Koło: Gruba afera w tamtejszej policji

Zmuszanie do wypisywania mandatów, tuszowanie spraw przy wykorzystaniu lokalnych koneksji czy wreszcie poniżanie funkcjonariuszy za brak oczekiwanych przez przełożonych efektów. To tylko niewielka część licznych nieprawidłowości, na jakie wskazują policjanci z Komendy Powiatowej Policji w wielkopolskim Kole. Według naszych rozmówców, m.in. te praktyki, trwające przynajmniej od kilku lat, miały doprowadzić do samobójczej śmierci młodego policjanta pod koniec maja. Po tym, jak mężczyzna postrzelił się w budynku komendy, ruszyło prokuratorskie śledztwo, wewnętrzną kontrolę wszczęli policjanci z KWP w Poznaniu, a psychologowie z tej jednostki przeprowadzili ankietę wśród funkcjonariuszy z Koła. Jak poinformował rzecznik wielkopolskiej policji – nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

Ankietę, która miała rozwiać wątpliwości co do nielegalnych praktyk i m.in. mobbingu ze strony przełożonych, przeprowadzono dwukrotnie. Decyzję o konieczności ponownego badania opinii wśród policjantów podjęto m.in. po tym, jak opisaliśmy nieprawidłowości podczas pierwszej części. Kierownictwo komendy miało wówczas sprawdzać, kto pobiera ankietę, a prowadzący badanie wypełnione druki mieli przekazać komendantowi. Ten z kolei od naczelnika wydziału prewencji miał również zażądać zgrania zapisów monitoringu z piętra, na którym przeprowadzono ankietę. Chcieli mieć pełną kontrolę i wgląd do tego, kto odpowiada na pytania – mówi jeden z naszych rozmówców. Przed drugą ankietą naczelnik wydziału Michał Bryl chodził do funkcjonariuszy i namawiał, by pisali „dobre słowa” o komendzie – dodaje.

Według informacji przekazanych przez rzecznika wielkopolskiej policji, w badaniu wzięły udział 84 osoby, a ich odpowiedzi przeanalizował Wydział Psychologów KWP. Z ankiety nie wynikały żadne informacje, które mogłyby wskazywać na nieprawidłowości czy też zachwiane relacje między przełożonymi a podwładnymi. Wydział kontroli KWP wciąż jednak proceduje w tej sprawie – przekazał RMF FM mł. insp. Andrzej Borowiak.

„Takiej mobilizacji jeszcze nie widzieliśmy”

Zdaniem policjantów, którzy wzięli udział w badaniu, zespół, który analizował odpowiedzi, nie zauważył najwyraźniej najistotniejszych kwestii zawartych w formularzach. Co więcej, jeden z funkcjonariuszy wydziału kontroli po przeprowadzeniu ankiety miał stwierdzić, że po raz pierwszy jest świadkiem badania, w którym do odpowiedzi na pytania policjanci dołączają dowody. Według naszych ustaleń, chodziło o kserokopie notatników służbowych, w których przełożeni w niewybrednych słowach wpisywali swoje obszerne uwagi i krytykę wobec podwładnych, za np. zbyt małą ich zdaniem liczbę wystawionych mandatów.

Takiej mobilizacji w komendzie my jeszcze nie widzieliśmy. Ludzie przyszli do jednostki nawet, gdy mieli wolne albo byli na zwolnieniach, albo też zostawali po nockach – byle tylko wziąć udział w ankiecie. Tam ludzie szli całymi wydziałami – mówią nasi rozmówcy. To, że ankieta nie wykazała nieprawidłowości to jest kłamstwo. Przecież my sami wiemy, co tam napisaliśmy. Ktoś tego celowo nie zauważa? – pytają. Jak dodają – BSW było w komendzie tylko raz. W dniu śmierci Mariusza. (chodzi o kontrolerów z Biura Spraw Wewnętrznych Policji – przyp. red.)

