Napaść na Wojciecha Kwaśniaka zlecono ze względu na jego działania ws. SKOK Wołomin. Była to próba zabójstwa?

Napaść na Wojciecha Kwaśniaka zlecono ze względu na nadzorowane przez niego działania KNF wobec SKOK Wołomin – ocenił w środę przed warszawskim sądem rejonowym były szef Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak. Według niego, atak był próbą zabójstwa.

W środę w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa odbyła się kolejna rozprawa w procesie oskarżonych o brutalne pobicie w 2014 r byłego wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Zeznania przed sądem w charakterze świadka składał były przewodniczący KNF Andrzej Jakubiak. Na ławie oskarżonych w tej sprawie zasiedli: członek rady nadzorczej SKOK Wołomin Piotr P., który miał zlecić pobicie Kwaśniaka, Krzysztof A. ps. „Twardy”, który miał dokonać napaści na b. wiceszefa KNF i Jacek W., któremu zarzucono współudział w ataku.

Jakubiak zeznał w środę przed sądem, że o napaści na Kwaśniaka dowiedział się od samego poszkodowanego. – Zadzwonił on do mnie tego samego dnia i powiedział, że został napadnięty. Kiedy pojechałem do niego do szpitala zobaczyłem jego obrażenia. Był bardzo mocno poturbowany; miał na głowie trzy rany, rozciętą wargę, obrażenia ręki. Pomyślałem, że to była próba zabójstwa, bo kiedy ktoś uderza metalową pałką w głowę, to nie robi tego tylko po to, żeby kogoś zastraszyć – zaznaczył.

Jakubiak zauważył też, że KNF przed napaścią na Kwaśniaka prowadziła kontrolę i sprawdzała nieprawidłowości w SKOK Wołomin związane z karuzelą kredytową. Podkreślił, że niespełna rok przed atakiem na Kwaśniaka KNF rozpoczęła wobec SKOK Wołomin postępowanie o ustanowienie zarządcy komisarycznego. – Z punktu widzenia SKOK było to bardzo dużą uciążliwością. Myśmy praktycznie tym ustanawianiem zarządu komisarycznego burzyli cały układ tam występujący – dodał były szef KNF.

Podkreślił przy tym, że to Wojciech Kwaśniak odpowiadał wówczas w KNF za nadzór nad m.in. bankami i spółdzielczymi kasami oszczędnościowymi. – Wojciech Kwaśniak podejmował wszystkie najważniejsze decyzje dotyczące tych podmiotów. Większość pism z urzędu, które wychodziły do SKOK-ów podpisywał właśnie on – dodał.

Zdaniem Jakubiaka, czynności prowadzone przez KNF wobec SKOK Wołomin były zagrożeniem dla procederu prowadzonego w tej Kasie. – Ktoś dostał zlecenie z uwagi na postawę wiceprzewodniczącego KNF. Sięgnięto po rozwiązanie ostateczne, czyli napaść – stwierdził.

Jakubiak zeznał też, że przed napaścią na Kwaśniaka kierownictwo KNF nie odczuwało zagrożenia fizycznego. – Było w nas poczucie, że to jest niewyobrażalne, żeby ktokolwiek odważył się w sposób fizyczny atakować przedstawicieli KNF. To było poza naszą wyobraźnią – ocenił.

Wojciech Kwaśniak, który w sprawie występuje w charakterze pokrzywdzonego i oskarżyciela posiłkowego powiedział w środę przed sądem, że pomimo upływu pięciu lat od napaści na niego, sprawcy ataku nadal nie są osądzeni. Wyraził przy tym przekonanie, że „sąd będzie nie tylko prowadzić proces i wyda uczciwy wyrok, ale także doprowadzi do ujawnienia pełnej prawdy o ataku”.

Termin kolejnej rozprawy w tym procesie sąd wyznaczył na 4 czerwca. Zeznania mają wówczas złożyć m.in. poszkodowany i jego żona.

Proces w tej sprawie ruszył ponownie przed warszawskim sądem rejonowym w połowie kwietnia br. po tym, gdy sędzia prowadząca poprzednio tę sprawę poszła na urlop macierzyński.

