Słowacja: Zabójca Jana Kuciaka przyznał się do winy

Na rozpoczętej w poniedziałek głównej rozprawie w sprawie zabójstwa dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej prokurator przedstawił główne punkty oskarżenia i opisał przebieg zbrodni. Oskarżony o zabójstwo Miroslav Marczek przyznał się do winy.

Według aktu oskarżenia zabójstwo Kuciaka zlecił zasiadający na ławie oskarżonych przedsiębiorca Marian Koczner. Miała być to zemsta za artykuły dziennikarza o jego niejasnych interesach. Zlecenie, a także wynagrodzenie za zabójstwo, miała przekazać znajoma Kocznera, również oskarżona Alena Zsuzsova. Odbiorcą pieniędzy i informacji o Kuciaku miał być odbywający już karę 15 lat więzienia Zoltan Andrusko. W śledztwie współpracował z policją i zawarł umowę z prokuraturą.

Według aktu oskarżenia Andrusko wynajął byłego policjanta Tomasza Szabo, który już wcześniej współpracował z byłym wojskowym Marczekiem; kilkakrotnie obejrzeli dom, w którym później zginęli Kuciak i jego narzeczona Martina Kusznirowa. Według prokuratury Marczek i Szabo ćwiczyli także sposób ucieczki. 21 lutego 2018 r. wieczorem pojechali do miejsca zamieszkania Kuciaka i czekali na dogodny moment. Około godz. 20.21 Marczek miał wejść do domu i zastrzelić dziennikarza, dwukrotnie trafiając go w klatkę piersiową z pistoletu FEG kaliber 9 mm, wyposażonego w tłumik domowej roboty. Pojedynczym strzałem w głowę miał zabić Kusznirovą.

Po morderstwie Marczek wsiadł do samochodu, którym kierował Szabo, i wspólnie pojechali na spotkanie z Andruską. Według aktu oskarżenia mieli mu powiedzieć: „Załatwione”, co dzień później Andrusko powtórzył Zsuzsovej, która następnie od Kocznera miała dostać 50 tys. euro i przekazać je Andrusko.

Po odczytaniu aktu oskarżenia Marczek przyznał się do zabójstwa Kuciaka i Kusznirovej. Do udziału w zabójstwie dziennikarza nie przyznał się Koczner, który przyjął jedynie zarzut o nielegalnym posiadaniu broni. Szabo nie ustosunkował się do kwestii winy, a Zsuzsova powiedziała, że jest niewinna.
Źródło info i foto: onet.pl

Słowacja: Ruszył proces zabójców Jana Kuciaka

W Pezinoku koło Bratysławy rozpoczęła się główna rozprawa w sprawie zabójstwa dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej. Na ławie oskarżonych zasiadają cztery osoby. Zaplanowano 9 dni procesowych, ale zdaniem mediów proces będzie trwał dłużej. Na początku odczytany zostanie akt oskarżenia czwórki oskarżonych. Jeżeli sąd uzna, że prokuratura przedstawiła wystarczające dowody winy, oskarżonym grożą kary 25 lat więzienia lub dożywocie.

Wśród oskarżonych jest przedsiębiorca Marian Koczner, który według prokuratury zlecił zabójstwo Kuciaka. Zastrzelona została również jego narzeczona Martina Kusznirova. Kuciak w swoich artykułach zajmował się m.in. działaniami biznesowymi Kocznera.

Zlecenie zamordowanie dziennikarza miała przekazać innemu pośrednikowi, Zoltanowi Andrusko, znajoma Kocznera – oskarżona Alena Zsuzsova. Według prokuratury Andrusko wynajął byłego policjanta Tomasza Szabo, który już wcześniej współpracował z byłym wojskowym Miroslavem Marczekiem. Początkowo śledczy twierdzili, że zabójcą Kuciaka i Kusznirovej jest Szabo, ale ostatecznie do morderstwa przyznał się Marczek, wcześniej uznawany za kierowcę byłego policjanta. Pod koniec 2019 r. sąd zatwierdził umowę prokuratury z Andruską, który ma spędzić w więzieniu 15 lat. Początkowo prokuratura ustaliła z nim karę 10 lat więzienia, ale sąd uznał ją za niesprawiedliwą.

Rozprawa, której towarzyszą nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, toczy się przed sądem zajmującym się najważniejszymi przypadkami kryminalnymi, korupcji, przestępczości zorganizowanej, a także ewentualnymi przestępstwami najwyższych przedstawicieli państwa.