Samobójcza śmierć młodego policjanta

O nieprawidłowościach w KPP w Kole zaczęło być głośno po samobójczej śmierci funkcjonariusza ogniwa patrolowo interwencyjnego. 33-letni dzielnicowy Mariusz O. targnął się na swoje życie pod koniec maja, kilka minut przed zdaniem służby. Jego koledzy z jednostki nie mają wątpliwości, że do tragedii doprowadziło traktowanie go przez przełożonych. Od tamtej pory do naszej redakcji docierają kolejne, coraz bardziej niepokojące sygnały o praktykach, które miały miejsce w kolskiej komendzie przed tragedią. O szokującym wypisywaniu mandatów na osobę bezdomną z terenu Koła, nawet po jej śmierci pisaliśmy pod koniec czerwca tutaj.

„Mariusz to był prawdziwy policjant”

Od momentu, kiedy w Polsce potwierdzono pierwsze przypadki Covid-19, a rząd wprowadził poważne obostrzenia co do gromadzenia się czy chodzenia w maskach, naciski ze strony przełożonych w Kole miały nabrać dodatkowego wymiaru.

Naczelnik wydziału prewencji razem ze swoim zastępcą potrafili jeździć po ulicach i sprawdzać, gdzie są i co robią policjanci. Wymagali tego, by wypisywać mandaty za brak maseczek, była taka sytuacja dotycząca np. starszego małżeństwa idącego po ulicy czy starszej kobiety. Trafiło na ś.p. Mariusza – nie wypisał mandatu, ale ją pouczył i zaczęło się „ciśnięcie” – tłumaczy jeden z naszych informatorów.

Inna sytuacja, o której wspomina nasz rozmówca to interwencja, na którą wysłano 33-letniego Mariusza O. Chodziło o huczną zabawę zorganizowaną w jednej z restauracji w bliskim sąsiedztwie komendy. Bawili się na niej miejscy urzędnicy, radni oraz burmistrz. Odbywała się w czasie, gdy obowiązywał całkowity zakaz zgromadzeń. Policjant chciał działać zgodnie ze sztuką.

Mariusz to był prawdziwy policjant, był gotów ukarać, kiedy naprawdę kara się komuś należała i tak było w tym przypadku. Trafiła na niego ta interwencja, nie było dla niego równych, równiejszych i znajomych. Już wtedy na imprezie usłyszał od jednego z bawiących się, że będzie musiał się tłumaczyć komendantowi – relacjonuje rozmówca RMF FM.

Sprawa według naszych nieoficjalnych ustaleń została poniekąd zamieciona pod dywan na etapie rozpatrywania jej w komendzie. Dzielnicowi dostali jedynie polecenie od przełożonych, by dotrzeć do uczestników imprezy i ukarać ich 300 złotowym mandatem. Nie została jednak zgłoszona do sanepidu, który w takiej sytuacji nałożyłby dodatkowe kary administracyjne. Służby sanitarne próbowały uzyskać dane imprezowiczów od komendanta, ten jednak miał nie zgodzić się na udostępnienie listy spisanych wówczas osób, tłumacząc się RODO. Wyjątkiem był jeden z kolskich urzędników, który po wspomnianej imprezie trafił do policyjnego aresztu za przemoc, jakiej miał użyć wobec swojej żony.

Wspomniana sytuacja miała miejsce na około tydzień przed śmiercią Mariusza O. On był później nie do życia, nieobecny, zamyślony, tak jak by nie słyszał, że się do niego mówi. Na co dzień był bardzo spokojny i wyciszony, nie dawał się ponieść emocjom, ale jeszcze wcześniej był taki dzień, kiedy któryś z przełożonych wezwał go do siebie na rozmowę. Widzieliśmy jak z niej wychodził – był cały czerwony z nerwów. Zgłaszaliśmy to przełożonym, że się o niego martwimy, że coś jest nie tak – tłumaczą funkcjonariusze, do których dotarliśmy.

„Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń”

Według naszych informacji, w dniu śmierci 33-letniego funkcjonariusza jego partner z patrolu został wezwany do pokoju kierownika ogniwa patrolowo-interwencyjnego. Spotkanie miało miejsce około godziny 15:00. Policjant miał usłyszeć wówczas polecenie zabrania broni swojemu koledze. Zakomunikował mu to dopiero po około trzech godzinach, chwilę przed 18:00, broni jednak nie odebrał. Kiedy wyszedł z pomieszczenia, w którym razem przebywali – padł strzał.

