Włochy: Brutalny napad na Polaków w Rimini. Jest uzasadnienie wyroku dla Kongijczyka

„Niesłychane okrucieństwo” – takim określeniem włoski Sąd Najwyższy (Kasacyjny) uzasadnił decyzję z grudnia 2019 roku o utrzymaniu kary 16 lat więzienia dla Kongijczyka Guerlina Butungu, sprawcy ciężkiej napaści w Rimini na dwoje Polaków. Ponad dwa miesiące po wydaniu prawomocnego wyroku przedstawiono jego uzasadnienie.

Do nocnego ataku na dwoje młodych polskich turystów doszło na plaży w Rimini nad Adriatykiem w sierpniu 2017 roku. Kobieta została zgwałcona, a mężczyzna ciężko pobity. Oboje trafili do szpitala w poważnym stanie.

Napaści dokonał czteroosobowy gang, którego Guerlin Butungu – jedyny pełnoletni – był szefem. Trzech pozostałych napastników to nieletni synowie imigrantów z Maroka i Nigerii. Zostali skazani przez sąd dla nieletnich w osobnym procesie, każdy na prawie 10 lat więzienia.

„Był świadom zła, które wyrządzał”

Włoski Sąd Najwyższy w uzasadnieniu podkreślił, że 23-letni obecnie Butungu „był świadom zła, które wyrządzał”, dopuszczając się „bardzo ciężkich czynów”.

Kongijczyk, który przypłynął łodzią z Afryki na włoską wyspę Lampedusa, został skazany na 16 lat więzienia w 2017 roku przez sąd pierwszej instancji w Rimini. Wyrok następnie zatwierdził sąd drugiej instancji. Karę zaskarżyła obrona skazanego, domagając się uniewinnienia, co tłumaczono między innymi „trudną przeszłością” w kraju pochodzenia.

Parę Polaków reprezentował na wszystkich procesach mecenas Maurizio Ghinelli, który przedstawił sądom kolejnych instancji materiał, wskazujący na cierpienia i traumę, jakich doznali.
Źródło info i foto: tvn24.pl

W Chinach zatrzymano złodzieja zwłok

Ścisłe kontrole związane z epidemią koronawirusa w Chinach sprawiają, że poszukiwani przestępcy sami oddają się w ręce policji. Jest wśród nich mężczyzna, który ukradł i sprzedał zwłoki, użyte później w rytuale „zaślubin duchów” – podały lokalne media. Teraz nadzór jest zbyt ścisły. Towarzyszu policjancie, poddaję się – miał z kolei według portalu Huanqiu Wang powiedzieć handlarz narkotykami z metropolii Chongqing, jeden z wielu poszukiwanych przestępców, jakich zatrzymano w czasie czynności związanych z epidemią.

Najbardziej makabryczna sprawa dotyczy mężczyzny o nazwisku Qiu z Mongolii Wewnętrznej, poszukiwanego od czterech lat za kradzież zwłok. Poddał się on 11 lutego, gdy pracownicy społeczni zaczęli dokładnie legitymować wszystkich wchodzących i wychodzących z jego osiedla – poinformowała miejscowa policja.

Według lokalnych władz mężczyzna przyznał się do kradzieży ciała kobiety o nazwisku Liu, które później sprzedał za 5 tys. juanów (obecnie ok. 2,8 tys. zł) do udziału w ceremonii „yinhun”, czyli małżeństwa duchów.

Historia „yinhun” sięga tysięcy lat wstecz. Ten rodzaj „cmentarnego Feng Shui” opiera się na przekonaniu, że zmarli mają w zaświatach podobne potrzeby, jak ludzie żywi. Należy je zaspokajać, by uniknąć ich gniewu i zemsty.

W niektórych częściach Chin ludzie wciąż wierzą, że ci, którzy umarli przed ślubem, będą w zaświatach samotni, chyba że znajdzie osoba przeciwnej płci, by dzieliła z nimi życie po życiu. Pośmiertne zaślubiny często odbywają się za zgodą rodzin obojga zmarłych, ale czasem – z udziałem zwłok wykradzionych z grobu.

Zbrodnie sprzed lat

Prasa donosiła w ostatnich latach również o przypadkach zabijania kobiet w celu sprzedaży ich ciał. W 2016 roku prokuratura w prowincji Shaanxi oskarżyła mężczyznę podejrzanego o dwa takie morderstwa. Rok później w prowincji Henan odurzona lekami kobieta w ostatniej chwili wydostała się z trumny i uniknęła pogrzebania żywcem. Okazało się, że padła ofiarą gangu handlarzy ludźmi, którzy sprzedawali zwłoki do rytuałów „yinhun”.

