Seria ataków hakerskich. Tak podszywają się pod Pocztę Polską

SMS-y o rzekomej dezynfekcji paczek, fałszywe maile i podejrzane konkursy. Oszuści od początku epidemii koronawirusa podszywają się pod Pocztę Polską próbując wyłudzić dane i pieniądze Polaków.

Poczta Polska ostrzega przed plagą oszustów podszywających się pod spółkę. W komunikacie informuje, że tylko w pierwszym kwartale tego roku, od początku trwającej epidemii, Poczta Polska odnotowała wzrost informacji od klientów o cyberprzestępstwach.

Spółka przestrzega przed tzw. phishingiem, czyli podszywaniu się po dany podmiot by wyłudzić dane lub pieniądze.

Oszuści podszywają się pod Pocztę Polską na wiele sposobów. Spółka informuje m.in. o fałszywych SMS-ach, których nadawcą miałaby być Poczta Polska. Czytamy w nich o rzekomej dezynfekcji paczek. W wiadomości podany jest link, który przekierowuje do stworzonej na potrzeby przestępstwa nieprawdziwej strony internetowej, rzekomo śledzącej przesyłkę wraz zawartą w niej również nieprawdziwą informacją o wstrzymaniu przesyłki. Aby przesyłka mogła trafić do odbiorcy, ofiara ataku jest zachęcana do dopłaty.

„Po kliknięciu w przycisk PŁACĘ, system przekierowuje do sfałszowanej strony pośrednika w płatnościach, a następnie – po wyborze banku – klient jest kierowany na fałszywą stronę pozornie swojego banku. Atak przygotowany jest tak dobrze, że klient jest przekonany, że loguje się na stronę swojego banku, jednak ta strona również jest fałszywa (link w adresie jest inny niż adres banku – warto sprawdzać literówki w adresie)” – tłumaczy Poczta Polska w komunikacie.

Oszukany klient dokonuje w następnym kroku przelewu, który potwierdzany jest SMS-em. Ten jednak widoczny jest także dla oszusta, a kwota widniejąca w SMS-ie – jak tłumaczy Poczta Polska – w rzeczywistości może być znacznie wyższa. Spółka przypomina w komunikacie, że przesyłki są bezpieczne i nie wymagają dezynfekcji.

Spółka ostrzega też przed fałszywymi mailami, za którymi kryją się linki ze złośliwym oprogramowaniem. – W takiej sytuacji należy zignorować wiadomość, nie klikać w załączniki i linki oraz  powiadomić odpowiednie organy – informuje Poczta Polska.

Inną metodą działań przestępców jest zapraszanie do udziału w konkursie rzekomo organizowanym przez Pocztę Polską. „Także w takich sytuacjach należy nie reagować na podejrzane wiadomości, ignorować załączniki i linki, gdyż mogą one zawierać szkodliwe oprogramowanie” – czytamy w komunikacie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Policyjny pościg w Warszawie. Podejrzany o kradzież chciał rozjechać policjantów. Padły strzały

Mężczyzna podejrzany o kradzież z włamaniem uciekał autem ulicami Ursynowa w Warszawie. Nie chciał się zatrzymać i nie reagował na żadne wezwania policjantów. Co więcej, próbował rozjechać funkcjonariuszy. Ci musieli użyć broni służbowej – poinformował we wtorek podkom. Robert Koniuszy z Komendy Rejonowej Policji II.

Jak przekazał policjant, funkcjonariusze pełniący służbę po cywilnemu zostali skierowani w nocy na parking jednego z marketów budowlanych na warszawskim Ursynowie. Dostali bowiem sygnał, że kierowca ciemnej osobówki miał włamywać się do budynków, w których były urządzenia i narzędzia na ekspozycję sklepu.

Kiedy policjanci dotarli na miejsce, zauważyli odjeżdżającą sprzed marketu skodę. Postanowili zatrzymać kierowcę do kontroli, używając sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Kierowca jednak zignorował wezwanie do zatrzymania i przyspieszył. Uciekał ulicą Pileckiego i Kazury, aż wjechał na parking bez możliwości wyjazdu. To jednak go nie powstrzymało – powiedział podkom. Robert Koniuszy.

