SG rozbiła grupę przemytników ludzi

Szajka specjalizująca się w organizowaniu i ułatwianiu nielegalnej migracji cudzoziemcom z państw Bliskiego Wschodu i Zakaukazia została rozbita przez funkcjonariuszy Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. Wśród zatrzymanych jest adwokat, który był pełnomocnikiem w postępowaniach cudzoziemców w postępowaniach administracyjnych.

Według śledczych, grupa działała od lutego 2015 roku do września 2019 roku na terenie Warszawy i innych miejscowości na terenie kraju. Z dotychczas zebranego materiału dowodowego, wiadomo, że grupa przestępcza zalegalizowała pobyt w naszym kraju kilkudziesięciu cudzoziemcom, w głównej mierze obywatelom Pakistanu i Indii, czerpiąc z tego korzyść materialną – przekazała rzecznik Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej.

Płacili od 4 do 10 tys. euro

Z ustaleń śledczych wynika, że grupa, aby zalegalizować pobyt cudzoziemców, m.in. zakładała podmioty gospodarcze, zawierała fikcyjne umowy najmu i o pracę, a następnie przedkładała je w postępowaniach administracyjnych. Za ich pomoc cudzoziemcy musieli zapłacić od 4 do 10 tys. euro.

Do zatrzymania członków grupy doszło pod koniec listopada w Warszawie i Otwocku. Łącznie zatrzymano trzy osoby: 47-letniego czynnego zawodowo adwokata Andrzeja M., który występował w roli pełnomocnika cudzoziemców w postępowaniach administracyjnych, oraz matkę z synem, którzy prowadzili kancelarię doradztwa prawnego oraz ekonomicznego.

W trakcie przeszukań firm i mieszkań członków grupy, funkcjonariusze zabezpieczyli dyski, telefony, karty SIM, różnego rodzaju notatki zawierające informacje dotyczące danych cudzoziemców, jak również dokumentację związaną z reprezentowaniem cudzoziemców przed urzędami wojewódzkimi w postępowaniach administracyjnych dotyczących legalizacji pobytu – dodała Bielec-Janas.

Wskazała również, że podczas przeszukania zabezpieczono ponad 100 tysięcy złotych w różnych walutach.

Grupa usłyszała zarzuty

Rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik podała, że prokurator Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej przedstawił zatrzymanym zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przedkładania nierzetelnych i podrobionych dokumentów, oraz umożliwienia lub ułatwienia pobytu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej wbrew przepisom w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej.

Jak dodała, wobec dwóch podejrzanych zastosowano poręczenia majątkowe – wobec adwokata 50 tys. złotych, natomiast wobec drugiego podejrzanego 40 tys. zł. Wobec podejrzanej kobiety zastosowane są środki zapobiegawcze w postaci dozoru policji i zakazu opuszczania kraju – podkreśliła Bialik.

Z kolei ppor. Dagmara Bielec-Janas poinformowała, że sprawa ma charakter rozwojowy i niewykluczone są kolejne zatrzymania.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Agenci CBA zatrzymali burmistrza Niepołomic

Funkcjonariusze CBA zatrzymali burmistrza Niepołomic i jego zastępcę w śledztwie dotyczącym przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych w związku z przetargiem na budowę Szkoły Podstawowej w Niepołomicach. Jak poinformowała Prokuratura Krajowa, zatrzymań dokonano na polecenie prokuratora Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach.

Zatrzymani przez CBA to burmistrz Niepołomic i jego zastępca. „Postępowanie dotyczy przekroczenia uprawnień, do jakiego doszło podczas przetargu na budowę Szkoły Podstawowej w Niepołomicach” – przekazała PK.

Po doprowadzeniu do Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach prokurator przedstawi zatrzymanym zarzuty. Po wykonaniu czynności procesowych z zatrzymanymi prokurator podejmie decyzję co do stosowania środków zapobiegawczych.

