Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej. 27-latek zabił nożem swoją matkę. Zatrzymany po obławie

Po policyjnej obławie znalazł się 27-latek, który zadźgał nożem blisko 50-letnią matkę. Do tragedii doszło w powiecie mińskim, w jednej z miejscowości w gminie Dobre. Sprawcy grozi dożywocie. Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej na wschodnim Mazowszu. W poniedziałek wieczorem, 10 sierpnia, umierającą kobietę zauważyła jej córka. Mimo zaalarmowania służb, jej życia nie udało się uratować.  

Jak podaje Polsat News, na ciele kobiety były widoczne dwa dźgnięcia sztyletem. Sekcja zwłok wykazała, że zmarła wskutek tych głębokich ran kłutych.

Zabił matkę i uciekł. Wpadł w policyjnej obławie

27-letni syn uciekł na czas przybycia służb. Kryminalni wszczęli obławę, sprawca wpadł niedługo później. Na przesłuchaniu nie potrafił wyjaśnić powodów, dla których zadźgał nożem matkę. Jego stan psychiczny ocenią też biegli – od tego zależy czy będzie odpowiadał przed sądem. Jednakże pojawił się już wniosek o areszt tymczasowy.

Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Protesty na Białorusi. Zatrzymani Polacy opowiadają o torturach

Nie milkną protesty na Białorusi. W czwartek stanęło kilka zakładów pracy – w walce o wolność Białorusinów wspierają Polacy, czasem kosztem własnego bezpieczeństwa. Z zatrzymanymi na Białorusi Witoldem Dobrowolskim i Kacprem Sienickim rozmawiał korespondent „Faktów” TVN Andrzej Zaucha. Mężczyźni powiedzieli, że po zatrzymaniu przez OMON byli torturowani.

Proces w sprawie zatrzymanego na Białorusi Witolda Dobrowolskiego nie odbył się z powodu braku tłumacza. Mężczyzna został wypuszczony na wolność w związku z upłynięciem 72 godzin od zatrzymania. Jak dodał, był bity przez funkcjonariuszy zarówno w trakcie zatrzymania, jak i potem – najprawdopodobniej na posterunku.

W rozmowie z korespondentem „Faktów” TVN w Rosji Andrzejem Zauchą opowiedział o okolicznościach, w jakich doszło do porwania przez OMON. – 15 godzin tortur na milicyjnej sali do koszykówki. Tam zebrali ze 300 osób. Bili nas, kazali klęczeć na kolanach z pięć godzin ze skutymi rękami za plecami. To był koszmar, który trwał 15 godzin. Bili pałkami, kopali – powiedział.

Oko podbito mu podczas zatrzymania. Podkreślił, że nie było żadnego powodu do zatrzymania. Polak został następnie przewieziony do aresztu w Żodzino. – Tutaj traktowali nas dużo lepiej. Tam mieliśmy ścieżki zdrowia na poważnie, a tutaj to zupełnie nieporównywalny stan. Tutaj też dali nam jeść i wodę, a tam w ogóle nie można było o tym pomyśleć – dodał.

„Tutaj odbywa się polowanie na dziennikarzy”

Zwrócił uwagę, że nie spotkał się dotąd z sytuacją, w której jest ścigany czy „porywany z ulicy”. – Nie było czegoś takiego, że człowiek nie może pracować – dodał Dobrowolski, który jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Dodał, że obecna sytuacja na Białorusi jest trudniejsza niż na Ukrainie.

– Nawet rosyjscy dziennikarze i fotoreporterzy są porywani z ulicy i przechodzą to samo – zwrócił uwagę Witold Dobrowolski, który jest cenionym fotoreporterem i laureatem nagrody Grand Press Photo. – W Hongkongu czy Bejrucie nie ma żadnego problemu z dziennikarzami, a tutaj odbywa się polowanie na dziennikarzy. I z tego, co wiem, nawet akredytacja niewiele pomaga – stwierdził. Dziennikarz planuje powrót do Polski. – Nie wiem, czy gdybym zaczął znowu fotografować, czy spotkałoby mnie to samo. Nie wiem też, na ile jestem teraz rozpracowywany przez służby… żeby nie narażać innych dziennikarzy – podkreślił.

„Jeszcze przed wejściem do więźniarki zostaliśmy pobici”

Słowa o torturach potwierdził drugi z zatrzymanych Polaków – Kacper Sienicki. – Wrzucili nas do więźniarki. Jeszcze przed wejściem do więźniarki zostaliśmy pobici. OMON-owcy prawdopodobnie ukradli mi moją kamerę, bo gdy podpisywano protokół, to się już nie odnalazła – wspomniał.

Po przywiezieniu na salę gimnastyczną, jak zrelacjonował mężczyzna, zatrzymanym kazano się położyć na ziemi i „zaczęło się torturowanie”. – Kopanie, bicie, przesłuchiwanie i inne bardzo nieprzyjemne rzeczy – dodał i podkreślił, że pobyt w areszcie w Żodzino „to był najlepszy etap spośród trzech dni”. – 19 osób było na osiem prycz, ale wszyscy się wspieraliśmy i był dobry nastrój dzięki temu – przyznał.