Jan Kuciak i jego narzeczona zginęli w lutym 2018 roku w miejscowości Velka Macza, w pobliżu Trnawy na zachodzie Słowacji. Zbrodnia wywołała w kraju falę demonstracji i doprowadziła do kryzysu politycznego, w wyniku którego upadł rząd premiera Roberta Fico. Na stanowisku premiera zastąpił go należący do tego samego ugrupowania SMER-Socjaldemokracja (SMER-SD) Peter Pellegrini.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Chiński narkobiznes rozkwitał w Polsce. Przemycali ogromne ilości narkotyków

Polskie macki chińskiej triady. Jak dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM – Sun Yee On, największa organizacja przestępcza w Chinach, miała w naszym kraju ludzi, którzy zajmowali się przemytem narkotyków na wielką skalę. Środki odurzające z Europy Zachodniej przez Polskę trafiały głównie do Australii. Osoby te organizowały też przemyt do Polski transportów kokainy z Kolumbii. Chodzi o setki kilogramów tego narkotyku.

W śledztwie przewija się m.in. nazwisko Tse Chi-Lop. To urodzony w Kanadzie Chińczyk, najbardziej poszukiwany człowiek w Azji, domniemany szef syndykatu Sam Gor. Odpowiada on za przemyt narkotyków o wartości kilkudziesięciu miliardów dolarów. Tylko w ciągu roku. Według śledczych, Tse Chi-Lop to „ta sama liga”, co El Chapo – słynny meksykański boss narkotykowy, czy Pablo Escobar – zwany królem kokainy.

Polski wątek sprawy

Informacje w sprawie polskiego wątku tej międzynarodowej afery przemytniczej Centralne Biuro Śledcze Policji z Bieska Białej uzyskało od policji australijskiej. Tamtejsze organy ścigania prowadziły postępowanie w sprawie syndykatu zajmującego się importem substancji psychotropowych z Europy do Australii.

Na tej podstawie Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej wszczął śledztwo. Ustalono, że w zorganizowanej grupie na terenie Śląska działali Igor D., Tomasz N. oraz Czesław M. W sprawie pojawia się również obywatel Czech Zbigniew M. oraz nieustalone na razie osoby działające w Wielkiej Brytanii, Holandii, a także w Chinach, m.in. w Hongkongu i Makao. Ich pseudonimy to Old Guy, Old Belgium Guy, Jack Sparrow, czy Dandi.

Łącznikiem polskich członków grupy z mocodawcami z Chin miał być Tomasz N. To on miał dostawać szczegółowe informacje na temat dostawców środków odurzających. Igor D. odpowiadał – jak twierdzą śledczy – za logistykę – wynajmował firmy, magazyny, organizował transport i wymyślał sposoby na przemyt znacznych ilości narkotyków.

Z kolei techniczne sprawy, związane m.in. z ukryciem przemyconych substancji w Czechach i na Śląsku, zlecano Zbigniewowi M.

Początek: Trefny płyn do naczyń

Październik 2014 rok. 23-letni wówczas Igor D. oraz 29-letni Tomasz N. spędzają wakacje na Filipinach. Tam zapada decyzja o współpracy w handlu narkotykami. Obaj mężczyźni ustalają szczegóły zakupu i transportu do Europy ponad 1000 litrów Safrolu – prekursora służącego do produkcji MDMA, czyli ekstazy. Substancja z Laosu przez Wietnam, a dalej statkiem do Włoch, miała trafić do Czech. Stamtąd planowano przewieźć ją do Holandii. W Laosie Safrol wlano do 5-litrowych butelek z oznaczonych jako płyn do mycia naczyń. Pojemniki umieszczono w transporcie, który przewoził prawdziwy środek myjący.

Polacy cały czas mieli kontakt z rezydującym w Hongkongu mężczyzną o pseudonimie Old Guy. Półprodukt trafił najpierw do magazynów na północy Czech, a następnie został przetransportowany do garaży w Katowicach i Zawierciu. W trakcie śledztwa to tam funkcjonariusze odnaleźli substancję.

Patent na aluminiowe rurki

Przemyt do Holandii nie udał się, ale Chińczycy zaproponowali Polakom udział w dostawach MDMA z Europy do Australii. 60 kilogramów substancji w dwumetrowej drewnianej skrzyni, wiosną 2015 roku dotarło z Holandii do Czech w transporcie części samochodowych. Grupa szukała metody na bezpieczne przesłanie towaru do Australii, gdzie znaleziono odbiorcę.