W maju 2014 r. Wojciech Kwaśniak, który jako wiceszef KNF nadzorował kontrolę w SKOK Wołomin, padł ofiarą ataku. Miał zostać „brutalnie pobity przed swoim domem w warszawskim Wilanowie przez bandytę, który wcześniej w więzieniu spędził 25 lat”, a bandytę wynająć miał członek rady nadzorczej SKOK Wołomin.

Prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie w maju 2014 r. Natomiast akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa w październiku 2015 r. Proces w tej sprawie ruszył przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Mokotowa jeszcze w 2015 r. Jednak w listopadzie 2017 r. sędzia prowadząca sprawę poszła na urlop macierzyński. Proces musiał zatem ruszyć od nowa.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Szef fundacji „Nie Lękajcie Się” miał wyłudzić pieniądze od ofiary księdza-pedofila

12.02.2019 Torun Marek Lisinski N/z Marek Lisinski, prezes fundacji Nie lekajcie sie fot. Lukasz Piecyk/REPORTER

Wstrząsające śledztwo Gazety Wyborczej. Według dziennika, Marek Lisiński – szef fundacji „Nie Lękajcie Się” miał podać się do dymisji po tym, jak dziennikarze gazety dotarli do informacji, że wyłudzał pieniądze od ofiary księdza- pedofila. Miał też żądać pieniędzy od braci Sekielskich.

Jak donosi w czwartek Wyborcza, Lisiński miał oszukać jedną z ofiar pedofilii w Kościele. 26-latka, w dzieciństwie gwałcona i torturowana przez księdza Romana B., wywalczyła milion złotych odszkodowania.

Według ustaleń gazety, były już szef „Nie Lękajcie Się” miał po jakimś czasie napisać od niej list. Z treści wynikało, że Lisiński choruje na nowotwór trzustki i niezbędna jest droga, nowatorska terapia. Jak wówczas twierdził, „zebrał już połowę, brakuje mu 30 tysięcy”. Kobieta przystała na jego prośby i pożyczyła mu 20 tysięcy złotych, zaś 10 tysięcy dała „w prezencie”.

Ogromne wątpliwości dodatkowo budzi fakt, że – jak podaje dziennik – „transakcja”, na prośbę Lisińskiego, miała pozostać utrzymana w tajemnicy. Ponadto, mężczyzna chciał by gotówka została mu przekazana „do ręki”.

Kłamstwo wyszło na jaw

Jakiś czas później, kłamstwo byłego szefa fundacji pomagającej ofiarom pedofilii w Kościele wyszło na jaw. 26-latka, przekonana o tym, że Marek Lisiński niedawno przeszedł skomplikowany zabieg medyczny, zobaczyła go przed kamerami, na konferencji prasowej. Rzekoma operacja miała być zafundowana z pieniędzy, które wcześniej otrzymał od niej.

Kobieta poprosiła go o zdjęcia dokumentacji medycznej, potwierdzające przebieg choroby i operacji. Lisiński odesłał jej fotografie losowych fragmentów ciała. Jak podają autorki tekstu – Katarzyna Surmiak-Domańska i Katarzyna Włodkowska – kiedy Wyborcza zwróciła się z do niego z tą samą prośbą, odmówił. Później, unikał kontaktu z dziennikarkami dziennika.

Od Sekielskich chciał 50 tysięcy złotych

Gazeta Wyborcza rozmawiała na ten temat również z twórcą filmu „Tylko nie mów nikomu”, dziennikarzem Tomaszem Sekielskim. Marek Lisiński miał wystąpić w dokumencie, ale po rozmowie ostatecznie nie udało się z nim spotkać. Domagał się również od braci Sekielskich 50 tysięcy złotych.

– Nie mogliśmy się na to zgodzić, żadna ofiara nie chciała od nas pieniędzy – stwierdził Sekielski.

Dymisja zaraz po śledztwie Wyborczej

Fundacja „Nie Lękajcie Się” wydała oświadczenie, z którego wynika, że Lisiński podał się do dymisji podczas nadzwyczajnego posiedzenia. Zwołano je od razu po tym, gdy na jaw wyszły wszelkie nieprawidłowości, związane z jego działalnością.

