Śledztwo ws. 2 ton poubojowych odpadów w Barcicach. Uwaga, drastyczne zdjęcia

Prokuratura Rejonowa w Nowym Sączu przejęła śledztwo w sprawie ujawnionych w Barcicach koło Starego Sącza dwóch ton odpadów poubojowych. Według śledczych ubój został dokonany „w sposób nieprofesjonalny”.

Z poczynionych wstępnych ustaleń wynika, iż ubój zwierząt został dokonany bez mechanicznego ogłuszenia i bez wykorzystania profesjonalnych urządzeń. Na obecnym etapie postępowania podejmowane są czynności mające na celu ustalenie sprawców przedmiotowego zdarzenia – przekazał rzecznik nowosądeckiej prokuratury – prok. Leszek Karp.

7 maja na polnej drodze w Barcicach znaleziono poubojowe odpady w postaci wnętrzności, głów, racic, skóry oraz kopyt oraz truchła całych zwierząt. Na razie nie udało się ustalić sprawcy tego czynu. Śledztwo jest prowadzone pod kątem sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób poprzez spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego. Ten czyn podlega karze od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Legnica: Nowe informacje dotyczące strzelaniny

Po krótkiej sprzeczce z byłą partnerką 36-letni mężczyzna oddał w jej kierunku dwa strzały – informuje prokuratura. Sam poinformował policję i oddalił się z miejsca zdarzenia. Zatrzymano go po kilku godzinach. Kobieta z raną postrzałową głowy trafiła do szpitala.

We wtorek, około godziny 16.30, w jednym z bloków przy ulicy Wielkiej Niedźwiedzicy w Legnicy padły strzały. Po chwili do dyżurnego legnickiej policji zadzwonił 36-letni mężczyzna. – Oświadczył dyżurnemu, że zabił dziewczynę, a następnie uciekł z miejsca zdarzenia – informuje Radosław Wrębiak, szef Prokuratury Rejonowej w Legnicy.

Kobieta, z raną postrzałową głowy, w stanie bardzo ciężkim została przetransportowana do szpitala. A policjanci przystąpili do poszukiwań napastnika. Kilka godzin później, około 21, mężczyznę udało się zatrzymać na terenie lasu pomiędzy Chocianowem a Bolesławcem. – Policjanci cały czas namierzali jego telefon komórkowy. W kontakcie ze sprawcą byli policyjni negocjatorzy, którzy skłonili go do poddania się i wyjścia z lasu – relacjonuje prokurator. 36-latek został zatrzymany.

Prokuratura: zerwana znajomość i dwa strzały

Przesłuchanie mężczyzny zaplanowano na środowe popołudnie. Jednak już teraz śledczym udało się ustalić, jak wyglądały chwile przed oddaniem strzałów i jakie relacje łączyły napastnika z kobietą. – Ze wstępnych ustaleń wynika, że znali się. Wspólnie pracowali w jednym z zakładów w legnickiej strefie ekonomicznej. Przez pewien czas byli nawet parą, ale później ich drogi się rozeszły – przekazuje Wrębiak. I dodaje, że 36-latek prawdopodobnie nie pogodził się z zakończeniem znajomości.

W środę pojawił się przed blokiem, w którym mieszkała kobieta. Tam czekał na nią przez kilkadziesiąt minut. Jak przyznaje prokurator – podejrzany miał przy sobie replikę rewolweru z 1912 roku. Między mężczyzną a kobietą miało dojść do krótkiej sprzeczki. Po niej na klatce schodowej padły – jak relacjonowali świadkowie – dwa strzały. Później mężczyzna sam zadzwonił na policję i uciekł.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Policjanci zatrzymali 58-latka poszukiwanego listem gończym

Policjanci z Sekcji Poszukiwań i Identyfikacji Osób Wydziału Kryminalnego KWP zs. w Radomiu zatrzymali 58-latka poszukiwanego listem gończym przez Sąd Okręgowy w Radomiu. Mężczyzna miał na swoim koncie nielegalne posiadanie broni, rozboje i porwania, a do odsiedzenia 8 lat więzienia.