O scenariusz, w którym to kolega koledze ma odebrać broń, zapytaliśmy doświadczonego funkcjonariusza z innej części Polski. To jest absolutnie sytuacja niedopuszczalna. Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń. Może to zrobić jedynie przełożony – podsumowuje krótko nasz rozmówca.

Tym, co dodatkowo bulwersuje część policjantów z KPP w Kole, są pierwsze chwile po postrzeleniu się przez 33-letniego funkcjonariusza. Nasi rozmówcy przekazali nam, że pierwszy do pomieszczenia, w którym doszło do tragedii wszedł zastępca naczelnika wydziału prewencji Marek Zakrocki. Pierwsze, co zrobił to chwycił za telefon i zaczął robić zdjęcia leżącego Mariusza, potem wziął jego broń do ręki i odłożył na stół. Nikogo nie wpuszczał do pokoju, bo tłumaczył, że nie wolno zacierać żadnych śladów, a Mariusz jeszcze wtedy żył! – słyszymy od niekryjących emocji policjantów. Policjant tego samego wieczoru trafił do szpitala. W nocy lekarze stwierdzili śmierć jego mózgu.

Na pogrzeb Mariusza przyszło około 150 policjantów, z czego tylko około 30 miało na sobie mundury. Jak sami mówią – to była forma buntu wobec postawy kierownictwa komendy w całej sytuacji. (pierwsze oficjalne sygnały z KPP w Kole mówiły o nieszczęśliwym wypadku przy rozładowywaniu broni – przyp. red.).

„Po ankiecie jest jeszcze gorzej”

Ankieta przeprowadzona przez psychologów z Poznania miała teoretycznie rozwiać wszelkie wątpliwości co do sytuacji w komendzie i pomóc w uporządkowaniu sytuacji. Teoretycznie, bo jak twierdzą nasi rozmówcy – po jej przeprowadzeniu w jednostce atmosfera się pogorszyła i bywa nie do zniesienia. Przełożeni stali się bardziej podejrzliwi wobec podwładnych i z całej sytuacji zdają się nie wyciągać żadnych wniosków.

Skończyło się mówienie „cześć” na korytarzach. Starszemu stopniem trzeba się teraz meldować(…) Jak policjanci zgłaszają jakiekolwiek wątpliwości to słyszą pytania w stylu – i co, znów pójdziesz napisać donos? Zamiast próbować ratować sytuację, uzdrowić atmosferę – jeszcze ją pogarszają. – słyszymy od naszych rozmówców.

Ankieta miała się też odbić na kryteriach przyznawania nagród dla funkcjonariuszy za pracę w czasie zaostrzonego reżimu sanitarnego w czasie pandemii Covid-19. Policjantom w całym kraju przyznawał ją komendant główny. Nagrody nie otrzymał nikt z wydziału ruchu drogowego KPP w Kole. Zdaniem części funkcjonariuszy, to zemsta za czynny udział w ankiecie policjantów z WRD.

Komendant i Naczelnik Prewencji mszczą się na policjantach. Teraz na tapecie jest Ruch Drogowy, którego to policjanci wzięli bardzo czynny udział w ankiecie. W „nagrodę” żaden z policjantów tego wydziału nie dostał premii za Covid – czytamy w wiadomości nadesłanej do redakcji Faktów. O sprawę zapytaliśmy w biurze prasowym kolskiej komendy. W sumie komendant przyznał 101 nagród dla policjantów z Koła, nie było wśród nich funkcjonariuszy wydziału ruchu drogowego oraz zespołu dyżurnych. Nagrody otrzymali ci, którzy byli najbardziej zaangażowani w walkę z covid-19. Pozostali funkcjonariusze otrzymali nagrody z innej puli – tłumaczy w rozmowie telefonicznej oficer prasowy KPP w Kole sierż. szt. Weronika Czyżewska.