Rada Fundacji podjęła także działania, mające doprowadzić do kontroli zewnętrznej. Chodzi o to by wykluczyć negatywny wpływ postępowania Lisińskiego na realizację założeń Fundacji oraz jej statutu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Policja poszukuje sprawców wysadzenia bankomatu w Katowicach

Policja szuka sprawców wysadzenia bankomatu przy ulicy Wojciecha. Informację o tym zdarzeniu dostaliśmy na Gorącą Linię RMF FM. Bankomat znajdował się w pobliżu sklepu. Policjanci na razie nie informują, ile pieniędzy zniknęło.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Pijany dyplomata wjechał w sygnalizator w Wilanowie. Trwa postępowanie

Dyplomata jednego z krajów arabskich wjechał w sygnalizator w Wilanowie. Kiedy przyjechała policja, mężczyzna nie zgodził się na badanie trzeźwości. Zasłonił się immunitetem. Policja prowadzi postępowanie w sprawie spowodowania zagrożenia w ruchu lądowym.

Do zdarzenia doszło w środę w nocy na skrzyżowaniu al. Rzeczpospolitej z ul. Klimczaka. Mercedes na dyplomatycznych tablicach rejestracyjnych uderzył w sygnalizator świetlny, następnie odjechał kilka metrów i stanął – informuje Polsat News za PAP.

Świadkowie wypadku przybiegli kierowcy z pomocą. Kiedy zorientowali się, że czuć od niego alkohol, robili sobie z nim zdjęcia – informuje portal warszawawpigulce.pl. Na miejsce kolizji przyjechała policja zawiadomiona przez świadków.

Policja nie mogła zbadać jego trzeźwości, bo kierowca zasłonił się immunitetem dyplomatycznym. Funkcjonariusze wszczęli dochodzenie w sprawie stworzenia zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Grozi za to grzywna lub zakaz prowadzenia pojazdów.
Źródło info i foto: wawalove.wp.pl

Francja: Zatrzymano sprawców zabójstwa w Kostrzynie nad Odrą

We Francji zatrzymano trzech Bułgarów podejrzanych o napaść z nożami na dwoje swoich rodaków. Do brutalnego zabójstwa doszło w połowie maja w Kostrzynie nad Odrą (woj. lubuskie). W wyniku ataku zabity został 32-latek, a jego 24-letnia znajoma ciężko ranna.

„Podejrzani są w wieku 28, 30 i 49 lat. Wszyscy odpowiedzą za zabójstwo. Najstarszy z nich dodatkowo odpowie za usiłowanie pozbawienia życia swojej 24-letniej rodaczki. Zostali oni zatrzymani we Francji przez tamtejszą Straż Graniczną, podczas próby wyjazdu do Wielkiej Brytanii” – poinformował rzecznik lubuskiej policji Marcin Maludy.

Jak dodał, po finalizacji niezbędnych procedur prawnych i administracyjnych, zatrzymani obywatele Bułgarii zostaną przewiezieni do Polski i będą odpowiadać zgodnie z polskim prawem. W naszym kraju grozi im za to dożywocie.

Zaplanowany atak
Policja od początku wskazywała, że atak na dwoje Bułgarów nie był przypadkowy, lecz zaplanowany. Kryminalni szybko ustalili tożsamość potencjalnych sprawców.

Do wydarzenia doszło w nocy z 14 na 15 maja przed jedną z kamienic przy ul. Jana Pawła w Kostrzynie nad Odrą. Podjechały przed nią dwa samochody, z których wysiadła grupa mężczyzn i zaatakowała wychodzących z budynku Bułgarów – mężczyznę i kobietę. Po krótkiej szamotaninie napastnicy uciekli.

Wezwani na miejsce policjanci próbowali reanimować 32-latka, któremu zadano kilkanaście ran kłutych, ale okazały się one śmiertelne. Jego 24-letnia znajoma z kilkoma ranami zadanymi nożem trafiła do szpitala w Kostrzynie.

W poszukiwania sprawców za którymi wystawiono Europejski Nakaz Aresztowania byli również zaangażowani policyjni eksperci z Biura Międzynarodowej Współpracy Policji Komendy Głównej Policji.