Najeżdżał i uszkadzał samochody

Dodał, że ścigany przejechał przez pas zieleni, a następnie jadąc chodnikiem, najeżdżał i uszkadzał zaparkowane w pobliżu samochody. Dlatego ze względu na ograniczone możliwości manewrów pojazdem służbowym funkcjonariusze postanowili dogonić mężczyznę pieszo. Kiedy dobiegli do pojazdu w okolicach ulicy Kazury 20, mężczyzna siedzący za kierownicą auta skręcił, usiłując ich potrącić.

W związku z realnym zagrożeniem dla życia i zdrowia oraz brakiem jakiekolwiek reakcji na wezwania do zatrzymania jeden z policjantów oddał strzał ostrzegawczy w bezpiecznym kierunku z zachowaniem wszelkich procedur. Strzał i okrzyk „Policja” nie przekonały jednak mężczyzny jadącego na funkcjonariusza. Dopiero kolejny strzał i okrzyk „Stój bo strzelam” spowodowały, że 37-latek zatrzymał samochód. Został natychmiast obezwładniony i zatrzymany – wyjaśnił nadkom. Koniuszy.

W samochodzie zatrzymanego funkcjonariusze znaleźli 14 płynów do spryskiwaczy, 6 butli z gazem, drabinę aluminiową, dmuchawę do liści, suszarkę do rąk, nożyce do drutu, karton z saszetkami cukru, opryskiwacz ogrodowy, przedłużacz bębnowy oraz inne przedmioty pochodzące z kradzieży. Podejrzany przyznał się, że wszystko pochodzi z kradzieży z włamaniem do magazynu jednej ze stacji paliw w okolicach Grodziska Mazowieckiego oraz z budynków na ekspozycje przy markecie budowlanym, sprzed którego uciekał – poinformował podkom. Koniuszy.

37-latek usłyszał zarzuty, za które może zostać skazany nawet na 10 lat więzienia. Prokurator zastosował wobec niego środek zapobiegawczy w postaci policyjnego dozoru.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Rybnik: Wyrzuciła dziecko przez okno. Matka z zarzutami usiłowania zabójstwa

Policjanci z Rybnika (woj. śląskie) zatrzymali 34-letnią kobietę podejrzaną o wyrzucenie przez okno z pierwszego piętra swojego 11-miesięcznego dziecka. Chłopczyk z obrażeniami wewnętrznymi trafił do szpitala. Prokuratura postawiła jej dwa zarzuty usiłowania zabójstwa. Sąd ją tymczasowo aresztował.

Jak informowała Bogusława Kobeszko, oficer prasowa rybnickiej policji, zgłoszenie wpłynęło do dyżurnego w niedzielę po godzinie 8 rano. – 34-letnia kobieta wyrzuciła z okna z pierwszego piętra domu prywatnego swojego 11-miesięcznego syna – podała Kobeszko.

Dziecko przeżyło. – Zostało zabrane przez Lotnicze Pogotowie Ratunkowe do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach – relacjonowała rzeczniczka.

Matka była trzeźwa

34-latka zaraz po zdarzeniu została przebadana alkomatem, była trzeźwa. Stan zdrowia chłopczyka, przebywającego obecnie w szpitalu, lekarze określają jako stabilny i niezagrażający życiu. Ma m.in. złamaną w dwóch miejscach nogę, jest w trakcie dalszej diagnostyki i obserwacji.

Zarzuty dwukrotnego usiłowania zabójstwa

Prokuratura postawiła jej dwa zarzuty usiłowania zabójstwa. Jak poinformowała prokurator Karina Spruś z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, nadzorującej śledztwo rybnickiej prokuratury rejonowej, pierwsze zdarzenie miało miejsce 12 marca tego roku. Kobieta usiadła wówczas z synem na torach, maszynista zauważył ją jednak w porę i zdołał zatrzymać jadący wówczas dość wolno pociąg. Po tym zajściu kobieta trafiła do szpitala psychiatrycznego, a prokuratura prowadziła śledztwo w sprawie narażenia dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia.