Jak mówi portalowi tvp.info rzecznik CBA Temistokles Brodowski, to nie pierwsze zatrzymania w tej sprawie. – Zarzuty usłyszało już 16 osób. Wątki dotyczące 7 osób zostały wyłączone z toczącego się postępowania i objęte aktami oskarżenia – dodał.
Źródło info i foto: TVP.info

Londyn: Zabity 25-latek miał jako pierwszy przeciwstawić się terroryście

25-letni Jack Merritt, jedna z dwóch ofiar śmiertelnych piątkowego ataku terrorystycznego w Londynie, był pierwszą osobą, która przeciwstawiła się napastnikowi – powiedział w poniedziałek amerykański wykładowca będący wówczas w budynku.

W powstrzymaniu Usmana Khana i zapobiegnięciu większej liczbie ofiar wydatną rolę odegrał pracujący w kuchni w Fishmongers’ Hall polski imigrant o imieniu Łukasz, który walczył z nim przy pomocy zdjętego ze ściany półtorametrowego kła narwala.

Prof. Bryonn Bain, który w piątek również uczestniczył w seminarium na temat reintegracji skazanych, ale był w innej sali, powiedział BBC, że gdy rozległy się krzyki, najpierw dwie osoby z jego warsztatów, a później on sam pobiegł w kierunku miejsca ataku. „Wtedy pobiegłem w dół i zobaczyłem scenę, która się tam rozgrywa. Byłem w stanie zobaczyć napastnika. Czułem się jak na polu bitwy, panował całkowity chaos” – opowiadał.

Podkreślił, że Merritt „był pierwszą linią obrony”, a w próbie powstrzymania Khana uczestniczyli także więźniowie uczestniczący w seminarium. Merritt był koordynatorem programu Learning Together, zaś druga zabita osoba, 23-letnia Saskia Jones – wolontariuszką.

Polak odegrał kluczową rolę

Tym niemniej jak wynika z relacji Toby’ego Williamsona, dyrektora Fishmongers’ Hall, to Łukasz, który przybiegł z kuchni słysząc krzyki, odegrał kluczową rolę w uratowaniu wielu osób. Jak podkreślił, dzięki temu, że Polak dysponując kłem narwala podjął walkę z uzbrojonym w noże kuchenne terrorystą, umożliwił wielu innym osobom ucieczkę z pomieszczenia. W trakcie tej walki Polak został pięciokrotnie dźgnięty w rękę, co jednak nie przeszkodziło mu, by wraz z innym pracownikiem – który z kolei wziął gaśnicę – pobiec za uciekającym terrorystą na Most Londyński, gdzie później zastrzeliła go policja.

Dziennik „Daily Mail” podał wcześniej w poniedziałek, że Polak wypisany już został ze szpitala. Williamson ujawnił, że ma on trzydzieści kilka lat, a w Fishmongers’ Hall pracuje od 10 lat.

Tymczasem w Londynie i w Cambridge – gdzie Merritt i Jones studiowali – odbyły się w poniedziałek uroczystości upamiętniające dwoje zabitych. W londyńskich uroczystościach wzięli udział premier Boris Johnson, lider opozycji Jeremy Corbyn i burmistrz Londynu Sadiq Khan.

Ojciec Merritta wezwał przy tej okazji, aby nie wykorzystywać tragedii do celów walki wyborczej. W szczególności skrytykował niektóre gazety za to, w jaki sposób relacjonują zapowiedź Johnsona, że rząd dokona przeglądu decyzji o warunkowych zwolnieniach osób skazanych za terroryzm.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Niemcy: Trwa proces „pielęgniarza śmierci”. Ofiar było więcej?

Pochodzący z Polski pielęgniarz zaprzeczał, by zabijał z rozmysłem – pisze niemiecka prasa w relacjach z procesu Grzegorza W.