Śledztwo w tej sprawie nadzoruje Prokuratura Okręgowa w Gorzowie.
Źródło info i foto: interia.pl

Oskarżyła dyrektora o molestowanie, została spalona żywcem. 16 osób z zarzutami

Szesnaście osób usłyszało zarzuty w sprawie brutalnego morderstwa 19-letniej Nusrat Jahan Rafi, uczennicy szkoły islamskiej w Pheni w Bangladeszu. Nastolatka najpierw została zwabiona na dach szkoły, a następnie oblana naftą i podpalona. Jej zabójstwo miał zlecić dyrektor szkoły, którego Rafi oskarżyła o molestowanie seksualne.

Nusrat oskarżyła dyrektora szkoły o molestowanie 27 marca – to wtedy udała się na posterunek policji w Pheni (małe miasto leżące 180 km od stolicy kraju – Dhaki) i poinformowała, że gdy dyrektor Siraj Ud Doula zaprosił ją do swojego gabinetu, gdzie dotykał ją w miejsca intymne.

Mężczyzna został aresztowany, a nastolatka wróciła do szkoły. Większość uczniów domagała się jednak wypuszczenia mężczyzny. Przekonywali, że zarzuty Rafi są bezpodstawne. Rodzina nastolatki zeznała, że dziewczyna bała się o swoje bezpieczeństwo.

„Będę walczyć do ostatniego tchnienia”

6 kwietnia, w dniu egzaminów końcowych, jedna ze znajomych Rafi miała poinformować ją, że jej przyjaciel został pobity na dachu szkoły. Gdy dziewczyna dotarła na miejsce otoczyła ją grupa osób w burkach, które zaczęły domagać się, by Nusrat wycofała oskarżenia. W momencie, w którym 19-latka odmówiła, została oblana naftą i podpalona.

Szef biura śledczego policji w Pheni Banaj Kumar Majumder poinformował, że napastnicy chcieli upozorować samobójstwo nastolatki. Po tym, jak zamaskowane osoby uciekły z miejsca zdarzenia, 19-latka została przetransportowana do szpitala. Oparzenia pokrywały 80 proc. jej ciała.

Nastolatka, cały czas przytomna, przeczuwając, że nie przeżyje, nagrała swoje zeznanie na telefon komórkowy. – Nauczyciel dotykał mnie. Będę walczyć z tą zbrodnią do mojego ostatniego tchnienia – mówiła na nagraniu. Nusrat podczas swojego ostatniego nagrania zidentyfikowała kilku napastników – według niej byli to uczniowie medresy.

Zaplanowana zbrodnia

Nusrat zmarła 10 kwietnia na skutek odniesionych obrażeń, w szpitalu w Dhace. W jej pogrzebie wzięło udział tysiące osób.

Policja w sprawie zatrzymała 16 osób. Wśród nich są uczniowie szkoły, do której uczęszczała Nusrat, oskarżony o molestowanie dyrektor, a także dwóch lokalnych polityków, którzy byli w zarządzie placówki.

Śledczy poinformowali, że dyrektor przyznał się do zlecenia zabójstwa nastolatki. Według policji zbrodnia została zaplanowana bardzo dokładnie – oskarżony mężczyzna zlecił kupienie rękawiczek, burek i nafty. Polecił też, by w dniu zabójstwa część uczniów pilnowała, by do środka wchodzili tylko uczniowie placówki. Dlatego też 6 kwietnia, do szkoły nie został wpuszczony brat Nufrat, który regularnie ją odprowadzał.

Zeznania pokrywające się z wersją Nusrat potwierdziła większość oskarżonych. Z kolei politycy zamieszani w sprawę zaprzeczają, że mają z nią cokolwiek wspólnego. Sąd ma wkrótce wyznaczyć termin rozprawy. Premier Bangladeszu Sheikh Hasina, która spotkała się z rodziną nastolatki poinformowała, że osoby, które przyczyniły się do śmierci Rafi nie uciekną przed wymiarem sprawiedliwości.

