Nuncjatura Apostolska komentuje zarzuty ws. biskupa Szkodonia o molestowanie seksualne

Zamiarem Nuncjatury nigdy nie było ograniczanie Pani Monice prawa do powiadomienia mediów, ani ukrywanie sprawy przed opinią publiczną – informuje Nuncjatura Apostolska w komunikacie przekazanym PAP. Zaznacza, że w sprawie nie zapadł do tej pory żaden wyrok sądu powszechnego.

W komunikacie przekazanym w środę PAP Nuncjatura Apostolska w Polsce odniosła się do doniesień medialnych w tej sprawie. Nuncjatura oświadcza, że „postępowanie kanoniczne w sprawie oskarżeń kierowanych przez Panią Monikę (imię zmienione) wobec jednego z polskich biskupów prowadzone jest przez Kongregację Nauki Wiary. Pierwszy list w tej sprawie nadszedł do Nuncjatury 27 maja 2019 r. i tego samego dnia został przekazany do Stolicy Apostolskiej”.

Pełnomocnik kobiety został o całym postępowaniu poinformowany przez Nuncjaturę Apostolska w Polsce pismem z dnia 30 maja 2019 r. Nuncjatura zaznacza też, że „nie jest stroną tego postępowania i podejmuje działania wyłącznie w ramach zaleceń przekazanych przez Stolicę Apostolską”. „W szczególności Nuncjusz Apostolski nie jest sędzią w tej sprawie ani organem upoważnionym do relacjonowania przebiegu postępowania” – podkreślono.

Nuncjatura wskazuje, że „mając na uwadze wagę opisanej sprawy oraz konieczność dochowania najwyższej staranności w dążeniu do wyjaśnienia prawdy” abp Salvatore Pennacchio 23 stycznia 2020 r. osobiście spotkał się z p. Moniką i jej pełnomocnikiem. Jak zaznaczono, wizyta była ściśle związana z prowadzonym postępowaniem, a obecność p. Moniki w Nuncjaturze Apostolskiej była obopólnie uzgodniona.

Nuncjatura zapewnia, że „zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby zapewnić Pani Monice podczas składania świadectwa możliwie najdogodniejsze warunki, które w jak najmniejszym stopniu obciążałyby jej wrażliwość. Dołożono zatem wszelkich starań, aby Panią Monikę i jej pełnomocnika potraktować z należytą powagą i szacunkiem”.

„Zamiarem Nuncjatury nigdy nie było ograniczanie Pani Monice prawa do powiadomienia mediów, ani ukrywanie sprawy przed opinią publiczną. Należy jednak mieć na uwadze, iż doniesienia medialne w tego rodzaju wrażliwych sprawach wywołują ogromne emocje społeczne, które znacząco mogą utrudnić postępowanie mające na celu ustalenie prawdy. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, iż w tej sprawie nie zapadł do tej pory żaden wyrok sądu powszechnego” – podkreślono w komunikacie.

Bp Jan Szkodoń w oświadczeniu napisał, że przedstawione mu oskarżenia są nieprawdą i godzą w jego dobre imię, którego zamierza bronić. Zapewnił, że do czasu wyjaśnienia sprawy nie będzie podejmował żadnej pracy duszpasterskiej.

Jego oświadczenie zamieszczone wieczorem na stronie internetowej Archidiecezji Krakowskiej ma związek z publikacją, którą zapowiedziała „Gazeta Wyborcza”. W poniedziałkowym „Dużym Formacie” ukaże się reportaż Marcina Wójcika „Zły dotyk biskupa z Krakowa”. Jego autor opisuje relacje hierarchy z 15-letnią wówczas Moniką. Według kobiety, biskup podczas spotkań miał jej wsuwać ręce pod koszulę i bieliznę oraz między uda. Do molestowania nieletniej miało dochodzić w Krakowie ponad 20 lat temu.

