Nowe informacje dotyczące afery maseczkowej

Nie milkną echa transakcji, które przeprowadził resort zdrowia, kupując maseczki od znajomego ministra Szumowskiego. 5 mln zł poszło w piach, bo sprzęt nie ma żadnych atestów. Wiemy jednak, że Łukasz G. handlował nie tylko z ministerstwem zdrowia. Dotarliśmy do ofert, jakie wystawiał na Facebooku. Maseczki sprzedawał taniej niż rządowi.

Nawet ok. 5 mln zł kosztowały maseczki ochronne, które nie spełniają polskich norm. Resortowi zdrowia miał je sprzedać instruktor narciarski, który zna się z ministrem Łukaszem Szumowskim oraz jego bratem – podała we wtorek „Gazeta Wyborcza”. Gdy w ministerstwie zorientowano się, że maseczki nie spełniają norm, zażądano wymiany lub zwrotu pieniędzy.

Ów instruktor to Łukasz G. Ofertę sprzedaży maseczek wrzucał też na swój profil na Facebooku. Po wybuchu afery skasował post. Zostawił jednak sporo innych ofert zarówno kupna, jak i sprzedaży maseczek, w różnych miejscach w internecie.

Był na przykład aktywny w grupie założonej specjalnie po to, by handlować maseczkami, rękawiczkami i innymi środkami ochrony przed koronawirusem. Z informacji „Wyborczej” wynika, że pierwszego SMS-a z ofertą wysłał 16 marca 2020 roku do Marcina Szumowskiego. Ten obiecał skontaktować go ze swoim bratem – czyli ministrem Łukaszem Szumowskim.

Oferta Łukasza G. była droga – jedna maseczka chirurgiczna za 4,60 zł plus VAT. Owszem, w internecie roiło się od różnych ofert z kosmicznymi wręcz wycenami, sięgającymi kilkunastu złotych za sztukę. Mimo wszystko cena ok. 5 złotych za maseczkę była już wtedy uważana za wygórowaną, w hurcie sprzedawały się za cenę w przedziale 2-3 zł.

Pod koniec marca na facebookowej grupie zrzeszającej sprzedawców i nabywców artykułów do ochrony przed wirusem, maseczki jednorazowe dało się kupić za 3-3,5 zł netto za sztukę, w dużych ilościach nawet za ok. 2 zł. Maseczki z certyfikatem FFP2 kosztowały ok. 2,5 euro, czyli ok. 10 zł. Według informacji przekazanych przez Janusza Cieszyńskiego, wiceministra zdrowia, resort zdrowia zakupił za pośrednictwem Łukasza G. 100 tys. masek FFP2, 20 tysięcy maseczek chirurgicznych, 3 tys. przyłbic ochronnych oraz 10 tys. masek FFP2 od innego producenta.

Maseczki typu FFP2 kosztowały ok. 39 zł netto za sztukę (z VAT to ok. 42 zł), maseczki chirurgiczne – po 8 zł za sztukę. To musiał być dla niego świetny biznes, bo na facebookowej grupie, w której udzielał się Łukasz G., maseczki chirurgiczne kosztowały… 2,20 zł za sztukę.

Ministerstwo odpiera zarzuty o wygórowane ceny

Trzeba jednak dodać, że z ministerstwem obrotny instruktor narciarski handlował w środku marca, na Facebooku miesiąc później. Te parę tygodni wystarczyło, by cena spadła o 70 proc. Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia, odpiera zarzuty, iż resort przepłacił, kupując maseczki od Łukasza G.

– Porównywanie połowy marca, kiedy kupowaliśmy maseczki u wskazanego dostawcy z połową kwietnia, jest pozbawione racjonalności. Porównujemy okres, w którym na rynku nie było środków ochrony osobistej i każdy kraj walczył o możliwość zdobycia choćby małych ilości środków, z okresem, kiedy te środki zaczęły być już dostępne z różnych źródeł. Dziś też ceny są inne niż w połowie kwietnia i my dziś, w połowie kwietnia i połowie marca płaciliśmy i płacimy inne kwoty za zamówienia. Tak się dzieje na całym świecie. W każdym z tych okresów zarówno popyt, jak i podaż są zupełnie inne. A to te dwie rzeczy kształtują ceny – mówi Andrusiewicz w rozmowie z money.pl

Rzecznik resortu zdrowia podkreśla, że ministerstwo szukało i szuka najlepszych ofert w danym momencie. – Nikt nie oferował takich ilości masek ministerstwu za te pieniądze. Dla obiektywizmu trzeba sprawdzić, po ile państwa kupowały maski – a kupowały nawet za kwoty wyższe. Nikt ówcześnie nie składał do nas ofert w tych cenach, a my szukaliśmy też na innych rynkach – mówi nam Wojciech Andrusiewicz.