Śledztwo trwa, na razie nikt nie usłyszał zarzutów

Śledztwo w spawie śmierci 33-letniego policjanta Mariusza O. trafiło najpierw do Prokuratury Okręgowej w Koninie, później przejęła je Prokuratura Rejonowa w Lesznie. Ostatecznie trafiło jednak do Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.

Śledztwo, po zmianie kwalifikacji czynu, toczy się pod kątem namowy i pomocy do samobójstwa oraz pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Na razie nikt nie usłyszał jednak zarzutów. Śledczy badają też opisywane przez nas wątki niewłaściwego traktowania policjanta i wywieranie na niego nacisków przez przełożonych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Lubin: Matka zostawiła 10-letnią córkę w rozgrzanym samochodzie. Pomógł jeden z przechodniów. Kobiecie grozi do 5 lat więzienia

10-latka w zamkniętym samochodzie spędziła kilkadziesiąt minut. Z auta nie mogła wyjść, bo miało zablokowane drzwi. Dziewczynce, której matka poszła na zakupy, pomógł jeden z przechodniów. Mężczyzna wybił szybę w samochodzie.

Wtorkowe popołudnie, gdy temperatura w Lubinie (województwo dolnośląskie) osiągnęła około 30 stopni Celsjusza. – To właśnie wtedy od przechodniów otrzymaliśmy informację o dziecku zamkniętym w zaparkowanym samochodzie. Na miejsce natychmiast wysłano patrol prewencji – informuje Sylwia Serafin z lubińskiej policji. I dodaje: – W międzyczasie okazało się, że jeden ze świadków zdecydował się wybić szybę w aucie i uwolnić dziewczynkę.

„Myślała, że szyby w pojeździe są otwarte”

Jak relacjonuje policja, twarz dziecka „była czerwona i oblana potem”. Mężczyzna wyciągnął dziecko z nagrzanego samochodu i przeniósł je do banku, gdzie działała klimatyzacja. Z ustaleń policjantów wynika, że 10-latka w samochodzie przebywała około pół godziny. – W tym czasie jej matka robiła zakupy w sklepie odzieżowym. Interwencją była zdziwiona, bo myślała, że szyby w pojeździe są otwarte – przekazuje Serafin. Tymczasem okna były zamknięte, a 10-latka nie była w stanie opuścić auta, bo była w nim włączona blokada drzwi.

Sprawa jest wciąż wyjaśniana. Jeśli okaże się, że matka swoim zachowaniem naraziła córkę na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia, to grozić jej może do pięciu lat więzienia.
Źródło info i foto: tvn24.pl

CBA zatrzymało kolejne 4 osoby w śledztwie dotyczącym mafii paliwowej

W śledztwie dotyczącym tzw. mafii paliwowej Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało kolejne cztery osoby. Ta grupa przestępcza naraziła Skarb Państwa na uszczuplenia w podatku VAT na kwotę ponad 63 mln zł. Tym razem – jak podało CBA w komunikacie – ręce agentów Biura wpadli trzej organizatorzy procederu oraz osoba działająca w ramach grupy jako „słup”. Czynności przeprowadzono na terenie Mazowsza i Wielkopolski. Cała czwórka usłyszała zarzuty w Prokuraturze Regionalnej w Białymstoku. Wobec wszystkich sąd zastosował tymczasowy areszt na trzy miesiące.

Funkcjonariusze przeszukali 13 miejsc, zarówno mieszkania zatrzymanych, jak i siedziby prowadzonych przez nich działalność gospodarczych.

Prowadzone przez CBA postępowanie dotyczy funkcjonowania tzw. mafii paliwowej, która w latach 2014-2016 naraziła Skarb Państwa na uszczuplenie w podatku VAT. Ustalenia śledczych wskazują, że grupa zorganizowała szereg firm, które w ramach prowadzonej działalności gospodarczej miały uniemożliwić bądź znacznie utrudnić organom ścigania stwierdzenie przestępczego pochodzenia środków. Firmy, dokumentując rzekomy obrót paliwami płynnymi, przyjmowały na swoje rachunki, a następnie przekazywały dalej pieniądze pochodzące z procederu. Wartość wyłudzonego w ten sposób podatku VAT mogła wynieść ponad 63 mln zł.