„W obliczu zapowiadanych doniesień medialnych na temat mojej osoby pragnę przekazać, że zostałem przez Nuncjusza Apostolskiego w Polsce poinformowany o wszczęciu wobec mnie postępowania, które jest przewidziane prawem kanonicznym, oraz że zostały podjęte czynności i decyzje wynikające z norm wewnątrzkościelnych dotyczących biskupa” – napisał biskup Szkodoń.

Zaznaczył, że ponieważ przedmiotem postępowań ma być w pierwszej kolejności ustalenie prawdy i nie może udzielać żadnych informacji w tej sprawie.

„Stanowczo oświadczam, że przedstawione mi oskarżenia są nieprawdą, oraz że godzą w moje dobre imię, którego zamierzam bronić. Do czasu wyjaśnienia sprawy, nie będę podejmował żadnej pracy duszpasterskiej” – zapewnił bp Szkodoń. „Proszę o modlitwę w intencji Kościoła oraz o szybkie poznanie pełnej prawdy” – zaapelował.

Rzecznik krakowskiej kurii ks. Łukasz Michalczewski potwierdził wcześniej PAP, że biskup przebywa poza Archidiecezją Krakowską, a postępowanie wyjaśniające w tej sprawie prowadzi watykańska Kongregacja Nauki Wiary. „Ufamy w pełni podjętej przez Kongregację procedurze i oczekujemy szybkiego poznania prawdy w duchu nauczania papieża Franciszka” – mówił ks. Michalczewski.

72-letni bp Jan Szkodoń urodził się w Chyżnem. Po maturze, którą zdał w 1964 r., wstąpił do Krakowskiego Seminarium Duchownego. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk kard. Karola Wojtyły w 1970 r. Pracował w parafiach w Makowie Podhalańskim i w parafii Matki Bożej Zwycięskiej w Krakowie – Borku Fałęckim.

W latach 1973 – 1976 studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie otrzymał doktorat za pracę dotycząca nierozerwalności małżeństwa. Po powrocie z KUL pracował w kurii jako sekretarz Synodu Archidiecezji Krakowskiej. Prowadził wykłady na Papieskim Wydziale Teologicznym (później – Papieska Akademia Teologiczna) z teologii pastoralnej i z teologii życia wewnętrznego.

W 1979 r. został mianowany ojcem duchownym w Krakowskim Seminarium Duchownym. Posługę ojca duchownego łączył z prowadzeniem rekolekcji Ruchu Światło-Życie, Grup Apostolskich i rekolekcji parafialnych.

Sakrę biskupią otrzymał 4 czerwca 1988 r. Jest biskupem pomocniczym Archidiecezji Krakowskiej, autorem książek poświęconych rodzinie, kapłaństwu i życiu rodzinnemu. Jego pasją jest malowanie obrazów.

Bp Szkodoń przewodniczył Komisji Duszpastersko-Teologicznej „Pamięć i Troska”, powołanej przez ówczesnego metropolitę krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza w lutym 2006 r., by wypracować kryteria, według których należy oceniać postawy duchownych podejrzewanych o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Komisja ta przygotowała „Memoriał w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1989”, który 25 sierpnia 2006 r. na Jasnej Górze został przyjęty jako dokument Episkopatu Polski. Opracowała też zasady, według których powinny być oceniane publikacje dotyczące m.in. lustracji.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

W Krakowie ruszył proces Roberta J. Mężczyzna oskarżony jest o zamordowanie 21 lat temu studentki i zbezczeszczenie jej zwłok

Przed krakowskim sądem ruszył w środę proces Roberta J., oskarżonego o zamordowanie 21 lat temu studentki i zbezczeszczenie jej zwłok. Po odczytaniu aktu oskarżenia proces ma toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Sąd zamierza przesłuchać około 200 świadków. Powołano 20 biegłych. Rozprawa miała rozpocząć się o godzinie 9:30 przed krakowskim sądem okręgowym, jednak stało się to dopiero przed godziną 12.

