Mąż kasjerki z CBA miesiącami obstawiał zakłady sportowe pieniędzmi skradzionymi ze służb

Niejasne wytyczne dla bukmacherów pozwoliły mężowi kasjerki z CBA miesiącami obstawiać zakłady sportowe kradzionymi pieniędzmi – informuje „Rzeczpospolita”. Pracownica Centralnego Biura Antykorupcyjnego miała wyprowadzać z kasy biura blisko pięć mln złotych – o swoich ustaleniach w połowie stycznia pisał Onet.

Katarzyna G., cywilna pracownica wydziału finansów w CBA, i jej mąż Dariusz G. zostali aresztowani 31 stycznia 2019 roku pod zarzutem przywłaszczenia znacznych środków. Śledztwo objęte jest całkowitą tajemnicą, a prowadząca je Prokuratura Regionalna w Warszawie nie chce ujawnić nawet, o jaką sumę chodzi i w jakim okresie kasjerka miała okradać CBA.

„Kasjerka wpadła, bo jak donosił „Puls Biznesu”, pod koniec roku delegatury rozliczają fundusze operacyjne. Wtedy okazało się, że w kasie jest pusto. Dziś trwa intensywne śledztwo, mające wykazać nie tylko, ile pieniędzy zginęło, ale i jak to było możliwe, że Dariusz G. bez wiedzy służb finansowych miesiącami bezkarnie grał kradzionymi pieniędzmi, obstawiając zakłady sportowe. Przychodził regularnie i obstawiał kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tys. zł” – twierdzą źródła „Rzeczpospolitej”.

CBA zabezpieczyło pieniądze na koncie Dariusza G. w firmie bukmacherskiej. Teraz śledczy muszą wykazać, że te pieniądze pochodzą z przestępstwa i że jest to gotówka wyniesiona właśnie przez kasjerkę CBA. „Rzeczpospolita” pisała wcześniej, że kobieta miała wynosić pieniądze w reklamówkach.

Wojtunik dla Onetu: Nie pamiętam takiego skandalu w polskich służbach

Były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Paweł Wojtunik, pytany o sprawę wyniesienia z instytucji kilku mln zł przez pracownicę działu finansowego stwierdził, że takie skandalu w polskich służbach nie pamięta. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w jednostce policji, zostałaby ona natychmiast rozwiązana – mówił w rozmowie z Onetem.

Ta afera świadczy przede wszystkim o niskim poziomie kadry kierowniczej, braku profesjonalizmu oraz o skorumpowaniu mechanizmów kontrolnych. Mam wrażenie, że chyba wszyscy fachowcy już zostali wyrzuceni albo sami odeszli, a nastały czasy partyjnego kolesiostwa i promowania miernot – oceniał Paweł Wojtunik w portalu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ciało kobiety w ciąży znalezione niedaleko torów w Zaryniu

21.01.2020 Bierun Amerykanski wrak samolotu B-25 z II wojny swiatowej znaleziony w Bieruniu . W srodku byly zwloki radzieckich zolnierzy fot. Beata Zawrzel/REPORTER

O ogromnej tragedii poinformował portal infokonin.pl. W środę rano, niedaleko niestrzeżonego torowiska w Zaryniu (województwo wielkopolskie) znaleziono zwłoki kobiety. 26-latka była w ciąży. Ciało zostało odkryte w rowie, a niedaleko stał samochód z otwartymi drzwiami kierowcy i włączonym silnikiem. Jak ustaliła policja kobieta miała liczne urazy, w tym głowy, brzucha oraz nogi.

Obok stał samochód z włączonym silnikiem

Zwłoki 26-letniej mieszkanki województwa kujawsko-pomorskiego zostały znalezione w środę rano, w pobliżu niestrzeżonego przejazdu kolejowego – podaje infokonin.pl. Kobieta była w ciąży – wynika ze ustaleń funkcjonariuszy. Niedaleko miejsca tragedii stal również samochód z włączonym silnikiem i otwartymi drzwiami od strony kierowcy.

„Ciało leżało w rowie w pobliżu niestrzeżonego przejazdu kolejowego. W pobliżu kobieta  pozostawiła samochód z włączonym silnikiem i otwartymi drzwiami od strony kierowcy” – SEBASTIAN WIŚNIEWSKI, KMP W KONINIE, W ROZMOWIE Z INFOKONIN.PL.