Z powodu kontroli epidemiologicznej w ręce chińskiej policji oddał się również mężczyzna o nazwisku Zhang, podejrzany o zabójstwo z 1993 roku. Wcześniej czy później i tak zostałbym złapany – miał powiedzieć funkcjonariuszom w prowincji Guangdong na południu kraju. Według władz przyznał się do udziału w morderstwie, za które na kary więzienia skazano wcześniej już dwie inne osoby.

W prowincji Shanxi z ukrycia wyszedł również mężczyzna o nazwisku Fan, poszukiwany od 2017 roku w Henanie za udział w oszustwach internetowych, w ramach których wyłudzono łącznie 10 mln juanów (ok. 5,6 mln zł). Jego grupa umieszczała w sieci zdjęcia atrakcyjnych kobiet, które rzekomo poszukiwały inwestorów skłonnych włożyć pieniądze w kolekcje monet czy znaczków.

Media Chin kontynentalnych nie informują natomiast o tym, że pod pretekstem kontroli epidemiologicznej łapani są również dysydenci, którzy krytykowali komunistyczne władze ChRL. Jeden z zatrzymanych podczas takich kontroli działaczy zarzucał Pekinowi nieumiejętne radzenie sobie z wirusem. Z powodu epidemii koronawirusa zmarło w Chinach już ponad 2,7 tys. osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zatrzymano 31-latka, który miał grozić dziennikarce

31-letni mężczyzna, podejrzewany ws. kierowania gróźb karalnych pod adresem lokalnej dziennikarki w związku z jej publikacją na portalu internetowym, został zatrzymany w sobotę we Włocławku. Artykuł dotyczył wiceminister funduszy i polityki regionalnej Anny Gembickiej.

„Mężczyzna został zatrzymany w swoim mieszkaniu we Włocławku. Policjanci od czwartku, gdy otrzymali informację od dziennikarki, której grożono, prowadzili czynności. Razem współpracowali funkcjonariusze zajmujący się przestępczością kryminalną i cyberprzestępczością — z Włocławka i Bydgoszczy. Wspólne ustalenia pozwoliły na wytypowanie podejrzanego i jego zatrzymanie” – powiedział st. sierż. Tomasz Tomaszewski z Komendy Miejskiej Policji we Włocławku.

Dodał, że trwają czynności w tej sprawie; w mieszkaniu mężczyzny zabezpieczony został komputer oraz telefon komórkowy.

„W tym momencie 31-latek jest podejrzewany o wysłanie e-maila z groźbami karalnymi pod adresem dziennikarki oraz jej znieważenie” – podkreślił st. sierż. Tomaszewski.

Dziennikarka dostała e-mail z groźbami karalnymi po publikacji na jednym z lokalnych portali internetowych o wiceminister funduszy i polityki regionalnej pochodzącej z Włocławka Anny Gembickiej oraz jej mężu. Dotyczył on głównie kariery zawodowej męża posłanki PiS z okręgu toruńsko-włocławskiego.

Wiceminister potępiła wcześniej wysłanie maila o takiej treści. Zapowiedziała złożenie w tej sprawie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, a także opowiedziała się za wolnością mediów.
Źródło info i foto: interia.pl

Poszukiwana ENA szefowa gangu Magdalena K. zatrzymana na Słowacji

Poszukiwana listem gończym, Europejskim Nakazem Aresztowania i czerwoną nota Interpolu Magdalena K. została zatrzymana przez policję na Słowacji. Kobieta jest podejrzana o kierowanie grupą przestępczą, która zajmowała się handlem narkotykami. Do zatrzymania Magdaleny K. doszło w piątek w okolicach miejscowości Zwoleń na Słowacji. Zatrzymania dokonali policjanci słowaccy w asyście polskich policjantów. Jak poinformowała policja, kobieta była kompletnie zaskoczona całą sytuacją i nie stawiała oporu.

Zmieniła kolor włosów

32-latka nie spodziewała się zatrzymania, bo wyglądała zupełnie inaczej niż na publikowanych w mediach zdjęciach. Miała m.in. ciemny kolor włosów. Magdalena K. jest podejrzana o kierowanie grupą przestępczą, „związaną ze środowiskiem pseudokibiców jednego z krakowskich klubów piłkarskich”.