Podczas środowej rozprawy prokurator Piotr Krupiński z Małopolskiego Wydziału Prokuratury Krajowej rozpoczął odczytywanie aktu oskarżenia. Po jego odczytaniu proces będzie toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami mecenasa Łukasza Chojniaka, adwokata oskarżonego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem Roberta J., jego klient, doprowadzony na rozprawę z aresztu, prawdopodobnie skorzysta z prawa do składania wyjaśnień.

To już drugi termin rozpoczęcia tego głośnego procesu – 8 stycznia sąd zdecydował o odroczeniu go do 12 lutego. Powodem był wybór nowego ławnika, który nie zdążył zapoznać się z materiałem dowodowym. O odroczenie zawnioskował obrońca Roberta J.

– Nie było ze strony obrony innej możliwości, jak złożenie wniosku o odroczenie rozprawy, z uwagi na to, że jeden z sędziów – ławnik, nie z winy sądu, ale został powołany do tej sprawy na początku stycznia – wyjaśnił obrońca oskarżonego mec. Łukasz Chojniak.

Przekonywał w rozmowie z dziennikarzami, że w „sprawie poszlakowej, gdzie nie ma dowodu bezpośredniego, w sprawie, w której oskarżony – co trzeba stanowczo podkreślić – nie przyznaje się do stawianych mu zarzutów i stanowczo kwestionuje zarzuty, które są wobec niego formułowane, obrona nie miała innej możliwości, jak złożenie wniosku o przerwę w rozprawie”.

Akt oskarżenia liczy około 800 stron, a akta sprawy to niemal 500 tomów. Krakowski sąd wyznaczył już terminy rozpraw na kilka miesięcy, planuje przesłuchać około 200 świadków. Na razie są to osoby wskazane przez prokuratora – nie wiadomo, ilu świadków wskaże jeszcze m.in. obrona. Sąd w tej sprawie dysponuje opiniami około 20 biegłych.

Szczegóły sprawy są na tyle brutalne, że sąd zdecydował o wyłączeniu jawności rozpraw.

Ciało w Wiśle

Robert J. będzie odpowiadał za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura zarzuca mu, że na przełomie 1998 i 1999 roku zamordował Katarzynę Z., studentkę religioznawstwa UJ. Fragmenty skóry i ciała wyłowiono z Wisły, jednak części zwłok nigdy nie odnaleziono. Szczątki zostały pozbawione skóry, jej fragmenty były fachowo odcięte i wypreparowane. Tożsamość ofiary ustalono dzięki badaniom genetycznym.

Mimo wysiłków śledczych nikogo w związku z tą sprawą nie zatrzymano aż do 2017 roku. Dopiero wówczas policjanci zdecydowali, że mają wystarczająco wiele dowodów przeciwko Robertowi J. i mężczyzna trafił do aresztu. Jak przyznają śledczy, był podejrzewany niemal od początku śledztwa, ale brakowało dowodów.

– Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sprawcy tej brutalnej zbrodni będzie możliwe dzięki wyjątkowo wytężonej pracy prokuratorów prowadzących to postępowanie oraz funkcjonariuszy policji, jak również biegłych powołanych do opiniowania w tej sprawie. Musieli się oni zmierzyć z przestępczym działaniem, które dotąd było nieznane polskiej i zagranicznej kryminalistyce – mówiła krótko po zatrzymaniu podejrzanego Beata Marczak, zastępczyni prokuratora generalnego.

Trenował sztuki walki

Prokuratura Krajowa podała natomiast, że „w sprawie tej przez wiele lat przeprowadzono żmudne czynności śledcze, które w konsekwencji doprowadziły do ustalenia sprawcy zabójstwa”.

– Prokuratorzy zlecali kolejne badania i opinie biegłych, żeby na podstawie najdrobniejszych nawet śladów dowiedzieć się jak najwięcej o okolicznościach mordu i samym sprawcy. Z tak bestialską zbrodnią i zbezczeszczeniem ciała nie mieliśmy jeszcze w Polsce do czynienia, dlatego prokuratura postawiła sobie za punkt honoru wykrycie sprawcy – mówiła osoba znająca kulisy śledztwa. Prokuratorzy zaangażowali dziesiątki biegłych z Polski i zagranicy. Korzystali ze wszystkich najnowocześniejszych metod badawczych oraz zdobyczy nauki i techniki.