Nadkomisarz Johannes Pletl zapewne długo nie będzie mógł zapomnieć przesłuchań mężczyzny, nazywanego „pielęgniarzem śmierci”, który stanął w zeszłym tygodniu przed sądem krajowym w Monachium za zamordowanie sześciu osób – pisze w poniedziałek (2.12.2019) dziennik „Sueddeutsche Zeitung”. Pletl pięć razy przesłuchiwał pochodzącego z Polski 38-letniego Grzegorza W., który przyznał się do popełnienia sześciu zabójstw, a także trzykrotnego usiłowania zabójstwa i trzykrotnego niebezpiecznego uszkodzenia ciała. Przestępstwa popełnił za pomocą zastrzyku z wysoką dawką insuliny, którą wstrzykiwał podopiecznym. Niewykluczone, że zostanie oskarżony o siódme zabójstwo.

„Z rąk Grzegorza W. Mogło zginąć jeszcze więcej osób. Jak przyznał Pletl, w ciągu roku pielęgniarz mógł podać zagrażającą życiu dawkę insuliny nawet 20 seniorom” – relacjonuje „SZ”.

Kradł proszek do prania, wino i trochę biżuterii

Grzegorz W. był zatrudniany jako pielęgniarz za pośrednictwem polskich i niemieckich agencji. Twierdził, że z zawodu był ślusarzem i mechanikiem, ale ukończył półroczny kurs dla pielęgniarzy osób starszych, obejmujący 120 godzin. Według ustaleń śledczych uczęszczał na kurs jedynie dwa lub trzy miesiące. Prokuratura jest przekonana, że nigdy nie zamierzał pracować jako pielęgniarz. Praca ta miała mu jedynie otworzyć drzwi do domów niemieckich seniorów, których zamierzał okradać.

Od maja 2015 roku pracował w 69 niemieckich domach. Według Pletla siedem osób zmarło w obecności Grzegorza W., osiem trafiło do szpitali. Tylko u dwóch osób stwierdzono obniżony poziom cukru we krwi. Z 19 miejsc, w których pracował W. miał zniknąć bez śladu, wraz z rozmaitymi przedmiotami. „Co takiego wynosił? Proszek do prania, papier toaletowy, mydło w płynie, szczotki do toalet. Raz ukradł Federalny Krzyż Zasługi, 15 butelek wina z piwnicy, żywność i trochę biżuterii, którą chciał w Polsce zastawić w lombardzie” – informuje dziennik „Die Welt”. Nie miał w Niemczech stałego miejsca zamieszkania, za każdym razem przyjeżdżał do pracy z Polski i szybko znikał, gdy jego podopieczni umierali albo trafiali do szpitala.

Wpadł w zeszłym roku, po nagłej śmierci swego 83-letniego podopiecznego z Ottobrunn Franza Xavera. Gdy przy W. Znaleziono złoty zegarek zmarłego oraz zastrzyk insuliny, policja postawiła mu zarzuty.

„Seniorzy byli agresywni”

Podczas przesłuchań pielęgniarz miał odpowiadać bardzo składnie, bardzo rzadko tracił nad sobą kontrolę.

Jako pielęgniarz zajmował się starszymi osobami, często z demencją. „Jeden z podopiecznych musiał umrzeć, bo nie przesypiał nocy, druga, 79-letnia kobieta – aby W. mógł w spokoju przeszukać i okraść jej dom, innemu podopiecznemu podał insulinę, bo z powodu demencji zachowywał się agresywnie” – relacjonuje prasa zeznania nadkomisarza.

Na pytanie o to, dlaczego ci ludzie musieli umrzeć, W. miał odpowiedzieć: „Bo byli wobec mnie agresywni. Nie chciałem, aby ktokolwiek zmarł. Nie jestem psychicznie chorym idiotą. Chciałem normalnie pracować, ale oni byli agresywni” – miał zeznawać Grzegorz W. Opisywał, że niektórzy podopieczni wyzywali go od „polskiej świni”, pluli na niego jedzeniem, rzucali ekskrementami albo nie pozwalali mu się dotknąć.

Twierdził także, że „od insuliny nie można umrzeć” i w „UE jeszcze nikt nie umarł wskutek podania insuliny”. Chciał jedynie uspokoić podopiecznych, by spali w nocy. Tylko raz miał przyznać, że mogło to doprowadzić do śmierci.