Sprawę obecnie bada prokuratura – czytamy na infokonin.pl.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Marcin K. ps. „Wściekły”skazany

„Wściekły” – brat „Szkatuły” z dwuletnim zakazem stadionowym i grzywną za awanturę podczas meczu Legii Warszawa z Koroną Kielce w 2018 r. – dowiedział się portal tvp.info. Marcin K., znany także jako „Belmondziak”, został skazany przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia za wtargnięcie na murawę, uderzenie porządkowego i prowokowanie kibiców z Kielc.

42-letni Marcin K. ps. „Belmondziak” vel „Wściekły”, jest od lat bohaterem kronik kryminalnych i sądowych. Według policji i prokuratury jest numerem dwa w gangu swojego brata przyrodniego Rafała S. ps. „Szkatuła”.

Z ustaleń prokuratury i CBŚP wynika, że w latach 2008-11 gang „Szkatuły” brał udział w przemycie narkotyków na terenie państw Unii Europejskiej, w tym Polski, i wprowadzaniu ich do obrotu. Chodzi o 3,7 tony marihuany, ponad 500 kg amfetaminy, 300 kg kokainy i blisko 250 kg heroiny.

Jako że „Szkatuła” siedzi w więzieniu, a „Belmondziak” cieszy się wolnością, czekając na rozstrzygnięcia w kolejnych procesach, to on zdaniem śledczych jest bossem. Czemu sam zdecydowanie zaprzecza. Okazało się, że Marcin K. dał się poznać policji i prokuraturze z zupełnie innej strony. Będąc zapalonym kibicem Legii Warszawa (wielu członków jego gangu należy do bojówek tej drużyny), pojawił się 1 grudnia 2018 r. na meczu z Koroną Kielce. Najwyraźniej jednak dał się ponieść emocjom, ponieważ w pewnym momencie miał się wedrzeć na murawę.

Na jego drodze znalazł się porządkowy K. T. „Belmondziak” miał mu zadać trzy ciosy pięścią w głowę. A chwilę potem podbiegł do sektora gości i jak napisano w oficjalnych dokumentach: „prowokował kibiców klubu Korona Kielce do działań zagrażających bezpieczeństwu tej imprezy poprzez wykonywanie przed ich trybuną nieprzyzwoitych gestów”,

Jako że w tumulcie tym brało udział kilka innych osób, osądzenie chuligańskiej akcji zajęło blisko rok. W październiku 2019 r, Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał Marcina K. za winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Decyzją sądu „Belmondziak” ma dwuletni „zakazu wstępu na imprezy masowe obejmujący wszelkie imprezy masowe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz mecze piłki nożnej rozgrywane przez polską kadrę narodową lub polski klub sportowy poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”.

Ponadto gangster musi uiścić 3,5 tys. zł grzywny i zapłacić 500 zł zadośćuczynienia pobitemu porządkowemu. Wyrok jest nieprawomocny. Smaczku sprawie dodaje fakt, że zapadł w dniu urodzin Marcina K.

Pęd do wolności i nauki

„Belmondziak” cieszy się wolnością od zimy 2018 r, po tym jak w styczniu Sąd Najwyższy uchylił mu areszt niedługo po tym, jak uznał kasację od wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który skazał gangstera na 13 lat więzienia. Sprawa wróciła do Sąd Okręgowego w Warszawie i toczy się od początku.

Sąd Najwyższy warunkował zwolnienie K. wpłaceniem 150 tys. zł poręczenia majątkowego, co też szybko miało miejsce. Gangster nie może opuszczać kraju i musi się raz na dwa tygodnie meldować na policji.

Co ciekawe, na tym posiedzeniu SN obrońca „Belmondziaka” złożył oświadczenie Prezesa Zarządu Fundacji Kamili Skolimowskiej, potwierdzające gotowość nawiązania współpracy z Marcinem K.

Zdaniem śledczych rozpracowujących gang „Szkatuły”, Marcin K. konsekwentnie dążył do uchylenia ciążących na nim aresztów. Kiedy 11 grudnia 2017 r. usłyszał wyrok trzech lat więzienia za pomoc w próbie uprowadzenia pewnego złodzieja, swój wniosek o uchylenie wspomnianej sankcji motywował „chęcią nauki”.

– Chcę się uczyć. Skończyć jakieś kursy albo liceum – wyjaśniał „Belmondziak”; uchylenie aresztu oznaczało, że może uczyć się zakładzie karnym. Sędzia Andrzej Krasnodębski, znany z surowych wyroków wobec gangsterów, uznał, że ta argumentacja go przekonuje.