Rzecznik ministerstwa dodaje, że większość sprzedawców żądała zapłaty przed dostawą towaru, a na to resort nie wyrażał zgody. Byli to wyłącznie pośrednicy, niedający na dodatek gwarancji dostawy. Wymaganiem ministerstwa była więc dostawa, a następnie zapłata. Łukasz G. wystawił fakturę już po dostarczeniu sprzętu.

To już sprawa dla prokuratury, warto jednak przypomnieć, że na początku kwietnia farmaceutyczna grupa Neuca sprowadziła do Polski 8 milionów maseczek, które sprzedawała w aptekach (czyli w detalu) w cenie rekomendowanej 2,50 zł. Czyli 5,50 zł taniej, niż resort zdrowia kupił od Łukasza G.

Znajomość z instruktorem potwierdzili Łukasz oraz Marcin Szumowscy. Zdaniem gazety znajomość z rodziną ministra zdrowia miała ułatwić przedsiębiorcy sprzedaż artykułów potrzebnych do walki z pandemią. Z kolei w ocenie resortu, oferta zakopiańskiego przedsiębiorcy została potraktowana jak każda inna. Nie zajmował się nią Szumowski, a wiceminister Cieszyński.

Chcieliśmy zadać Łukaszowi G. pytania dotyczące różnic w cenach produktów: dlaczego ministerstwu sprzedawał o wiele drożej? Niestety nie odbiera telefonu i nie odpowiada na SMS-y.
Źródło info i foto: wp.pl

Były szef sztabu wyborczego prezydenta USA Paul Manafort wyszedł z więzienia. Ale nie na wolność

Były szef sztabu wyborczego prezydenta USA Donalda Trumpa Paul Manafort, skazany w marcu zeszłego roku na 7,5 roku pozbawienia wolności, został wypuszczony z więzienia i resztę kary odbędzie w areszcie domowym. 71-letni Manafort został zwolniony z więzienia na wniosek jego prawników, którzy argumentowali, iż podeszły wiek osadzonego i jego wcześniejsze schorzenia stwarzają podwyższone ryzyko zakażenia koronawirusem i niebezpiecznych komplikacji mogących z tego wyniknąć. Przypomnieli, że ich podopieczny w grudniu zeszłego roku był hospitalizowany z powodu problemów z sercem.

Manafort obywał karę w FCI Loretto w Pensylwanii, więzieniu o niskim poziomie bezpieczeństwa, które powstało w 1985 roku. Większość tam osadzonych odsiaduje wyroki związane z handlem narkotykami.

Agencja AP zauważa, że zwolnienie Manaforta było poprzedzone wystąpieniami niektórych kongresmenów, którzy od tygodni żądają od ministerstwa sprawiedliwości USA uwolnienia więźniów, zagrożonych zakażeniem koronawirusem. Podkreślany jest fakt, że wytyczne dotyczące zdrowia publicznego, zawierające nakaz społecznego dystansu, są niemożliwe do realizacji w więzieniach.

Według oficjalnych danych w USA 2 818 więźniów i 262 członków personelu więziennego miało do tej pory pozytywne wyniki testów na obecność koronawirusa w więzieniach federalnych w całym kraju. Zmarło 50 więźniów. 2 600 osadzonych zostało przeniesionych do aresztu domowego, a kolejnych 1 200 oczekuje na taką decyzję.

8 marca 2019 roku sąd w Alexandrii w stanie Wirginia skazał Manaforta na prawie cztery lata więzienia za przestępstwa finansowe, oszustwa podatkowe i bankowe związane z jego pracą na Ukrainie. Jeszcze w tym samym miesiącu sąd w Waszyngtonie skazał go na dodatkowe 43 miesiące pozbawienia wolności m.in. za utrudnianie działania wymiaru sprawiedliwości.