Jedna z zatrzymanych osób od maja 2020 roku była poszukiwana przez policję w związku z zastosowaną wobec niej karą pozbawienia wolności za popełnione wcześniej przestępstwa.
Źródło info i foto: Money.pl

Aktor Pablo Lyle trafi za kratki?

Pablo Lyle czekała wielka, świetlana przyszłość. Miał szansę na światową karierę. Wszystko legło w gruzach, gdy półtora roku temu wdał się w głupią bójkę. Teraz aktorowi latynoskich telenowel i gwieździe serialu Netflixa „Yankee” grozi długa odsiadka w więzieniu. Co dalej z jego procesem? Sprawdźcie!

Przypomnijmy, pod koniec marca 2019 roku Pablo Lyle jechał samochodem ulicami Miami ze swoimi dziećmi, Arantzą i Maurem. Kierował jego szwagier Lucas Delfino. Mężczyzna pomylił trasę i postanowił zjechać na pobocze, by sprawdzić coś na mapie. Zajechał drogę innemu pojazdowi, z którego wysiadł zdenerwowany kierowca.

63-letni Juan Ricardo Hernandez podbiegł do samochodu, w którym siedział Pablo, i uderzył w jego maskę. Aktor wysiadł, podszedł do Juana, z impetem uderzył go w głowę, po czym szybko wsiadł do auta i uciekł, nie udzielając pomocy nieprzytomnemu mężczyźnie.

Dopiero kilka minut później ktoś wezwał karetkę pogotowia. Juan trafił do szpitala, a lekarze zdiagnozowali u niego wylew krwi do mózgu spowodowany silnym uderzeniem. Po czterech dniach zdecydowano o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe…

Dzięki monitoringowi i zeznaniom świadków policja szybko namierzyła Lyle’a. Aktor został aresztowany na lotnisku, gdy próbował uciec do Meksyku, a informacja o tym, co zrobił, obiegła cały świat. Pablo tłumaczył, że działał w obronie własnej, ponieważ bał się, że Juan wyciągnie pistolet albo nóż i zaatakuje jego dzieci. W obronie gwiazdora natychmiast stanęła duża część jego kolegów po fachu.

Rodzina zamordowanego mężczyzny ma nadzieję, że mimo swoich pieniędzy i znajomości aktor nie uniknie odpowiedzialności i spędzi długie lata w więzieniu. Lyle otrzymał także maile z pogróżkami.
Źródło info i foto: interia.pl

Mediolan: Egipski imigrant wziął zakładnika w katedrze

Egipski imigrant zaatakował i wziął jako zakładnika ochroniarza pracującego w mediolańskiej katedrze pw. Narodzenia Najśw. Maryi Panny. Senator i były wicepremier Włoch Matteo Salvini opublikował relację, na której widać, jak policjanci próbują rozmawiać z napastnikiem, a potem go obezwładniają.

„Chwile grozy w katedrze w Mediolanie. Afrykański imigrant bierze pracownika ochrony jako zakładnika i wymachuje nożem. Dziękuję Policji za nadzwyczajną interwencję i uniknięcie najgorszego” – napisał Salvini, który poinformował, że napastnik jest Egipcjaninem.

Polityk wyraził nadzieję, że sprawca „zapłaci” za swój czyn.
Źródło info i foto: TVP.info

Boston: Sześciu policjantów oskarżonych o zabójstwo 41-latka. Oddali do niego 31 strzałów w ciągu 3 sekund

Sześciu bostońskich policjantów zostało oskarżonych o zabójstwo 41-letniego Justona Roota. Strzelili do niego 31 raz w ciągu 3 sekund, gdy ten leżał ranny na ziemi. Po incydencie funkcjonariusze mieli komentować: „Tak, zabiłem tego sku…na” i „opróżniłem na niego swój magazynek”. Pozew złożyła rodzina zabitego. Do strzelaniny pomiędzy policją a 41-letnim Justonem Rootem doszło w lutym. Policja dostała zgłoszenie o uzbrojonym człowieku w okolicach szpitala Brigham and Women’s Hospital.