Fatalny obraz całej branży

Twierdził, że sam choruje na cukrzycę, dlatego ma dostęp do leku. Musiał zdawać sobie sprawę ze skutków przedawkowania. Wątpliwości śledczych budzi jednak to, skąd miał tak dużą ilość insuliny.

„Die Welt” zwraca uwagę, że w związku z procesem Grzegorza W. powstaje fatalne wrażenie o całej branży, zajmującej się pośredniczeniem w zatrudnianiu opiekunów osób starszych w Niemczech. Agencje przekonują, że chcą tego, co najlepsze dla babci i dziadka, a w rzeczywistości mają na względzie tylko swój interes – dodaje gazeta. „Czy niemieckie agencje, które współpracują z polskimi i słowackimi pośrednikami, nie powinny uważać, by oferować klientom wyłącznie personel, o nieposzlakowanej reputacji? Czy nikt nie spytał W. o policyjne poświadczenie niekaralności? Najwyraźniej nie. Bo w przeciwnym razie klienci trzymaliby się z daleka od skazanego w Polsce na dziewięć lat więzienia za przestępstwa przeciwko własności. Ale zadowolono się tym, co sam mówił o sobie” – konkluduje dziennik.
Źródło info i foto: interia.pl

Polska: Kwitnie handel metamfetaminą. Nad Wisłą powstał największy kanał przerzutowy w Europie

Zalewająca czeski rynek substancja wytwarzana jest dzięki nieudolności polskich funkcjonariuszy. Nad Wisłą powstał największy kanał przerzutowy w Europie.

Potwierdzają to najnowsze ustalenia Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (ECMNiN) oraz Europolu. Sytuacja na przestrzeni lat zamiast polepszać, pogarsza się. O wstydliwej nieudolności polskich służb DGP informował już w czerwcu 2017 r. (DGP z 23 czerwca 2017 r., „Czeski łącznik”). Wskazaliśmy wówczas, że sprzedawana w Polsce pseudoefedryna, dostępna choćby w popularnych lekach na kaszel, jest w hurtowych ilościach przewożona do Czech. Tam produkowana z niej jest metamfetamina.

„Metamfetamina jest przeważnie produkowana na terenie Czech w niewielkich laboratoriach. W 2015 r. wykryto 253 takie laboratoria i przejęto z nich 106,9 kg metamfetaminy o czystości wynoszącej średnio 70,4 proc. Substancja do ich produkcji pochodzi przeważnie z dostępnych bez recepty leków z Polski. Ten kraj pozostaje wciąż głównym prekursorem produkcji metamfetaminy” – pisały w 2017 r. czeskie władze do Europolu. Polskie służby obiecywały wówczas zajęcie się tą sprawą.

Pod koniec listopada br. Straż Graniczna poinformowała, że współpracując ze służbami czeskimi, rozbiła międzynarodową grupę przestępczą zajmującą się nielegalnym wywozem lekarstw z Polski do Czech i wytwarzaniem z nich metamfetaminy. Zatrzymano trzech Polaków. Ustalono, że proceder trwał od kilku miesięcy i podejrzani wywieźli z Polski tabletki, z których można było wytworzyć blisko 60 kg metamfetaminy o wartości rynkowej ponad 7 mln zł.

I choć rokrocznie łapanych jest kilkadziesiąt osób oraz zamyka się po kilka fabryk przetwarzających i składujących pseudoefedrynę (lub już gotową metamfetaminę), to sytuacja z roku na rok staje się gorsza. Jak bowiem stwierdzono w raporcie ECMNiN, nad Wisłą zorganizowane grupy przestępcze coraz częściej nie tylko skupują i przewożą półprodukt, lecz także zajmują się produkcją gotowego do zażycia narkotyku.

Co więcej, rodzime fabryki mety stają się coraz bardziej zaawansowane i nie mają już wiele wspólnego z występującą jeszcze niedawno chałupniczą robotą. Europejski raport wskazuje, że może to wynikać nie tylko ze zwiększonych nakładów finansowych czeskich i polskich grup przestępczych, lecz również większej aktywności grup przestępczych złożonych z obywateli Wietnamu. Ci ostatni coraz częściej zamieszani są w produkcję metamfetaminy na Słowacji i w Polsce oraz późniejszą jej dystrybucję na terenie Austrii i Niemiec.