Proces w Waszyngtonie był w znacznej mierze skoncentrowany na działalności Manaforta w latach 2010-2014, kiedy był on politycznym konsultantem Partii Regionów ówczesnego prorosyjskiego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Manafort był też oskarżony o próbę wpływania na zeznania świadków, udostępnianie danych pochodzących ze sztabu wyborczego Trumpa powiązanemu z rosyjskim wywiadem Konstantinowi Kilimnikowi, który był partnerem biznesowym Manaforta.

Postępowanie wobec byłego szefa sztabu Trumpa, który był wpływowym działaczem Partii Republikańskiej, wszczęto z rekomendacji specjalnego prokuratora Roberta Muellera, prowadzącego śledztwo w sprawie Russiagate.

We wrześniu 2018 roku Manafort przyznał się do zarzutu udziału w spisku przeciw USA oraz spisku mającym utrudnić działanie wymiaru sprawiedliwości w ramach układu z zespołem Muellera, który zawarł w nadziei na złagodzenie wyroku. Wkrótce jednak prokurator specjalny oskarżył go o składanie fałszywych zeznań.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dele Alli, gwiazdor Tottenhamu napadnięty we własnym domu. Piłkarzowi przystawiono nóż do gardła

England’s midfielder Dele Alli (top L) celebrates with England’s forward Harry Kane (3rdR) and teammates after scoring their second goal during the Russia 2018 World Cup quarter-final football match between Sweden and England at the Samara Arena in Samara on July 7, 2018. / AFP PHOTO / Fabrice COFFRINI / RESTRICTED TO EDITORIAL USE – NO MOBILE PUSH ALERTS/DOWNLOADS

Dele Alli miał przeżył chwile grozy. Reprezentant Anglii został napadnięty we własnym domu na obrzeżach Londynu. Jeden z napastników przyłożył mu nóż do gardła – informuje „Daily Mail”.

Dele Alli został napadnięty w nocy z wtorku na środę w północnej części Londynu. Według relacji mediów Alli był w domu razem ze swoją dziewczyną, Harrym Hickfordem, jego partnerką oraz znajomym. W chwili napadu mieli grać w karty. Dwóch złodziei włamało się do domu gwiazdy Tottenhamu. Jeden z mężczyzn uderzył piłkarza w twarz, a potem przystawił mu nóż do gardła. W międzyczasie drugi ukradł biżuterię i markowe zegarki.

– Jeden z mężczyzn, który mieszkał w tym domu, doznał niewielkiego urazu twarzy podczas napadu, jednak nie wymagał leczenia szpitalnego. Obecnie prowadzimy dochodzenie w tej sprawie – powiedziała londyńska policja.

Jak podały media, wspomnianych obrażeń doznali Alli i Hickford.

– Dziękuję za wszystkie wiadomości. To było okropne doświadczenie, ale z nami już wszystko w porządku. Doceniam wsparcie – napisał później na Twitterze zawodnik Tottenhamu.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Prokuratura umorzyła śledztwo ws. zbiórki na nowy samochód dla Sebastiana K.

Krakowska prokuratura ponownie umarza śledztwo w sprawie zbiórki pieniędzy na zakup seicento dla mężczyzny oskarżonego o spowodowanie wypadku, w którym ucierpiała była premier Beata Szydło – dowiedzieli się reporterzy RMF FM. Przypomnijmy – Rafał B., Polak mieszkający wtedy w Anglii, rozpoczął zbiórkę w internecie. Deklarował, że cała kwota zostanie przekazana poszkodowanemu. Udało się zebrać prawie 150 tysięcy, jednak pieniądze zniknęły. Okazało się, że organizator zbiórki przekazał je swojej byłej żonie. Ta przeznaczyła je m.in. na spłatę swoich długów.

Śledczy nie dopatrzyli się popełnienia przestępstwa, bo, ich zdaniem, każdy, kto brał udział w zbiórce i wpłacał pieniądze, dokonywał w ten sposób darowizny na rzecz jej organizatora, a nie na rzecz sprawcy wypadku w Oświęcimiu, Sebastiana K.

Z regulaminu serwisu, za pośrednictwem którego przeprowadzono zbiórkę, wynika, że pieniądze cały czas należą do organizatora akcji i on mógł z nimi zrobić, co chciał, mimo wcześniejszych deklaracji o przekazaniu pieniędzy na kupno nowego samochodu.

