Wzrosła liczba ofiar strzelaniny w El Paso. Nie żyją 22 osoby

Dwie osoby, które odniosły rany w strzelaninie w El Paso w Teksasie, zmarły w poniedziałek w szpitalu. Do 22 wzrósł tym samym bilans ofiar śmiertelnych tej zbrodni, która według władz była motywowana nienawiścią na tle rasowym.

Centrum medyczne Del Sol w El Paso nie ujawniło ani tożsamości ani wieku osób, które zmarły wskutek odniesionych ran. Pracownik szpitala, na którego powołuje się agencja AP, powiedział, że jedną z ofiar jest starsza kobieta.

– Jeden zmarły pacjent miał poważne rany brzucha, co wpływało na wątrobę, nerki i jelita. Przeprowadzono rozległą transfuzję krwi pacjenta – powiedział na konferencji prasowej dr Stephen Flaherty.

Dwa dni po ataku, w którym rannych zostało 26 osób, jeden pacjent pozostaje w stanie krytycznym, a pięciu kolejnych – jest w stanie stabilnym. Ranni zostali przyjęci do kilku szpitali w El Paso. Policja wciąż nie opublikowała listy ofiar ataku 21-letniego Patricka Crusiusa, który w sobotę wieczorem zaczął strzelać na terenie centrum handlowego Walmart w El Paso. Według władz zbrodnia była motywowana nienawiścią na tle rasowym; wśród zabitych są Meksykanie. Sprawcę ujęto, może mu grozić kara śmierci.

Kilkanaście godzin później w USA doszło do kolejnej strzelaniny. W niedzielę w nocy 24-letni Connor Betts otworzył ogień w mieście Dayton w stanie Ohio, zabijając dziewięć osób i raniąc 32. Sprawca został zastrzelony przez policjantów z przechodzącego w pobliżu patrolu.

Trump ocenił, że „strzelanina w El Paso była nie tylko wydarzeniem tragicznym ale była też aktem tchórzostwa”.

„Wiem, że wraz ze mną wielu w tym Kraju potępia ten przepełniony nienawiścią czyn. Nie ma żadnego argumentu czy wymówki, która usprawiedliwiałaby kiedykolwiek zabijanie niewinnych ludzi” – napisał Trump.

To już drugi tweet prezydenta USA dotyczący strzelaniny w El Paso. Jej sprawca, 21-letni Patrick Crusius z oddalonego o ponad 1 tys. km od El Paso miasta Allen, który dopuścił się tej zbrodni, nie ukrywał w opublikowanym na Facebooku manifeście, że nienawidzi imigrantów, zwłaszcza Latynosów i że uważa twardą politykę Donalda Trumpa ws. imigrantów oraz koncepcję zbudowania muru na granicy z Meksykiem za słuszną.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nie żyje Brunon Kwiecień. Był skazany za przygotowywanie zamachu na Sejm

Brunon Kwiecień nie żyje – poinformowała we wtorek rzeczniczka prasowa Dyrektora Generalnego Służby Więziennej podpułkownik Elżbieta Krakowska. Mężczyzna został znaleziony we wtorek martwy na łóżku w swojej celi. „W ustaleniu przyczyn zgonu więźnia pomoże sekcja zwłok” – dodała rzeczniczka. Kwiecień kilka lat temu został skazany za przygotowywanie zamachu na Sejm. – Liczył, że w sierpniu wyjdzie na wolność na mocy warunkowego zwolnienia z odbywania kary. Nie skarżył się na żadne poważne problemy ze zdrowiem – powiedział w rozmowie z tvn24.pl jego obrońca, mecenas Maciej Burda.

Jak przekazała rzeczniczka w komunikacie, „6 sierpnia 2019 r. w Zakładzie Karnym Nr 1 we Wrocławiu ok. godziny 9.00 oddziałowy, podczas wypuszczania osadzonych do lekarza okulisty, zauważył, iż leżący na łóżku skazany Brunon K. nie daje oznak życia”. Zaznaczyła, że „funkcjonariusze bezzwłocznie przystąpili do akcji reanimacyjnej”, a „na miejsce natychmiast wezwano zespół pogotowania ratunkowego, który po kontynuacji akcji reanimacyjnej stwierdził zgon mężczyzny”.