Ostatnie tygodnie to czas wytężonej pracy dla „poszukiwaczy”. Na swoim koncie mają kolejne zatrzymania osób, które były do tej porty nieuchwytne dla wymiaru sprawiedliwości. Wielu z nich zatrzymali w bardzo nietypowych okolicznościach. „Poszukiwacze” należą do elity policjantów wydziałów kryminalnych. W sekcji nie ma przypadkowych osób. Policjanci spędzają ze sobą dużo czasu, co przynosi efekty. Zdarza się, że muszą wyjechać na kilka dni, więc najważniejsze jest doświadczenie, zgranie i zaufanie. Muszą myśleć nieszablonowo. Często, by wpaść na trop ukrywających się przestępców „wcielają” się w różne role. W czasie częstych „burz mózgów” analizują zachowania podejrzanych, rozkładają na czynniki pierwsze ich wcześniejsze postępowanie.

Tak było i tym razem. Radomianin już na początku wieku miał na koncie nielegalne posiadanie broni, rozboje i porwania. Jak wynikało z ustaleń policjantów, poszukiwany 58-latek mógł teraz przemieszczać się pociągami, by nie zwracać na siebie uwagi. Kilka dni temu „poszukiwacze” ustali, że może przebywać na terenie powiatu kozienickiego. I tam postanowili go zatrzymać. Mężczyzna był bardzo „elektryczny” i często zmieniał wygląd. Został ujęty po krótkim pościgu.

Przy zatrzymanym policjanci odnaleźli kilka dokumentów tożsamości, w tym zagraniczne, a także kilka telefonów komórkowych i narkotyki. Jednak co najciekawsze, miał także przy sobie maszynkę do włosów oraz farby, by bardzo szybko zmienić swój wygląd, nawet będąc w podróży. Jak ustalono, by nie pokazywać twarzy, w maseczce chodził jeszcze przed wprowadzeniem przepisów epidemiologicznych. Mężczyzna już trafił do zakładu karnego, gdzie spędzi najbliższe 8 lat za popełnione przestępstwa.

Sekcja Poszukiwań i Identyfikacji Osób istnieje od jesieni 2016 r. Swoją podległością należy do struktury Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji zs. w Radomiu.
Źródło info i foto: Policja.pl

Nielegalna migracja do krajów Unii Europejskiej najniższa od 2009 roku

W kwietniu liczba wykrytych przypadków nielegalnego przekroczenia granicy UE spadła o 85 proc. w porównaniu z marcem – poinformował Frontex. Obecny poziom jest najniższy od 2009 r., kiedy unijna agencja zaczęła zbierać dane. W sumie w minionym miesiącu na szlakach migracyjnych zarejestrowano zalewie 900 nielegalnych przejść. Ten rekordowo niski poziom to głównie skutek koronawirusa, które zniechęcił do przybywania do Europy, ale też opóźnił przekazywanie danych przez organy krajowe.

Całkowita liczba nielegalnych przekroczeń granicy w ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku wyniosła ponad 26 tys. To mniej więcej tyle samo, co w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Na szlaku migracyjnym we wschodniej części Morza Śródziemnego odnotowano największy spadek nielegalnej migracji w Europie. W ubiegłym miesiącu wykryto tam zaledwie 40 przypadków, czyli o 99 proc. mniej niż w marcu. Dla porównania – w okresie styczeń-kwiecień na tej trasie odnotowano ponad 11,2 tys. nielegalnych przekroczeń granicy. Najczęściej korzystali z niej Afgańczycy.

W środkowej części Morza Śródziemnego ruch migracyjny w kwietniu spadł o 29 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem do ok. 250 osób. Gdyby nie pandemia, sytuacja na tej trasie byłaby dużo gorsza. Ogółem w pierwszych czterech miesiącach ze szlaku tego skorzystało 4,1 tys. osób. To trzykrotny wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. Z tej trasy obecnie najczęściej korzystają mieszkańcy Wybrzeża Kości Słoniowej, Bangladeszu i Marokańczycy.

Liczba migrantów przybywających do Europy zachodnim szlakiem Morza Śródziemnego w kwietniu spadła o 82 proc. W zeszłym miesiącu skorzystało z niego niespełna 100 osób, a w ciągu pierwszych czterech miesięcy nieco ponad 3 tys. Najczęściej są to obecnie to Marokańczycy i Algierczycy.