– Chcemy, by wszyscy odpowiedzialni za tę zbrodnię zostali skazani na śmierć – zapewnił „The Guardian” brat zamordowanej nastolatki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Francja: Zamachowiec z Lyonu był w kontakcie z dżihadystami

Główny podejrzany ws. ostatniego zamachu w Lyonie 24-letni Mohamed Hichem M. przyznał podczas przesłuchania, że planował eksplozję i samodzielnie skonstruował ładunki – podała agencja AFP powołując się na źródła w agencji ds. walki z terroryzmem (Sdat).

Mający korzenie algierskie 24-latek, który w piątek podłożył ładunek wybuchowy w centrum Lyonu, a w poniedziałek został zatrzymany, znajduje się w areszcie Sdat na przedmieściach Paryża. Do policyjnego aresztu trafili również jego rodzice i brat.

Dotychczasowe śledztwo potwierdziło, że kod genetyczny, jaki udało się zidentyfikować na częściach bomby, jest tożsamy z profilem Mohameda Hichema M. Rewizja przeprowadzona w domu podejrzanego w miejscowości Oullins w departamencie Rodanu, ujawniła obecność w jego mieszkaniu tych samych materiałów, które zostały użyte przy eksplozji.

Również zabezpieczona podczas przeszukania zawartość twardego dysku w komputerze domniemanego sprawcy wskazuje, że pozostawał on w kontakcie ze strukturami organizacyjnymi dżihadystów i sprawdzał, jak przygotować ładunek wybuchowy.

Agencja AFP zaznacza w komentarzu, że mimo przyznania się przez 24-latka do przygotowania ładunku wybuchowego, jego motywy wciąż pozostają niejasne. On sam również owiany jest aurą tajemniczości. Media francuskie pisały początkowo, że jest on studentem informatyki. Później wyjaśniło się jednak, że jest bezrobotny, a jego sąsiedzi i koledzy ze szkoły nie mają o nim nic szczególnego do opowiedzenia.

Najważniejsza kwestia – czy młody człowiek uległ radykalizacji i w jaki sposób, do tego doszło, wciąż pozostaje nierozstrzygnięta – pisze AFP.

Do zamachu doszło w piątek w godzinach popołudniowych. Domniemany sprawca zamachu, nagrany przez kamery uliczne, szedł deptakiem prowadząc rower. Ładunek podłożył przy wejściu do piekarni w centrum miasta.

Mężczyzna był zamaskowany. Policji udało się uchwycić ślad podejrzanego dzięki monitoringowi, a także dzięki dokładnej analizie logowania się do sieci mobilnej i zakupów dokonywanych przez młodego Algierczyka w internecie.

Według policji ładunek, który eksplodował, był bombą domowej roboty, o średniej sile rażenia, wypełnioną m. in. śrubami. Według źródeł zbliżonych do śledztwa istnieją silne podejrzenia, że użyty ładunek zawierał nadtlenek acetonu, substancję, która została użyta m.in. podczas przeprowadzonych przez dżihadystów zamachów terrorystycznych w Paryżu w listopadzie 2015 r.

Z powodu obaw, że domniemany sprawca może mieć tę substancję w domu, do jego zatrzymania doszło na ulicy.
Źródło info i foto: TVP.info

USA: Mężczyzna podpalił się przed Białym Domem

Mężczyzna podpalił się w parku The Ellipse przed Białym Domem. Na razie nie wiadomo, co było powodem jego działania. O zdarzeniu poinformowała na Twitterze agencja United States Secret Service. Szokujące nagranie trafiło do sieci. Według informacji, które przekazały służby, do zdarzenia doszło około godziny 12:20 czasu lokalnego nieopodal 15 przecznicy i Constutution Avenue.

Rzecznik Secret Service Jeffrey Adams, cytowany na portalu stacji CNBC, powiedział, że funkcjonariusze służb zareagowali w kilka sekund i zaczęli udzielać mężczyźnie pierwszej pomocy. Secret Service wydały oświadczenie, w którym poinformowano, że niezidentyfikowany mężczyzna trafił do szpitala. Na razie nic nie wiadomo na temat jego stanu. – Incydent jest przedmiotem dochodzenia. W tej chwili nie będą udzielna żadne dodatkowe informacje – powiedział Jeffrey Adams

Był to drugi taki incydent od 12 kwietnia, kiedy mężczyzna na wózku z napędem elektrycznym podpalił kurtkę na zewnątrz ogrodzenia Białego Domu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Strzelanina w szkole. Bohaterski woźny ujawnia szczegóły

Wszyscy mówią: bohater. Uczniowie, ich rodzice, personel szkoły, nawet policja. Tylko on skromnie odwraca twarz i kategorycznie nie zgadza się na zdjęcie w gazecie.