Kiedy funkcjonariusz zobaczył mężczyznę miał sięgnąć po broń, na co ten również wyjął pistolet – później okazało się, że był to przezroczysty zabawkowy pistolet do paintballa – i do niego strzelił. Policjant również oddał strzały, ranił Roota, po czym potknął się i upadając strzelił ponownie trafiając szpitalnego woźnego w oko.

Root zdołał wsiąść do samochodu, ale po sześciu minutach rozbił się, wysiadł i upadł na ziemię. Próbowała go opatrzyć ratowniczka medyczna, ale policjanci kazali jej odsunąć się. Chociaż funkcjonariusze nie widzieli broni w rękach 41-latka, a on sam leżał bezbronny, to oddali do niego 31 strzałów w ciągu 3 sekund.

W 35-stronicowym pozwie rodzina oskarża funkcjonariuszy m.in. o użycie nadmiernej siły, napaść i pobicie, spowodowanie śmierci oraz nieprzestrzeganie standardów i zasad. Oskarżą również władze Bostonu o niewłaściwe szkolenie policji i brak nadzoru. Zauważono, że większość funkcjonariuszy, którzy strzelali do leżącego na ulicy mężczyzny nie miało włączonych kamer na mundurach.

– Został zabity bez powodu – powiedział na konferencji prasowej ojciec zabitego Evan Root.

Mężczyzna leczył się psychiatrycznie

Rodzina Roota wyjawiła, że 41-latek był leczony psychiatrycznie, w tym na chorobę afektywną dwubiegunową i zaburzenia schizoafektywne. W pozwie wyjaśniono, że był rozczarowany tym, że nie może zostać policjantem, dlatego czasami nosił pistolet do paintballa z przezroczystego plastiku.

– Funkcjonariusze i policjant stanowy muszą ponieść odpowiedzialność za skandaliczne czyny i złe poprowadzenie sprawy, opróżniając niemal magazynki i strzelając 31 razy, kiedy on leżał ledwo przytomny na ziemi krwawiąc – stwierdziła Jennifer Root, siostra 41-latka.

W pozwie przypomniano, że oskarżeni, w złożonym po incydencie oświadczeniu, nie wspominali nic o tym, by widzieli Roota wymachującego bronią. Funkcjonariusze mieli natomiast krzyknąć do Roota, by się położył, choć ten leżał już ranny na jezdni.

„Tak, zabiłem tego sku…na”

Pozew zawiera również opis nagrania wideo, z którego ma wynikać, że funkcjonariusze nie próbowali udzielić pomocy medycznej po strzelaninie. Mieli natomiast gratulować sobie nawzajem używając zwrotów – jak opisano w pozwie – „Tak, zabiłem tego sku…na” i „opróżniłem na niego swój magazynek”.

– Juston był miłym, kochającym synem i bratem, a jego śmierć to tragedia. Juston i nasza rodzina zasługują chociaż na ujawnienie prawdy oraz ukaranie odpowiedzialnych za jego śmierć – dodała.

Śledztwo przeprowadzone po zdarzeniu przez prokuraturę okręgową hrabstwa Norfolk ustaliło, że oddanie strzałów przez policjantów było uzasadnione. Zarówno bostońska jak i stanowa policja odmówiły komentarzy w tej sprawie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sąd wypuści z aresztu Ireneusza M.? Jest jednym z oskarżonych o zabójstwo 15-latki z Miłoszyc

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu chce wypuścić z aresztu Ireneusza M. (45 l.), jednego z dwóch oskarżonych o zabójstwo 15-letniej Małgosi z Miłoszyc (Dolny Śląsk). Za tę zbrodnię 18 lat odsiedział niewinny Tomasz Komenda (44 l.). Oskarżony o zabójstwo i gwałt nastolatki, odsiaduje obecnie wyrok za skrzywdzenie innej kobiety. Miałby przywitać się z wolnością 6 września.