Prokuratorzy dodają, że kiedy Rafał B. ogłaszał zbiórkę, nie robił tego z zamiarem popełnienia przestępstwa. Oczywiście zachowanie jest naganne i wpłacający mogą dochodzić swoich praw na drodze cywilnej.

W zbiórce wzięło udział ponad osiem tysięcy osób.
Źródło info i foto: interia.pl

Warszawa: Policjanci odzyskali skradzionego lexusa. Odkryto złodziejską dziuplę w okolicach Wołomina

Policjanci stołecznego wydziału do walki z przestępczością samochodową odkryli złodziejską dziuplę w okolicach Wołomina, zatrzymując trzech mężczyzn rozbierających na części lexusa. Auto zostało skradzione kilka dni wcześniej na terenie powiatu otwockiego. Jego właścicielka dowiedziała się o tym od policjantów z samochodówki. Policjanci stołecznej samochodówki ustalili operacyjnie, że w okolicach Wołomina działa złodziejska dziupla. Rejon ten znany jest z tzw. rozbieraków lub brudasów, czyli przestępców potrafiących błyskawicznie rozebrać na części kradzione auto.

Często fachowcy ci demontują samochody w lasach na terenie powiatu wołomińskiego. Najlepsi potrafią rozebrać samochód w ciągu kilku godzin.

Funkcjonariusze z samochodówki mieli informację, że do dziupli trafił lexus, skradziony kilka dni wcześniej na terenie powiatu otwockiego. Gdy przyjechali pod wskazany adres, zwrócili uwagę na stodołę. W środku zastali trzech mężczyzn demontujących lexusa. Ci zaś, widząc policjantów, bez zastanowienia rzucili się do ucieczki. Nie zdążyli nawet opuścić posesji.

Wszyscy zostali zatrzymani i przewiezieni do komendy stołecznej, gdzie usłyszeli zarzuty paserstwa. Zostali objęci policyjnym dozorem. Jednak jeden z mężczyzn nie odzyskał wolności. Trafił do zakładu karnego, w którym oczekiwano go, aby odbył karę sześciu miesięcy więzienia.

W dziupli policjanci zabezpieczyli samochód, zdemontowane już drzwi, błotniki, przednie koła i elementy wnętrza lexusa. Jak się okazało, właścicielka auta dowiedziała się o jego kradzieży od policjantów.
Źródło info i foto: TVP.info

Zwieźli 55 tys. ton rakotwórczych odpadów, zarobili miliony. Jest akt oskarżenia wobec 41 osób

Do krakowskiego sądu okręgowego trafił akt oskarżenia wobec 41 osób; sprawa dotyczy nielegalnego obrotu niebezpiecznymi odpadami; ponad 55 tys. ton rakotwórczych substancji trafiło na nielegalne składowiska – poinformowała Prokuratura Krajowa. Grupa mogła zarobić na tym nawet 23 mln złotych.

Jak poinformowano, osoby objęte oskarżeniem są w wieku od 25 do 75 lat, 34 spośród nich zakwalifikowano jako członków zorganizowanej grupy przestępczej. Oprócz udziału w tej grupie oskarżonym zarzucono popełnienie przestępstw przeciwko środowisku, wiarygodności dokumentów, mieniu, bezpieczeństwo powszechnemu – za co grożą kary nawet do 25 lat więzienia. Tymczasowo aresztowane pozostają dwie osoby, w tym szef grupy.

Rakotwórcze odpady

Jednocześnie krakowska prokuratura okręgowa wystąpiła do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska z wnioskiem „o rozważenie systemowego określenia sposobu zabezpieczenia obiektów, w których składowane są odpady niebezpieczne”, czyli m.in. sporządzenia regulaminów dla magazynów, w których są składowane, zamknięcie obiektów i wyposażenie ich w alarmy.

– Zwrócono również uwagę, że koszty związane z unieszkodliwieniem odpadów są ogromne, co powoduje potrzebę zabezpieczenia również przez państwo środków pieniężnych na likwidacje nielegalnych składowisk – oceniła prokuratura.