Zatrzymani Polacy

W piątek polski wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz poinformował, że do późnego wieczora w czwartek z białoruskich aresztów zwolniono pięciu obywateli Polski. Wcześniej w czwartek wypuszczono na wolność trzech zatrzymanych w związku z protestami na Białorusi Polaków. Oprócz Sienickiego i Dobrowolskiego zwolniony został jeszcze jeden Polak, który trafił do aresztu w Mińsku. Mężczyzna przyjechał na Białoruś odwiedzić swoją dziewczynę.

Blisko 7 tysięcy osób zatrzymanych

W związku z zatrzymaniem na Białorusi w ciągu ostatnich dni blisko 7 tysięcy ludzi areszty są przepełnione i mnóstwo ludzi bezskutecznie poszukuje informacji o swoich bliskich. Wsparcia prawnego udzielają aktywiści centrum praw człowieka Wiasna, a także wolontariusze, którzy w aresztach ręcznie spisują listy zatrzymanych, a następnie umieszczają je w internecie.

Bliscy zatrzymanych koordynują swoje poszukiwania za pomocą komunikatorów i sieci społecznościowych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Reda: 5-letni chłopiec o 5 rano sam szedł ulicą do babci. Policjanci ustalili gdzie mieszka chłopiec

Wczoraj nad ranem policjanci otrzymali zgłoszenie od świadka, który poinformował o pięcioletnim chłopcu, który sam szedł ulicą Derdowskiego w Redzie. Funkcjonariusze natychmiast udali się na miejsce, potwierdzając zgłoszenie. Chłopiec powiedział policjantom jedynie swoje imię i nie mówił gdzie mieszka, dodał, że idzie do babci. Policjanci w krótkim czasie ustalili gdzie mieszka. Matka chłopca nie wiedziała, że syn wyszedł w nocy z domu.

Wczoraj (12.08.2020 r.) przed godziną 5:00 nad ranem policjanci z Redy otrzymali zgłoszenie, z którego wynikało, że pięcioletni chłopiec samodzielnie wędruje ulicą Derdowskiego. Na miejsce został natychmiast skierowany policyjny patrol. Funkcjonariusze po przyjeździe na miejsce potwierdzili zgłoszenie i ustalili imię chłopca, jednak innych informacji pięciolatek im nie podawał. Na pytania mundurowych, gdzie się wybiera, podał, że idzie do babci. Chłopiec miał przy sobie klucze, które jak się później okazało były od domu chłopca, a drugi komplet kluczy był do samochodu. Maluch wskazał mundurowym, na jakiej ulicy mieszka babcia, jednak nie był w stanie podać dokładniejszej lokalizacji domu.

Policjanci zabrali chłopca na tę ulicę i tam ustalili, gdzie mieszkają jego dziadkowie. Niestety jak ustalili policjanci, nikogo nie było w domu, ponieważ wyjechali. Funkcjonariusze wspólnie z Wydziałem Kryminalnym z Komendy Powiatowej Policji w Wejherowie ustalili tożsamość chłopca i miejsce zamieszkania. Kiedy dotarli z dzieckiem do jego domu, drzwi do mieszkania były zamknięte na klucz, a matka pięciolatka spała i nie miała pojęcia, że syn wyszedł z domu. Była trzeźwa.

Na szczęście dziecku nic się nie stało. Teraz wobec matki dziecka zostanie skierowany wniosek do sądu, ponieważ dopuściła do przebywania małoletniego poniżej lat 7 na drodze publicznej.
Źródło info i foto: Policja.pl

Niemcy: Kobiety w metropoliach boją się wychodzić na ulicę. Czują się obserwowane i zagrożone

Berlin, Hamburg, Kolonia albo Monachium – w żadnym z tych miast dziewczęta i kobiety nie czują się bezpieczne. Badanie wykazało, że co piąta była już przynajmniej raz molestowana, czuła się obserwowana lub zagrożona. Dziewczęta i kobiety nie zawsze czują się bezpieczne w dużych miastach takich jak Berlin, Hamburg, Kolonia lub Monachium – wykazało badanie organizacji pozarządowej „Kinderhilfswerk Plan” oparte na sondażu online.

– Nasze badanie wyraźnie pokazało, że dziewczęta i młode kobiety także w dużych, niemieckich miastach są molestowane seksualnie, czują się śledzone i zagrożone, są obrażane – powiedziała szefowa organizacji Maike Röttger. Jak dodała, jest to sytuacja, w której odmawia się im prawa do bezpiecznego i swobodnego poruszania się po mieście, by dotrzeć do pracy lub do szkoły, spotkać się z przyjaciółkami czy po prostu wyjść na spacer.