W kwietniu odnotowano też mniej niż 100 przypadków nielegalnego przekroczenia granicy na trasie wiodącej przez Bałkany Zachodnie. To spadek o 94 proc. w porównaniu z marcem. Jednak w ciągu pierwszych czterech miesięcy liczba nielegalnych migrantów wzrosła o 60 proc. w zestawieniu z analogicznym okresem ubiegłego roku do prawie 6 tys.
Źródło info i foto: interia.pl

Czechy: Nielegalna fabryka papierosów zlikwidowana dzięki pomocy polskich służb

Czescy celnicy zlikwidowali w okolicach Pilzna profesjonalną fabrykę nielegalnych papierosów, przejmując ponad 85 ton tytoniu i blisko 33 miliony gotowych wyrobów tytoniowych. Akcja była możliwa dzięki ustaleniom CBŚP i Straży Granicznej, które nie wzięły udziału w realizacji z powodu pandemii koronawirusa.

W styczniu ubiegłego roku funkcjonariusze gorzowskiego CBŚP i śledczy z Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wlkp. zlikwidowali gang, który w niemal całej Europie kradł towary z tirów. Przestępcy mieli prosty sposób: na parkingach przy drogach ekspresowych i autostradach wybierali ciężarówki, których kierowcy położyli się spać. Następnie nacinali plandeki naczep, sprawdzając, jaki towar jest tam załadowany.

Jeżeli złodzieje uznali, że ładunek jest wart ryzyka, przepakowywali go na swoje ciężarówki. Elektronika, markowa odzież czy kosmetyki trafiały później do paserów w Polsce. Łupem bandy mogły paść towary o wartości nawet kilku milionów euro. Kradzieże metodą „na plandekę” były zgłaszane z Niemiec, Danii, Austrii, Włoch, Czech oraz Słowacji.

Rozpracowując grupę funkcjonariusze ustalili operacyjnie, że część jej członków inwestuje pieniądze z kradzieży w zakup podrabianych papierosów. Mieli je kupować od „producentów” w Czechach. Informacje te przekazano służbom naszych południowych sąsiadów. W tym samym czasie funkcjonariusze Straży Granicznej z Jeleniej Góry rozpracowywali międzynarodowy gang parający się produkcją i sprzedażą podrabianych papierosów na terenie Unii. W tym przypadku tropy również prowadziły do fabryki mieszczącej się w Czechach.

Preludium

Ustalenia „cebesiów” i pograniczników dały początek międzynarodowemu śledztwu. Polscy funkcjonariusze przekazali czeskim celnikom informacje dotyczące miejsc, pojazdów, a także osób mogących mieć bezpośredni związek z nielegalną produkcją papierosów.

Po nawiązaniu współpracy z Czechami pogranicznicy przejęli ponad 6,5 miliona sztuk papierosów, które wwieźli do naszego kraju Polak i Słowak. W tym samym czasie funkcjonariusze CBŚP zatrzymali cztery osoby związane z przemytem wyrobów tytoniowych. Dostarczały one papierosy do handlarzy z kilku województw.

– W marcu Czesi zaprosili nasze służby do wspólnej realizacji, mającej na celu likwidację nielegalnej fabryki papierosów. Niestety zamknięcie granic, wynikające z ogłoszenia stanu epidemicznego w Polsce, wykluczyło udział funkcjonariuszy CBŚP oraz Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej w zaplanowanych czynnościach – wyjaśnia nadkom. Iwona Jurkiewicz, rzeczniczka CBŚP.

Na eksport

Pod koniec kwietnia ponad 130 czeskich celników i 60 policjantów wkroczyło do ponad 20 domów, posesji i hal w okolicy Pilzna oraz w centrum i na południu kraju. Zatrzymano 15 osób, w tym 11 Ukraińców, dwóch Węgrów oraz Rumuna i Rosjanina. W trakcie akcji zlikwidowano profesjonalną fabrykę, w której produkowano nielegalne papierosy. Według czeskich służb, podróbki były „wysokiej jakości”. Manufaktura była wyposażona w dwie linie przeznaczone do produkcji papierosów oraz maszynerię służącą do cięcia i obróbki gotowego towary.

Podczas operacji przejęto ponad 85 ton tytoniu oraz blisko 33 miliony sztuk papierosów różnych marek. Na terenie fabryki znaleziono ponad 200 tysięcy etykiet z polskimi napisami, co potwierdza, że część produkcji trafiała na nasz rynek.

Czescy celnicy zabezpieczyli również siedem samochodów osobowych i dostawczych oraz 41 tysięcy euro i 52 tysiące koron w gotówce.

