Przedłużono śledztwo ws. śmierci Magdaleny Żuk

Śledztwo w sprawie śmierci polskiej turystki w Egipcie zostało po raz kolejny przedłużone – poinformowała Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze. A to oznacza, że potrwa co najmniej do końca 2020 roku. Polscy śledczy, którzy sprawę śmierci Magdaleny Żuk badają już ponad trzy lata, wystąpili do swoich egipskich służb o przekazanie kolejnych dokumentów w tej sprawie.

– Jakkolwiek w sprawie zgromadzono dotychczas obszerny materiał dowodowy, to jednak zachodzi konieczność wystąpienia do strony egipskiej o kolejne dokumenty dotyczące zdarzenia. Chodzi głównie o dokumentację źródłową, stanowiącą podstawę sporządzenia dokumentów procesowych przez stronę egipską – przekazał Tomasz Czułowski z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

„Obrażenia na skutek upadku z dużej wysokości bezpośrednią przyczyną śmierci”

Prokuratorzy, którzy sprawę badają od maja 2017 roku, podkreślają, że przeprowadzone do tej pory dowody nie doprowadziły do zmiany stanowiska, że wobec Magdaleny Żuk stosowana była „przemoc o podłożu seksualnym lub jakakolwiek inna”. – Aktualne pozostaje również ustalenie wskazujące, że bezpośrednią przyczyną śmierci pokrzywdzonej były obrażenia odniesione przez nią na skutek upadku z dużej wysokości – podkreślił Czułowski.

Postępowanie prowadzone jest w sprawie o zabójstwo. – Jednak ostateczna kwalifikacja zostanie przyjęta po zgromadzeniu i analizie całości materiału dowodowego – zaznaczył prokurator.

Śledztwo zostało przedłużone do 31 grudnia 2020 roku.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wstępne ustalenia policji ws. śmierci dwójki rodzeństwa w Koszalinie

Do 3 w nocy policjanci pracowali na miejscu wczorajszej, wieczornej tragedii w Koszalinie. Dwójka dzieci, w wieku 4 i 5 lat, wypadła z okna z 9. piętra bloku przy ulicy Władysława IV. Dziewczynka i chłopiec zginęli na miejscu. Dzieci były w tym czasie pod opieką matki. Wstępnie ustalono, że był to nieszczęśliwy wypadek.

Policjantom, którzy jako pierwsi dotarli do matki, kobieta miała przekazać, że w momencie, gdy dzieci wypadały z okna, była w kuchni, szykowała kolację. To była chwila nieuwagi.

Później jednak ze względu na stan psychiczny matki funkcjonariuszom nie udało się już z nią porozmawiać. Kobietą musieli się zająć lekarze. Jak powiedziała reporterowi RMF FM Monika Kosiec, oficer prasowa koszalińskiej policji, w momencie tragedii ojca nie było w domu. Był w pracy, na miejsce przyjechał dopiero po zdarzeniu.

Kobieta w sumie miała pod opieką czworo dzieci – także 2-letnie oraz roczne. Najmłodsze dzieci są teraz pod opieką najbliższych krewnych. Gdy doszło do wypadku matka dzieci, była trzeźwa. Nie było podstaw do zatrzymywania jej.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zabójstwo Polki w Danii. Akt oskarżenia przeciwko gangowi „Braciaków”

Prokuratura objęła aktem oskarżenia 16 osób z tzw. gangu „Braciaków”. Członkom zorganizowanej grupy przestępczej zarzucono popełnienie ponad 40 przestępstw. Zabójstwo Polki w Danii, usiłowanie zabójstwa innej kobiety czy handel narkotykami to tylko niektóre z nich.

Śledztwo prowadzi gdańska Prokuratura Regionalna wspólnie z gdańskim zarządem Centralnego Biura Śledczego Policji. Dotyczyło ono porachunków pomiędzy gangami zajmującymi się stręczycielstwem oraz handlem narkotykami. Gangiem „Braciaków” dowodzą bracia z Gdyni.