Handlarz telefonami

„Belmondziak” został zatrzymany w październiku 2009 r., po ponaddwuletnim ukrywaniu się przed policją. Schwytali go policjanci elitarnej grupy warszawskiego CBŚ, tzw. łowcy głów. To specjalna jednostka pościgowa, której jedynym zadaniem jest polowanie na ukrywających się najgroźniejszych bandziorów. Po niespełna dwóch latach działania, na jej bazie utworzono w centrali CBŚ specjalny wydział pościgowy, nazywany teraz „łowcami cieni”.

Funkcjonariusze znaleźli przy nim i w jego mieszkaniu 72 telefony komórkowe. Przy sobie miał „tylko” 12 aparatów, do najpilniejszych kontaktów. Każdy aparat był używany tylko do kontaktu z jednym konkretnym członkiem gangu. K. nie wiedział, że jego rozmowy były od kilku miesięcy nagrywane, próbował nawet przekonać śledczych, że miał tak dużo aparatów, bo zajmuje się „obwoźnym handlem telefonami”.

Według zeznań skruszonych członków gangu, w grupie obowiązywały bardzo surowe zasady bezpieczeństwa. Telefony, będące na wyposażeniu gangu, były zawsze wymieniane w przypadku zatrzymania jakiegokolwiek członka grupy. Ponadto bez względu na okoliczności telefony były zmieniane średnio co dwa tygodnie.

Z kolei inny świadek przytaczał wypowiedź Marcina Z. ps. „Misiek” o tym, co się działo na spotkaniu z Marcinem K.: „Belmondziak” jak zwykle miał przy sobie z 50 telefonów tak, że nie miał ich nawet jak w samochodzie poukładać”.

Marcin K. starał się być zawsze bardzo ostrożny. Nawet, gdy rozmawiał przez „bezpieczny”, jak mu się wydawało, telefon, nie używał nazw narkotyków. Tylko cyfr, np. trzy dla X, cztery dla Y. Chodziło o liczbę kilogramów dla konkretnego odbiorcy.

K. nie wiedział jednak, że jego wszystkie rozmowy z najbliższymi współpracownikami są podsłuchiwane przez CBŚ. Co ciekawe, funkcjonariusze inwigilujący dziesiątki bandyckich numerów, przypisali „Wściekłemu” niegodnie brzmiący kryptonim „Gucio 180”.

Potwierdzeniem zaangażowania gangstera w handel narkotykami są także jego nerwowe rozmowy z kompanami, kiedy w sierpniu 2009 r. policja zatrzymała handlarzy narkotykami z Dębicy, którzy właśnie zakupili narkotyki od „Szkatułowych”. W ciągu kilkudniowej akcji wpadło kilku członków bandy.

Na wieść o wsypie, „Wściekły” nakazał kompanom „przemeblowanie mieszkań”, „zmianę dyliżansu” i „wybicie z dokumentów”. Chodziło o usunięcie z mieszkań zakazanych przedmiotów, zmianę samochodu oraz dokumentów.

Jednocześnie K. zachował na tyle zimną krew, że kazał osobie odpowiedzialnej za zajęte narkotyki oddać pieniądze. Z nagranych rozmów wynikało, że wpadka była wynikiem „niezachowania ostrożności”.

W imieniu brata

Przez dwa lata „Belmondziak” miał być według prokuratury oficjalnym liderem grupy. Rafał S. „Szkatuła” ukrywał się wówczas tak skutecznie, że policja podejrzewała nawet, iż został dyskretnie zamordowany.

Kierowany przez niego sojusz większości stołecznych gangów oplótł siecią swych powiązań niemal całą Warszawę. Podporządkował sobie bossów i watażków grup z Pragi, Śródmieścia, Żoliborza i niedobitków dawnej mafii mokotowskiej. Aby ta niecodzienna federacja nie rozbiła się o ambicje poszczególnych liderów, mianował ich swoimi kapitanami. Tylko z nimi utrzymywał bezpośrednie kontakty.

Z zeznań świadków wynika, że „Wściekły”, początkowo był „tylko” jednym z ważniejszych członków gangu swojego brata przyrodniego – Rafała S. ps. „Szkatuła”. Skruszeni przestępcy twierdzą, że K. był łącznikiem między koalicją stołecznych gangów a swym krewniakiem. Według śledczych Marcin K. miał przez swoich ludzi kontrolować zbieranie haraczy w stolicy. Gang „opodatkował” właścicieli lawet i holowników, taksówkarzy z centrum stolicy, lichwiarzy z kasyn i Służewca, handlarzy z bazarów Różyckiego Wolumen, a także kilkadziesiąt agencji towarzyskich i sex-shopów.