– Rozbicie zorganizowanej grupy przestępczej, zatrzymanie wszystkich podejrzanych, przejęcie nielegalnego towaru oraz sprzętu do jego produkcji to efekt wielu miesięcy pracy służb. Realizacja tego przedsięwzięcia była możliwa dzięki dobrej, międzynarodowej współpracy i wymianie informacji – podkreśla nadkom. Jurkiewicz.
Źródło info i foto: TVP.info

Wypadek w Ostrowi Mazowieckiej. 37-latek trafił do aresztu

Prokuratorskie zarzuty usłyszał 37-latek, który miał spowodować wypadek w Ostrowi Mazowieckiej. Kierujący śmiertelnie potrącił 71-letnią pieszą, następnie uderzył w zawracający samochód, którym kierował mąż pieszej, 73-latek także zginął. Po zderzeniu auto odbiło się i uderzyło jeszcze w stojący na poboczu samochód. Podejrzany trafi tymczasowo do aresztu.

Jak poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce Elżbieta Edyta Łukasiewicz, we wtorek 37-letni mieszkaniec Ostrowi Mazowieckiej usłyszał zarzuty spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i ucieczki z miejsca zdarzenia. Prokuratur zarzucił mu także złamanie sądowego zakazu dotyczącego prowadzenia pojazdów mechanicznych po drodze publicznej. W maju 2019 r. sąd orzekł bowiem wobec Łukasza B. zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na trzy lata. Za przestępstwa te grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Sąd zdecydował we wtorek o tymczasowym aresztowaniu.

Nie przyznał się

Łukasz B. nie przyznał się do potrącenia 71-letniej kobiety w okolicy przejścia dla pieszych przy cmentarzu w Ostrowi Mazowieckiej. Potwierdził natomiast, że to on – mimo sądowego zakazu – prowadził samochód i uderzył nim najpierw w hondę, a następnie w zaparkowany przy drodze citroen. Swoją ucieczkę z miejsca wypadku tłumaczył tym, że się przestraszył. Mówił śledczym, że uciekł w stronę cmentarza i tam zasłabł. Kiedy odzyskał przytomność, miał pobiec i ukryć się w stodole, w której odnaleźli go po wielu godzinach policjanci.

Rzeczniczka powiedziała, że śledczy nie są w stanie stwierdzić, czy 37-latek był w trakcie wypadku pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających, ponieważ od momentu zdarzenia do jego zatrzymania minęło około 30 godzin. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Ostrowi Mazowieckiej. Rzeczniczka powiedziała, że śledczy będą weryfikować okoliczności podawane przez podejrzanego. Na środę zaplanowano sekcje zwłok ofiar wypadku.

Zginęło małżeństwo – on w aucie, ona na pasach

Do wypadku doszło w niedzielę ok. godz. 10 w Ostrowi Mazowieckiej w okolicy cmentarza przy ul. Lubiejewskiej.

Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że 37-latek kierujący volkswagenem golfem prowadził auto ze znaczną prędkością. Na wysokości bramy cmentarza przy ul. Lubiejewskiej potrącił przechodzącą w okolicy przejścia dla pieszych 71-letnią kobietę. Szła od strony cmentarza i kierowała się do samochodu marki honda. Autem tym zawracał 73-letni mąż kobiety.

Kierowca golfa najpierw potrącił pieszą, następnie uderzył w zawracającą hondę, a potem w zaparkowanego przy ulicy citroena. W wyniku serii zdarzeń śmierć na miejscu poniosła piesza i jej mąż. Do szpitala trafiły trzy osoby z citroena: 44-letnia kobieta i dwoje dzieci w wieku 8 i 13 lat.

Kierujący volkswagenem porzucił samochód i uciekł z miejsca wypadku. Policja zatrzymała go na drugi dzień w stodole na terenie gm. Ostrów Mazowiecka, gdzie się ukrywał.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje w sprawie zaginięcia Iwony Wieczorek?

Krzysztof Rutkowski zapowiedział kolejne poszukiwania Iwony Wieczorek. A wszystko za sprawą tajemniczej wiadomości, którą miał otrzymać od jednego z więźniów z zakładu karnego na Mazowszu. Mężczyzna miał rzekomo wskazać miejsce ukrycia zwłok zaginionej w 2010 roku nastolatki. Akcję poszukiwawczą gdańszczanki zapowiedział też ostatnio Janusz Szostak, dziennikarz śledczy i szef fundacji „Na tropie”. Jak komentuje rewelacje Krzysztofa Rutkowskiego?