Na ich zlecenie Laboratorium Ekspertyz 3D Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu po raz pierwszy na świecie sporządziło trójwymiarowy obraz zbrodni tylko na podstawie śladów pozostawionych przez sprawcę na tkankach ofiary. Dzięki badaniom Katedry Biologii Eksperymentalnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu udało się także wykryć związki chemiczne, które morderca podawał studentce. Takie badania najprawdopodobniej zostały wówczas przeprowadzone po raz pierwszy w historii polskiej kryminalistyki.

Na tej podstawie ustalono sposób zadawania ciosów przez mordercę i fakt, że mogła je zadawać osoba wyszkolona w określonych sztukach walki – trenował je właśnie Robert J.

Było to przełomowe dla śledztwa, w którym prokuratura – jak zapewnia – skrupulatnie zbadała wszystkie ślady pozostawione przez sprawcę, sposób jego działania i profil psychologiczny.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Holandia: Dwie eksplozje w placówkach pocztowych. Materiały wybuchowe ukryte w listach

W dwóch przedsiębiorstwach w Holandii eksplodowały w środę rano listy zawierające prawdopodobnie materiał wybuchowy, ale nikt nie został przy tym ranny – poinformowała na Twitterze holenderska policja. Wybuchy miały miejsce w firmowych placówkach pocztowych w Amsterdamie i w położonym na południowym wschodzie kraju Kerkrade.

Policja nie jest na razie w stanie powiedzieć, czy między obu tymi wydarzeniami istnieje związek. Nie jest także jasne, jak duże są powstałe szkody. W ubiegłych tygodniach w kilku holenderskich przedsiębiorstwach i instytucjach wykryto listy zawierające materiał wybuchowy, ale nie doszło tam do żadnej eksplozji. Policja nie dysponuje na razie jakimikolwiek wskazaniami na temat sprawców i ich motywów.
Źródło info i foto: interia.pl

Prokuratura postawiła zarzuty ws. tragedii w Bukowinie Tatrzańskiej

Mężczyzna usłyszał zarzut popełnienia samowoli budowlanej i złożył wyjaśnienia. Grożą mu dwa lata pozbawienia wolności, jednak śledczy nie wykluczają możliwości postawienia mu kolejnych zarzutów.

Inwestorem jest dzierżawca terenu, mieszkaniec Podhala. – Nie było podstaw do stosowania aresztu. Sprawca do prokuratury zgłosił się dobrowolny. Zastosowaliśmy wobec niego dozór policyjny, zakaz opuszczania kraju i poręczenie majątkowe – powiedziała szefowa Prokuratury Rejonowej w Zakopanem Barbara Bogdanowicz

Prokuratura prowadzi śledztwo ws. nieumyślnego spowodowania śmierci. Inwestorowi grożą dwa lata pozbawienia wolności. Prokuratura nie wyklucza postawienia przedsiębiorcy kolejnych zarzutów.

Tragiczny wypadek w Bukowinie Tatrzańskiej

– Przesłuchano wszystkich świadków, którzy byli bezpośrednio na miejscu zdarzenia. Sprawca również złożył wyjaśnienia. Zostali powołani biegli z zakresu medycyny sądowej, w najbliższych dniach zostaną powołani biegli w zakresie budownictwa

Do tragicznego wypadku doszło na parkingu przy górnej stacji wyciągu narciarskiego Rusiń-Ski w Bukowinie Tatrzańskiej w poniedziałek przed godz. 11. Podmuch wiatru zerwał dach z wypożyczalni sprzętu narciarskiego. Dach spadł wprost na czwórkę turystów z Warszawy. Mimo reanimacji nie udało się uratować 52-latki i jej 15-letniej córki. 21-latka – druga córka zmarłej kobiety – w bardzo ciężkim stanie została przetransportowana do szpitala w Nowym Targu, gdzie wieczorem tego samego dnia zmarła. Kolejny poszkodowany to 16-latek, który z urazami głowy i stłuczeniem barku trafił do szpitala w Zakopanem.
Źródło info i foto: onet.pl