Pieniądze z „punktów” (tak nazywano miejsca, skąd ściągano haracz) w dużej części trafiały na specjalny fundusz gangu, przeznaczony na pomoc dla uwięzionych lub ukrywających się kamratów. Co ciekawe, z notatek gangsterów wynika, że niektórzy ich kompani dostawali pieniądze nawet przez pięć do ośmiu lat pobytu za kratami.

Gangsterzy szybko rozprawiali się z dłużnikami czy handlarzami niepłacącymi haraczu. Opór właścicieli sklepu wędkarskiego i sex-shopu skończyły się „tajemniczym” spaleniem tych pomieszczeń. Równie brutalnie bandyci przejęli haracze od przydrożnych prostytutek, które znajdowały się pod „opieką” gangu markowskiego. Po prostu skatowali kobiety, aby przez kilka dni nie mogły pracować. Bili jednak tak, aby prostytutki zbyt długo się nie leczyły, tylko mogły zarabiać już dla gangu „Szkatuły”.

Królowie stołecznego podziemia kryminalnego

Gang „Szkatuły” jest uważany przez policję za najbardziej niebezpieczną warszawską grupę przestępczą nowego stulecia. W śledztwie przeciwko członkom bandy ustalono m.in., że grupa kontrolowała 90 proc. stołecznych agencji towarzyskich, tirówki pod Wyszkowem i Górą Kalwarią, handel amfetaminą i heroiną oraz haracze.

Od 2008 r. zaczęło się rozbijanie bandy. Do końca 2010 r. ponad 100 najważniejszych członków gangu Rafała S. trafiło za kraty. 28 maja 2012 r. w czasie wielkiej obławy zatrzymano 45 osób, m.in. członków gangu „Szkatuły” i bojówkarzy warszawskiej Legii, zwanych Teddy Boys 95. Z ustaleń prokuratury i Centralnego Biura Śledczego wynika, że brali oni udział w przemycie i rozprowadzaniu w sumie setek kilogramów marihuany, kokainy i heroiny wartej miliony złotych.

Czołową rolę w narkobiznesie odgrywał aresztowany Arkadiusz K. ps. „Chory”, uważany za zastępcę Rafała S. ps. „Szkatuła”. To on miał koordynować współpracę gangu z „Teddy Boysami”. W 2013 r. policja rozbiła gang Rafała B. ps. „Bukaciak”, uważanego za następcę „Szkatuły”. Na początku grudnia 2013 r. policjanci odkryli w garażu w Konstancinie przestępczy arsenał, zawierający 26 sztuk broni, w tym szturmowe kałasznikowy, skorpiony i pistolety CZ z tłumikami. Arsenał miał należeć wcześniej do grupy „Szkatuły”.

Od września 2013 r. policja i prokuratura zatrzymały blisko 100 osób związanych z tym gangiem.
Źródło info i foto: TVP.info

Bydgoszcz: Są wyniki sekcji zwłok 2-miesięcznych bliźniąt

Sekcje zwłok wykazały, że najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci 2-miesięcznych bliźniaków było utopienie – powiedziała w środę rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska. Nadal nie można przesłuchać matki dzieci z uwagi na jej stan psychiczny. W środę przeprowadzono sekcję zwłok 2-miesięcznych bliźniaków. Chłopcy zmarli w poniedziałek, a prokuratura, jako wstępną kwalifikację przyjęła zabójstwo. Dzieci znajdowały się w mieszkaniu pod opieką 40-letniej matki, a służby o tym, że niemowlaki nie oddychają zawiadomiła sąsiadka.

Matka w szpitalu psychiatrycznym

– Obie sekcje się zakończyły. Biegły wskazał jako najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci dzieci uduszenie gwałtowne w mechanizmie utonięcia, czyli utopienie. Celem potwierdzenia takiego założenia pobrano wycinki z narządów do badań mikroskopowych oraz krew do badań fizykochemicznych. Po uzyskaniu tych dodatkowych wyników badań będzie można ostatecznie potwierdzić przyczynę śmierci. Opinia w tej sprawie spodziewana jest za ok. 2 miesiące – powiedziała prokurator Adamska-Okońska. Dodała, że dziś może wskazać jako najbardziej prawdopodobne podejrzenie odnośnie przyczyny śmierci dzieci – uduszenie pod wodą.