„Służba Więzienna prowadzi własne czynności wyjaśniające”

Jak przekazała ppłk Krakowska, o śmierci powiadomiono policję i prokuraturę, „która prowadzi czynności w tej sprawie”. „Niezależnie od tego, jak zawsze w takich przypadkach, Służba Więzienna prowadzi własne czynności wyjaśniające. Dyrektor Okręgowy powołał komisję złożoną z funkcjonariuszy okręgowego inspektoratu SW we Wrocławiu, która pracuje na miejscu po to, aby wyjaśnić wszystkie szczegóły tego zdarzenia” – czytamy w komunikacie. Obecnie przyczyny śmierci Kwietnia nie są znane. „Z całą pewnością w ustaleniu przyczyn zgonu więźnia pomoże sekcja zwłok” – zaznaczyła rzeczniczka Dyrektora Generalnego Służby Więziennej.

„Liczył, że w sierpniu wyjdzie na wolność”

Według informacji tvn24.pl Brunon Kwiecień jeszcze kilka tygodni temu rozmawiał z Maciejem Burdą, swoim obrońcą w procesie o przygotowania do zamachu na Sejm oraz pełnomocnikiem w sprawie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez agentów ABW, którzy rozpracowywali Kwietnia. – Brunon Kwiecień liczył, że w sierpniu wyjdzie na wolność na mocy warunkowego zwolnienia z odbywania kary – powiedział mecenas Burda. – Wiele razy powtarzał, że nie zamierza popełnić samobójstwa – dodał adwokat. – Nie skarżył się na żadne poważne problemy ze zdrowiem. Cierpiał jedynie na dolegliwości związane z oczami – wyjaśnił. Jak przekazał, jego klient twierdził, że funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego podżegali go do popełnienia kolejnych przestępstw: zamachu na ambasadę Izraela, zabójstwa ówczesnej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz Waltz, wysadzenia pomnika martyrologii żydowskiej oraz handlu bronią.

Prokuratura umorzyła postępowanie w tej sprawie. Sąd utrzymał tę decyzję w mocy.

19 kwietnia 2017 roku krakowski sąd apelacyjny zadecydował, że Brunon Kwiecień jest winny przygotowywania zamachu terrorystycznego na Sejm. Obniżył równocześnie wyrok 13 lat więzienia, który wymierzył w 2015 roku sąd I instancji i skazał Kwietnia na 9 lat więzienia. Na poczet kary zaliczył też okres, który mężczyzna spędził wcześniej w areszcie. Brunon Kwiecień odpowiadał przed sądem za przygotowywanie od lipca do listopada 2012 roku ataku terrorystycznego na konstytucyjne organy RP, nakłanianie w 2011 roku dwóch studentów do przeprowadzenia zamachu oraz nielegalne posiadanie broni i handel nią.

Według śledczych Kwiecień, doktor chemii, ówczesny pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, zamierzał zdetonować w pobliżu Sejmu cztery tony materiałów wybuchowych na bazie saletry, umieszczone w pojeździe SKOT. Do eksplozji miało dojść podczas posiedzenia z udziałem prezydenta, premiera i ministrów – w trakcie rozpatrywania w Sejmie projektu budżetu. W śledztwie Kwiecień przyznał się do tego, że przygotowywał i opracowywał zamach na gmach Sejmu, natomiast nie poczuwał się do winy i twierdził, że inspirowała go inna osoba. Nie przyznał się do podżegania studentów ani do posiadania broni i handlu nią.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Londyn: 6–letni chłopiec wypadł z 10. piętra galerii. 17-latek zatrzymany przez policję

6-letni chłopiec, który wypadł z 10. piętra słynnego muzeum sztuki współczesnej Tate Modern w Londynie jest w stanie krytycznym. Policja zatrzymała 17-latka, którego podejrzewa o celowe wypchnięcie dziecka. Do tragedii doszło, gdy dziecko stało na platformie widokowej budynku. Spadło na dach galerii znajdujący się na wysokości 5. piętra. Chłopiec helikopterem został przetransportowany do szpitala.