„Oskarżonym zarzucono m.in udział w zorganizowanej grupie przestępczej, dokonanie i usiłowanie dokonania zabójstwa, czerpanie korzyści z cudzego nierządu, posiadanie znacznej ilości środków odurzających, wprowadzanie do obrotu znacznej ilości środków odurzających i substancji psychotropowych, a także nakłaniania do składania fałszywych zeznań”, przekazała rzeczniczka prasowa Prokuratury Regionalnej w Gdańsku Marzena Muklewicz.

Dania. W pożarze zginęła Polka

Na początku 2017 roku w Aalborgu podpalono agencję towarzyską, prowadzoną przez polską grupę przestępczą. W pożarze zginęła Polka – Honorata H., a druga z kobiet została ciężko poparzona. Zginął także jeden z podpalaczy. Z ustaleń śledczych wynika, że przestępstwa dokonało dziewięciu mężczyzn z trójmiejskiego gangu. Część z nich ukrywała się w Hiszpanii. Następnie ustalono kolejnych członków gangu, w tym trzy kobiety. Oskarżonym grozi nawet 15 lat więzienia.

Lista zarzutów jest długa

Przypomnijmy, że jeszcze grudniu 2014 roku Pomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Gospodarczej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko braciom B. Na jednej z rozpraw w 2015 roku sąd zdecydował o zmianie środka zapobiegawczego z tymczasowego aresztowania na środki wolnościowe. Zastosował wobec oskarżonych poręczenie majątkowe, a także zakaz opuszczania kraju.

Oskarżeni po zwolnieniu przez sąd z aresztu latem 2015 roku rozpoczęli działalność na terenie Danii, a po zabójstwie Honoraty H. ukryli się w Hiszpanii. Tam zajęli się handlem narkotykami.
Źródło info i foto: wp.pl

Sąd złagodził karę wobec kardiochirurga za korupcję

Warszawski sąd okręgowy złagodził karę wymierzoną kardiochirurgowi Mirosławowi G. za korupcję do ośmiu miesięcy więzienia w zawieszeniu i 35 tys. zł grzywny.

Sąd Okręgowy w Warszawie prawomocnym wyrokiem w procesie apelacyjnym uniewinnił w środę lekarza od części przypisanych mu czynów korupcyjnych. W odniesieniu do tych czynów wskazał m.in., że zeznania świadków były niespójne, a ich stosunek do lekarza negatywny, gdyż np. jako bliscy zmarłego pacjenta obwiniali G. o tę śmierć. Według sądu w oparciu o te zeznania nie da się dokonać całkowicie pewnych ustaleń.

W czerwcu ub.r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa nieprawomocnie uznał lekarza winnym przyjęcia w latach 2005-2006 od pacjentów i ich rodzin co najmniej 22 tys. zł korzyści finansowych. Mirosław G. został wówczas nieprawomocnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, a także na 50 tys. zł grzywny. Apelacje od tamtego wyroku złożyły zarówno obrona lekarza, jak i prokuratura.

Obrońca kardiochirurga w apelacji nie zgodził się z wyrokiem sądu pierwszej instancji i złożył wniosek o uniewinnienie. Obrona zakwestionowała też winę orzeczoną wobec oskarżonego i zarzuciła wyrokowi sądu pierwszej instancji obrazę przepisów postępowania. Z kolei prokurator w apelacji wniósł o uznanie czynu popełnionego przez oskarżonego za przyjęcie łapówki, które jest zagrożone karą do 10 lat więzienia. Zdaniem prokuratury, w wyroku sądu I instancji występuje rażąca niewspółmierność orzeczonej kary.

„Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”

Mirosław G. został zatrzymany przez CBA 12 lutego 2007 roku. Dwa dni później na specjalnej konferencji prasowej ówcześni minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro i Szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński poinformowali, że prokurator postawił lekarzowi 20 zarzutów, w tym zarzut zabójstwa w zamiarze ewentualnym. Zbigniew Ziobro stwierdził wówczas, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Wypowiedź ta stała się przyczyną wytoczenia mu przez zatrzymanego procesu cywilnego, który lekarz wygrał w obu instancjach.
Źródło info i foto: interia.pl

USA: FCC uznała Huawei i ZTE za podmioty stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego

Amerykańska federalna komisja komunikacji (FCC) we wtorek formalnie uznała chińskie firmy technologiczne Huawei i ZTE za podmioty, stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA. Uniemożliwi to m.in. amerykańskim przedsiębiorcom korzystanie z wartych 8,3 mld dolarów rządowych funduszy na zakup sprzętu tych firm.

FCC, amerykański regulator rynku telekomunikacyjnego, już w listopadzie przegłosował plan przyjęcia deklaracji, na mocy której Huawei i ZTE zostają uznane za niebezpieczne dla USA.

Szef FCC Ajit Pai wydał we wtorek komunikat, w którym napisał: „Nie możemy pozwolić, i nie pozwolimy, by Chińska Partia Komunistyczna eksploatowała słabości sieci (w USA) i naszą infrastrukturę komunikacyjną o krytycznym znaczeniu”.

Komisarz FCC Geoffry Starks oznajmił, że „niegodny zaufania sprzęt”, wyprodukowany przez Huawei i ZTE, nadal wykorzystywany jest w amerykańskich sieciach telekomunikacyjnych i Kongres musi wyznaczyć fundusze na jego wymianę.

W maju 2019 roku prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie, zabraniające amerykańskim sieciom teleinformatycznym nabywania i użytkowania sprzętu od firm, mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, które zostało powszechnie zinterpretowane jako retorsje wymierzone głównie w Huawei, choć obejmujące w ramach „czarnej listy” wiele innych podmiotów.

Trump powołał się na ustawę, dającą prezydentowi prawo do regulowania wymiany handlowej w przypadku, gdy zagraża ona bezpieczeństwu narodowemu USA. W sierpniu 2018 roku Trump zakazał amerykańskiej administracji państwowej korzystania ze sprzętu dostarczanego przez ZTE i Huawei.

Huawei zostało następnie oskarżone o okłamywanie banków w sprawie transakcji, które naruszały sankcje ekonomiczne nałożone na Iran, nielegalną działalność i spisek mający na celu kradzież tajemnic handlowych od amerykańskich konkurencyjnych firm.

Koncern oskarżono także o to, że dostarczył Iranowi sprzęt, który umożliwił inwigilację uczestników antyrządowych demonstracji w Teheranie w 2009 roku, a także próbował ukryć interesy, które robi w Korei Północnej, pomimo nałożonych na ten kraj sankcji gospodarczych.

ZTE, które nie zostało objęte czarną listą Trumpa, w 2018 roku otarło się o upadłość po tym, gdy USA zabroniły krajowym dostawcom zapewniania firmie części w związku z interesami chińskiej spółki w Iranie. Zakaz zniesiony został w czerwcu 2018 r. po opłaceniu przez ZTE 1 mld dolarów grzywny.

Stany Zjednoczone od ponad roku naciskają na sojuszników, by całkowicie wykluczyli Huawei i ZTE z wdrożeń sieci 5G. Wskazują przy tym na względy bezpieczeństwa narodowego i domniemane ryzyko wykorzystania przez Pekin sprzętu dostawcy do celów wywiadowczych. Władze komunistycznych Chin i Huawei odrzucają te oskarżenia.

Stany Zjednoczone, podobnie jak kilka innych krajów, podejrzewają, że sprzęt i oprogramowanie Huawei może być wykorzystywane do celów szpiegowskich. Huawei stanowczo temu zaprzecza.
Źródło info i foto: TVP.info

Marek J. wydany USA. Przez 25 lat ukrywał się w Polsce

9 grudnia 1995 r. w Lake Forest w stanie Illinois doszło do śmiertelnego wypadku. O spowodowanie go oskarżono Polaka, Marka J., który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Mężczyzna początkowo został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji i uciekł do Polski. Przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości ukrywał się przez blisko 25 lat.