Niedawno 34-latka wyszła ze szpitala i wkrótce miała zostać przesłuchana. W niedzielę jednak, kiedy jej mąż wyszedł na chwilę z pokoju, w którym przebywali wraz z niemowlęciem i starszym synem, kobieta miała otworzyć okno i wyrzucić przez nie swoje młodsze dziecko. Kiedy mąż wrócił do pokoju i zapytał o młodszego syna, sama powiedziała mu, co zrobiła.

– Prokuratura wnioskowała o areszt, a sąd przychylił się do tego wniosku. Czynione są starania, żeby trafiła do aresztu, gdzie znajduje się też szpitalny oddział psychiatryczny. Najbliższy taki ośrodek jest w Krakowie – powiedziała prokurator Spruś.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Były wiceszef Agencji Wywiadu z zarzutami doprowadzenia małoletniego do innych czynności seksualnych i obcowania płciowego

Paweł W., były wiceszef Agencji Wywiadu za rządów PO-PSL, usłyszał zarzuty doprowadzenia małoletniego do innych czynności seksualnych i obcowania płciowego z użyciem przemocy i przy nadużyciu zaufania. Horror dziecka trwał dwa lata. Mężczyźnie grozi nawet do 15 lat więzienia.

Jak informował portal tvp.info, w ubiegłym tygodniu policja zatrzymała w Warszawie byłego wysokiego agenta służb specjalnych Pawła W. To były wiceszef Agencji Wywiadu, wcześniej agent UOP, związany ze Służbą Wywiadu Wojskowego. Mężczyznę odwołano z funkcji wiceszefa AW po zmianach w służbach specjalnych w listopadzie 2015 roku, kiedy skończyły się rządy PO-PSL.

Mężczyzna po doprowadzeniu do prokuratury został przesłuchany. Prokurator ogłosił mu jeden zarzut, który obejmuje szereg przestępstw. Chodzi o działanie, do którego dochodziło na przestrzeni dwóch lat – od września 2017 roku do sierpnia 2019 roku.

– Zarzut dotyczy szeregu zachowań, które dotyczą doprowadzenia osoby małoletniej do poddania się innym czynnościom seksualnym i do obcowania płciowego przy wykorzystaniu zaufania i groźby użycia przemocy – mówi nam prokurator Mirosława Chyr, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Za zbrodnię, jaką popełnił, grozi nawet do 15 lat więzienia. Mężczyzna nie przyznaje się do zarzutów. Złożył obszerne wyjaśnienia. Decyzją warszawskiego sądu został aresztowany na trzy miesiące.

– Podstawą są dwie przesłanki – obawa wymierzenia surowej kary i obawa matactwa – wskazuje Chyr. Mężczyzna został zatrzymany na warszawskim Mokotowie.
Źródło info i foto: TVP.info

Śmierć w komendzie policji w Ostrowie Wielkopolskim. Prokuratura zajęła się sprawą

Prokuratura Rejonowa w Ostrowie Wlkp. wszczęła śledztwo w sprawie śmierci 71-latka w miejscowej komendzie policji – poinformowała w poniedziałek rzecznik prasowa ostrowskiej policji sierż. sztab. Małgorzata Michaś. Mężczyzna trafił w niedzielę do policyjnej izby zatrzymań w celu wytrzeźwienia. Wcześniej policjanci pojechali z 71-latkiem do szpitala. Po zbadaniu lekarz wydał zaświadczenie o braku przeciwwskazań do osadzenia mężczyzny w pomieszczeniu dla osób zatrzymanych.

– Po godzinie 19 policjant zauważył, że mężczyzna się nie rusza, w związku z czym natychmiast sprawdził jego funkcje życiowe i podjął resuscytację. Natychmiast zostało też powiadomione pogotowie ratunkowe – powiedziała rzecznik prasowa ostrowskiej policji.