Krzysztof Rutkowski uważa, że informacja, którą miał niedawno otrzymać od więźnia z zakładu karnego na Mazowszu, może być kluczowa dla odnalezienia ciała Iwony Wieczorek. – Zgłosił się do nas mężczyzna odbywający karę pozbawienia wolności w jednym z zakładów karnych na Mazowszu. Mężczyzna ten przekazał, że ciało Iwony zostało zakopane w okolicach Trójmiasta, w rejonie Wejherowa – przekazał w rozmowie z Fakt24 Krzysztof Rutkowski.

Na podstawie tej informacji biuro detektywistyczne Rutkowskiego planuje wszczęcie akcji poszukiwawczej zaginionej 19-latki. – Akcję poszukiwawczą planujemy w tym tygodniu lub na początku przyszłego. Musimy powiadomić Komendę Wojewódzką Policji w Gdańsku, przygotować ciężki sprzęt, koparkę i ewentualnie georadar, zanim podejmiemy działania – dodaje Krzysztof Rutkowski.

„Więźniowie się nudzą i tworzą legendy”

Poszukiwania Iwony Wieczorek zapowiedział ostatnio również dziennikarz śledczy i szef fundacji „Na tropie” Janusz Szostak. – Są takie trzy, cztery miejsca, które chcielibyśmy sprawdzić. Jednym z nich jest pewna lokalizacja w Gdyni, gdzie Iwona mogła być przetrzymywana. W poszukiwaniach będą brali udział członkowie fundacji, wolontariusze, wśród których są też byli policjanci, którzy mają doświadczenie w tego typu działaniach. Poszukiwania prawdopodobnie rozpoczniemy na przełomie maja i czerwca – mówił nam Janusz Szostak.

Jak dziennikarz odnosi się do rewelacji ujawnionych przez Krzysztofa Rutkowskiego? – Możliwe, że Krzysztof Rutkowski dostał taką informację z więzienia. Ja sam dostaję kilka różnych informacji dziennie, ale to nic za sobą nie niesie, jeśli się nie zna akt sprawy, a Rutkowski ich nie zna. Również w aktach znajduje się kilkanaście zgłoszeń od osób z zakładów karnych, jedno nawet dotyczyło ukrycia zwłok. Ja również dostawałem takie informacje, jeździłem po więzieniach i sprawdzałem to – mówi nam Janusz Szostak.

Dziennikarz uważa, że wszczynanie poszukiwań na podstawie informacji od więźnia jest bezsensowne. – Przy różnych tego typu sprawach zgłaszają się więźniowie, którzy się nudzą, tworzą legendy, albo chcą wziąć udział w wizji lokalnej, mieć wycieczkę. Takie zgłoszenia nie mają żadnej wartości. A wszczynanie poszukiwań po informacjach od więźnia są bezsensowne, no chyba że ten więzień sam brał udział w ukrywaniu zwłok. Według mnie nie ma to żadnego znaczenia. Na podstawie samego zgłoszenia od więźnia nie wszczynałbym poszukiwań. Trzeba mieć jakąś wiedzę, porównać to z aktami. Ja też dostaję takie listy, ale na pierwszy oka są one niewiarygodne – podkreśla Janusz Szostak.

Zaginięcie Iwony Wieczorek

19-letnia blondynka, Iwona Wieczorek, zaginęła w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku w Gdańsku. Po kłótni ze znajomymi opuściła sopocką dyskotekę i pieszo wracała do domu w Gdańsku Jelitkowie. Kamery miejskiego monitoringu zarejestrowały ją najpierw przy ul. Grunwaldzkiej w Sopocie o godzinie 3:07, następnie przy wejściu na plażę numer 63 w okolicy Chilly Willy, gdzie widać ją o 4:12. Od domu dziewczynę dzielił kawałek promenady i pas Parku Reagana. Nigdy tam jednak nie dotarła.