– Nowy raport pokazuje dobitnie, że dotychczas podejmowane działania są nieskuteczne. Bo to, że w Polsce produkuje się amfetaminę, metamfetaminę i wywozi leki z pseudoefedryną – to od dawna nie jest tajemnica – twierdzi prof. Zbigniew Fijałek z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, w latach 2005–2015 dyrektor Narodowego Instytutu Leków. Przypomina on, że formalnie podjęto w Polsce próbę ograniczenia sprzedaży leków z pseudoefedryną (ograniczenie w jednorazowej sprzedaży w aptece), ale jest ono iluzoryczne.

– Nie ma bowiem odpowiedniego systemu monitorowania sprzedaży leków z pseudoefedryną. Przez to jedna osoba może iść do dziesięciu aptek i kupić dziesięć opakowań leku. Nikt nie zapyta, po co jej aż tyle – zaznacza prof. Fijałek.

Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej, potwierdza, że pomimo pewnych ograniczeń w kupowaniu leków z pseudoefedryną w aptekach, zakup tych produktów na kilkanaście różnych paragonów, przejście się po kilkunastu aptekach albo po prostu nabycie kilku tysięcy opakowań prosto z hurtowni leków nie stanowi żadnego kłopotu.

Przestępcy stworzyli nawet specjalne oprogramowanie komputerowe, które wystawia kolejne paragony. W ten sposób można kupić 3,6 tys. opakowań w ciągu godziny. Wystarczy znaleźć chętną do współpracy aptekę. A tych nie brakuje. Lubuski inspektorat farmaceutyczny w ramach wykonywania rutynowych działań znalazł nawet punkt apteczny, w którym w ciągu niespełna dwóch miesięcy sprzedano 45 682 opakowania leku na przeziębienie Cirrus oraz 15 922 opakowania Sudafedu, które zawierają pseudoefedrynę. Sprzedana liczba opakowań leku Cirrus – w ciągu dwóch miesięcy – przez tenże punkt apteczny statystycznie powinna by wystarczyć 174 aptekom mieszczącym się w województwie lubuskim na 76,3 lata.

– Dzięki dobrej jakości pseudoefedryny w lekach bez recepty bez problemu – nawet w domowych warunkach – można uzyskać niezłej jakości narkotyk – zaznacza Marek Tomków.

Coraz większy kłopot wiąże się jednak z tym, że grupy przestępcze idą w hurt, nie detal. Wiedzą, że kupowanie leków w wielu aptekach jest bardziej ryzykowne niż zakup w jednej hurtowni farmaceutycznej. Profesor Zbigniew Fijałek uważa, że właśnie brak realnego nadzoru organów państwa nad obrotem hurtowym leków bez recepty jest główną przyczyną tego, że Polska stanowi metamfetaminowe zagłębie.

– Skupiamy się dziś przede wszystkim na monitorowaniu leków na receptę, głównie tych zagrożonych nielegalnym wywozem za granicę oraz leków refundowanych. To oczywiście dobrze. Rzecz w tym, że leki z pseudoefedryną nie wpisują się w te kategorie, dzięki czemu hurtownie nie mają większych problemów, aby sprzedać komuś w jednej transakcji nawet kilka tysięcy opakowań – zaznacza ekspert.

Problemy dotyczą też konstrukcji przepisów karnych. Wywóz leków z pseudoefedryną poza polskie granice może podlegać karze. Sam zakup i posiadanie ogromnych ilości jednak już nie. Główny Inspektorat Farmaceutyczny od lat zwraca na to uwagę. Gdy bowiem udaje się złapać kogoś z bagażnikiem wypchanym lekami, to trudno mu udowodnić zamiar produkcji narkotyków lub ich wywóz do Czech w celu umożliwienia produkcji. Przed sądami sprawdza się wówczas kuriozalny argument o zakupie na własny użytek.