Lekarz stwierdził zgon

Pomimo reanimacji mężczyzny nie udało się uratować. – Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon mężczyzny, najprawdopodobniej z przyczyn naturalnych w związku z problemami zdrowotnymi – powiedziała sierż. sztab. Michaś. Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Rejonowa w Ostrowie Wlkp. Ciało mężczyzny zostało zabezpieczono do sekcji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Facebook pomoże ws. morderstwa 10-letniej Kristiny z Mrowin

Zabójstwem Kristiny z Mrowin na Dolnym Śląsku przed rokiem żyła cała Polska. Dziewczynkę zamordował 22-letni Jakub A. Polskie służby liczą na pomoc Facebooka w tej sprawie. Amerykański gigant miałby udostępnić im rozmowy mężczyzny z osobą, którą miała go podżegać do zbrodni. 10-letnia Kristina zaginęła 13 czerwca ubiegłego roku w dolnośląskich Mrowinach. Dziewczyna ostatni raz była widziana niedaleko domu, gdy wracała ze szkoły. Po kilku godzinach w pobliskim lesie znaleziono jej zakrwawione i roznegliżowane ciało.

Za zabójstwem dziewczynki stał 22-letni Jakub A. Do jego zatrzymania doszło po trzech dniach od morderstwa. Kristina dobrze go znała, bo A. należy do rodziny. Mężczyzna zakochał się w matce 10-latki – swojej ciotce i uznał, że dziewczynka stoi na przeszkodzie do jego związku. Dlatego postanowił ją zamordować.

Po niemal roku od zbrodni, jak donosi „Gazeta Wrocławska”, polskie służby poprosiły Facebooka o pomoc. Prokuratorzy prowadzący śledztwo ws. zabójstwa Kristiny chcą przeczytać wiadomości, jakie Jakub A. wysyłał za pośrednictwem portalu społecznościowego. Jeden z kolegów miał go bowiem podżegać do zabójstwa i sugerował mu, że Kristina stoi na przeszkodzie do jego szczęścia.

Wcześniej prokuratura otrzymała opinię biegłych, z której wynika, że Jakub A. w momencie popełnienia zbrodni był poczytalny. Świadczyć ma o tym fakt, że mężczyzna przed morderstwem zakupił nowe ubrania i próbował sobie zapewnić alibi. Do tego w internecie szukał wskazówek na temat tego, jak upozorować zbrodnię tak, by śledczy pomyśleli, że została ona popełniona na tle pedofilskim.

Jakub A. usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, zbezczeszczenia zwłok oraz podżegania do zabójstwa. Grozi mu za to dożywocie.
Źródło info i foto: wp.pl

Paweł Tanajno z zarzutami. „Sąd wybrał opcję najgorszą dla policji”

Sąd miał bardzo wiele możliwości, a wybrał opcję najgorszą dla policji, tzn. skierował sprawę ponownie do prokuratury – powiedział w rozmowie z PAP Paweł Tanajno. W sobotę podczas protestu przedsiębiorców został zatrzymany za naruszenie nietykalności policjantów, a w poniedziałek zwolniony do domu.

Według Tanajno, który zgodził się na podawanie nazwiska, sąd miał bardzo wiele możliwości. Po pierwsze – jak stwierdził – postępowanie przyspieszone nie oznacza tego, że musi zostać ono przeprowadzone jednego dnia, ale przez kilka kolejnych. Drugą możliwością, zdaniem Tanajno, miałoby być skierowanie postępowania do trybu zwykłego bez kierowania sprawy ponownie do prokuratury.

Ale sąd wybrał opcję najgorszą dla policji, tzn. skierował sprawę jeszcze raz do prokuratury. Myślę, że sąd dał w ten sposób prokuraturze szansę, żeby uratować tę sprawę. Nie żeby mnie skazać, tylko żeby się w ogóle z tego wycofać – mówił Tanajno. Zaznaczył, że w jego ocenie zeznania policjantów nie współgrają z zarejestrowanymi zdarzeniami.

Zapytany o to, czy będą kolejne protesty przedsiębiorców odpowiedział, że „na pewno będą pozwy do prokuratury”. – Po pierwsze o fałszywe oskarżenie mnie ze strony czterech policjantów, a po drugie o zablokowanie legalnej demonstracji 16 maja (…). Myślę, że prokuratura zostanie zalana setkami spraw – ocenił.

Zaznaczył również, że nie jest on inicjatorem tych protestów. – To ludzie chcą protestować. To nie jest protest partyjny, to nie jest protest związkowy. My nie mamy żadnej organizacji, ja nie mogę skrzyknąć swoich członków do tego, żeby protestowali. Jeżeli ludzie zechcą protestować, to będą protestowali – podkreślił.