Śledztwo w sprawie zaginięcia 19-latki prowadziła Komenda Wojewódzka Policji i Prokuratura Okręgowa w Gdańsku. W styczniu 2012 r. prokuratura formalnie umorzyła śledztwo. W marcu 2019 r. akta sprawy trafiły do śledczych z krakowskiego Archiwum X, będącego częścią Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Strzelanina w Legnicy. Kobieta postrzelona

Do strzelaniny w Legnicy doszło po godziny 17:00 na ulicy Wielkiej Niedźwiedzicy. Postrzelona została kobieta. Na miejscu pojawili się antyterroryści. Postrzelona kobieta została przetransportowana do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy — informuje portal tulegnica.pl.

Strzelanina w Legnicy

Aktualnie na miejscu zdarzenia pracuje policja pod nadzorem prokuratury. Na chwilę obecną nie mogę udzielić więcej zadanych informacji — powiedziała rzecznika prasowa Komendy Miejskiej Policji w Legnicy, Jagoda Ekiert cytowana przez serwis tulegnica.pl.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że podejrzany uciekł z miejsca strzelaniny i zabarykadował się w jednym z mieszkań w bloku przy ulicy Wielkiej Niedźwiedzicy 1 na osiedlu Kopernika.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Rosja: Ofiarom gwałciciela grozi grzywna za nieprzestrzeganie samoizolacji

W Krasnojarsku na Syberii kara grzywny za naruszenie samoizolacji grozi dwóm dziewczętom, które wyszły w nocy na ulicę; zostały tam napadnięte i przynajmniej jedna z nich została zgwałcona. Policja zatrzymała sprawcę, ale wypisała mandaty także jego ofiarom. O zajściu, które wydarzyło się jeszcze w kwietniu, poinformował portal KP.ru.

Według policyjnego komunikatu dziewczęta zgłosiły w nocy 22 kwietnia patrolowi policji, że zostały obrabowane, a sprawca, grożąc przemocą, dopuścił się również czynów o charakterze seksualnym. Przynajmniej jedna z dziewcząt została zgwałcona – podał portal. Jedna z nich ma 18 lat, druga – 17 lat. Policja zatrzymała napastnika, którym okazał się 56-letni recydywista, kilkakrotnie karany.

Policja nie poinformowała o mandatach, jednak nagłośnił je portal Tajga.info, który podał, policjanci sporządzili wobec dziewcząt protokoły o wykroczeniu. Po tej publikacji służby prasowe policji potwierdziły, że protokoły sporządzono, bo nastolatki znajdowały się w nocy na ulicy „bez pilnej konieczności”.

Formalnie grozi za to grzywna w wysokości do 3 tys. rubli (ok. 172 PLN). Protokoły o wykroczeniu trafiają do administracji miasta i to ona podejmie decyzję w sprawie grzywien.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wielka Brytania: Pracownica kolei została opluta przez chorego na koronawirusa. Zmarła po dwóch tygodniach. Jest śledztwo

Brytyjskie służby wszczęły śledztwo w sprawie śmierci 47-latki, która podczas pracy na dworcu kolejowym w Londynie została opluta przez pasażera zakażonego koronawirusem. Dwa tygodnie po zdarzeniu kobieta zmarła. Jak podaje „The Guardian”, 47-letnia Belly Mujinga pracowała na dworcu kolejowym w Londynie. 22 marca ona i jeszcze jedna pracownica kolei zostały oplute przez osobę, która poinformowała je, że choruje na COVID-19. Po kilku dniach u kobiet rzeczywiście wystąpiły objawy zakażenia koronawirusem.

Mujinga miała kłopoty z oddychaniem, więc została przewieziona do szpitala, gdzie podłączono ją do respiratora. Kobieta zmarła 5 marca. Jak twierdzi kuzynka kobiety cytowana przez „The Guardian”, 47-latka błagała, aby nie musiała pracować poza kasą, bez zapewnionych środków ochrony. Krewna twierdzi, że pracodawcy wiedzieli o problemach Mujingi z oddychaniem, a mimo to kazali jej pracować na hali dworca i wchodzić w interakcje z pasażerami. Kolega z pracy zmarłej kobiety podkreśla, że nie pozwolono pracownikom nawet zakładać masek.

Angie Doll, dyrektorka zarządzająca Southern Railway i Gatwick Express, twierdzi, że „bardzo poważnie podchodzi do wszelkich zarzutów”, a bezpieczeństwo pasażerów i pracowników jest na pierwszym miejscu. Brytyjskie służby wszczęły dochodzenie w tej sprawie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl