentna. Miała pasję wyczynowca. Niestety na zawodowe uprawianie sportu nie pozwalało jej zdrowie. Miało to spowodować u niej załamanie psychiczne.
Żródło info i foto: wp.pl

Comments Brak komentarzy »

Przed sądem w Teheranie stanął korespondent amerykańskiego dziennika “The Washington Post”. Jason Rezaian, który pracuje w Iranie, miał usłyszeć zarzuty szpiegostwa. Proces dziennikarza toczy się za zamkniętymi drzwiami.

Jason Rezaian ma podwójne, irańsko-amerykańskie obywatelstwo i od trzech lat jest irańskim korespondentem gazety. Został aresztowany w lipcu ubiegłego roku, ale irańskie władze nie ujawniły powodów takiej decyzji. Prawniczka dziennikarza twierdzi, że oskarżono go między innymi o “współpracę z wrogimi rządami oraz rozpowszechnianie propagandy”. Rezaianowi miano zarzucić zbieranie informacji na temat polityki wewnętrznej Iranu i przekazywanie ich obcym siłom.

Proces dziennikarza rozpoczął się właśnie przed sądem w Teheranie, ale szczegóły nie są znane, bo toczy się za zamkniętymi drzwiami. Stany Zjednoczone uważają, że zarzuty pod adresem korespondenta są absurdalne. Podobnie mówią: redakcja macierzystej gazety oraz rodzina Rezaiana.

- On jest niewinny. Wierzę w to. Nie mają przeciwko niemu dowodów. Myślę, że to właśnie dlatego tyle czasu trzymają go w więzieniu – mówi brat korespondenta Ali Rezaian.

Dziennikarz sądzony jest przed obliczem Gwardii Rewolucyjnej, która rozpatruje sprawy związane z narodowym bezpieczeństwem. Grozi mu 20 lat więzienia. Władze Iranu dotąd nie odniosły się do sprawy. Obrońcy praw człowieka przypominają z kolei, że w więzieniu siedzi też żona Amerykanina, dziennikarka, która również została zatrzymana w lipcu ubiegłego roku.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Comments Brak komentarzy »