Towar został ukryty w aluminiowych rurkach. Wykorzystany ołów miał uniemożliwić prześwietlenie kontrabandy przez celników. Rurki zrobione w Tychach i napełnione MDMA w transporcie legalnego aluminium z Włoch popłynęły do Australii. Narkotyki odebrali ludzie związani z Chińczykami o pseudonimach Old Guy, Old Belgium Guy i Jack Sparrow. To był pierwszy poważny zarobek Igora D. i Tomasza N. Za udany przemyt dostali ćwierć miliona euro.

Australijska wpadka

Pierwszy sukces sprawił, że Chińczycy zaproponowali kolejny przerzut MDMA z Holandii do Australii – tym razem chodziło już o pół tony substancji. Ponownie skorzystano z metody aluminiowych rurek. Zostały wypełnione środkami odurzającymi i popłynęły do Australii. Dotarły tam w październiku 2016 roku. Wtedy zaczęły się problemy. Z interesu wycofała się firma, która miała odebrać aluminium. Poszukiwano kolejnej spółki.

W Polsce wpadł współpracujący z grupą Czech Zbigniew M. W Australii nie było zaufanej osoby, by otworzyć przesyłkę. Tomasz N. w Hongkongu i Makau spotkał się przedstawicielami szefostwa syndykatu. Ustalono nowe miejsce odbioru pół tony narkotyków. W tym czasie jednak australijska policja prowadząca akcję „Ingenika” namierzyła i przejęła kontrabandę. Zatrzymała też dwóch Chińczyków.

Pięć dolarów

Wiosną 2016 roku „Jack Sparrow”, przedstawiciel chińskiej mafii, zlecił Igorowi D. i Tomaszowi N. zorganizowanie przemytu do Australii pół tony kokainy z Ameryki Południowej. Polacy odpowiadali za logistykę. W Brazylii w Rio de Janeiro wynajęli magazyn. W Sao Paulo poznali córkę plantatora kawy. Zamierzali podjąć współprace z producentem, żeby razem z kawą przemycać narkotyki.

Igor D. spotkał się też z osobami, które miały dostarczyć kokainę. Ostatecznie stanęło na tym, że będzie to 300 kilogramów. Przed spotkaniem Polak uwiarygodnił się przedstawiając banknot o nominale 5 dolarów z Hongkongu. Kontrahenci znali numery banknotu. Zapewnili, że narkotyki są gotowe do przewiezienia do magazynu. Po kilku dniach jednak kontakt z potencjalnymi dostawcami urwał się.

300 tysięcy euro łapówki

Sprawa przemytu kokainy nie została zakończona. Igor D. szukał w Ameryce Południowej dostawcy 150 kilogramów narkotyków. Miały trafić do Gdańska. W czerwcu 2018 roku wyleciał do Kolumbii. Najpierw w Bogocie spotkał się z ludźmi, którzy mieli dostęp do kokainy. Potem szukał dostawcy w Medellin, a następnie pojechał do Cartageny. Ostatecznie, narkotyki znalazł w Ekwadorze. Ruszyły one transportem drogą morską.

W Polsce Igor D. – według śledczych – znalazł człowieka, który miał załatwić bezproblemowe oclenie kontenera i odebranie go z portu. Mężczyzna miał znajomą, która pracowała w Urzędzie Celnym w Gdańsku. Za pomoc mężczyzny Igor D. miał zaoferować 300 tysięcy euro, zaliczka wynosiła 5 procent.

Ostateczna wpadka

Koniec sierpnia 2018 roku. Igor D. jedzie na spotkanie z człowiekiem, który miał odebrać 150 kilogramów kokainy ze statku płynącego do Gdańska. Okazuje się, że opisanego kontenera nie ma. Wyładowano go w niemieckim Bremerhaven. Mężczyzna stara się ustalić, jakie są losy transportu. 30 sierpnia w restauracji podczas spotkania z mężczyzną, który miał odebrać kontrabandę ze statku, zostaje zatrzymany przez policjantów.

Oskarżenie

Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej zakończył śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia trafił już do sądu. Prokuratorzy chcą, by Igor D. odpowiedział za dwanaście zarzutów, Tomasz N. – za sześć. Czesław M. usłyszał trzy zarzuty. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, w toku postępowania nie udało się dokładnie ustalić danych personalnych osoby, która kierowała grupą przestępczą.