Najbardziej niepewna jest „ulica”
W sondażu przeprowadzonym między styczniem a marcem 2020 roku uczestniczyło tysiąc dziewcząt i kobiet w wieku od 16 do 71 lat. Na interaktywnej mapie zaznaczyły one tzw. „pins”, miejsca, które odebrały za bezpieczne lub niebezpieczne dla siebie.

Najbardziej niepewnie dziewczęta i kobiety czują się „na ulicy”. Z dużym odstępem kolejnymi, ryzykownymi miejscami są dla nich środki komunikacji publicznej i tereny zielone. Powodem poczucia niepewności są przede wszystkim spotkania po drodze z grupami osób będących pod wpływem alkoholu lub narkotyków, ponadto źle oświetlone drogi i parki, wreszcie opuszczone okolice, gdzie w razie potrzeby nie można się spodziewać nadejścia pomocy.

W Hamburgu dziewczęta i kobiety najbardziej niepewnie czują się na dworcu głównym i na Reeperbahn, w Kolonii najwięcej negatywnych „pins” otrzymało śródmieście, w tym np. Neumarkt. Na mapie Berlina ani razu uczestniczki badanie nie zaznaczyły dworca głównego Hauptbahnhof, za to niezliczone negatywne oceny przypadły miejscom, gdzie gromadzą się turyści – np. Alexanderplatz czy ulice Friedrichshain. W Monachium za niepewne panie uznały parki, w tym Ogród Angielski.

Wiele dziewcząt i kobiet nie składa doniesienia na policję. Ze wstydu

Analiza zebranych danych wykazała, że co piąta uczestniczka badania padła już raz ofiarą gwałtu, była śledzona lub zagrożona. – Wiele dziewcząt i kobiet ze wstydu nie składa w takich przypadkach doniesienia na policję – mówi Mirko Streiber, szef Krajowego Urzędu Kryminalnego w Hamburgu. Wprawdzie ruch #metoo sprawił, że sytuacja nieco się poprawiła, ale mogłaby być jeszcze znacznie lepsza.

– Sondaż pokazał, że potrzeba działania jest jeszcze duża – podkreśla Maike Röttger. Każda dziewczyna i każda kobieta ma prawo poruszać się po mieście swobodnie i bez strachu.

Maike Röttger domaga się od władz miast podjęcia koniecznych kroków, w tym np. więcej lub lepszego oświetlenia czy zlikwidowania w parkach mrocznych kątów.

– Ale równie ważne jest odejście od ról przypisanych każdej płci, które ciągle jeszcze sugerują wielu chłopcom i mężczyznom, że molestowanie kobiet jest całkowicie w porządku – argumentuje. Stereotypy i dyskryminacja to głęboko jeszcze tkwiące w ogólnej świadomości przyczyny, dlaczego dziewczęta i kobiety nie mogą się czuć bezpiecznie.

Autorzy badania zaznaczają, że jego wyniki nie są reprezentatywne. Jego celem było raczej pokazanie „subiektywnego poczucia bezpieczeństwa w dużych miastach”. Ale dzięki wysokiej liczbie uczestniczek badania można wyciągać z niego także ogólne wnioski.
Źródło info i foto: interia.pl

CBŚP zlikwidowało laboratorium narkotyków. Polscy gangsterzy przemycili setki kilogramów nielegalnych substancji do Norwegii

Policjanci CBŚP zlikwidowali laboratorium amfetaminy i zatrzymali „chemika”, który mógł wyprodukować nawet 200 litrów płynnego narkotyku. Towar był przemycany do Norwegii, gdzie sprzedażą detaliczną zajmowali się polscy dilerzy. Śląskie „pezety” Prokuratury Krajowej zatrzymali do tej sprawy już 105 osób, którym przedstawiono łącznie 239 zarzutów. A to nie koniec zatrzymań.

Śledczy ze Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej oraz kieleckiego zarządu CBŚP od blisko dwóch lat prowadzą śledztwo w sprawie narkogangu działającego w Norwegii. Kraju, który coraz silniej podbijają grupy przestępcze z Polski.

Rozpracowywana ekipa, wywodząca się z terenów województw świętokrzyskiego, śląskiego i dolnośląskiego, była dobrze zorganizowana i hermetyczna. Zajmowała się szeroko rozumianą dystrybucją narkotyków na terenie Norwegii. Głównie amfetaminy, marihuany i haszyszu. Dla zmaksymalizowania zysków, gangsterzy nie ograniczali się tylko do przemytu towaru, ale w kilku miastach zorganizowali siatki dilerskie.
W narkotykowe interesy zamieszanych były dziesiątki osób. Gang miał stałych dostawców towaru. Ale kontrolowali także własne uprawy konopi czy laboratoria amfetaminy.

Wyprodukowali amfetaminę wartą miliony

Na trop jednej z takich mafijnych fabryczek natrafili ostatnio funkcjonariusze CBŚP w okolicach Kielc. Zabezpieczyli w niej amfetaminę, prekursory do jej produkcji oraz inne chemikalia. Ujęli także „chemika” gangu z bogatą kartoteką kryminalną i trzech jego pomagierów. Z ustaleń śledczych wynika, że przestępcy mogli wyprodukować co najmniej 200 litrów płynnej amfetaminy, o łącznej wartości ponad 2 mln zł.

Podczas przeszukań innych miejsc, policjanci zabezpieczyli maszynę do cięcia tytoniu, 12 sztuk broni oraz ponad 1 tys. sztuk amunicji.

Prokurator z „pezetów” podejrzanym zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz pomocnictwa przy produkcji amfetaminy. Chemik odpowie za „wytwarzanie znacznych ilości substancji psychotropowej”.

Po przesłuchaniach, które zaowocowały kolejnymi informacjami na temat działania gangu, śledczy skierowali do sądu wniosek o aresztowanie jednego z zatrzymanych. Wobec jego kompanów zastosowano środki wolnościowe w postaci dozoru policji, zakazu opuszczenia kraju oraz poręczenia majątkowego.

Dotychczas zarzuty w tej sprawie usłyszało już łącznie 105 podejrzanych. Na wniosek prokuratora 76 z nich zostało tymczasowo aresztowanych. Wcześniej w tej sprawie zabezpieczono między innymi 24 kg amfetaminy, 8 kg marihuany, haszysz, mefedron, kokainę i tabletki ecstasy.

Prokuratorzy i „cebesie” nie wykluczają dalszych zatrzymań.
Źródło info i foto: TVP.info

Polacy zatrzymani na Białorusi wyszli na wolność

Kacper Sienicki, trzeci z zatrzymanych na Białorusi Polaków, wyszedł w czwartek wieczorem na wolność z aresztu w Żodzino – potwierdziły źródła dyplomatyczne w Mińsku. Polak został zatrzymany w stolicy Białorusi 9 sierpnia w związku z powyborczymi protestami w tym kraju. – Czuję się w miarę dobrze, jestem tylko bardzo zmęczony – powiedział Sienicki po wyjściu z aresztu.

Mężczyzna został zatrzymany razem z innym Polakiem Witoldem Dobrowolskim. On również został wypuszczony z aresztu. Kacper jest absolwentem Studiów Europy Wschodniej. Jak przekazała jego matka Aneta Sienicka, 24-latek pojechał do Mińska, by wesprzeć tam swoich przyjaciół.

– Poleciał do Mińska z kolegą, który wrócił do kraju wcześniej. Z Kacprem został na miejscu inny znajomy, absolwent tego samego kierunku studiów. Wiem, że aresztowano ich. Poinformowała mnie o tym nieoficjalnie ambasada, która otrzymała tę wiadomość od świadka, który widział tę sytuację na komisariacie w Mińsku – mówiła Aneta Sienicka, który od kilku dni poszukiwała syna.

Ostatnia wiadomość od Kacpra przyszła w poniedziałek ok. godz. 18:00. – Po tym kontakt się urwał. Już wcześniej dawał mi znać, że są problemy (z łącznością – red.). Nie spałam tej nocy. Myślałam: nie ma z nim kontaktu, ale na pewno wróci. Około 19:00 we wtorek miał lądować jego samolot – wyjaśniała matka 24-latka.

„Był bity”

W czwartek Aneta Sienicka poinformowała, że udało się zlokalizować jej syna. – Mój syn i jego kolega zostali aresztowani. Prawdopodobnie są w areszcie w Żodzinie pod Mińskiem – powiedziała w rozmowie z polsatnews.pl. Jak dodała, na miejscu jest konsul, który próbuje zorganizować transport zatrzymanych do Polski. Informacje te przekazał kobiecie jej pełnomocnik, który pozostaje w kontakcie z konsulem.

24-latek wyszedł z aresztu w czwartek wieczorem – potwierdziły źródła dyplomatyczne w Mińsku.

– Był bity, ale nie chciał o tym za wiele rozmawiać. Mówił, że jest ok – powiedziała w rozmowie z Polsat News matka 24-latka.

Jak dodała, jej syn jest w drodze do ambasady, pod opieką służb konsularnych. W piątek ma wrócić do Polski.

– On i kolega zostali zgarnięci z ulicy, bez powodu. Po prostu sobie szli – powiedziała Aneta Sienicka. Jak dodała, odczuła teraz olbrzymią ulgę.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Prezes Związku Polaków na Białorusi dotkliwie pobity

Od niedzieli na Białorusi trwają protesty po zwycięstwie Aleksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich. Demonstranci są brutalnie pacyfikowanymi przez służby bezpieczeństwa. Wśród osób pobitych przez oddziały OMON-u są również Białorusini polskiego pochodzenia, jak chociażby Aleksander Jarmoszuk, prezes oddziału Związku Polaków na Białorusi w Kobryniu. – Został dotkliwie pobity, ma wybite zęby – relacjonuje w rozmowie z Fakt24 Andżelika Borys, szefowa ZPB.