– Po co z tego robić sensację?! Ja jestem tylko woźnym. Nawet nie wiem, jak udało mi się obezwładnić tego szaleńca – mówi Krzysztof G. Ale to przecież dzięki niemu w Szkole Podstawowej nr 1 w Brześciu Kujawskim nie doszło do masakry. Marek N., cierpiący na schizofrenię paranoidalną nastolatek, nie kryje, że chciał zabić wiele osób. Dobrze się do tego przygotował. W domu skonstruował ładunki wybuchowe. Kupiony od kogoś rewolwer przerobił na ostrą broń. Zaopatrzył się w maczetę oraz teleskopowe pałki i tak uzbrojony wdarł się tylnym wejściem do szkoły, do której kiedyś chodził.

Nie przewidział jednego: że spotka na swojej drodze woźnego, który się go nie zlęknie. – Jakoś tak około 10 usłyszałem potężny huk, a zaraz potem drugi – opowiada pan Krzysztof. – W pierwszej chwili pomyślałem, że na drugim piętrze urwała się lampa z sufitu. Wbiegłem tam po schodach, patrzę, a na korytarzu stoi jakiś typ w kominiarce. Był ubrany na czarno, miał plecak, z którego wystawała maczeta i pałki, a w rękach trzymał rewolwer i telefon. Był wyraźnie zaskoczony, że się go nie boję. Działałem jak w transie, nie wszystko pamiętam. Chyba go powaliłem, wykręciłem mu ręce. Przyjechała policja, wzięła go i tyle.

W tej suchej relacji nie czuje się grozy. A przecież Marek N. zdążył już postrzelić w jednej z klas 11-letnią Oliwię, a w innym miejscu uczniowie ratowali poważnie ranną woźną. – Gdyby nie pan Krzysztof, ofiar byłoby znacznie więcej – mówi podinspektor Monika Chlebicz, rzeczniczka komendanta wojewódzkiego policji.
Źródło info i foto: se.pl

Handlarz dopalaczami oferował 100 tys. zł za zabójstwo Zbigniewa Ziobry. Trwają poszukiwania

28-letni Jan S., handlarz dopalaczami, jest poszukiwany w związku ze zleceniem zabójstwa ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry – podaje „Rzeczpospolita”. Morderstwo szefa resortu zlecił swojemu współpracownikowi, sugerował, by Ziobro zginął np. w wybuchu bomby lub otrucia.

Dolnośląski Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu prowadzi śledztwo w sprawie podżegania do zabójstwa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry – podaje „Rzeczpospolita”. Zabójstwo ministra miał zlecić 28-letni Jan S., który w maju 2018 r. został zatrzymany w Holandii za handel dopalaczami. Po wyjściu z aresztu zapadł się pod ziemię.

Jana S. miały zdenerwować wypowiedzi Zbigniewa Ziobry z jesieni 2018 r. mówiące o walce z handlem dopalaczami w internecie. Z informacji „Rz” wynika, że Jan S. właśnie dzięki internetowi zarabiał ogromne pieniądze. Zabójstwo Ziobry miał zlecić swojemu współpracownikowi, oferował za to 100 tys. zł. Proponował, by zabić ministra za pomocą – jak za orzeczeniem sądu podaje dziennik – „materiału wybuchowego, substancji powodującej zapaść krążeniową, trucizny i radioaktywnego pierwiastka oraz sposoby powodujące śmierć – w postaci obrażeń ciała powodujących wykrwawienie”. 28-latek miał też podżegać do zamordowania jednego z prokuratorów.

Wobec Jana S. został wydany europejski nakaz aresztowania. Sprawa wyszła na jaw, bo niedoszły morderca zachował internetową korespondencję z 28-latkiem.
Źródło info i foto: Gazeta.pl