Podczas śledztwa skierowano jednak do Kanady wniosek o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej, której celem ma być potwierdzenie personaliów osoby wskazanej jako Tse Chi-Lop.

„El Chapo Azji”. Kim jest Tse Chi Lop?

Baron narkotykowy Tse Chi Lop jest obecnie najbardziej poszukiwanym przestępcą na świecie. Urodzony w Chinach Kanadyjczyk kieruje azjatyckim syndykatem. Jak do tej pory jest nieuchwytny. Jako ochroniarzy zatrudnia tajskich kick bokserów, lata tylko prywatnymi odrzutowcami, co nie przeszkadza mu wydać miliony euro w ciągu jednego wieczora w kasynie.

Współpracuje z innymi mafiami w regionie: japońską Yakuzą, gangami motocyklowymi w Australii i grupami przestępczymi w Azji Południowej.

Przypuszcza się, że w 2018 roku kierowany przez niego syndykat zarobił co najmniej 8 miliardów dolarów, ale są tacy, którzy twierdzą, że może to być nawet 17 miliardów dolarów.

Tse jest ścigany przez 20 agencji Azji, Ameryki Północnej oraz Europy. Operacji nadano kryptonim Kungur.
Źródło info i foto: interia.pl

Wciąż trwają poszukiwania radnego. Jego samochód wyłowiono z rzeki

Służby kolejny dzień prowadzą poszukiwania kierowcy samochodu znalezionego w rzece Krzna w miejscowości Starzynka niedaleko Białej Podlaskiej. Poszukiwany to radny gminy Terespol. W akcję włączyła się grupa nurków z sonarem.

Pusty samochód wyciągnięto z Krzny w sobotę po południu. Wystający z wody dach zobaczył spacerowicz. Jak ustaliła policja, właściciel samochodu, 45-letni mieszkaniec gminy Terespol, nie wrócił do domu. Szukano go w sobotę i niedzielę.

– Mężczyzny nie odnaleziono. Poszukiwania zostały wznowione w poniedziałek rano – powiedziała portalowi tvp.info podkomisarz Barbara Salczyńska-Pyrchla z komendy policji w Białej Podlaskiej. Dodała, że na miejscu jest specjalna grupa nurków z Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej w Lublinie. Dysponują sonarem.

W poszukiwaniach uczestniczyło około 130 osób: policjanci, strażacy zawodowi i ochotnicy, wśród nich strażnicy graniczni i leśnicy. Użyto dronów. – Przeszukiwane było koryto rzeki aż do jej ujścia do Bugu, oraz brzegi – poinformowała policjantka. W poniedziałek znów będzie przeszukiwane koryto Krzny. Ma być użyty specjalistyczny sonar. Jeszcze raz będą też sprawdzane brzegi rzeki.

Nie wiadomo, co się stało z mężczyzną. – Nie wykluczamy żadnej możliwości – zaznaczyła Salczyńska-Pyrchla.
Źródło info i foto: TVP.info

Nożownik próbował zabić dwie osoby. Policjanci zatrzymali 37-latka

37-letni mieszkaniec warszawskiego Bródna został zatrzymany przez policję w związku z usiłowaniem dokonania dwóch zabójstw. Mężczyzna usłyszał zarzuty i został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. Grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności. Pod koniec grudnia ubiegłego roku policjanci z warszawskiej dzielnicy Wola otrzymali zgłoszenie o ataku nożownika na dwie osoby.

Gdy przyjechali na miejsce, zastali kobietę z ranami ciętymi szyi i leżącego na podłodze mężczyznę z ranami kłutymi. Oboje trafili do szpitala.

Atak na tle rabunkowym

Napastnik uciekł z miejsca zdarzenia przed przyjazdem policji. Zebrane na miejscu przestępstwa dowody pozwoliły na ustalenie sprawcy usiłowania zabójstw. Okazał się nim 37-letni mieszkaniec Bródna. Mężczyzna został zatrzymany we własnym mieszkaniu.