J. został oskarżony o spowodowanie wypadku na trasie 41, w wyniku którego zginął Dennis Bourass. Z ustaleń śledczych wynika, że Polak był pod wpływem alkoholu i jechał pod prąd.

Kierowca został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji. Gdy wydawało się, że mężczyzna będzie czekać na proces w USA, prokurator zaostrzył zarzuty, oskarżając J. o „lekkomyślne zabójstwo”. Wiedząc, że w świetle prawa musi zostać ponownie aresztowany, a kaucja będzie wyższa, oskarżony uciekł do Polski. Z powodu obowiązujących przepisów o ekstradycji, Marek J. nie mógł zostać przekazany Amerykanom.

Aresztowany w 2020 r.

Przez prawie 19 lat sprawa stała w miejscu. Amerykańscy śledczy nie dali jednak za wygraną – na mocy nowej umowy o ekstradycji, polskie służby mogły ostatecznie przekazać go swoim odpowiednikom w USA. W 2014 r. do sprawy przydzielono policjanta Marka Sengera, który nawiązał współpracę z FBI i amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości. Ich celem było ustalenie dokładnego miejsca pobytu oskarżonego.

Poszukiwania J. zakończyły się w 2018 r. Mężczyzna został aresztowany przez polskie służby, a następnie… wypuszczony na wolność. Obiecał wówczas, że będzie pojawiał się w sądzie – słowa dotrzymał.

Decyzję o ostatecznym aresztowaniu mężczyzny polski sąd podjął po otrzymaniu listu, w którym rodzina zmarłego Dennisa Bourassa wyjaśniała całą sytuację ze swojej perspektywy. Ostatecznie J. trafił do aresztu w Przemyślu w lutym tego roku. Po czterech miesiącach i opóźnieniach w związku z pandemią koronawirusa, został przekazany stronie amerykańskiej 25 czerwca.

66-letni Marek J. 27 czerwca trafił do więzienia w Lake County 27 czerwca. Kaucję wyznaczono na milion dolarów.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

31-letni Daniel G. znęcał się nad 2-letnim synem. Zapadł wyrok w sprawie

Kamilek (2 l.) już jako niemowlę był bestialsko bity. Połamane żebra, kość łonowa, kości czaszki i siniaki na całym ciele – w takim stanie maluszek trafił do warszawskiego szpitala. Pani w sekretariacie prokuratury, która rejestrowała sprawę, płakała, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Rodzice chłopczyka zasiedli na ławie oskarżonych. W bulwersującej sprawie zapadł wyrok.

Koszmar Kamilka z podwarszawskiego Chotomowa (pow. legionowski) trwał niemal od jego narodzin. W czterech ścianach niespełna dwumiesięczne dziecko było katowane przez najbliższą mu osobę, jego ojca Daniela G. (31 l.). Maluch nie mógł liczyć na ochronę ze strony swej matki, Dagmary N. (21 l.). Młoda kobieta wiedziała o cierpieniu synka, lecz nie zrobiła nic, by mu pomóc.

Piekło maleństwa przerwał asystent Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Jabłonnie. To on we wrześniu 2018 roku pojawił się na rutynowej kontroli w domu młodych rodziców. Pracownik zauważył obrażenia u niemowlęcia i wezwał pogotowie. Kamilek trafił do Szpitala Dziecięcego im. prof. dr. med. Jana Bogdanowicza w Warszawie. W placówce okazało się, że maluszek ma połamane żebra, kość łonową, kości czaszki i widoczne na całym ciele siniaki. – Biegły sądowy orzekł, że tak rozległe obrażenia nie mogły powstać przypadkiem – wyjaśniał wówczas prok. Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Horror w Chotomowie. Rodzice chłopczyka z zarzutami

Śledczy nie mieli wątpliwości, że to 31-letni operator koparki stoi za obrażeniami u własnego dziecka. Daniel G. został zatrzymany i trafił do aresztu. Mężczyzna miał utrzymywać, że dziecko spadło mu z przewijaka. Nikt nie dał wiary jego tłumaczeniom. Początkowo prokuratura zarzuciła mu znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad niemowlęciem.