Według policji, kobieta przejęła kierowanie gangiem po aresztowaniu jego przywódców w 2017 r. Grupa pod jej nadzorem zajmowała się głównie handlem narkotykami. Gang miał sprowadzić z zagranicy 5,5 tony marihuany wartej ponad 80 mln złotych i 120 kilogramów kokainy wartej przeszło 16 mln złotych.

Chciała listu żelaznego

Za kobietą w listopadzie 2018 roku wystawiono list gończy, Europejski Nakaz Aresztowania oraz tzw. czerwoną notę Interpolu. We wrześniu 2019 roku K. wystąpiła do krakowskiego sądu o wydanie listu żelaznego – specjalnego dokumentu, który miał zapewnić oskarżonej pozostanie na wolności, do czasu prawomocnego ukończenia postępowania. Sąd nie uwzględnił wniosku motywując to obawą matactwa.

Jak zapowiadają policjanci, Magdalena K. w najbliższym czasie zostanie przewieziona do Polski, gdzie zostanie osadzona w areszcie śledczym do dyspozycji prokuratury.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Policjanci zatrzymali oszusta na gorącym uczynku. Chciał wyłudzić pieniądze od 91-latka

Stołeczni mundurowi zatrzymali 34-letniego mężczyznę podejrzanego o oszustwa metodą na „policjanta”. Podejrzany został schwytany na gorącym uczynku, kiedy przyszedł odebrać 25 tysięcy złotych od 91-latka. Do 91-latka zadzwonił mężczyzna podający się za policjant. Przekonywał go, że rozpracowuje zorganizowaną grupę przestępczą i prosi o pomoc. Miała ona polegać na przekazaniu gotówki. Starszemu mężczyźnie podejrzany powiedział, że dzięki temu będzie mógł zatrzymać prawdziwych przestępców. 91-latek był przekonany, że pomaga śledczym. Nieświadomy przekazał 25 tysięcy złotych.

„Gdy policjanci pozyskali informację, że starszy mężczyzna padł ofiarą oszusta, wkroczyli do akcji. Zaczęli typować osoby mogące mieć związek z tym przestępstwem. 34-latek wpadł w ich ręce w momencie, kiedy przyszedł po pieniądze. Mężczyzna trafił do policyjnej celi” – przekazał Piotr Świstak ze stołecznej policji.

Śledczy nadal pracowali nad sprawą 34-latka i zbierali materiał dowodowy. Jak się okazało, podejrzany miał na koncie także inne oszustwa, których dokonał w stolicy. Wyłudzał pieniądze od ludzi. Jeden z pokrzywdzonych stracił nawet 78 tysięcy złotych.

„Podejrzany 34-latek usłyszał łącznie trzy zarzuty oszustwa. Prokurator poparł wniosek policjantów o zastosowanie wobec niego tymczasowego aresztu. Decyzją sądu 34-latek został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące” – poinformował Piotr Świstak.

34-latkowi grozi kara pięciu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ruszył proces Mateusza H. Mężczyzna oskarżony jest o wysadzenie w powietrze bloku w Bielsku-Białej

Proces Mateusza H., oskarżonego m.in. o wysadzenie w powietrze bloku budowanego przez dewelopera w Bielsku-Białej rozpoczął się w piątek przed bielskim sądem rejonowym. Mężczyzna nie przyznał się do głównych zarzutów, m.in. do zniszczenia budynku i podpalenia koparek. Grozi mu do 10 lat więzienia.

Akt oskarżenia do sądu z początkiem grudnia ub.r. skierował Śląski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

Prokurator Rafał Spruś, reprezentujący Prokuraturę Krajową, oskarżył Mateusza H. o 20 przestępstw, w tym o sprowadzenie latem 2018 r. zdarzenia zagrażającego mieniu w wielkich rozmiarach, mającego postać eksplozji materiałów łatwopalnych. W wyniku wybuchu częściowo zawalił się jeden z bloków wznoszonych na osiedlu Sarni Stok. Nikt nie został ranny. Według śledczych, oskarżony usiłował też doprowadzić do zawalenia kolejnych dwóch budynków. Szkoda w mieniu inwestora wyniosła co najmniej 1,2 mln zł.