Z prowadzonego przez policję śledztwa wynika, że do ataku mogło dojść na tle rabunkowym. Napastnik chciał okraść kobietę, jednak na przeszkodzie stanął mu mężczyzna. Zaskoczony obecnością drugiej osoby, miał mu zadać kilka ciosów nożem.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Grudziądz: Śledczy wyjaśniają tajemniczą śmierć małżeństwa

Tragedia w miejscowości Szynych koło Grudziądza (woj. kujawsko-pomorskie). W sobotę wieczorem policja znalazła samochód, w którym znajdowały się zwłoki. Obok auta leżało ciało drugiej osoby. Z nieoficjalnych ustaleń portalu pomorska.pl wynika, że nie żyje małżeństwo. Mieszkańcy miejscowości Szynych są w szoku. Sprawę badają policjanci.

Policjanci dokonali makabrycznego odkrycia w sobotę około godz. 23:00. Otrzymali zawiadomienie od zaniepokojonych mieszkańców, że w Szynychu od dłuższego czasu stoi samochód z włączonymi światłami awaryjnymi.

– W miejscowości Szynych w sobotę po godzinie 23 odnaleźliśmy pojazd. W aucie było jedno ciało, a drugie znajdowało się poza samochodem. Przez kilka godzin trwały oględziny miejsca zdarzenia i pojazdu. Czynności są nadal w toku. – poinformował w rozmowie z portalem pomorska.pl sierż. sztab. Maciej Szarzyński, oficer prasowy policji w Grudziądzu.

Z nieoficjalnych informacji „Pomorskiej” wynika, że nie żyje mąż i żona. Mężczyzna był pracownikiem gospodarczym w jednej z podległych jednostek organizacyjnych Gminy Grudziądz. Był też strażakiem OSP Szynych. Małżeństwo osierociło troje dzieci.

Na razie nie wiadomo w jakich okolicznościach doszło do tragedii. Wyjaśni to śledztwo nadzorowane przez prokuraturę.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Stefan W. dokładnie zaplanował zabójstwo prezydenta Gdańska.

Podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy doszło do zamachu na Pawła Adamowicza. Prezydent Gdańska zmarł dzień później. Dziennikarze „Dużego Formatu” sprawdzili, na jakim etapie jest śledztwo przeciwko Stefanowi W.

„Gazeta Wyborcza” przypomina, że właśnie mija rok, gdy podczas gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 27-letni Stefan W., niewiele ponad miesiąc po tym, jak wyszedł z więzienia, zaatakował nożem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, który w wyniku odniesionych ran zmarł.

Dziennik pisze, że według biegłych ze szpitala przy Areszcie Śledczym w Krakowie był niepoczytalny. „Tylko, że Stefan W., jak ustaliliśmy, zabójstwo dokładnie zaplanował” – dodaje gazeta, wskazując, że mężczyzna kupił nóż, trenował zadawanie ciosów, a dziesięć dni wcześniej napisał do kolegi, z którym siedział w więzieniu: „Mówię ci, dopinam jeszcze kilka rzeczy i wracam na dożywotkę. Będzie roz***dol. J***ć wszystkich złodziei, niech żyje Prawo i Sprawiedliwość!”. I jeszcze: „Całe życie wygrywałem, teraz też tak będzie”.

Gazeta pisze, że powrót do więzienia Stefan W. planował już za kratami. „Powtarzał, że »r***bie system« i wróci na dożywotkę” – powiedział „GW” Jacek, który siedział ze Stefanem W. w dziesięcioosobowej celi. „Jechał na Platformę Obywatelską. Zanim wyszedł, zapowiedział: Jeszcze będzie o mnie głośno” – dodał rozmówca gazety.

„Niepoczytalność to umorzenie śledztwa”

Dziennik przypomina też, że mężczyzna w prokuraturze nie przyznał się do winy i twierdził, że dowody przeciwko niemu zostały sfałszowane. „GW” zwraca przy tym uwagę, że biegli ocenili, że Stefan W. był niepoczytalny, bo choruje na schizofrenię paranoidalną. Ale – jak wskazuje dziennik – biegli nie zbadali jego stanu w trakcie zabójstwa. Nie zgłębili też, skąd u niego nienawiść do PO.

– W Polsce choroba psychiczna z automatu oznacza niepoczytalność – powiedział dziennikowi Jerzy Pobocha, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej. – Ale kluczowe jest działanie przed, w trakcie, i po czynie” – dodał.

Dziennik pisze, że obserwacja psychiatryczna Stefana W. zakończyła się na początku czerwca 2019 r., trzy miesiące później została podpisana, ale dopiero w połowie października wpłynęła do prokuratury. – Zadaniem Prokuratury Okręgowej w Gdańsku było niezakończenie śledztwa przed wyborami parlamentarnymi – mówi „GW” jeden z gdańskich śledczych. – Nikt nie chce szukać odpowiedzi na pytanie, skąd u Stefana W. nienawiść do Platformy. Niepoczytalność to umorzenie śledztwa, wtedy nie ma procesu i zeznań Stefana oraz świadków przed sądem – podkreśla rozmówca „GW”.