Inspektorzy farmaceutyczni mają trudności również z karaniem współpracujących z przestępcami aptekarzy. Nie jest bowiem zakazana sprzedaż ogromnej liczby opakowań leków z pseudoefedryną, byle tylko nie sprzedawać jej w ramach jednej transakcji. Zdarzało się więc tak, że właściciel apteki tłumaczył, iż podjechało pod jego placówkę kilka autokarów wycieczkowych i każdy pasażer potrzebował akurat syropu na kaszel. Koniecznie tego z pseudoefedryną.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Śląsk. 18-latka urodziła dziecko w pracy. Noworodek został uduszony

W zeszłym tygodniu 18-letnia mieszkanka powiatu będzińskiego (woj. śląskie) w trakcie pracy poszła do łazienki, gdzie urodziła dziecko. Chwile później noworodek został uduszony. 18-latka usłyszała już zarzuty i została tymczasowo aresztowana na trzy miesiące.

Dramat rozegrał się 26 listopada w Będzinie, gdzie pracowała 18-latka. – Młoda kobieta w trakcie pracy, czując bóle porodowe, poszła do łazienki, gdzie po pewnym czasie urodziła dziecko – relacjonują policjanci z Będzina. Tuż po narodzinach, dziecko zmarło. Wiadomo już, iż maluch został uduszony, a główną podejrzaną jest jego matka.

– Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było uduszenie. Najprawdopodobniej bezpośrednio po porodzie dziecko zostało przez kobietę zawinięte w foliowy worek – informują policjanci. W piątek 29 listopada, 18-latka została tymczasowo aresztowana na okres 3 miesięcy. – Kluczowym dla dalszego postępowania będzie teraz ustalenie poczytalności kobiety w chwili zdarzenia – informują policjanci. Od tego uzależniona będzie m.in wysokość kary grożącej nastolatce. W zależności od kwalifikacji, może to być nawet kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Leszno: Gruzini przebijali opony w autach, aby ukraść pieniądze

Policjanci z Leszna zatrzymali trzech obywateli Gruzji podejrzanych o okradanie samochodów metodą „na kolec”. Mężczyźni przebijali opony pojazdów, aby ukraść z nich pieniądze.

Metoda „na kolec” polega na przebijaniu opony w samochodzie, najczęściej w momencie, gdy kierowca wyciąga pieniądze z bankomatu. Po tym, jak opona zostanie przebita, sprawcy obserwują kierowcę, a kiedy ten zatrzyma się, aby zmienić koło lub wezwać pomoc, wykradają z wnętrza pojazdu torebkę, portfel czy aktówkę.

Leszno. Policja zatrzymała trzech Gruzinów. Dwóch trafiło do aresztu

O tym, że w Lesznie dochodzi do tego typu przestępstw, policjanci wiedzieli od kilku miesięcy. Namierzenie osób podejrzanych nie było jednak łatwe, ponieważ często zmieniali oni miejsce pobytu, jak i samochody, którymi się poruszali. Finalnie udało się zatrzymać trzy osoby podejrzane o kradzieże „na kolec”. To trzech obywateli Gruzji. Jeden z nich ma 50 lat, a dwóch 41 lat.

Śledczy zgromadzili materiał dowodowy, który pozwolił na przedstawienie podejrzanym sześciu zarzutów kradzieży powiązanych z uszkodzeniami mienia i włamaniami. W wyniku kradzieży „na kolec” poszkodowani tracili nie tylko pieniądze, ale także dokumenty czy telefony. Oszacowano, że trzech podejrzanych ukradło przedmioty o łącznej wartości 20 tysięcy złotych.

Sąd Rejonowy w Lesznie zadecydował o tymczasowym aresztowaniu dwóch spośród trzech podejrzanych. Mężczyznom grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Kamil Durczok został zatrzymany przez policję. Chodzi o fałszowanie weksli

Kamil Durczok został zatrzymany przez policję. Chodzi o sprawę sfałszowanych weksli, które miał przedstawić w jednym z banków – dowiedziała się Wirtualna Polska. Informację potwierdził przedstawiciel dziennikarza, Łukasz Isenko.