Śledczy zarzucili H. m.in. też spalenie dwóch koparek podwykonawców na budowie bloku. Doszło do tego w 2017 r. Sprawca pozostawił na miejscu wydrukowaną kartkę z ostrzeżeniem. Mateusz H. miał się też dopuścić innych przestępstw, w tym gróźb karalnych oraz w kilkunastu wyłudzeń świadczeń socjalnych zarówno na szkodę wyższych uczelni i ośrodków pomocy społecznej.

Oskarżony nie przyznał się do najpoważniejszych zarzutów, w tym zniszczenia budowanego bloku, próby wysadzenia w powietrze kolejnych, a także podpalenia koparek. Przyznał się jedynie od sfałszowania karty przebiegu studiów, czego się dziś wstydzi.

Mateusz H. powiedział, że będzie składał obszerne wyjaśnienia. Z wydarzeniami, które doprowadziły do zawalenia się bloku na osiedlu Sarni Stok, nie mam nic wspólnego. Nie wiem, kto za tym stoi. Nigdy nie byłem na miejscu budowy. Nigdy w żaden sposób nie interesowałem się nią, co potwierdza materiał dowodowy. Od początku budowy przechodziłem zaledwie kilka razy obok niej, jak wielu mieszkańców – mówił.

Wskazywał zarazem, że w czasie, gdy doszło do wysadzenia w powietrze budynku, pojawiły się u niego nasilone objawy boreliozy, na którą cierpi od 2014 r. Choroba mocno go osłabiła. Podkreślił, że nie byłby też w stanie przenosić ciężkich butli gazowych, które zostały użyte do zniszczenia powstającego domu.

Jego zdaniem, jedyną przyczyną, która sprawiła, iż śledczy się nim zainteresowali, jest fakt, że jest on tzw. ekologiem, a 10 lat temu podejmował działania w sprawie ochrony przyrody.

W mediach opublikował manifest

Oskarżony – podpisując się Pocahontas – w mediach opublikował manifest organizacji, którą nazwał Brygada Wschód z groźbą, że jeśli deweloper nie zaprzestanie inwestycji, wysadzane będą kolejne budynki.

„Deweloperzy, jak międzynarodowe korporacje, niszczą przyrodę i żerują na słabszych i biedniejszych. Jedyną wartością, jaką wielbią, jest pieniądz. Dla niego nie cofną się przed niczym! Są wiecznie nienasyceni. Ludzie już zajmują znacznie za dużo miejsca, lecz oni wciąż chcą zagrabiać więcej. Przestaną dopiero, gdy wytną ostatnie drzewo i wypędzą ostatnie zwierzęta z ich naturalnego domu” – można było przeczytać w manifeście.

W kolejnych dniach do innych adresatów trafiło również 7 tradycyjnych listów, w których autor wskazał, iż zostały one sporządzone z zachowaniem środków ostrożności, bez odcisków palców, śladów osmologicznych, biologicznych, identyfikacyjnych drukarki, ani żadnych innych, które mogłyby zostać wykorzystane przez policję.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Prokuratura bada zagadkowy list

29-letniego studenta śląskich uczelni zatrzymano w lutym tego roku. Prokuratura podawała, że swe zachowanie tłumaczył pobudkami ekologicznymi.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zatrzymano nożownika z Krakowa. Zabił 40-latka

Nie żyje mężczyzna, którego przewieziono do krakowskiego szpitala z ranami kłutymi tułowia – poinformował rzecznik małopolskiej policji Sebastian Gleń. W czwartek wieczorem zatrzymano mężczyznę, który może mieć związek z tym zdarzeniem. Około godziny 14:30 w czwartek do jednej z placówek medycznych w krakowskim Prokocimiu zgłosił się mężczyzna, który miał rany kłute na klatce piersiowej w okolicy serca i na plecach w okolicy łopatek.

„Mimo wysiłków lekarzy nie udało się go uratować”

– Mężczyzna został przewieziony do szpitala, gdzie trafił na stół operacyjny. Mimo wysiłków lekarzy nie udało się go uratować, mężczyzna zmarł – powiedział rzecznik małopolskiej policji młodszy inspektor Sebastian Gleń.

– Rozpoczęliśmy w tej sprawie intensywne śledztwo. Razem z prokuratorem pracujemy na terenie Krakowa, sprawdzamy wszelkie możliwe wątki: kontakty ofiary, jej środowisko, co ofiara robiła tego dnia. Ustalamy, jak to się stało, że ten mężczyzna został ranny i kto mógł być związany z atakiem na niego – przekazał krótko po ataku Gleń.