– Pan prezes został brutalnie pobity, ma wybite zęby. Trafił do szpitala, na szczęście jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo – relacjonuje w rozmowie z nami prezes Związku Polaków na Białorusi, Andżelika Borys.

Brutalne pobicia na Białorusi

9 sierpnia na Białorusi miały miejsce wybory prezydenckie. Według oficjalnych danych, podanych przez CKW, wygrał je po raz kolejny Aleksander Łukaszenka, zdobywając ponad 80 proc. poparcie. Jego konkurentka, Swietłana Cichanouska miała zdobyć 10,09 proc. poparcia. Zdaniem wielu obserwatorów, wybory na Białorusi zostały sfałszowane. Ich wynik oburzył również mieszkańców kraju, którzy wyszli na ulicę. Doszło do starć z milicją i oddziałami OMON-u m.in. w Grodnie, Mińsku czy Brześciu.

Wśród osób, które zostały pobite przez służby jest m.in. Jan Roman, współautor nadawanych przez Biełsat i TVP Polonia programów historycznych. Dziennikarz stracił cztery zęby, ma złamany nos i kość policzkową. Obecnie przebywa w szpitalu.

– Codziennie tysiące osób jest zatrzymywanych, dziś po dwóch dniach dostałam wiadomość od koleżanki, która prowadzi salon kosmetycznych. Jak się okazało, była w areszcie. Skala tych zatrzymań i pacyfikacji jest szeroka – dodaje Andżelika Borys.

Dwaj Polacy już opuścili areszt

W czwartek areszt opuściło dwóch obywateli Polski, którzy zostali zatrzymani podczas protestów w Mińsku. Mężczyźni zostali ukarani grzywnami za udział w nielegalnym zgromadzeniu.

– Dwaj poszukiwani przez nas mężczyźni, obywatele polscy, zostali skazani w procesie administracyjnym na kary grzywny w wysokości 600 rubli białoruskich (ok. 900 zł) i 800 rubli białoruskich (ok. 1200 zł) – poinformował PAP rozmówca w wydziale konsularnym, który od wtorku podejmuje działania na rzecz uwolnienia obywateli RP.

Wiadomo, że jeden z mężczyzn przyjechał na Białorusi w odwiedziny do swojej dziewczyny. Drugi jest fotografem freelancerem. Polscy dyplomaci nadal podejmują wysiłki w celu potwierdzenia miejsca przebywania dwóch innych zatrzymanych obywateli RP.

7 tysięcy osób zatrzymanych, areszty przepełnione

W związku z zatrzymaniem na Białorusi w ciągu ostatnich dni blisko 7 tys. ludzi, areszty są przepełnione. Wsparcia prawnego udzielają aktywiści centrum praw człowieka Wiasna, a także wolontariusze, którzy w aresztach ręcznie spisują listy zatrzymanych, a następnie umieszczają je w internecie. Bliscy zatrzymanych koordynują swoje poszukiwania za pomocą komunikatorów i portali społecznościowych.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ukradł motocykl podczas jazdy próbnej

Utrata prawa jazdy i wysoka grzywna – taki finał będzie mieć najprawdopodobniej jazda próbna motocyklem kierowanym przez 24-latka z Bytomia. Mężczyzna nie zatrzymał się do kontroli drogowej w Piekarach Śląskich i popełnił szereg wykroczeń. Ustalenie personaliów uciekiniera nie było problemem, bo policjanci zapamiętali numery rejestracyjne jednośladu. Wówczas na jaw wyszły jego kolejne przewinienia!

W poniedziałek (10 sierpnia) po godz. 18:00 mundurowi z drogówki w Piekarach Śląskich zauważyli motocyklistę wyprzedzającego samochody na podwójnej linii ciągłej. Policjanci dali kierującemu sygnał do zatrzymania, jednak ten przejechał obok patrolu, o mało nie potrącając policjanta. Mundurowi pobiegli do radiowozu i ruszyli za mężczyzną, lecz po chwili stracili go z pola widzenia. – Ustalenie jego personaliów nie stanowiło problemu, bowiem jeden z policjantów zapamiętał numery rejestracyjne motocykla. Kiedy funkcjonariusze dotarli do właściciela, wyszło na jaw, że jednoślad jest na sprzedaż i podczas ucieczki poruszał się nim potencjalny klient – relacjonują piekarscy policjanci.

Sprawcą wykroczenia okazał się mieszkaniec Bytomia. 24-latek przyznał, że to on kierował motocyklem w ramach „jazdy próbnej” i nie zatrzymał się do kontroli drogowej. Jak ustalili policjanci, mężczyzna nie ma uprawnień do jazdy jednośladem.