Śledczy badają teraz stan psychiczny aresztowanego 17-latka. Nic nie wskazuje na to, że znał chłopca bądź jego rodzinę. Niewykluczone, że usłyszy zarzut usiłowania morderstwa. Tate Modern to brytyjskie muzeum narodowe międzynarodowej sztuki nowoczesnej. W 2018 roku było najbardziej popularną atrakcją turystyczną w całym Zjednoczonym Królestwie. Odwiedziło je niemal 6 mln turystów.
Źródło info i foto: TVP.info

Pijany 25-latek zatrzymany po policyjnym pościgu. W aucie dwoje przerażonych dzieci

Kierowca z Tarnowskich Gór w województwie śląskim uciekał samochodem przed policją. Wiózł małe dzieci, które były przerażone zachowaniem ojca. Gdy kierowcę zatrzymali policjanci, maluchy w wieku 3 i 6 lat płakały na tylnym siedzeniu. 25-letni mężczyzna był pijany, podobnie jak matka dzieci czekająca w domu. Sprawą zajmie się sąd rodzinny.

Kierowca miał ponad 2,5 promila alkoholu we krwi. Taki wynik dało badanie mężczyzny zatrzymanego w Tarnowskich Górach (woj. śląskie). Policja dostała zgłoszenie o pijanym kierowcy w sobotę około godziny 22.00.

Świadek zdarzenia powiedział, że w aucie mężczyzny znajdowały się dzieci. Kilka patroli natychmiast ruszyło do akcji i bardzo szybko zlokalizowali pijanego mężczyznę. Ten jednak, mimo wyraźnych znaków funkcjonariuszy, nie chciał się zatrzymać, tylko zaczął uciekać w głąb Tarnowskich Gór. Jechał całą szerokością ulicy, wjeżdżając momentami na chodnik.

Po krótkim pościgu policji udało się zatrzymać pojazd. Jednak kierowca zabarykadował się w środku i nie chciał wysiąść. Funkcjonariusze musieli użyć siły aby go wyciągnąć. Ustalono potem, że pijany kierowca ze Śląska był już wcześniej karany za jazdę w stanie nietrzeźwości i stracił prawo jazdy.
Źródło info i foto: wp.pl

USA: Cesar Sayoc, nadawca wybuchowych paczek do przeciwników Donalda Trumpa, skazany na 20 lat więzienia

Na 20 lat pozbawienia wolności skazany został w poniedziałek przez sąd w Nowym Jorku Cesar Sayoc z Florydy, który w październiku ub.r. wysyłał paczki z materiałami wybuchowymi do przedstawicieli Partii Demokratycznej w USA i jej zwolenników.

Sayoc do winy przyznał się w macu br. Prokuratura żądała dożywocia, jego obrońcy chcieli 10 lat więzienia. Ian Marcus Amelkin, jeden z prawników oskarżonego, argumentował, że działanie Sayoca było spowodowane paranoicznym, urojeniowym myśleniem, wywołanym przez częste stosowanie sterydów.

Broniąc Sayoca Amelkin utrzymywał, że jego klient, mieszkający w furgonetce w czasie aresztowania, zmagał się przez całe życie z poważnymi trudnościami w uczeniu się, skutkami wykorzystywania w dzieciństwie i izolacji społecznej. Prawnik argumentował, że Sayoc postrzegał Donalda Trumpa jako „ojca” i miał obsesję na punkcie ludzi, których uważał za wrogów amerykańskiego prezydenta.

– Uważamy, że retoryka prezydenta przyczyniła się do zachowania pana Sayoca – mówił w sądzie Amelkin.

Asystent prokuratora Jane Kim argumentowała, że Sayoc stanowił zagrożenie dla społeczeństwa i że jego działania powinny być surowo ukarane. – Oskarżony postanowił terroryzować ludzi – mówiła Kim.

Sayoc wyraził skruchę na krótko przed wydaniem wyroku. – Bardzo mi przykro z powodu tego, co zrobiłem – powiedział.

– Charakter i okoliczności tych działań są przerażające – powiedział sędzia Jed Rakoff, wydając werdykt. – Nienawidził swoich ofiar. Nie życzył im niczego dobrego – dodał sędzia i wyjaśnił, że postępowanie Sayoca było „zbyt okropne”, by można było zastosować „względnie łagodny” wyrok 10 lat pozbawienia wolności.

Wielokrotnie aresztowany

57-letni Sayoc ma długą historię zatargów z prawem. Wcześniej był wielokrotnie aresztowany, a w roku 2002 został skazany na roku więzienia w zawieszeniu za grożenie, że podłoży ładunek wybuchowy. Prawnik, który go wówczas reprezentował Ronald Lowy, powiedział, że jego klient nie posiadał wtedy wiedzy, która pozwoliłaby na skonstruowanie bomby.