Danielowi G. zarzucono katowanie maleństwa po całym ciele. Niedługo po urodzeniu synka mężczyzna z dużą siłą rzucił nim o podłogę. Jak podała prokuratura, wyrodny ojciec uderzył swoje dziecko „wielokrotnie w głowę w okolicę ciemieniową lewą i potyliczną prawą nieustalonym narzędziem twardym”. 31-latek nie przyznał się do winy.

Na wniosek prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro oskarżonemu postawiono nie tylko zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad swoim wówczas dwumiesięcznym synkiem, ale także usiłowanie zabójstwa chłopca z zamiarem ewentualnym. Zmiany kwalifikacji czynu dokonano ze względu na brutalność czynu oraz fakt, że Daniel G. był już w przeszłości karany za pobicie.

– Dzieciom należy się miłość, a nie okrucieństwo. Rolą rodziców jest chronić je przed złem, a nie bestialsko bić i łamać kości. To potworne, że ten maleńki chłopiec doświadczył tyle bólu i cierpienia, najprawdopodobniej ze strony własnego ojca. Takie okrucieństwo zasługuje na surową karę – uzasadniał swoją decyzję Zbigniew Ziobro.

Matce Kamilka przedstawiono zarzut niedopełnienia obowiązków oraz narażenia syna na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Dagmara N. nie zrobiła nic, by pomóc maleństwu, które tak bardzo potrzebowało ochrony matki. 21-latka zostawiała je pod opieką kata. Wyrodnej matce grozi do 5 lat więzienia.

W Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga zapadło rozstrzygnięcie w tej przerażającej sprawie.

Podczas mów końcowych prokurator wskazywała, że oskarżony musiał być świadomy tego, że może doprowadzić do śmierci dziecka. – Dorosły człowiek, który uderzał głową dziecka, albo bił ją, musiał się godzić z tym, że dziecko nie przeżyje – mówiła prokurator. Jak dodała, Daniel G. zgotował maluszkowi „piekło”. – To był horror. Pani w sekretariacie prokuratury płakała, rejestrując sprawę tego dziecka, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Reakcja na takie zachowania powinna być surowa, kara powinna odstraszać innych potencjalnych sprawców – argumentowała prokurator.

Z kolei pełnomocniczka Daniela G. stwierdziła, że oskarżenie nie wskazało żadnego świadka, który by potwierdził taki przebieg zdarzeń. Adwokat podkreśliła też, że zeznania Dagmary N. w tej sprawie są niewiarygodne. – Nikt nie widział jak oskarżony uderza głową dziecka. Postępowanie opiera się na samych poszlakach – mówiła na sali rozpraw pełnomocniczka oskarżonego. Według niej nie daje to podstaw do przedstawionej kwalifikacji czynu.

Podczas rozprawy mowę końcową wygłosiła także pełnomocniczka Dagmary N., która zaznaczyła, że młoda kobieta była uzależniona od swojego partnera. – Nie zdążyła go powstrzymać przed zrobieniem dziecku krzywdy. Wolała milczeć i się podporządkować w zmian za szczątkową formę stabilizacji. Wierzyła, że jej partner jeszcze się zmieni. Ofiary przemocy bardzo często przyjmują taką postawę. Chciała, by jej syn miał ojca i matkę – tłumaczyła przed sądem.

On katował synka, ona na to patrzyła. Zapadł wyrok

Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Daniela G. na 15 lat więzienia, pozbawił go praw publicznych na okres 5 lat oraz nakazał zapłacenie 30 tys. złotych zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego syna. W uzasadnieniu podano, że zachowanie oskarżonego było „wyjątkowo brutalne” i „całkowicie nie akceptowalne społecznie”.

– Pokrzywdzone dziecko było bezbronnym niemowlęciem. W tym przypadku przemoc, której użył oskarżony była drastyczna i przekroczyła wszelkie możliwe granice. [Oskarżony – przyp. red.] naruszył wszelkie normy etyczne, kulturowe. Właściwie brak słów na to, jak oskarżony się zachował. Należy takie zachowania piętnować – zaznaczył sąd.