Jak poinformowała Adamska-Okońska, matka chłopców przebywa obecnie w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu. Jej stan psychiczny nie pozwala jeszcze na jej przesłuchanie. Ojciec bliźniaków z uwagi na silne przeżycia emocjonalne również trafił do szpitala.

W charakterze świadków przesłuchane zostały sąsiadka, która zaalarmowała pogotowie ratunkowe w poniedziałek, a także babcia bliźniaków, pod której opieką znajduje się teraz ich pięcioletnia siostra.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jest wniosek o areszt poszukiwawczy dla podejrzanego o śmiertelne pobicie zapaśnika Dominika Sikory

Policjanci z Poznania wciąż poszukują Olgierda Michalskiego (42 l.) podejrzanego o pobicie zapaśnika Dominika Sikory († 29 l.) ze skutkiem śmiertelnym. Cały czas trwa procedura uzyskania listu gończego za mężczyzną. Jednym z jej etapów jest wniosek o areszt poszukiwawczy, który właśnie został złożony w poznańskim sądzie.

Wniosek o areszt poszukiwawczy 42-letniego Olgierda Michalskiego trafił w środę 12 lutego do Sądu Rejonowego Poznań-Stare Miasto – informuje portal TVN24. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w czwartek i jest niezbędna do wydania listu gończego. Ten jest w tym przypadku niezbędny. Z informacji śledczych wynika, że Olgierd Michalski może przebywać w Szwajcarii, gdzie mieszka jego dziewczyna. Wydanie listu gończego za mężczyzną umożliwi poznańskim policjantom poszukiwania 42-latka za granicą.

– Podstawą wniosku są zarzuty spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego następstwem jest śmierć Dominika Sikory. Za ten czyn może mu grozić nawet dożywocie – przekazuje tvn24.pl.

Przypomnijmy, że Olgierd Michalski jest podejrzewany o pobicie zapaśnika Dominika Sikory ze skutkiem śmiertelnym. Do tych tragicznych wydarzeń doszło w nocy z 25 na 26 stycznia. 29-latek bawił się wówczas w jednym z klubów na Starym Rynku w Poznaniu. Gdy wyszedł z lokalu, został zaatakowany i nieprzytomny trafił do szpitala z ciężkimi obrażeniami głowy. Zmarł 31 stycznia.

Zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu. Na nagrani widać, jak Sikora stoi przed klubem z grupką ludzi. W pewnym momencie większy od niego mężczyzna zadaje mu jeden cios w twarz. Dominik upadł na ziemię, uderzając głową w brukowany chodnik. Nikt nie udzielił mu pomocy, gdy leżał nieprzytomny.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Dwa wybuchy w Holandii. Policja ustaliła motyw

Motywem wysłania dwóch listów, które eksplodowały w środę rano w dwóch przedsiębiorstwach w Holandii, było wymuszenie – poinformowała holenderska policja, nie podając więcej szczegółów. W wybuchach nikt nie odniósł obrażeń.

Do eksplozji doszło w pomieszczeniach do sortowania poczty w firmach w Amsterdamie i w położonym na południowym wschodzie kraju Kerkrade. Nie jest jasne, czy oba zdarzenia były ze sobą powiązane. W ubiegłym miesiącu listy z materiałami wybuchowymi zostały wysłane do kilku firm w Holandii. Nie doszło wówczas do eksplozji, nikt też nie został w związku ze sprawą aresztowany. Policja nie ujawniła żadnych informacji dotyczących tych przesyłek i możliwych motywów. Nie podała także, czy dwie eksplozje, do których doszło w środę, są powiązane z listami wysłanymi w styczniu.

Nie mamy informacji, czy te dwa ataki jakkolwiek się ze sobą łączą – powiedziała niderlandzka policja.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Żona podejrzana o zabójstwo męża. Miał ponad 20 ran kłutych

45-latka podejrzana o zabójstwo swojego męża została aresztowana na trzy miesiące – poinformował w środę Maciej Meler, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim. Zwłoki 46-latka z ponad 20 ranami kłutymi znaleziono w poniedziałek w jednym z mieszkań w tym mieście.

W środę Sąd Rejonowy w Ostrowie Wlkp. wydał postanowienie w sprawie aresztowania na trzy miesiące 45-letniej kobiety, podejrzanej o zabójstwo męża. Posiedzenie sądu – jak poinformował prokurator Maciej Meler – odbyło się w szpitalu z uwagi na stan zdrowia podejrzanej.