Sąd na poniedziałkowym posiedzeniu zdecydował o przekazaniu sprawy do prokuratury, gdzie ma być prowadzona na zasadach ogólnych, w tzw. trybie zwykłym. Wcześniej postępowanie było prowadzone w trybie przyspieszonym. Paweł Tanajno, który od soboty przebywał w policyjnej izbie zatrzymań, został zwolniony do domu.

Mamy tu do czynienia z normalnym postępowaniem, które jest nadzorowane przez prokuraturę. Samo postanowienie sądu zbyt wiele nie zmienia, bo cały czas mamy do czynienia z osobą, której postawiono zarzut naruszenia nietykalności policjantów – powiedział w rozmowie z PAP rzecznik stołecznej policji nadkom. Sylwester Marczak.

Rzecznik podkreślił, że policja za każdym razem będzie zdecydowanie reagować na przypadki agresji w stosunku na policjantów, bez względu na to, jaką będą one miały formę.

Informację o zatrzymaniu podano w sobotę na Twitterze warszawskiej policji. – Nie będzie przyzwolenia na atakowanie policjantów. Jeżeli ktoś wyciąga rękę na funkcjonariusza, zmusza nas do zdecydowanej reakcji. Potwierdzamy, że w związku z naruszeniem nietykalności cielesnej policjanta zatrzymany został Paweł T. – napisano.

W niedzielę odbyło się posiedzenie Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, dotyczące zażalenia Pawła T. na jego zatrzymanie. „Sąd uznał, że było ono legalne zasadne i prawidłowe” – mówił rzecznik KSP nadkom. Sylwester Marczak.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jak Kościół zamiata sprawę pedofilii pod dywan

Przedstawiamy nagranie dziennikarza Marka Radziszewskiego z kwietnia 2019 roku, na którym zarejestrowano, jak siostra zakonna wyraźnie sugeruje mu, by odpuścił sprawę tuszowania pedofilii przez biskupa Edwarda Janiaka. Mówi, że jeśli posłucha jej rady i zostawi temat to „wtedy będzie niebo dla niego szeroko otwarte”.

Marek Radziszewski opowiada nam, że w kwietniu 2019 roku chciał dostać się do biskupa Edwarda Janiaka, by zweryfikować doniesienia prasowe na temat ks. Edwarda P., który został w 2002 r. skazany za molestowanie chłopców. W kwietniu 2019 roku portal OKO.Press ujawnił, że skazany od kilku miesięcy odprawiał msze i spowiadał w Sobótce na Dolnym Śląsku. Prowadził też wielkopostne rekolekcje dla dzieci.

Radziszewski chciał ustalić, czy biskup Janiak, kiedy przebywał w diecezji wrocławskiej, ma coś wspólnego z tuszowaniem czynów Edwarda P., jak sam mówi na nagraniu: najprawdopodobniej nie wszczęto wówczas postępowania.

– W budynku kurii diecezjalnej przyjął mnie rzecznik, wysłuchał pytań, odpowiedzi nie otrzymałem. Nie umożliwiono mi spotkania z biskupem. Ustaliłem jednak, że biskup często przebywa w budynku przy katedrze kaliskiej. Informacja pochodziła od kaliskiego dziennikarza, a wykonujący na miejscu pracę remontowe potwierdzili ją. Po wejściu do budynku natknąłem się na siostrę, która spytała się, o co chodzi – opowiada.

Radziszewski mówi siostrze, że chodzi o pedofilię i wyjaśnia, że kiedy biskup Janiak był jeszcze w diecezji wrocławskiej, najprawdopodobniej nie wszczęto postępowania przeciwko Edwardowi P. Siostra poprawia dziennikarza, mówiąc, że chodzi o Juliusza (zapewne mając na myśli zmarłego Juliusza Peatza), natomiast gdy Radziszewski podkreśla, że chodzi o Wrocław, ta zdaje się rozumieć, o co chodzi.

„Zostawmy to Panu Bogu”
– No i co, chcecie rozdmuchać to? A Pan Jezus co na to powie? – pyta i zaczyna sugerować, że dziennikarz powinien temat zostawić.