Tzw. proces miłoszycki rozpoczął się w maju ubiegłego roku. Na ławie oskarżonych zasiadają Ireneusza M. (45 l.) i Norberta Basiura (42 l.). Ten drugi od początku odpowiada z wolnej stopy i wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie w przypadku jego kompana w zbrodni. Po trwającym ponad 3 lata areszcie, Sąd Apelacyjny zdecydował, że wypuści Ireneusza M. na wolność. I to właśnie teraz, gdy biegli udowodnili, że to jego ślady DNA znajdowały się na ubraniu zamordowanej i zgwałconej w Sylwestra 1996 roku Małgosi. Pogrąża go też odcisk szczęki, który miał zostawić na ciele nastolatki.

– Sąd Apelacyjny nie uwzględnił wniosku Sądu Okręgowego o przedłużeniu Ireneuszowi M. aresztu do 5 grudnia. Przesłanki, jakie podniesiono sąd uznał za lakoniczne – wyjaśnia rzecznik wrocławskiej apelacji Małgorzata Lamparska. Rzeczniczka dodała też, że Ireneusz N. jest w areszcie ponad 3 lata i w takich warunkach również odbywa karę. Udało nam się ustali, że chodzi o gwałt.

– Oskarżony odbywa karę w areszcie, a więc jest to surowszy środek zabezpieczający, z poważniejszym reżimem – dodaje sędzia Lamparska. A to oznacza, że Ireneusz N. nie mógł np. ubiegać się o czasowe zwolnienie czy przerwę w odbywaniu kary. – Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka czy Konstytucji areszt nie może zastępować odbywania kary. Sąd Apelacyjny nie doszukał się szczególnych okoliczności, – podkreśla rzecznik. Dodała też, że sąd nie podziela argumentu, iż oskarżony miałby wpływać na postępowanie.

Tą szokującą dla wielu decyzję może jeszcze zaskarżyć prokuratura i wówczas o przedłużeniu aresztu zdecyduje już 3-osobowy skład, a nie, jak teraz, 1-osobowy. Wtedy okaże się czy Ireneusz M. poczeka na wyrok w sprawie zbrodni miłoszyckiej na wolności, czy w areszcie. Od początku nie przyznaje się do winy.

Zbrodnia miłoszycka i sprawa Tomasza Komendy

Tzw. proces miłoszycki dotyczy jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych ostatnich lat, w której aresztowano i skazano Tomasza Komendę. W sylwestrową noc z 31 grudnia 1996 roku na 1 stycznia 1997 roku, w małej miejscowości Miłoszyce (nieopodal Wrocławia) została zgwałcona i zamordowana 15-letnia Małgorzata K. Ciało nastolatki odnaleziono już 1 stycznia 1997 roku, pomiędzy zabudowaniami gospodarskimi. Nastolatka miała na sobie tylko skarpetki, a wokół ciała było pełno krwi. Szybko stało się jasne, że zgwałcona dziewczyna długo konała na śniegu.

Śledczy długo nie potrafili ustalić podejrzanych w tej sprawie, choć już na początku wśród przesłuchiwanych osób był Ireneusz M. Podczas jednego z przesłuchań miał on m.in. wyjawiać szczegóły, które mógł znać tylko sprawca. Sprawa zdawała się tkwić w martwym punkcie aż do 2000 roku, gdy po telewizyjnym programie, w którym pokazano wizerunek mężczyzny, z którym feralnej nocy miała bawić się Małgorzata K. To właśnie po programie na policję zadzwoniła kobieta twierdząca, że osoba na rysunku przypomina Tomasza Komendę. Tak rozpoczął się trwający wiele lat koszmar niewinnego mężczyzny, który został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, choć cały czas twierdził, że jest niewinny.