Umyta podłoga, włączona pralka

Ciało 46-letniego mężczyzny znaleziono na podłodze w jednym z mieszkań przy ul. Piastowskiej w Ostrowie Wielkopolskim. W mieszkaniu policjanci zastali jego 45-letnią żonę i 18-letnią córkę.

– Biegły określił, że zgon nastąpił 9 lutego około godziny 22. Na ciele mężczyzny widocznych było 21 ran kłutych w okolicach klatki piersiowej – poinformował prokurator Meler.

Śledczy dostrzegli również, że ktoś próbował zatrzeć ślady w mieszkaniu. Przed przyjazdem służb podłoga została umyta, a pralka była włączona. Jak podaje prokuratura, pralka i znajdujące się w niej rzeczy zostały zabezpieczone w ramach postępowania.

Usłyszała zarzut

We wtorek prokuratura poinformowała, że przesłuchała żonę ofiary. Kobieta usłyszała zarzut zabójstwa.

– Zarzut dotyczy tego, że kobieta w miejscu swojego zamieszkania, działając z bezpośrednim zamiarem, pozbawiła życia swojego męża. Zrobiła to w taki sposób, że zadała mu co najmniej 21 ciosów nożem. Rany były na tyle poważne, że mężczyzna zmarł – tłumaczy Meler.

Dodał, że kobieta przyznała się do popełnienia zarzucanego jej czynu, natomiast w obszernych wyjaśnieniach wskazywała na okoliczności zdarzenia i pewne relacje, które śledczy będą weryfikować. Częściowo zasłaniała się też niepamięcią.

– Konieczne będzie powołanie biegłych, którzy ocenią jej stan psychiczny – zaznaczył prokurator Meler.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Kwaśniewscy zareagowali na raport CBA. „To manipulacja”

„Raport CBA jest manipulacją. Przedstawia argumenty jednej strony, która 13 lat temu postanowiła nas za wszelką cenę zdezawuować. Pomija fakty i zeznania, które nie pasują do linii ataku na nas” – napisali w oświadczeniu Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy, podważając ujawnione dokumenty, mające dowodzić, że słynny dom w Kazimierzu Dolnym należał do prezydenckiej pary, choć oficjalnie właścicielem był znajomy Kwaśniewskich.

Centralne Biuro Antykorupcyjne, na podstawie decyzji Prokuratury Regionalnej w Katowicach, opublikowało we wtorek na swojej stronie internetowej materiały ze śledztwa dotyczącego willi w Kazimierzu, mającej – według śledczych – należeć do Kwaśniewskich. O ujawnienie materiałów wnioskował minister koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński.

Dziennikarze Onetu przeanalizowali materiały ze śledztwa dotyczącego ukrywania majątku przez Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich. Jest to ciąg bardziej lub mniej przekonujących poszlak wskazujących na to, że Kwaśniewscy byli nieformalnymi właścicielami domu w Kazimierzu. Tyle że w dokumentach twardych dowodów na korupcję nie ma. Mówiąc wprost: gdyby ludzie Kamińskiego mieli niezbite dowody winy, Kwaśniewscy już dawno mieliby proces karny i postępowanie skarbowe.

Zobacz cały materiał przeanalizowany przez dziennikarzy Onetu.

W wydanym w środę po południu oświadczeniu Kwaśniewscy zadają CBA kilka pytań, sugerując, że raport jest manipulacją. „Panowie Kamiński i Ziobro ścigają się z Orwellem, tyle, że w realnym życiu a nie książkowym” – pisze na wstępie była para prezydencka.

Ich zdaniem „raport CBA jest manipulacją”, gdyż „przedstawia argumenty jednej strony, która 13 lat temu postanowiła nas za wszelką cenę zdezawuować. Pomija fakty i zeznania, które nie pasują do linii ataku na nas”.

„Mamy pytania: jeżeli CBA ma tak mocne dowody, prowadziła wielce kosztowną akcję przeciwko nam to dlaczego po 13 latach sprawa nie ma finału w niezawisłym sądzie? Dlaczego od wielu lat jesteśmy podsłuchiwani, a nie przesłuchani przez prokuratora? Dlaczego i jakim prawem CBA i Prokuratura ujawniają materiały śledztwa w mediach nie dając możliwości przedstawienia naszych racji? Dlaczego CBA i Prokuratura nie ujawniła wszystkich materiałów śledztwa? Żądamy tego!” – piszą Kwaśniewscy w swoim oświadczeniu.