300 funkcjonariuszy CBA, miliardy strat i 18 zatrzymanych

Prawie 300 agentów CBA, przy wsparciu Straży Granicznej oraz Żandarmerii Wojskowej, zatrzymało 18 osób. Sprawa dotyczy przetransferowania co najmniej 8,6 mld zł za granicę za pośrednictwem krajowej instytucji płatniczej. Jak poinformował portal tvp.info rzecznik CBA, chodzi o postępowanie prowadzone przez warszawską delegaturę Biura pod nadzorem Prokuratury Regionalnej w Warszawie, które dotyczy zorganizowanej grupy przestępczej

Biuro – w wyniku kilkumiesięcznej pracy – zatrzymało w tej sprawie nad ranem 18 osób, w ponad 60 miejscach trwają przeszukania.

– Z ustaleń śledczych wynika, że grupa za pośrednictwem krajowej instytucji płatniczej wytransferowała poza granice kraju co najmniej 8,6 mld zł. Środki te miały pochodzić z nieuiszczania należności podatkowych bądź też ich płatności w niepełnym wymiarze. Grupa działała w ramach 26 firm zarządzanych przez obywateli Polski, Wietnamu, Chin i Ukrainy, którzy swoją działalność gospodarczą prowadzili głównie na terenie Wólki Kosowskiej. Podejrzani mogli działać na terenie kraju od 2016 do 2019 roku – wyjaśnia.

Według CBA firmy nie składały sprawozdań finansowych do KRS lub też składały je, wykazując dochody i obroty nieporównywalne do wysokości zlecanych transferów pieniężnych.

Poniesiona przez Skarb Państwa szkoda w postaci nieuiszczanych podatków VAT i CIT jest aktualnie wyliczana.
Źródło info i foto: TVP.info

Bydgoszcz: Ciała dwóch niemowląt w jednym z mieszkań. Prokuratura ujawnia nowe informacje

– Z naszych ustaleń wynika, że po porodzie bliźniąt, który miał miejsce w grudniu, kobieta zapadła na depresję poporodową. Była pod opieką lekarza, zażywała leki – poinformowała Agnieszka Adamska-Okońska z Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy. W poniedziałek służby znalazły ciała dwóch chłopców, mimo reanimacji nie udało się ich uratować. Z kolei matka w ciężkim stanie trafiła do szpitala.

Do zgonu niemowląt doszło w poniedziałek.

– Z okoliczności, które zostały ujawnione na miejscu zdarzenia wynika, że zgon dzieci mógł nie być naturalny, dlatego przyjęto wstępną kwalifikację z art. 148 kodeksu karnego. Na razie stan 40-letniej matki dzieci, która przebywa w szpitalu, nie pozwala na jej przesłuchanie – powiedziała prokurator Adamska-Okońska.

Z ustaleń prokuratury wynika, że kobieta mieszkała razem z mężem, pięcioletnią córeczką i 2-miesięcznymi chłopczykami. Wiadomo, że kobieta cierpiała na zaburzenia związane z depresją poporodową. Z tego powodu leczyła się i zażywała leki. Opiekował się nią mąż, ale we wtorek musiał wyjść. Mężczyzna poprosił sąsiadkę, aby za jakiś czas poszła do mieszkania.

Starsza siostra bliźniaków była w przedszkolu. Gdy sąsiadka weszła do mieszkania, znalazła w łóżeczkach niemowlęta, które nie dawały oznak życia. Natychmiast wezwała pogotowie ratunkowe.