W piątek rano rzecznik potwierdził, ze zatrzymany został 43-letni mężczyzna, który może mieć związek z tą sprawą. Szczegółowych informacji jednak policja nie udziela. – Mężczyzna w dniu ataku pił alkohol, dlatego nie został przesłuchany. Dziś najprawdopodobniej zostanie doprowadzony do prokuratury – zapowiada Gleń.
Źródło info i foto: tvn24.pl

W nocy ostrzelano biuro europosła Prawa i Sprawiedliwości Ryszarda Czarneckiego

„Dziś w nocy ostrzelano moje biuro europoselskie w Nowym Dworze Mazowieckim” – poinformował w mediach społecznościowych europoseł Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Czarnecki. – To akt politycznego bandytyzmu – mówi WP Czarnecki. Ryszard Czarnecki wyjaśnił, że chodzi o biuro parlamentarne przy ul. Sukiennej 80 w Nowym Dworze Mazowieckim. Europoseł PiS dodał, że sprawca strzelał prawdopodobnie z broni pneumatycznej.

Na miejscu zdarzenia pracuje policja.

– Prowadzimy czynności w biurze europosła. W godzinach porannych wpłynęło zgłoszenie o uszkodzeniu szyby. To bardzo wczesny etap naszych działań – mówi Wirtualnej Polsce st. asp. Joanna Wielocha, oficer prasowy policji w Nowym Dworze Mazowieckim.

Dodaje, że sprawdzane będą nagrania z kamer monitoringu w okolicznych budynkach, które mogą rejestrować ulicę przed budynkiem, w którym mieści się biuro PiS.

Polityk zamieścił na Twitterze zdjęcie okna z uszkodzoną szybą.

– To jest zwieńczenie całej akcji, festiwalu nienawiści. Zaczęło się od nienawistnych plakatów, które rozwieszano na tym biurze od kilkunastu dni. Zaczęło się od plakatów, a skończyło na kuli. A może wcale się nie skończyło? – mówi nam Ryszard Czarnecki.

– Traktuję to jako akt politycznego bandytyzmu, podobny do ataku na biuro minister Beaty Kempy. To jednak nie wszystko, bo w czwartek wybito szybę w samochodzie radnego Zbigniewa Niezabitowskiego – dodaje europoseł PiS.
Źródło info i foto: wp.pl

Sąd skazał Józefa Piniora na 1,5 roku więzienia. Chodzi o przyjęcie łapówki

Sąd skazał Józefa Piniora na 1,5 roku więzienia. Wyrok nie jest prawomocny. Były senator klubu PO Józef Pinior oraz jego asystent Jarosław Wardęga byli oskarżeni o to, że przyjęli łapówki w kwocie co najmniej 40 tys. zł w zamian za załatwienie w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju oraz w Komendzie Głównej Państwowej Straży Pożarnej w Warszawie korzystnego rozstrzygnięcia sprawy dolnośląskiego biznesmena Tomasza G. Korzyść majątkową w kwocie 20 tys. zł mieli im obiecać a wręczyć 6 tys. zł i 5 tys. zł również kolejni dwaj biznesmeni, którzy zabiegali o budowę kopalni kruszywa.

Pieniądze były m.in. wpłacane bezpośrednio na konto Piniora oraz przesyłane pocztą. Innym dowodem w sprawie były nagrania z podsłuchanych rozmów, podczas których oskarżeni domagali się wpłat i przelewów. Oskarżeni twierdzili, że były to pożyczki, a nie łapówki. Natomiast Pinior podkreślał, że jego interwencje w urzędach nie były uzależnione od tych korzyści majątkowych.

Wkrótce więcej informacji.
Źródło info i foto: onet.pl

Szczecin: Biznesmen Krzysztof B. przyznał się przed sądem, że wręczył łapówkę senatorowi Gawłowskiemu

Biznesmen Krzysztof B. przyznał się w czwartek w szczecińskim Sądzie Okręgowym do wręczenia łapówki obecnemu senatorowi Stanisławowi Gawłowskiemu. Według przedsiębiorcy, Gawłowski wymusił od niego pieniądze na finansowanie kampanii wyborczej.

Krzysztof B. – według Prokuratury Krajowej – miał wręczyć Gawłowskiemu, ponad 405 tys. zł łapówki. W zamian ówczesny wiceminister środowiska miał mu oferować pomoc przy zdobywaniu wielomilionowych kontraktów z Zachodniopomorskim Zarządzie Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie. Przedsiębiorca – nakłaniany przez Gawłowskiego – miał też wręczyć łapówkę dyrektorowi tej instytucji Tomaszowi P. Łapówki miał też przekazywać innym osobom związanym z wygranymi przetargami.