– Zostawmy to Panu Bogu – proponuje. – Będzie pan kiedyś niebo miał za to – obiecuje oraz dodaje, że szef dziennikarza również „będzie miał niebo”.

– No co zrobić, jak człowiek jest słaby? I ja jestem grzeszna, i pan, i ten biskup też. No i co zrobić, czy to trzeba rozdmuchiwać? Nie. Bo on może już sto razy żałował za te grzechy. Nie wiemy tego. Ja bym tak radziła panu: jest wielki post i pan może być apostołem wspaniałym. Powiedzieć, że jedna siostra powiedziała: czy możemy jednak tak zrobić, żeby to zostawić panu Bogu i nie rozdmuchiwać – sugeruje Radziszewskiemu.

– Wie pan, jaką pan będzie miał zasługę w niebie kiedyś? Pan jest młodziutki, ale za sto lat, pan odejdzie kiedyś. I wtedy będzie niebo dla pana otwarte szeroko. Naprawdę, mówię to z całą przyjemnością. Dobrze, że pan na mnie trafił – dodaje i kontynuuje w tonie, który może sugerować, że siostra wie o zaniechaniach biskupa.

– Co z tego, że biskup panu odpowie, bo może pod presją być (…) i będzie pan miał smutek w sercu, że tak powyciągaliście – mówi i znów sugeruje, żeby odpuścić. – Ja gwarantuję panu, że pan pracy nie straci. Pan będzie miał za to niebo otwarte kiedyś i może ten dyrektor – mówi o przełożonych Radziszewskiego.

Siostra mówi jasno: (…) pan to zostawi, spraw brudnych nie rozdmucha i naprawdę pan zobaczy, po dzisiejszym dniu, jak pan Bóg będzie panu błogosławił. (….) Warto. Z mojej strony, z mojego punktu widzenia, warto – zapewnia i dodaje, że może za odpuszczenie sprawy wziąć odpowiedzialność.

– Ja wiem, że pan jest narażony, tak. Bo to jest sprawa poważna, ale(…) może pan wszystko na mnie zwalić, tak – mówi.

Czy siostra zna sprawę?

Gdy Radziszewski odpowiada, że chce jedynie zadać biskupowi pytania, siostra zmienia nieco ton.

– Pan chce się dostać do tego człowieka, który brzydko postępował, tak? – pyta siostra.

– Ja nie wiem, czy brzydko, może to jest nieprawda. Może trzeba tylko sprostować – odpowiada dziennikarz.

Aha, bo pan jedzie w celu weryfikacji? – dopytuje i stwierdza: – Ja myślałam, że pan jest (…) nastawiony na to, że to się stało.

– Ja bym postawiła wszystko na Pana Boga. I bym pominęła. Naprawdę, ja bym tak zrobiła – kończy rozmowę siostra.

– Z tego co ustaliłem, siostra ma na imię Klaudia. Jej następczyni poinformowała mnie w sobotę, że siostra Klaudia już tam nie pracuje i gdzieś wyjechała – mówi nam. Odpowiedzi na swoje pytania dot. biskupa Janiaka nigdy nie uzyskał.

„Milczeć dla dobra wszystkich”

Z Markiem Radziszewskim spotkaliśmy się w sobotę pod kaliską Katedrą, gdy usiłowaliśmy dotrzeć do biskupa Napierały przed uroczystościami wyświęcania nowych diakonów. Napierała zastępował Janiaka, który po naszych publikacjach został odsunięty.

Nie udało nam się porozmawiać z biskupem ani przed uroczystościami, ani tuż po nich. Zalecał nam modlitwę i wejrzenia we własne sumienia. W samych uroczystościach niedane nam było uczestniczyć. Katedrę zamknięto przed nami na cztery spusty, pozdrowiono nas środkowym palcem. Homilii oraz nauk dla młodych diakonów wysłuchaliśmy następnego dnia, za pośrednictwem telewizji diecezjalnej.