Na miejsce przyjechali ratownicy medyczni i policjanci. Prowadzona przez ratowników długotrwała reanimacja zakończyła się niepowodzeniem. Stan kobiety był na tyle zły, że została przewieziona do szpitala. Według lekarzy była ona w stanie bezpośrednio zagrażającym życiu. Na ciałach chłopców nie stwierdzono obrażeń.

Dotychczas nie udało się śledczym przesłuchać męża kobiety, który z powodu „silnych przeżyć” przebywa w szpitalu.

– Na razie jest za wcześnie mówić, jak doszło do śmierci bliźniaków, bierzemy pod uwagę różne wersje – dodała rzeczniczka prokuratury.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ochroniarz powstrzymał atak nożownika na dworcu w Lublinie

Gdy Kamil Włodarczyk (28 l.), ochroniarz na dworcu w Lublinie, dostrzegł przed sobą postawnego mężczyznę z uniesionym jak do ciosu wielkim nożem, nie spanikował. Choć furiat wykrzykiwał, że zaraz dokona rzezi wśród pasażerów, pan Kamil zaczął z nim spokojnie i rzeczowo rozmawiać. Przekonywał desperata, żeby odłożył nóż i się poddał. I po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach udało się. 23-latek odrzucił broń i został obezwładniony. Do tragedii nie doszło.

Kamil Włodarczyk pracuje w ochronie dworca PKP w Lublinie już od kilku lat. Jego praca do nudnych nie należy. Codziennie zdarzają się jakieś incydenty, ale czegoś tak groźnego jeszcze nie było.

– Ten człowiek miał obłęd w oczach. Wymachiwał wielkim nożem, grożąc, że zrobi ludziom krzywdę. Krzyczał, że to przez kobietę, że leczy się psychiatrycznie i jest mu wszystko jedno – opowiada dzielny ochroniarz.

Wczuwając się w rolę zawodowego negocjatora, pan Kamil zaczął wciągać szaleńca w rozmowę. Próbował go przekonać, żeby nie zrobił czegoś głupiego, czego później będzie żałował. W końcu nożownik dał za wygraną i odrzucił broń. Natychmiast do akcji wkroczyli koledzy pana Kamila, obezwładniając desperata.

– To było najdłuższe pięć minut w moim życiu. Nie chciałbym, żeby taka sytuacja jeszcze kiedyś się powtórzyła – mówi ochroniarz.

Pan Kamil jest bardzo skromnym człowiekiem. Nie czuje się bohaterem. Twierdzi, że po prostu wykonywał swoją pracę. Jego wzorowa postawa została doceniona. On i jego koledzy z patrolu otrzymali od władz PKP list gratulacyjny i drobne upominki.
Źródło info i foto: Fakt.pl

52-letni zakonnik z Tyńca miał molestować małoletnią. Klasztor zawiadomił prokuraturę

SONY DSC

52-letni Artur W. – zakonnik z opactwa benedyktynów w Tyńcu usłyszał w prokuraturze zarzut molestowania seksualnego osoby małoletniej. Jak poinformował rzecznik prasowy opactwa br. Grzegorz Hawryłeczko w tej sprawie klasztor w Tyńcu złożył zawiadomienie niezwłocznie po otrzymaniu informacji o możliwości popełnienia przestępstwa.

„Kwestia została również zbadana przez wewnętrzną komisję zakonu, a wyniki jej prac udostępniono prokuraturze” – napisał w oświadczeniu dla mediów br. Hawryłeczko. Potwierdził, że w miniony czwartek, 6 lutego, o. Artur W. został zatrzymany przez policję na podstawie postanowienia Prokuratury Rejonowej Kraków-Podgórze, a po przesłuchaniu został mu w sobotę postawiony zarzut z art. 200 par. 1 o dopuszczanie się innych czynności seksualnych wobec osoby małoletniej.

Klasztor zawiadomił prokuraturę

„Ojciec Artur nie przyznał się do stawianego mu zarzutu. Zastosowano wobec niego środki zapobiegawcze o charakterze wolnościowym. Do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę o. Artur W. pozostaje zawieszony w sprawowaniu posługi duszpasterskiej” – poinformował rzecznik prasowy tynieckiego opactwa. „Jako wspólnota prosimy o modlitwę w intencji wszystkich ofiar molestowania i ich rodzin” – zaapelowali współbracia zatrzymanego.