– Po analizie monitoringu miejskiego, mundurowi ustalili, że 24-latek podczas ucieczki popełnił szereg wykroczeń. O jego dalszym losie zdecyduje sąd. Oprócz utraty prawa jazdy kat. „B”, mężczyźnie grozi wysoka grzywna – mówią mundurowi.
Źródło info i foto: se.pl

Jest akt oskarżenia przeciw europosłance Magdalenie A. Sprawa dotyczy składania fałszywych zeznań podatkowych

Jak podaje Radio ZET za Polską Agencją Prasową, prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia m.in. przeciwko europosłance Platformy Obywatelskiej Magdalenie A. i jej matce. Chodzi o składanie fałszywych zeznań podatkowych. Żona zmarłego prezydenta Gdańska miała zataić w zeznaniach podatkowych za lata dochód w wysokości blisko 300 tys. złotych za rok 2011 i kolejnych sto tysięcy za 2012 rok. Zarzuty dotyczą też nierozliczenia dochodów z wynajmu mieszkań.

Wśród oskarżonych znajduje się też matka europosłanki PO Janina A., która miała usłyszeć zarzut składania fałszywych zeznań w śledztwie ws. oświadczenia majątkowego zmarłego prezydenta Gdańska.

Magdalena A. i cztery inne osoby z zarzutami

Korupcję zarzucono również dwóm biznesmenom. Mężczyźni mieli wpływać na zmianę niekorzystnego dla nich planu zagospodarowania przestrzennego, w zamian znacznie zaniżając cenę trzech mieszkań na gdańskim Jelitkowie. Zakupiła je rodzina A. Kolejny z oskarżonych to urzędnik miejski, który w zamian za korzyść majątkową nie dochodził zadośćuczynienia dla miasta za opóźnienia w przekazaniu magistratowi czterdziestu siedmiu mieszkań. Łącznie chodziło o blisko 12 milionów złotych.

Wobec tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza toczył się drugi proces o nieprawdziwe dane w oświadczeniach majątkowych za lata 2010-2012. Sprawa została umorzona po śmierci prezydenta.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Koło: Gruba afera w tamtejszej policji

Zmuszanie do wypisywania mandatów, tuszowanie spraw przy wykorzystaniu lokalnych koneksji czy wreszcie poniżanie funkcjonariuszy za brak oczekiwanych przez przełożonych efektów. To tylko niewielka część licznych nieprawidłowości, na jakie wskazują policjanci z Komendy Powiatowej Policji w wielkopolskim Kole. Według naszych rozmówców, m.in. te praktyki, trwające przynajmniej od kilku lat, miały doprowadzić do samobójczej śmierci młodego policjanta pod koniec maja. Po tym, jak mężczyzna postrzelił się w budynku komendy, ruszyło prokuratorskie śledztwo, wewnętrzną kontrolę wszczęli policjanci z KWP w Poznaniu, a psychologowie z tej jednostki przeprowadzili ankietę wśród funkcjonariuszy z Koła. Jak poinformował rzecznik wielkopolskiej policji – nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

Ankietę, która miała rozwiać wątpliwości co do nielegalnych praktyk i m.in. mobbingu ze strony przełożonych, przeprowadzono dwukrotnie. Decyzję o konieczności ponownego badania opinii wśród policjantów podjęto m.in. po tym, jak opisaliśmy nieprawidłowości podczas pierwszej części. Kierownictwo komendy miało wówczas sprawdzać, kto pobiera ankietę, a prowadzący badanie wypełnione druki mieli przekazać komendantowi. Ten z kolei od naczelnika wydziału prewencji miał również zażądać zgrania zapisów monitoringu z piętra, na którym przeprowadzono ankietę. Chcieli mieć pełną kontrolę i wgląd do tego, kto odpowiada na pytania – mówi jeden z naszych rozmówców. Przed drugą ankietą naczelnik wydziału Michał Bryl chodził do funkcjonariuszy i namawiał, by pisali „dobre słowa” o komendzie – dodaje.

Według informacji przekazanych przez rzecznika wielkopolskiej policji, w badaniu wzięły udział 84 osoby, a ich odpowiedzi przeanalizował Wydział Psychologów KWP. Z ankiety nie wynikały żadne informacje, które mogłyby wskazywać na nieprawidłowości czy też zachwiane relacje między przełożonymi a podwładnymi. Wydział kontroli KWP wciąż jednak proceduje w tej sprawie – przekazał RMF FM mł. insp. Andrzej Borowiak.

„Takiej mobilizacji jeszcze nie widzieliśmy”

Zdaniem policjantów, którzy wzięli udział w badaniu, zespół, który analizował odpowiedzi, nie zauważył najwyraźniej najistotniejszych kwestii zawartych w formularzach. Co więcej, jeden z funkcjonariuszy wydziału kontroli po przeprowadzeniu ankiety miał stwierdzić, że po raz pierwszy jest świadkiem badania, w którym do odpowiedzi na pytania policjanci dołączają dowody. Według naszych ustaleń, chodziło o kserokopie notatników służbowych, w których przełożeni w niewybrednych słowach wpisywali swoje obszerne uwagi i krytykę wobec podwładnych, za np. zbyt małą ich zdaniem liczbę wystawionych mandatów.