Zdaniem sądu oskarżony najwidoczniej uznał, że może „bezkarnie stosować przemoc wobec dziecka”. Nie podzielił jednak stanowiska prokuratury, że było to usiłowanie zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Jak zaznaczył na to potrzebne są „kategoryczne dowody”.

Matka skatowanego Kamilka usłyszała karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Dagmara N. dostała również dozór kuratora, a sąd zobowiązał ją do podjęcia pracy zarobkowej lub nauki. – Wiedziała, że dziecko ma obrażenia, jest w złym stanie zdrowia, a mimo wszystko nie wezwała pomocy. W sposób niewłaściwy wywiązała się z roli rodzica – podkreślono w uzasadnieniu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

USA: Obława za mężczyzną, który postrzelił dwóch policjantów

Od poniedziałkowego rana trwało w Oklahomie polowanie na mężczyznę, który podczas kontroli drogowej postrzelił dwóch policjantów.

– David Anthony Ware został zatrzymany około 3.30 am we wschodniej Tulsie. Doszło wtedy do starcia między nim a policjantami – poinformował Departament Policji w Tulsa.

Ware wyciągnął broń z oficerów i strzelił wiele razy. Obaj policjanci zostali przewiezieni do szpitala, gdzie znajdują się w stanie krytycznym. Ware uciekł pieszo z miejsca zdarzenia i pozostaje na wolności. Władze ostrzegają mieszkańców, by uważali na swoje otoczenie. – Jeśli twoje psy szczekają, zadzwoń do nas, a my przyjdziemy to sprawdzić – prosi policja na Facebooku. – Jeśli zdecydował się strzelać do nas, prawdopodobnie może strzelać do każdego.
Źródło info i foto: se.pl

Śląsk: Policjanci odkryli ponad 100 tys. litrów nielegalnych odpadów

Prawdziwą bombę ekologiczną odkryli mikołowscy policjanci zwalczający przestępczość gospodarczą. Nielegalne odpady w postaci farb i rozpuszczalników składowane i transportowane były w beczkach i mauzerach na terenie kilku miejscowości powiatu mikołowskiego. Odpowiedzialni za uderzający w środowisko naturalne proceder zostali zatrzymani i usłyszeli zarzuty. Grozi im do 5 lat więzienia.

Początek całej sprawy, która z biegiem czasu przerodziła się w prokuratorskie śledztwo, miał miejsce 25 czerwca br. To właśnie wtedy w kilku miejscach na terenie powiatu mikołowskiego znalezione zostały mauzery i beczki z nieznanymi początkowo substancjami. Niebezpieczne, jak się okazało, odpady zostały porzucone na dworcu kolejowym w Orzeszu, a także na terenie leśnym w Mikołowie przy ulicy Piaskowej oraz na jednej z miejscowych stacji paliw. Powagi sytuacji dodaje także fakt, że w dwóch ostatnich ze wskazanych miejsc doszło już do rozszczelnienia kilku beczek, co w konsekwencji mogło doprowadzić do tragedii.

Sprawą zajęli się policjanci z mikołowskiego wydziału dw. z przestępczością gospodarczą. Wnikliwa praca operacyjna i analiza dowodów już dwa dni później doprowadziła ich do osoby, która mogła mieć związek ze sprawą. Tego samego dnia na prywatnej posesji w Mikołowie stróże prawa dokonali kolejnego odkrycia. Znajdowało się tam 40 pojemników typu mauzer o pojemności 1000 litrów, ponad 80 metalowych beczek o pojemności 200 litrów oraz blisko 100 beczek z tworzywa sztucznego o pojemności 30 litrów. Łącznie ponad 90 tysięcy litrów, jak się później okazało, odpadów w postaci farb i rozpuszczalników pochodzenia acetonowego służących do produkcji poligraficznej.