„Dlaczego jesteśmy traktowani instrumentalnie w sporze między Mariuszem Kamińskim i byłym posłem PIS, agentem Tomkiem, który zawiódł miłość swoich szefów i powiedział prawdę o prowadzonej akcji przeciwko nam? Dlaczego CBA zataja fakt, że oskarżony przez was właściciel domu Marek Michałowski został uniewinniony prawomocnym wyrokiem sądu, a własność domu nie budzi wątpliwości i zostało to potwierdzone w dalszych postępowaniach? – pytają publicznie, choć odnosząc się do ostatniej kwestii to CBA w swoim raporcie stwierdza, że Michałowski został przez sąd uniewinniony z zarzuconych mu czynów.

W przeciwieństwie do Marii i Jana Jaworskich, których sąd jako jedynych w tej sprawie skazał za przestępstwa skarbowe. Chodzi o bliską przyjaciółkę Kwaśniewskiej i jej syna, będącą właścicielką willi w Kazimierzu od lat 80., która – wedle dokumentów – sprzedała dom Markowi Michałowskiemu, ówczesnemu szefowi Budimeksu, za 1,5 miliona złotych we wrześniu 2007 r. CBA uważało, że to fikcyjna operacja — Michałowski miał być figurantem, a w rzeczywistości dom od Marii Jaworskiej kupili Kwaśniewscy.

Jedną z największych zagadek w tej sprawie jest fakt, dlaczego mimo kilkunastoletniego śledztwa prokuratura ani razu nie przesłuchała w charakterze czy to podejrzanych, czy świadków Aleksandra i Jolantę Kwaśniewskich.

Onet zwrócił się do Prokuratury Regionalnej w Katowicach z pytaniami w tej sprawie, lecz do chwili publikacji nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Podobnie jak w kwestii czy takie przesłuchanie po publikacji tajnych materiałów ze śledztwa jest w najbliższym czasie planowane.

Sprawa podejrzeń wobec majątku Kwaśniewskich ciągnie się już od kilkunastu lat. Pretekstem do wszczęcia pierwszego formalnego postępowania w tej sprawie była rozmowa lidera SLD Józefa Oleksego z biznesmenem Aleksandrem Gudzowatym, przeprowadzona jesienią 2006 r., czyli za poprzednich rządów PiS. Rozmowę nagrała ochrona Gudzowatego i taśma trafiła do mediów. Oleksy mówił na nagraniu, że Kwaśniewscy ukrywają część swojego majątku.

Śledztwo zostało wszczęte w wakacje 2007 r. Dotyczyło „uchylania się Jolanty Kwaśniewskiej i Aleksandra Kwaśniewskiego od opodatkowania (…) oraz podejmowanie działań mogących utrudnić stwierdzenie przestępczego pochodzenia środków płatniczych”, a zatem chodziło o przestępstwa skarbowe i kryminalne, czyli pranie pieniędzy.

Szczególnie intensywnie CBA próbowało dowieść, że Kwaśniewscy posiadają willę w Kazimierzu Dolnym na podstawioną osobę. Oleksy mówił na nagraniu: „Kupili przecież w Kazimierzu całe wzgórze (…). Byłem tam. Piękne. Też nie wiem na kogo, bo nie na siebie (….). Dom w Kazimierzu – nie umiem tego wycenić, ale na pewno jest to droga sprawa”.

Po kilku latach śledztwa katowicka prokuratura apelacyjna umorzyła śledztwo, nie dopatrując się przestępstwa. Już po wygranych wyborach przez PiS w grudniu 2016 roku śledztwo zostało podjęte na nowo. Podejmując ponownie to postępowanie, prokuratura regionalna podawała, że zamierza przeprowadzić „szereg czynności procesowych”, by wyjaśnić okoliczności nabycia i finansowania willi w Kazimierzu Dolnym. Jednak do dziś zarówno Aleksander Kwaśniewski, jak i jego żona Jolanta nie zostali ani przesłuchani, ani nie postawiono im formalnie zarzutów.