Po wyświęceniu diakonów biskup przytoczył przypowieść o cudzołożnicy. Dlaczego akurat tę? By pokazać młodym księżom, jak odpowiadać na pytania „nieraz podstępne, bardzo obłudne, pełne hipokryzji”

– Ja nie spotkałem jeszcze nikogo, komu zależy na Kościele, żeby o kapłanach mówił źle – stwierdził. – Ktoś, komu na Kościele zależy – według hierarchy – „bardzo boleje, gdy jakiemuś księdzu potknie się noga, gdy dopuści się grzechu, ale nie potępia”.

Ale dlaczego nie potępia?

– Ponieważ chce być w prawdzie. A prawda mu mówi, że on też jest grzechem dotknięty – wyjaśnił Napierała.

– Człowiek nieraz sięga po grzech, bo mu się wydaje, że będzie miał przyjemność, że tak będzie dobrze. Ale skoro grzech popełni, zwłaszcza grzech obłudy – podkreślił biskup – a ma jeszcze trochę uczciwości w sobie, to zamilknie – kontynuował, zmierzając do opowieści o Jezusie i cudzołożnicy.

Przypomniał, że gdy przyprowadzono kobietę przed oblicze Jezusa i żądano, by ją ukamienować, On milczał, mimo że naciskano, by zajął jasne stanowisko.

– Co mówisz, co powiesz? – opowiadał Napierała i od razu tłumaczył intencje tłumu: – Im nie chodziło o dobro tej kobiety. Im w ogóle nie chodziło o dobro. Im chodziło o to, żeby uderzyć w Pana Jezusa – argumentował. – A Pan Jezus milczał. Bo są sytuacje, że trzeba milczeć dla dobra wszystkich. Dla dobra wszystkich – podkreślił stanowczo, mówiąc, że gdy wszyscy odeszli, Jezus kobiety nie potępił.

– Taki jest nasz Pan. Taki jest Bóg, ten, któremu zależy na człowieku. Ten, któremu naprawdę zależy na dobru. Taki jest nasz Bóg. Kocha, wszystkich kocha. I oskarżycieli też, bo mu na nich zależy – spuentował biskup.
Źródło info i foto: onet.pl

Łowicka pielgrzymka na Jasną Górę zatrzymana przez policję.

365. Łowicka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę została zatrzymana przez policję w pobliżu miejscowości Słupia. Powodem interwencji było złamanie rządowych obostrzeń wprowadzonych w związku z epidemią koronawirusa. Na nagraniach opublikowanych w internecie widać, że w pielgrzymce wzięło udział zdecydowanie więcej niż 50 osób.

W poniedziałek spod klasztoru sióstr Bernardynek ruszyła 365. Łowicka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę. Choć wciąż obowiązuje zakaz zgromadzeń, wprowadzony z powodu epidemii koronawirusa, z Łowicza wyruszyło znacznie więcej niż 50 pielgrzymów. Większość nie miała też maseczek. Do Częstochowy mieli dotrzeć 30 maja.

Po przejściu około 30 kilometrów, pielgrzymi zostali zatrzymani w pobliżu miejscowości Słupia przez policjantów z komendy w Skierniewicach. Jak informuje portal gosc.pl, powodem interwencji było złamanie wspomnianego już zakazu zgromadzeń powyżej 50 osób. Pątników wylegitymowano.

„Policja kręciła się już w okolicach Pszczonowa. Zatrzymali nas między Słupią a Lipcami Reymontowskimi. Przyjechało 5 radiowozów, chyba dwa samochody nieoznakowane, zrobił się ogromny chaos. Nie wiedzieliśmy, co robić. Jedni uciekali przez pola, inni w las, jeszcze inni ruszyli w dalszą drogę już na nocleg. Część zadzwoniła po rodziny, by odwieźli ich do domu. Wszystkich spisują. Co będzie dalej, nie wiemy” – komentowali pątnicy, z którymi rozmawiał portal gosc.pl

Onet zapytał przedstawicieli policji o powody zatrzymania łowickiej pielgrzymki. „Przemieszczanie się w ten sposób tak licznej grupy pod przewodnictwem księdza z łowickiej parafii w naszej ocenie nie zapewniało przestrzegania obowiązujących nakazów i zakazów stojących na straży bezpieczeństwa sanitarnego” – wyjaśniła mł. insp. Joanna Kącka, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi.
Źródło info i foto: Gazeta.pl