Jak powiedział rzecznik krakowskiej Prokuratury Okręgowej prok. Janusz Hnatko mężczyzna miał popełniać przestępstwa w latach 2008-2010. – Artur W. nie przyznał się do postawionych mu zarzutów. Złożył krótkie wyjaśnienia odpowiadając na pytania swojego obrońcy – powiedział prok. Hnatko.

Zakonnik miał molestować małoletnią

Mężczyźnie grozi od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Prokuratura zastosowała wobec niego dozór policyjny, zakaz zbliżania się i kontaktowania z pokrzywdzoną oraz zakaz opuszczania kraju. Pokrzywdzoną w tej sprawie jest pełnoletnia dziś kobieta, którą zakonnik przed laty uczył religii. Mężczyzna od dziesięciu lat nie miał z nią kontaktu.

O zatrzymaniu zakonnika i postawieniu mu zarzutów poinformował portal tvn24.pl. Do pierwszych przypadków molestowania miało dojść – według autora materiału Szymona Jadczaka – we wrześniu 2008 roku, kiedy dziewczynka miała siedem lat. Prokuratura przesłuchała licznych świadków, w tym opata zakonu benedyktynów w Tyńcu, a w ubiegłym tygodniu zapadła decyzja o zatrzymaniu zakonnika, co stało się w jego domu rodzinnym w Białymstoku – podał portal. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Centralne Biuro Antykorupcyjne ujawniło dokumenty w sprawie tzw. „willi Kwaśniewskich”

Kilkaset stron dokumentów na temat tzw. willi Kwaśniewskich opublikowało we wtorek CBA. Centralne Biuro Antykorupcyjne zgodnie z decyzją Prokuratora Regionalnego w Katowicach udostępniło materiały ze śledztwa dotyczącego willi w Kazimierzu Dolnym. Wnioskował o to minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński.

Wśród dokumentów możemy znaleźć m.in. raporty, protokoły przesłuchań i stenogramy rozmów telefonicznych, protokoły oględzin.
Źródło info i foto: Wyborcza.pl

Indie: Przez pięć lat torturowali i gwałcili dziewczynki z domu dziecka Balika Grih w Muzaffarpur. Sąd skazał ich na dożywocie

Sąd skazał na karę dożywocia 12 osób, które przez pięć lat miały odurzać, torturować i gwałcić 42 dziewczynki z domu dziecka. Jak podaje indyjski miesięcznik, 11 z nich zaginęło lub zostało zamordowanych. Przez pięć lat 42 dziewczynki w domu dziecka Balika Grih w Muzaffarpur na północy Indii były odurzane, a potem torturowane, molestowane i gwałcone. Ich krzyki słyszeli ludzie mieszkający w sąsiedztwie, jednak nie reagowali z obawy o własne bezpieczeństwo.

„The Caravan”: Co najmniej 11 wykorzystywanych dziewczynek zaginęło lub zostało zamordowanych
20 stycznia 19 osób zostało uznanych winnymi zarzucanych im przestępstw. Wśród nich jest Brajesh Thakur, właściciel ośrodka, w którym przebywały dziewczynki i szef siatki pedofilów.

Zgodnie z indyjskim prawem wymiar kary ogłoszono na oddzielnej rozprawie. We wtorek sąd w Delhi skazał 12 osób na dożywocie. Adwokat skazanych zapowiedział apelację do sądu wyższej instancji.

W domu dziecka, w którym rozegrał się dramat, stanowi i miejscy urzędnicy wielokrotnie przeprowadzali kontrole. Kilku z nich usłyszało zarzuty.

Jak podaje miesięcznik „The Caravan”, co najmniej 11 wykorzystywanych dziewczynek zaginęło lub zostało zamordowanych.
Źródło info i foto: Gazeta.pl