Sprawa majątku Kwaśniewskich i willi w Kazimierzu wróciła ostatnio za sprawą reportażu „Superwizjera” TVN, w którym „agent Tomek” – czyli Tomasz Kaczmarek, były funkcjonariusz Centralnego Biura Antykorupcyjnego – dokonał wolty i zarzucił ówczesnym swoim szefom fabrykowanie dowodów przeciwko Kwaśniewskim.
Źródło info i foto: onet.pl

Leicester: Zatrzymano Jacka W. ps. „Małpa”. Ma powiązania z grupą Magdaleny Kralki

Jacek W. (pseudonim „Małpa”) został zatrzymany przez policję w angielskim mieście Leicester – informuje portal tvn24.pl. To jeden z najgroźniejszych przestępców poszukiwanych przez polską policję poza granicami kraju. W. powiązany jest z – również poszukiwaną przez policję – Magdaleną Kralką, którą podejrzewa się o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą.

Jacek W. ps. „Małpa” został zatrzymany w tym tygodniu. Przestępca, za którym wystawiono Europejski Nakaz Aresztowania oraz czerwoną notę Interpolu, wpadł w ręce służb w mieście Leicester, położonym w pobliżu Birmingham. Jego ekstradycja do Polski ma potrwać kilka tygodni – podaje tvn24.pl.

Hiszpania. CBŚP i Guardia Civil zlikwidowały 18 plantacji marihuany. Narkotyki warte ok. 90 milionów złotych

Według informacji portalu „Małpa” był członkiem bojówki kiboli Cracovii – „Jude Gangu”, obecnie najpotężniejszej organizacji przestępczej w Krakowie. Po opuszczeniu zakładu karnego w 2016 roku W. kontynuował przestępcza działalność, a w sierpniu 2017 r. zorganizował atak na kiboli łódzkiego Widzewa, do którego doszło na autostradzie A4. Wówczas to właśnie „Małpa” miał zadać przywódcy bojówki łódzkiego klubu cios maczetą, w wyniku którego ofiara niemal straciła dłoń. Zatrzymany ma być też powiązany z gangiem braci Z., w którym kierownictwo przejęła później Magdalena Kralka.

Kim jest Magdalena Kralka? Przejęła kontrolę nad gangiem, gdy jej partner trafił do więzienia
Magdalena Kralka jest poszukiwana w związku ze sprawą dotyczącą handlu narkotykami i kierowaniem zorganizowaną grupą przestępczą związaną z kibolami Cracovii. Z ustaleń śledczych wynika także, że utrudniała postępowanie karne, składała fałszywe zeznania oraz nakłaniała do tego inne osoby. Jest poszukiwana listem gończym wydanym przez Prokuraturę Krajową, Europejskim Nakazem Aresztowania oraz czerwoną notą Interpolu.

Gang, którym miała kierować Magdalena Kralka, stworzyło trzech braci: Adrian, Jakub i Mariusz Z. Poszukiwana kobieta jest konkubiną jednego z nich. Wszyscy trzej mężczyźni byli związani ze środowiskiem kiboli Cracovii i w oparciu o struktury pseudokibiców zorganizowali grupę przestępczą, która handlowała narkotykami na masową skalę. W 2017 roku Centralne Biuro Śledcze Policji aresztowało m.in. Mariusza i Jakuba Z. Podczas akcji zginął Adrian Z., postrzelony przez antyterrorystę. Gdy dwóch braci Z. trafiło do więzienia, ich partnerki przejęły kontrolę nad gangiem. Gabrielę S. udało się aresztować, ale Magdalena Kralka uciekła z kraju. Dzięki pieniądzom z handlu narkotykami kobieta pozostaje nieuchwytna – często zmienia miejsce pobytu, dba także o to, aby nie dało się jej namierzyć, gdy kontaktuje się z kimś z Polski.

We wrześniu 2019 r. Kralka po raz kolejny zwróciła się do krakowskiego sądu o wydanie listu żelaznego, który zapewniłby jej – już po powrocie do kraju – możliwość pozostawania na wolności do czasu prawomocnego ukończenia postępowania. Po kilku tygodniach sąd odrzucił wniosek, który złożyli pełnomocnicy kobiety.

W styczniu tego roku krakowska policja „zachęcała” Magdalenę Kralkę, by wróciła do Polski. „Publikujemy listę osób, które otrzymają darmowe bilety od Policji. Dziś bilet otrzymuje Pani Magdalena Kralka, która poszukiwana jest przez Interpol i może przebywać za granicą. Zachęcamy ją do powrotu i ‚fundujemy’ bilet” – pisali funkcjonariusze na stronie internetowej Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Policjanci dołączyli do wpisu grafikę przedstawiającą bilet lotniczy ze zdjęciem Magdaleny Kralki.
Źródło info i foto: Gazeta.pl