W październiku ub.r. pierwsza przesyłka od Sayoca przeznaczona była dla miliardera i filantropa George’a Sorosa. Następnie wysłał paczki z urządzeniami wybuchowymi do byłego prezydenta Baracka Obamy, byłego wiceprezydenta Joe Bidena, byłej sekretarz stanu Hillary Clinton i aktora Roberta de Niro, do siedziby telewizji CNN na Manhattanie (była zaadresowana do byłego dyrektora CIA Johna Brennana), do Erica Holdera (byłego prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), kongresmenki Maxine Waters.

Potem przejęto paczki wysyłane do demokratycznego senatora Cory’ego Bookera i do byłego dyrektora wywiadu krajowego Jamesa Clappera oraz do miliardera, filantropa i ważnego sponsora Partii Demokratycznej Toma Steyera.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje ws. Kamila Durczoka

Nowe ustalenia w sprawie Kamila Durczoka podaje portal tvp.info. Najprawdopodobniej na początku przyszłego tygodnia sąd zajmie się zażaleniem prokuratury dot. decyzji o braku aresztu dla dziennikarza. Już za kilka dni poznamy również wyniki badań toksykologicznych na obecność narkotyków – podaje rzecznik prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim.

Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie Trybunalskim skierowała w piątek do sądu zażalenie na decyzję o niearesztowaniu Durczoka. Dziennikarz jest podejrzany o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, którego dopuściła się osoba będąca w stanie nietrzeźwości.

Jak informuje portal tvp.info, powołując się na rzecznika prokuratury Witolda Błaszczyka, sąd zajmie się zajmie się zażelaniem pod koniec tego tygodnia lub na początku przyszłego.

W sprawie dziennikarza prowadzone są także badania toksykologiczne. Dzięki temu śledczy wykryją, czy Durczok jechał nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i narkotyków. – Wyniki będą znane do 10 sierpnia – poinformował rzecznik.

Jak wskazał Błaszczyk, policja nie ustaliła dotąd, czy prawdziwe są medialne doniesienia o obecności 20-letniej pasażerki w aucie Durczoka.

Portal tvp.info ustalił także nieoficjalnie, że dziennikarz faktycznie miał w samochodzie broń palną. Posiadał jednak na nią ważne pozwolenie i przetrzymywał ją w przeznaczonej do tego metalowej kasetce. – Prokuratura nie postawiła w tym zakresie żadnych zarzutów – poinformował Błaszczyk.

Przypomnijmy, że 26 lipca Kamil Durczok spowodował wypadek na trasie A1 w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Dziennikarz uderzył samochodem w pachołki rozdzielające jezdnię. Policja ustaliła po przybyciu nie miejsce zdarzenia, że były prezenter TVN i Polsatu jest kompletnie pijany. Jak wynika z relacji świadków wypadku, Kamil D. wychodząc z auta, „ledwo trzymał się na nogach”. Co gorsza, miał w tym stanie przejechać wiele kilometrów i prowadzić auto przez kilka godzin.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Ojciec z zarzutami zabójstwa dwóch niemowląt

Tłumaczył, że jego 5-miesięczny syn wypadł mu z rąk. Dziecko zmarło. Na podstawie obrażeń stwierdzono jednak, że to ojciec prawdopodobnie umyślnie zabił chłopca. Usłyszał zarzuty i trafił za kraty. Po latach śledztwa policjanci z tzw. Archiwum X ustalili, że wcześniej 27-latek mógł zamordować także 3-miesięczną córeczkę.

We wrześniu 2017 roku do szpitala na warszawskich Bielanach trafił 5-miesięczny chłopczyk. Dziecko zostało przywiezione na oddział przez rodziców. Z relacji ojca wynikało, że syn wypadł mu z rąk. Niestety, pomimo dramatycznej walki lekarzy o życie niemowlęcia, nie udało się go uratować.

Dwie tragedie rodzinne w ciągu roku

– Początkowo nic nie wskazywało na to, że dziecko mogło paść ofiarą przestępstwa. Jednak obrażenia u chłopca na tyle zaniepokoiły personel szpitala, że o wszystkim zostali powiadomieni policjanci. Przeprowadzona przez Zakład Medycyny Sądowej sekcja zwłok dziecka nie potwierdziła wersji ojca. Obrażenia chłopca były na tyle poważne, że nie mogły powstać w tych okolicznościach, które podawał mężczyzna – tłumaczy Magdalena Bieniak z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji.