Kamil Durczok w 2009 r. miał w jednym z banków złożyć dwa „weksle własne”. Były to poręczenia na kwotę ponad 2 mln franków szwajcarskich i ponad 300 tys. zł. Na papierze widniały podpisy dziennikarza i jego żony Marianny.

Informację potwierdził przedstawiciel Durczoka. Jego klient, ponownie jak w przypadku zatrzymania go kierującego samochodem pod wpływem alkoholu, nie chce pozostawać anonimowy. – Do zatrzymania doszło po południu w mieszkaniu mojego klienta w Katowicach. Wkrótce ma mu zostać postawiony zarzut. Więcej informacji będę miał rano – mówi Wirtualnej Polsce Łukasz Isenko.

Prokuratura informuje, że chodzi o śledztwo dotyczące fałszerstwa weksla.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprzedawali gaz grzewczy jako napędowy. CBŚP i KAS rozbiły mafię paliwową

Funkcjonariusze CBŚP i KAS rozpracowali zorganizowaną grupę przestępczą. Jej członkowie wprowadzali do obrotu gaz grzewczy jako napędowy LPG, bez uiszczania należnych opłat i podatków. W akcji, podczas której zatrzymano 11 osób i przeszukano 140 obiektów, wzięło udział aż 260 przedstawicieli różnych służb.

Na trop procederu wpadli funkcjonariusze CBŚP w Łodzi, działający pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Sieradzu. Mundurowi rozpracowali zorganizowaną grupę przestępczą, której członkowie wprowadzali do obrotu, po konkurencyjnych cenach, gaz grzewczy jako gaz do zasilania silników spalinowych, czyli stanowiący paliwo samochodowe.

Ponad trzy mln strat tylko przez pół roku

– Nielegalne zmiany przeznaczenia gazu odbywały się bez odprowadzania należnego podatku VAT, akcyzowego i dochodowego oraz opłaty paliwowej. Sprzedaż gazu pomiędzy współpracującymi podmiotami, w tym stacjami LPG, najczęściej odbywała się bez faktur VAT lub ilość zakupionego gazu jako paliwa LPG w dokumentacji była znacznie zaniżona – informuje komisarz Iwona Jurkiewicz, rzeczniczka CBŚP.

Z ustaleń śledztwa wynika, że członkowie grupy mogli działać od kilku lat na terenie kilku województw. Funkcjonariusze wstępnie oszacowali, że tylko w okresie sześciu miesięcy Skarb Państwa mógł być narażony na uszczuplenia wynoszące co najmniej 3,3 mln zł. Trwają wyliczenia strat, jakie mógł ponieść Skarb Państwa w całym okresie działania grupy.

Po zebraniu informacji mundurowi z CBŚP zorganizowali wspólne działania z funkcjonariuszami Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi i jednostek jej podległych oraz łódzką i śląską Krajową Administracją Skarbową. W akcji, przeprowadzonej na terenie woj. łódzkiego, mazowieckiego, wielkopolskiego i śląskiego, udział wzięło 260 funkcjonariuszy.

Przeszukano 140 mieszkań i firm

– Zatrzymano 11 podejrzanych i przeszukano ponad 140 miejsc zamieszkania, użytkowania i siedzib podmiotów gospodarczych. Zabezpieczono została dokumentacja, komputery, nośniki danych i telefony, które są teraz poddawane dokładnej analizie – relacjonuje Iwona Jurkiewicz.

W Prokuraturze Okręgowej w Sieradzu zatrzymani usłyszeli zarzuty dotyczące udziału w zorganizowanej grupie i przestępstw z kodeksu karnego skarbowego. Jedna z osób odpowie za kierowanie gangiem. Sąd podjął decyzję o tymczasowym areszcie dla siedmiu osób. Wszystkim podejrzanym grozi wieloletnie więzienie.
Źródło info i foto: onet.pl