Dopiero po kilkunastu latach sprawa ponownie trafiła pod lupę prokuratury. W 2017 roku wyszło na jaw, iż związek ze sprawą może mieć nie kto inny, a Ireneusz M., który był karany za gwałty. W 2018 roku Tomasz Komenda wyszedł na wolność, a śledczy dalej badali sprawę zbrodni miłoszyckiej.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wrocław: Ratowniczka medyczna zaatakowana po wezwaniu na akcję

Więzienie grozi dziś 41-latce z Wrocławia, która na początku tego tygodnia zaatakowała ratowniczkę medyczną. Kobieta wezwała pomoc, jednak po przyjechaniu medyczki na miejsce postanowiła nagle zaatakować ją w brzuch. Problem z agresją mieli dziś też ratownicy na zachodnim Pomorzu.

Do zdarzenia doszło w poniedziałek na ulicy Karkonowskiej we Wrocławiu. Ratowników wezwała do siebie 41-letnia kobieta. Po niespodziewanym ataku na ratowniczkę na miejsce przyjechała policja.

– „Informację o niełatwej interwencji przeprowadzanej przez ratowników, policjanci otrzymali chwilę po północy. Natychmiast pojechali na aleję Karkonoską, gdzie miał znajdować się zespół ratownictwa medycznego, który prowadził działania w związku ze zgłoszeniem o poszkodowanej w wyniku zdarzenia drogowego” – przekazał Krzysztof Marcjan z biura prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu.

Policjant wyjaśnił, że kobieta, do której wezwano ratowników, stawała się po ich przyjeździe coraz bardziej agresywna. W kumulacji złości uderzyła ratowniczkę w twarz, a następnie kopnęła w brzuch. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, szybko obezwładnili 41-latkę.

„Od kobiety wyczuwalna była silna woń alkoholu. Nietrzeźwa agresorka nie była w stanie logicznie wytłumaczyć co jej się stało i dlaczego potrzebuje pomocy medycznej” – mówił policjant.

Okazało się, że miała 1,5 promila alkoholu w organizmie. Jednocześnie trafiła do szpitala, ale nie było konieczności dalszego leczenia. Stamtąd trafia już na komisariat. O jej dalszym losie zadecyduje sąd. Za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego grozi nawet 3 lata więzienia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Dwie ofiary śmiertelne starć na Białorusi

Dwie ofiary śmiertelne, około 200 rannych i ponad 6 tysięcy zatrzymanych. To najnowszy bilans powyborczych starć białoruskiej opozycji i sił rządowych. Drugą ofiarą protestów jest 25-latek z Homla. Apel do prezydenta Alaksandra Łukaszenki wystosowała białoruska noblistka, Swiatłana Aleksijewicz.

Media informują, że w Homlu zmarł mężczyzna zatrzymany przez milicyjny OMON. 25-letni chłopak miał poczuć się ponoć źle po procesie sądowym i umrzeć w szpitalu. Wcześniej prawdopodobnie przez wiele godzin był przetrzymywany na słońcu w więźniarce, milicyjnym samochodzie do przewozu aresztowanych. 25-latek to druga ofiara protestów powyborczych na Białorusi.

„Matka chłopaka, który zmarł po zatrzymaniu w Homlu: Chcę tylko, by ludzie wiedzieli, że ta paskudna władza zabiła mego syna” – zrelacjonował na Twitterze jej słowa Andrzej Poczobut.

Na Białorusi w niedzielę odbyły się wybory prezydenckie. Według miejscowej Centralnej Komisji Wyborczej, wygrał je urzędujący prezydent Alaksandr Łukaszenka, zdobywając ponad 80 procent głosów. Opozycja uważa, że wyniki zostały sfałszowane i codziennie organizuje protesty.

W środę w Mińsku i innych miastach najpierw odbyły się tak zwane łańcuchy solidarności. Biorące w nich udział kobiety protestowały przeciwko brutalności milicji, domagając się zaprzestania przemocy wobec uczestników antyrządowych demonstracji.

Wieczorem grupy młodych ludzi w wielu miastach znów protestowały przeciwko wybraniu Alaksandra Łukaszenki na kolejną kadencję. Milicjanci wszędzie starali się rozproszyć grupy ludzi przy użyciu pałek, gazów łzawiących i gumowych kul.
Źródło info i foto: Gazeta.pl