Takiej mobilizacji w komendzie my jeszcze nie widzieliśmy. Ludzie przyszli do jednostki nawet, gdy mieli wolne albo byli na zwolnieniach, albo też zostawali po nockach – byle tylko wziąć udział w ankiecie. Tam ludzie szli całymi wydziałami – mówią nasi rozmówcy. To, że ankieta nie wykazała nieprawidłowości to jest kłamstwo. Przecież my sami wiemy, co tam napisaliśmy. Ktoś tego celowo nie zauważa? – pytają. Jak dodają – BSW było w komendzie tylko raz. W dniu śmierci Mariusza. (chodzi o kontrolerów z Biura Spraw Wewnętrznych Policji – przyp. red.)

Samobójcza śmierć młodego policjanta

O nieprawidłowościach w KPP w Kole zaczęło być głośno po samobójczej śmierci funkcjonariusza ogniwa patrolowo interwencyjnego. 33-letni dzielnicowy Mariusz O. targnął się na swoje życie pod koniec maja, kilka minut przed zdaniem służby. Jego koledzy z jednostki nie mają wątpliwości, że do tragedii doprowadziło traktowanie go przez przełożonych. Od tamtej pory do naszej redakcji docierają kolejne, coraz bardziej niepokojące sygnały o praktykach, które miały miejsce w kolskiej komendzie przed tragedią. O szokującym wypisywaniu mandatów na osobę bezdomną z terenu Koła, nawet po jej śmierci pisaliśmy pod koniec czerwca tutaj.

„Mariusz to był prawdziwy policjant”

Od momentu, kiedy w Polsce potwierdzono pierwsze przypadki Covid-19, a rząd wprowadził poważne obostrzenia co do gromadzenia się czy chodzenia w maskach, naciski ze strony przełożonych w Kole miały nabrać dodatkowego wymiaru.

Naczelnik wydziału prewencji razem ze swoim zastępcą potrafili jeździć po ulicach i sprawdzać, gdzie są i co robią policjanci. Wymagali tego, by wypisywać mandaty za brak maseczek, była taka sytuacja dotycząca np. starszego małżeństwa idącego po ulicy czy starszej kobiety. Trafiło na ś.p. Mariusza – nie wypisał mandatu, ale ją pouczył i zaczęło się „ciśnięcie” – tłumaczy jeden z naszych informatorów.

Inna sytuacja, o której wspomina nasz rozmówca to interwencja, na którą wysłano 33-letniego Mariusza O. Chodziło o huczną zabawę zorganizowaną w jednej z restauracji w bliskim sąsiedztwie komendy. Bawili się na niej miejscy urzędnicy, radni oraz burmistrz. Odbywała się w czasie, gdy obowiązywał całkowity zakaz zgromadzeń. Policjant chciał działać zgodnie ze sztuką.

Mariusz to był prawdziwy policjant, był gotów ukarać, kiedy naprawdę kara się komuś należała i tak było w tym przypadku. Trafiła na niego ta interwencja, nie było dla niego równych, równiejszych i znajomych. Już wtedy na imprezie usłyszał od jednego z bawiących się, że będzie musiał się tłumaczyć komendantowi – relacjonuje rozmówca RMF FM.

Sprawa według naszych nieoficjalnych ustaleń została poniekąd zamieciona pod dywan na etapie rozpatrywania jej w komendzie. Dzielnicowi dostali jedynie polecenie od przełożonych, by dotrzeć do uczestników imprezy i ukarać ich 300 złotowym mandatem. Nie została jednak zgłoszona do sanepidu, który w takiej sytuacji nałożyłby dodatkowe kary administracyjne. Służby sanitarne próbowały uzyskać dane imprezowiczów od komendanta, ten jednak miał nie zgodzić się na udostępnienie listy spisanych wówczas osób, tłumacząc się RODO. Wyjątkiem był jeden z kolskich urzędników, który po wspomnianej imprezie trafił do policyjnego aresztu za przemoc, jakiej miał użyć wobec swojej żony.

Wspomniana sytuacja miała miejsce na około tydzień przed śmiercią Mariusza O. On był później nie do życia, nieobecny, zamyślony, tak jak by nie słyszał, że się do niego mówi. Na co dzień był bardzo spokojny i wyciszony, nie dawał się ponieść emocjom, ale jeszcze wcześniej był taki dzień, kiedy któryś z przełożonych wezwał go do siebie na rozmowę. Widzieliśmy jak z niej wychodził – był cały czerwony z nerwów. Zgłaszaliśmy to przełożonym, że się o niego martwimy, że coś jest nie tak – tłumaczą funkcjonariusze, do których dotarliśmy.

„Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń”

Według naszych informacji, w dniu śmierci 33-letniego funkcjonariusza jego partner z patrolu został wezwany do pokoju kierownika ogniwa patrolowo-interwencyjnego. Spotkanie miało miejsce około godziny 15:00. Policjant miał usłyszeć wówczas polecenie zabrania broni swojemu koledze. Zakomunikował mu to dopiero po około trzech godzinach, chwilę przed 18:00, broni jednak nie odebrał. Kiedy wyszedł z pomieszczenia, w którym razem przebywali – padł strzał.

O scenariusz, w którym to kolega koledze ma odebrać broń, zapytaliśmy doświadczonego funkcjonariusza z innej części Polski. To jest absolutnie sytuacja niedopuszczalna. Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń. Może to zrobić jedynie przełożony – podsumowuje krótko nasz rozmówca.

Tym, co dodatkowo bulwersuje część policjantów z KPP w Kole, są pierwsze chwile po postrzeleniu się przez 33-letniego funkcjonariusza. Nasi rozmówcy przekazali nam, że pierwszy do pomieszczenia, w którym doszło do tragedii wszedł zastępca naczelnika wydziału prewencji Marek Zakrocki. Pierwsze, co zrobił to chwycił za telefon i zaczął robić zdjęcia leżącego Mariusza, potem wziął jego broń do ręki i odłożył na stół. Nikogo nie wpuszczał do pokoju, bo tłumaczył, że nie wolno zacierać żadnych śladów, a Mariusz jeszcze wtedy żył! – słyszymy od niekryjących emocji policjantów. Policjant tego samego wieczoru trafił do szpitala. W nocy lekarze stwierdzili śmierć jego mózgu.

Na pogrzeb Mariusza przyszło około 150 policjantów, z czego tylko około 30 miało na sobie mundury. Jak sami mówią – to była forma buntu wobec postawy kierownictwa komendy w całej sytuacji. (pierwsze oficjalne sygnały z KPP w Kole mówiły o nieszczęśliwym wypadku przy rozładowywaniu broni – przyp. red.).

„Po ankiecie jest jeszcze gorzej”

Ankieta przeprowadzona przez psychologów z Poznania miała teoretycznie rozwiać wszelkie wątpliwości co do sytuacji w komendzie i pomóc w uporządkowaniu sytuacji. Teoretycznie, bo jak twierdzą nasi rozmówcy – po jej przeprowadzeniu w jednostce atmosfera się pogorszyła i bywa nie do zniesienia. Przełożeni stali się bardziej podejrzliwi wobec podwładnych i z całej sytuacji zdają się nie wyciągać żadnych wniosków.

Skończyło się mówienie „cześć” na korytarzach. Starszemu stopniem trzeba się teraz meldować(…) Jak policjanci zgłaszają jakiekolwiek wątpliwości to słyszą pytania w stylu – i co, znów pójdziesz napisać donos? Zamiast próbować ratować sytuację, uzdrowić atmosferę – jeszcze ją pogarszają. – słyszymy od naszych rozmówców.

Ankieta miała się też odbić na kryteriach przyznawania nagród dla funkcjonariuszy za pracę w czasie zaostrzonego reżimu sanitarnego w czasie pandemii Covid-19. Policjantom w całym kraju przyznawał ją komendant główny. Nagrody nie otrzymał nikt z wydziału ruchu drogowego KPP w Kole. Zdaniem części funkcjonariuszy, to zemsta za czynny udział w ankiecie policjantów z WRD.

Komendant i Naczelnik Prewencji mszczą się na policjantach. Teraz na tapecie jest Ruch Drogowy, którego to policjanci wzięli bardzo czynny udział w ankiecie. W „nagrodę” żaden z policjantów tego wydziału nie dostał premii za Covid – czytamy w wiadomości nadesłanej do redakcji Faktów. O sprawę zapytaliśmy w biurze prasowym kolskiej komendy. W sumie komendant przyznał 101 nagród dla policjantów z Koła, nie było wśród nich funkcjonariuszy wydziału ruchu drogowego oraz zespołu dyżurnych. Nagrody otrzymali ci, którzy byli najbardziej zaangażowani w walkę z covid-19. Pozostali funkcjonariusze otrzymali nagrody z innej puli – tłumaczy w rozmowie telefonicznej oficer prasowy KPP w Kole sierż. szt. Weronika Czyżewska.

Śledztwo trwa, na razie nikt nie usłyszał zarzutów

Śledztwo w spawie śmierci 33-letniego policjanta Mariusza O. trafiło najpierw do Prokuratury Okręgowej w Koninie, później przejęła je Prokuratura Rejonowa w Lesznie. Ostatecznie trafiło jednak do Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.

Śledztwo, po zmianie kwalifikacji czynu, toczy się pod kątem namowy i pomocy do samobójstwa oraz pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Na razie nikt nie usłyszał jednak zarzutów. Śledczy badają też opisywane przez nas wątki niewłaściwego traktowania policjanta i wywieranie na niego nacisków przez przełożonych.
Źródło info i foto: RMF24.pl