Sprawą zajęli się więc policjanci z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw, przy współpracy z Prokuraturą Okręgową w Warszawie. Zebrano na tyle mocne dowody, że w listopadzie 2017 roku ojciec chłopca został zatrzymany i usłyszał zarzut zabójstwa. Sąd zdecydował o jego tymczasowym areszcie.

Pracujących nad sprawą funkcjonariuszy zaniepokoiło jednak to, że ponad rok wcześniej w tej rodzinie doszło do jeszcze jednej tragedii. Okazało się, że chłopiec miał siostrę, która zmarła mając zaledwie trzy miesiące. Wtedy uznano, że nastąpiło to z przyczyn naturalnych. Okoliczności, w których doszło do zabójstwa 5-miesięcznego dziecka, były jednak na tyle brutalne, że policjanci postanowili również przyjrzeć się śmierci dziewczynki.

Dziewczynka ofiarą zbrodni

Sprawą zajęli się funkcjonariusze ze specjalnej grupy, tzw. Archiwum X, powołanej do rozwiązywania najtrudniejszych spraw i najokrutniejszych zbrodni. – Przez prawie dwa lata śledczy gromadzili materiał dowodowy w postaci dokumentacji lekarskiej, opinii i ekspertyz wybitnych specjalistów z całego kraju, który został zebrany w ponad 30 tomów akt. Przeprowadzono także ekshumację zwłok dzieci i wykonano szereg innych czynności operacyjnych, które potwierdziły podejrzenia policjantów. Okazało się, że 3-miesięczna dziewczynka również padła ofiarą brutalnej zbrodni, a związek z jej śmiercią może mieć także ojciec – informuje Magdalena Bieniak.

– Sposób działania sprawcy ustalony przez śledczych świadczył o tym, że miała to być „zbrodnia doskonała”. Zebrany materiał dał podstawy do przedstawienia zarzutów ojcu dzieci. 27-letni mężczyzna usłyszał m.in. dwa zarzuty za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególnie potępienie, w tym jeden zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem – wylicza policjantka.

Mundurowi nie chcą podawać więcej szczegółów tych dwóch zbrodni, zasłaniając się dobrem śledztwa. Ojcu dzieci grozi dożywocie.
Źródło info i foto: onet.pl

Gdańsk: Sąd skazał mężczyznę, który molestował 13-letnią dziewczynkę w szpitalu psychiatrycznym

Gdański sąd skazał na karę roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata mężczyznę, który molestował 13-letnią dziewczynkę w szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku. W tej samej placówce w ciągu ostatnich kilku miesięcy doszło do kilku przypadków gwałtu i molestowania.

Do molestowania 13-letniej pacjentki Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku doszło w ubiegłym roku. Skazany i ofiara byli podopiecznymi placówki. W ocenie sądu 19-letni Robert Z. miał „w znacznym stopniu ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia czynu, który popełnia i kierowania swoim postępowaniem”. Mężczyzna został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Przez ten czas skazany będzie pod dozorem kuratora. Sąd orzekł też wobec mężczyzny trzyletni zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 100 m.

Sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności, jednak wyrok i uzasadnienie zostały odtajnione – poinformowała Polska Agencja Prasowa.

To nie jedyne takie zdarzenie w Wojewódzkim Szpitalu Psychiatrycznym w Gdańsku. Na początku czerwca br. w szpitalu doszło do gwałtu. Ofiara, 15-letnia dziewczynka, przebywała na oddziale dla dorosłych. Na dziecięcym nie było wolnych miejsc.

W nocy 15-latka została zaatakowana przez pacjenta z sąsiedniej sali. 25-letni mężczyzna wykorzystał fakt, że dziewczynka była po lekach nasennych i – jak powiedziała nam Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku – „podstępem doprowadził pokrzywdzoną do poddania się innej czynności seksualnej oraz do obcowania płciowego”.