Biznesmen w czwartek przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów i oświadczył, że chciałby dobrowolnie poddać się karze. Nie chciał składać wyjaśnień, ale odpowiadał na pytania.

W wyjaśnieniach, które składał podczas wcześniejszych przesłuchań w prokuraturze, odczytanych w czwartek, B. powiedział, że Gawłowski wspominał mu o przetargu Zarządu Melioracji na wykonanie wrót sztormowych na jeziorze Jamno, w którym, jak miał powiedzieć obecny senator, biznesmen „miał szansę”. Krzysztof B. wskazywał, że Gawłowski kilkakrotnie powiedział, iż potrzebuje pomocy finansowej w kampanii wyborczej w kwocie około miliona zł wskazując, że „kieruje całym województwem”.

Ówczesny wiceminister środowiska – jak mówił B. – powiedział, że biznesmen będzie mógł „odrobić” te pieniądze przy realizacji inwestycji z przetargu. B. powiedział, że „zorganizował” wówczas z prowadzonej przez siebie działalności ok. 170-200 tys. zł.

Wyjaśniał, że zdecydował się przekazać pieniądze, bo obawiał się o możliwość dalszej działalności swojej firmy i sądził, że w przeciwnym razie nie ma szans na wygranie przetargu w Zarządzie Melioracji. Jak mówił, Gawłowski, przyjmując pieniądze w swoim domu „był bardzo zadowolony”.

Podczas przesłuchań wyjaśniał, że Gawłowski mówił mu także, iż „należy pamiętać finansowo” o dyrektorze Zarządu Melioracji Tomaszu P., który miał być „jego (Gawłowskiego) człowiekiem i był przez niego nominowany”. P. miał wskazać, pisząc na kartce, że łapówka miała być równowartością najpierw 2, a później 3 proc. wartości przetargu. Biznesmen miał przekazać Tomaszowi P. 600 tys. zł.

B. zeznał też, że Gawłowski przekazał przez niego informację dyrektorowi Zarządu Melioracji na temat planowanej kontroli ABW w inwestycjach instytucji. Informację B. miał przekazać, zapisując ją na kartce, ponieważ, jak wyjaśnił, Gawłowski bał się, że Tomasz P. jest podsłuchiwany.

Zapytany podczas jednego z przytoczonych w czwartek przesłuchań, dlaczego od zatrzymania w 2014 r. przez dwa lata odmawiał składania wyjaśnień, Krzysztof B. powiedział, że „bał się poprzedniej władzy”, a konkretnie Gawłowskiego. Dodał, że bał się także „o życie swoje i swojej rodziny”.

Pytany w czwartek przez sędziego, czy należał kiedykolwiek do partii politycznej, odpowiedział, że „w którymś momencie” należał do Prawa i Sprawiedliwości, ale nie pełnił żadnej funkcji w partii. „Pan Gawłowski wiedział o moim członkostwie w PiS. Nie mówił nic takiego, że mu to przeszkadza w kontaktach” – mówił B.

Gawłowski w wyjaśnieniach składanych na początku procesu wskazywał, że sprawa ma charakter polityczny, a osoby, które go obciążają, są związane z PiS.

W odczytanych protokołach pojawiła się też kwestia przekazania Gawłowskiemu 200 tys. zł „na budowę domu”. Jak zaznaczył wcześniej B., nie traktował pieniędzy, które miał przekazać obecnemu senatorowi w reklamówce, jako łapówki. Zapytany przez sędziego, czy Gawłowski oddał mu pieniądze, odpowiedział, że nie, ponieważ bał się o nie upominać ze względu na pozycję polityka. Na pytanie, czy później domagał się ich zwrotu, także zaprzeczył, mówiąc „nie wiem, dlaczego”.

W sprawie dotyczącej wątku tzw. afery melioracyjnej aktem oskarżenia objęto 32 osoby. Prokuratura przedstawiła im łącznie 94 zarzuty, głównie korupcyjne.

Odczytanie pozostałych protokołów z przesłuchań Krzysztofa B. zaplanowane zostało na wtorek, tego dnia ma się też odbyć przesłuchanie byłego starosty koszalińskiego Romana S.
Źródło info i foto: Dziennik.pl