Chodzi głównie o odpady przemysłu chemicznego, petrochemicznego, farbiarskiego, lakierniczego i motoryzacyjnego, o właściwościach wywołujących m.in. nowotwory, lub zwiększających na nie zachorowalność. – Wskazane związki mają silne właściwości rakotwórcze, ulegają bardzo powolnemu rozkładowi i są trudne do usunięcia. Są to szczególnie niebezpieczne substancje, które zgodnie z dyrektywą Parlamentu Europejskiego z końcem 2010 r. miały zostać usunięte z użytkowania – wskazała prokuratura.

Jak przekazała PK, postępowanie miało swój początek, gdy w styczniu 2019 r. Małopolski Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w związku działalności spółki Clif z siedzibą w Skawinie. – Miało ono polegać na składowaniu i usuwaniu odpadów niebezpiecznych zawierających PCB, czyli polichlorowane bifenyle, w sposób zagrażający środowisku oraz życiu i zdrowiu człowieka – przekazała prokuratura.

Zamiary i cele

Grupa prowadziła działalność od 2017 r. do 2 kwietnia 2019 r., a kierujący nią Andrzej N. sprzedał usługi odbioru i zagospodarowania odpadów niebezpiecznych wielu podmiotom gospodarczym łącznie za ponad 23 mln zł. – Zamiarem było porzucenie odpadów, celem uniknięcia kosztów związanych z ich unieszkodliwieniem – ustalili śledczy.

– Sprawcy działali w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, czyniąc sobie z tego procederu stałe źródło dochodu. Jak ustalono, grupa obejmowała swoim działaniem województwa: małopolskie, śląskie, świętokrzyskie, wielkopolskie oraz podkarpackie. Odpady składowane były także w dwóch lokalizacjach na terenie Republiki Czeskiej – poinformowano.

Podczas śledztwa okazało się, że tylko około jednego procenta odpadów niebezpiecznych, czyli około 800 ton o wartości ponad 164 tys. zł, zostało odebranych przez uprawnione do tego podmioty. – W oparciu o dane księgowe ustalono, że spółka Clif odebrała od wytwórców 56 tys. ton odpadów niebezpiecznych, z czego zutylizowała 720 ton. Pozostałe 55 tys. 280 ton odpadów, co stanowi około 2 tys. 300 naczep samochodowych po 24 tony, trafiło w formie płynnej bądź zmieszanej na nielegalne składowiska lub zalegało w magazynie w Jaworznie i Skawinie – podała PK.

W beczkach i wykopkach ziemnych

Grupa przewoziła odpady płynne głównie w pojemnikach o pojemności 1000 litrów lub w beczkach o pojemności 200 lub 120 litrów i porzucała na terenie hal, bądź działek na otwartej przestrzeni. Natomiast odpady zmieszane zawierające dodatkowo odpady komunalne trafiały do wykopów ziemnych, następnie zasypywanych, bądź składowane były w hałdach. Takie mieszanki powstawały w siedzibie spółki Clif w dwóch betonowych silosach, skąd następnie ładowano je na wywrotki i przewożono do miejsc docelowych.

– Ich transport odbywał się pojazdami do tego nieprzeznaczonymi, bez wymaganych oznaczeń, po uprzednim usunięciu kodów odpadów i znaków ostrzegających o zagrożeniach dla zdrowia i środowiska – wskazują śledczy.

Ustalono, że dokumenty przewozowe też nie wskazywały na odpady niebezpieczne. – Brak stosownych oznaczeń towarzyszył również składowaniu odpadów. Pojemniki często posiadały uszkodzenia, ułożone były obok siebie piętrowo w budynkach nieprzystosowanych do magazynowania tego typu substancji, bez nadzoru, w pobliżu domostw, budynków użyteczności publicznej, zakładów pracy, terenów zielonych, rekreacyjnych, pól ornych, rzek. Te pozostawione w beczkach na zewnątrz budynków narażone były na działanie czynników atmosferycznych” – przekazano.

– Kierowcy otrzymywali podrobione, a także nierzetelne dokumenty przewozowe, wskazujące, że transport dotyczy produktu niepodlegającego uregulowaniom ADR (umowy dotyczącej międzynarodowego przewozu drogowego materiałów niebezpiecznych) lub odpadu innego niż niebezpieczny. Używano też podrobionych pieczęci firmowych. Dokumenty przewozowe nie wskazywały rzeczywistego miejsca odbioru odpadów – zaznaczyła PK.