„W Gdańsku wszyscy są za PO”

Wychowawcom w więzieniu Stefan W. mówił, że wyjedzie z Pomorskiego, bo to „siedlisko Platformy”. Podkreślał, że „dzięki aktualnym rządom PiS może liczyć na różnego rodzaju zasiłki”. Jak dodał, chciałby, „aby Jarosław Kaczyński został dyktatorem”.

Stefan W. chciał, aby jego sprawą osobiście zajął się Zbigniew Ziobro, bo w Gdańsku „wszyscy są za PO”. Nadzór nad śledztwem objął zastępca Ziobry – prokurator Krzysztof Sierak. Poinformował dziennikarzy, że „są wątpliwości co do poczytalności napastnika”.

Według informacji „GW” w innym śledztwie, gdzie Stefan W. występuje jako pokrzywdzony (dotyczy pobicia w trakcie zatrzymania i ujawnienia jego wizerunku), biegły stwierdził, że mężczyzna konfabuluje.
Źródło info i foto: onet.pl

Ostrzelano bazę wojskową w Iraku

Ostrzelano bazę wojskową w Iraku, w której stacjonują żołnierze z USA. Czterech żołnierzy zostało rannych, nie wiadomo, kto odpowiada za atak. Cztery osoby, w tym dwóch żołnierzy, zostały ranne w ataku moździerzowym na iracką bazę wojskową w Balad, w której stacjonują siły USA. Jak informują źródła wojskowe wszyscy ranni to iraccy żołnierze.

Na bazę oddaloną o 80 kilometrów na północ od Bagdadu spadły rakiety typu Katiusza. Doniesienia potwierdziły władze Iraku. Z podanych przez rząd informacji wynika, że na bazę spadło osiem rakiet (większość mediów podawała, że było ich siedem). Na razie nie wiadomo, kto odpowiada za atak.

Napięcie w regionie wzrosło po tym jak na początku stycznia Stany Zjednoczone zabiły irańskiego generała Kasema Sulejmaniego podczas jego wizyty w Iraku.

Niespokojnie w Iraku

4 stycznia doszło do podobnych ataków rakietowych: pociski spadły wtedy w pobliżu ambasady USA w Bagdadzie i właśnie bazy wojskowej w Balad. Ponad tydzień temu spekulowano, że za atak odpowiedzialne mogą być proirańskie, szyickie bojówki.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Australijski kardynał George Pell skazany za pedofilię trafił do najbardziej strzeżonego więzienia w stanie Wiktoria

Australijski kardynał George Pell, skazany na 6 lat więzienia za czyny pedofilii, został przeniesiony z więzienia w Melbourne do najpilniej strzeżonego zakładu karnego w Barwon w stanie Wiktoria- podała miejscowa prasa.

Gazety z Australii wyjaśniły, że decyzję tę podjęto po tym, gdy nad więzieniem w Melbourne, w którym przebywał od prawie roku Pell, zauważono drona. Został tam puszczony, jak się przypuszcza, by zrobić zdjęcia skazanemu hierarsze. Ujawniono, że 78-letni kardynał Pell dostał pracę w więzieniu; zajmuje się podlewaniem roślin w ogrodzie.

Były wpływowy purpurat oczekuje na orzeczenie australijskiego Sądu Najwyższego, który w najbliższych miesiącach rozpatrzy odwołanie, jakie złożył od wyroku za czyny pedofilii w połowie lat 90. Miał się ich dopuścić wobec dwóch 13-letnich chłopców w zakrystii katedry w Melbourne, gdy był metropolitą tego miasta.

Były prefekt watykańskiego Sekretariatu ds. Ekonomii i b. doradca papieża Franciszka przebywa w zakładzie karnym od marca zeszłego roku i od początku postępowania karnego twierdzi, że jest niewinny. W sierpniu zeszłego roku wyrok 6 lat utrzymał sąd apelacyjny stanu Wiktoria. Akt oskarżenia sporządzono na podstawie zeznań jednej z ofiar; drugi mężczyzna zmarł przed kilkoma laty.
Źródło info i foto: Dziennik.pl