W tej samej placówce ofiarą molestowania padły również dwie trzynastolatki. Dziewczynki miał wykorzystać 37-letni pacjent. Mężczyzna został zatrzymany i usłyszał zarzuty.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Oskarżeni zgwałcili swoją ofiarę kijem bejsbolowym i kazali udawać psa

Oprawcy bili go do nieprzytomności, sikali na niego, podtapiali w stawie, gwałcili kijem bejsbolowym i żeby jeszcze bardziej go upodlić – kazali udawać psa. Cztery młode bestie – Mateusz J. (24 l.), Rafał K. (24 l.), Damian O. (20 l.) i Greta P. (19 l.) – stanęły właśnie przed Sądem Okręgowym w Lublinie, oskarżone o znęcanie się nad kolegą z wyjątkowym okrucieństwem.

Młode, harde twarze, na rękach kajdanki. Po oprawcach Marka nie widać skruchy. Nie sprawiają wrażenia przybitych tym, co się stało. Przeciwnie. Są zadowoleni, że ich proces toczy przy drzwiach zamkniętych, bo sąd wykluczył jawność, powodowany drastycznymi okolicznościami sprawy. Kaci i ich ofiara znali się dobrze, byli sąsiadami. Wspólnie też bawili się pod koniec maja ub.r. nad jeziorem Białym w Okunince, niedaleko Włodawy. Między Mateuszem a Markiem doszło wówczas do utarczki. Szybko jednak się uspokoili i zapomnieli o całej sprawie. Tak się przynajmniej wydawało, bo nazajutrz spotkali się znowu i pili wódkę, siedząc w aucie. A jednak dawne animozje wróciły i koledzy po raz kolejny skoczyli sobie do oczu. Tyle że tym razem nikt ich nie rozdzielił, a w sukurs Mateuszowi przyszedł jeszcze Rafał.

– Przyciskając nogą szyję poszkodowanego oddali na niego mocz. Potem załadowali swą ofiarę do bagażnika i zawieźli pod dom Mateusza. Tam ponownie skatowali Marka i zgwałcili kijem bejsbolowym. Wszystko nagrywali telefonem – ustalili śledczy.

Ale oprawcom było mało. Rafał i Mateusz ponownie zapakowali ledwo żywego chłopaka do auta i wywieźli do lasu. Tam dołączyli do nich Damian i Greta. Pastwili się nad Markiem – zmusili go, by udawał psa, potem kazali mu wejść do stawu i stać w wodzie po szyję. – Zabijemy cię, jak komuś coś powiesz – zapowiedzieli na koniec.

Skatowany chłopak trafił do szpitala, a policja szybko wyłapała degeneratów. Nie przyznają się do niczego. – Baliśmy się kolegów – wyznali jedynie Damian i jego dziewczyna Greta. Całej czwórce grozi do 12 lat więzienia.

* Imię ofiary zostało zmienione
Źródło info i foto: se.pl

Bójka policjantów CBŚP w czasie imprezy

Do bójki podczas zakrapianej imprezy doszło między dwoma funkcjonariuszami CBŚP z Bydgoszczy. Z powodu obrażeń jeden z nich ma obecnie przebywać na zwolnieniu. Jak podaje „Express Bydgoski”, do bójki miało dojść podczas prywatnej imprezy w mieszkaniu jednego z nich.

– W pewnym momencie podczas picia jeden uderzył drugiego w twarz (…). Uderzenie było w lewa stronę głowy. Cios prawdopodobnie zadano szklanką albo czymś podobnym – przekazał informator dziennika. Jak zaznaczył, uderzony policjant przebywa obecnie na zwolnieniu z powodu doznanych obrażeń. Obaj policjanci mają być pracownikami zarządu CBŚP w Bydgoszczy.

Bójka funkcjonariuszy CBŚP. „Rozpoczęto czynności wyjaśniające”

Nieoficjalnie „Express Bydgoski” dowiedział się, że jeden z mężczyzn miał obrazić żonę drugiego, która również pracuje dla CBŚP. To miało być przyczyną bijatyki. Jak podkreśla insp. Mariusz Ciarka, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji, „zdarzenie nie miało związku z wykonywanymi czynnościami służbowymi”.

„(…) bezzwłocznie rozpoczęto czynności wyjaśniające, których celem jest ustalenie czy doszło do przewinienia dyscyplinarnego” – poinformowała kom. Iwona Jurkiewicz, rzecznik CBŚP.
Źródło info i foto: Gazeta.pl