Łącznie, biorąc pod uwagę wszystkie 4 miejsca, zabezpieczono 115 tysięcy litrów substancji.

Do sprawy zatrzymani zostali mieszkańcy Mikołowa: 65-letni właściciel posesji i oraz jego 39-letni syn. I to właśnie on okazał się głównym podejrzanym w śledztwie. Akta sprawy wskazują, że mężczyzna od około 2 lat nielegalnie składował odpady na terenie posesji swojego ojca, na co tamten wyraził zgodę. Zajmował się również ich transportem nie mając wymaganego w tym zakresie pozwolenia.

Śledczy nie mają wątpliwości, że porzucone i ujawnione następnie odpady na terenie powiatu mikołowskiego pochodzą z terenu wspomnianej posesji, w tym zakresie jednak sprawa nadal ma charakter rozwojowy. Na etapie wyjaśniania pozostaje, także kwestia tego skąd 39-latek nabył tak potężną ilość zagrażających środowisku odpadów. Niezgodna z przepisami ustawy o ochronie środowiska utylizacja tego rodzaju odpadów to wyjątkowo poważna ingerencja w naturalne środowisko. Tykająca bomba ekologiczna, która realnie zagraża życiu lub zdrowiu człowieka, może spowodować obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi i wyrządzić nieodwracalne szkody w świecie roślinnym lub zwierzęcym.

Zatrzymani mikołowianie usłyszeli już zarzuty z art. 183 kodeksu karnego – nieodpowiedniego postępowania z odpadami. Obaj przyznali się do zarzucanych im czynów. Grozi im do 5 lat pozbawienia wolności.

Wobec 39-latka Sąd Rejonowy w Mikołowie zastosował wolnościowy środek zapobiegawczy w postaci policyjnego dozoru oraz konieczności zawiadomienia Policji o ewentualnym wyjeździe i terminie jego powrotu. Ma też zakaz kontaktowania się, między innymi, z 65-letnim ojcem. Na poczet kar oraz kosztów utylizacji policjanci zabezpieczyli mienie należące do podejrzanych o łącznej wartości 800 tysięcy złotych.
Źródło info i foto: Policja.pl

Ginekolog skazany za gwałty i molestowanie 26 pacjentek. Usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności

Monzer M., ginekolog, który miał molestować 26 ze swoich pacjentek, usłyszał wyrok 15 lat więzienia – donosi „Super Express”. Lekarz ma wypłacić także zadośćuczynienie pokrzywdzonym. Wyrok nie jest prawomocny.

O sprawie Monzera M. stało się głośno latem 2018 roku. Wówczas do policjantów zgłosiła się kobieta, która opisała, że jej wizyta u ginekologa w Zabrzu odbiegała od standardowego badania. Później pojawiały się kolejne kobiety, które oskarżały mężczyznę m.in. o gwałt i inne czynności seksualne.

W sierpniu 2018 Monzer M. został tymczasowo zatrzymany. Ustalono, że do przestępstw miało dochodzić w latach 2016-2018. Także w sierpniu usłyszał zarzuty. Łącznie oskarżano go o 26 przestępstw na tle seksualnym. Mężczyzna nie przyznawał się jednak do winy.

W czerwcu 2020 roku zakończył się proces Monzera M. – informuje „Super Express”. Ginekolog ma spędzić 15 lat w więzieniu. Przez taki sam okres obowiązuje go zakaz wykonywania zawodu. Ma również wypłacić poszkodowanym zadośćuczynienie w łącznej kwocie 345 tys. złotych.

Według ustaleń śledczych Monzer M. przez 14 lat (w toku śledztwa okazało się bowiem, że jego przestępstwa przypadały na lata 2004-2018) skrzywdził 26 kobiet na tle seksualnym, gwałcąc je lub doprowadzając do „innych czynności seksualnych”. Do molestowania dochodziło w jego prywatnych gabinetach m.in. w Zabrzu.

Wyrok sądu jest nieprawomocny, strony mogą się od niego odwołać.
Źródło info i foto: Gazeta.pl