Dodała, że również umowy z właścicielami nieruchomości „podpisywane były przy użyciu podrobionych dokumentów, na firmy tzw. słupy, by docelowo przenieść ogromne koszty utylizacji odpadów na te podmioty i utrudnić ustalenie rzeczywistego pochodzenia odpadów”.

Przy śledztwie w tej sprawie krakowska prokuratura współpracowała z wydziałem do walki z przestępczością gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, I Urzędem Skarbowym w Krakowie oraz Małopolskim Urzędem Celno-Skarbowym.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Szczytno: Pirat zabójca trafił do aresztu

Rozpędzonym fordem mustangiem wjechał w wózek z 1,5-rocznymi bliźniakami i ich babcię. Maluchy – Kubuś i Bartek – w ciężkim stanie trafiły do szpitala. Kubusia nie udało się uratować. Bartek wciąż walczy o życie. Sprawca tego potwornego wypadku, Adam D. (29 l.) ze Szczytna (woj. warmińsko-mazurskie), nareszcie żegna się z wolnością. Sąd aresztował go na 3 miesiące.

– Miał ciężką nogę i rajcowała go szybka jazda. Jak przycisnął gaz, słychać go było w całym mieście – mówi jeden z mieszkańców Szczytna.

Po wypadku prokuratura wnioskowała o areszt dla Adama D., ale sąd odmówił. Uzasadnił to tym, że sprawca złożył wyjaśnienia i wyraził skruchę. Pirat drogowy stracił paszport i prawo jazdy, dostał też dozór policyjny, ale wrócił do domu. Dopiero po zażaleniu prokuratury sąd zmienił decyzję i nakazał aresztowanie Adama D.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że istnieje nagranie z monitoringu, na którym widać, jak ford mustang z dużą prędkością przejeżdża przez tory kolejowe, a później próbuje ominąć samochód osobowy, który wyjeżdża z bocznej uliczki. Żeby uniknąć zderzenia, kierowca mustanga odbija w lewo, traci panowanie nad autem i taranuje wózek z bliźniakami.

Obrońca Adama D. nie zgadza się z decyzją sądu. – Będziemy składać zażalenie. Mój klient przyznał się do winy. Przedstawimy też nowe wnioski dowodowe – zapowiada adwokat Andrzej Jemielita. Adamowi D. grozi do 8 lat więzienia.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Poszukiwany 39-latek zatrzymany po roku ścigania

39-latek skutecznie się ukrywał przed wymiarem sprawiedliwości z Grójca. Wytropili go policjanci z Piaseczna. Poszukiwany mężczyzna nie potrafił ukryć zaskoczenia.

39-latek, który miał odsiedzieć wyrok wydany przez sąd w Grójcu skutecznie unikał kary przez prawie rok. W końcu policjanci namierzyli go i złożyli mu niespodziewaną wizytę. Tuż po godz. 7 do do wytypowanego domu znajdującego się na terenie gminy Góra Kalwaria weszli policjanci. Poszukiwany nie krył zaskoczenia poranną wizytą. – Wyśledzili go policjanci z wydziału kryminalnego z Piaseczna, którzy na co dzień zajmują się poszukiwaniem osób, zaginionych lub ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości – mówi nadkom. Jarosław Sawicki z piaseczyńskiej policji.
Źródło info i foto: se.pl

Policja zatrzymała 59-latka. Otruł 60 rodzin pszczelich wartych 36 tys. zł

Lubelska policja informuje, że zatrzymała 59-latka, który miał otruć środkami chemicznymi 60 rodzin pszczelich. Wartość strat oszacowano na około 36 tys. zł. Policja z Janowa Lubelskiego podała, że we wtorek w godzinach porannych zgłosił się do niej prezes lokalnego koła pszczelarskiego. Poinformował on, że małżeństwo z powiatu janowskiego zgłosiło mu otrucie pszczół. Łącznie to 60 rodzin pszczelich. Straty miały wynieść około 36 tys. zł.

Zdaniem poszkodowanych pszczoły zostały otrute za pomocą środka chemicznego. Gdy funkcjonariusze przyjechali na miejsce zdarzenia, zatrzymali podejrzanego mężczyznę. To 59-letni mieszkaniec powiatu janowskiego. Usłyszał zarzut zniszczenia mienia i czeka na postępowanie sądowe.
Źródło info i foto: Gazeta.pl