14-latka wykorzystana przez krewnego. Sprawą zajęło się biuro RPO

RPO Adam Bodnar z własnej inicjatywy podjął sprawę 14-latki wykorzystanej przez 26-letniego krewnego – przekazało biuro RPO. W pierwszej instancji mężczyzna został skazany na trzy lata więzienia. Sąd apelacyjny orzekł karę wolnościową, uznając, że doszło do aktu pedofilii, nie gwałtu.

Chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który w ubiegły poniedziałek opisała „Gazeta Wrocławska”. Jak napisano, sąd uznał, że do gwałtu nie doszło, ponieważ 14-latka nie krzyczała. Mężczyzna został ostatecznie skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu.

„Prośba o nadesłanie akt sprawy”

Sprawę z urzędu podjął RPO Adam Bodnar. „RPO zwrócił się w dniu 16 września do Przewodniczącego III Wydziału Karnego Sądu Okręgowego we Wrocławiu z prośbą o nadesłanie akt sprawy w celu poddania ich analizie pod kątem zaistnienia przesłanek do wniesienia kasacji/skargi nadzwyczajnej na niekorzyść oskarżonego” – czytamy w informacji.

Biuro RPO podkreśliło jednak, że należy mieć na uwadze przepisy Kodeksu postępowania karnego, zgodnie z którymi kasacja może być wniesiona tylko, gdy zaszła bezwzględna przyczyna odwoławcza lub doszło do innego rażącego naruszenia prawa, „jeżeli mogło ono mieć istotny wpływ na treść orzeczenia”.

Za wyjątkiem kasacji wniesionej przez Prokuratora Generalnego w sprawach o zbrodnie kasacja nie może też być wniesiona wyłącznie z powodu niewspółmierności kary.

„Nie było gwałtu, bo nie krzyczała”

Do zdarzenia, o którym mowa, doszło pod koniec grudnia 2016 roku we Wrocławiu. „Dziewczynka przyjechała do Wrocławia do rodziny na Boże Narodzenie. W mieszkaniu, w którym gościła, były też inne osoby z rodziny. Miejsc było mało, więc w nocy kładli się do spania po kilka osób na jednym łóżku. Dziewczynka spała z kuzynostwem, ale było jej ciasno i niewygodnie. Położyła się więc do pustego łóżka, w którym spać miał inny jej daleki krewny. Ale wieczorem 26 grudnia poszedł na dyskotekę. Wrócił pijany około 3 albo 4 w nocy” – opisuje „Gazeta Wrocławska”.

Sąd pierwszej instancji, skazując mężczyznę za gwałt, stwierdził, że dziewczyna odpychała mężczyznę i próbowała się odsuwać. Jednym z dowodów w sprawie miała być też jego późniejsza rozmowa z pokrzywdzoną przez internetowy komunikator i przeprosiny. Mężczyzna twierdził jednak, że to nie on pisał te wiadomości.

– Słyszałam uzasadnienie. Sąd ocenił, że nie było gwałtu, bo moja klientka nie krzyczała, a to znaczy, że sprawca nie używał przemocy – podkreśliła w rozmowie z gazetą pełnomocniczka pokrzywdzonej mecenas Justyna Beni.

Wyrok odbił się szerokim echem

Wyrok wrocławskiego sądu odbił się szerokim echem w mediach. Pod hashtagiem #teżniekrzyczałam na Twitterze pojawiły się relacje setek kobiet dotkniętych przemocą seksualną, które podkreślały, że brak krzyku nie oznacza zgody na przemoc.

Orzeczenie komentowane było również przez polityków. Prezes Partii KORWiN, poseł Konfederacji Janusz Korwin-Mikke stwierdził, że „jeśli (kobieta) nie krzyczy, to widać tego chce”. Od słów tych odciął się inny poseł tego ugrupowania Robert Winnicki, który podkreślił, że uważa taką opinię za „bardzo szkodliwą”. Wypowiedź za niedopuszczalną uznali też przedstawiciele innych ugrupowań, m.in. rzeczniczka Lewicy Anna-Maria Żukowska oraz szef komitetu wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski.

Obecnie obowiązujący przepis w Kodeksie karnym stanowi, że do gwałtu dochodzi, gdy ktoś doprowadza do obcowania płciowego „przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem”. Chęć zmiany tego zapisu wyraża m.in. organizacja Amnesty International, która apeluje, by definicja gwałtu była oparta na braku zgody na współżycie, a nie na formie stawianego oporu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ruszył proces ws. zabójstwa Piotra R.

21 września w Sądzie Okręgowym w Kaliszu (woj. wielkopolskie) rozpoczął się proces ws. zabójstwa 34-letniego Piotra R. Zmarły był właścicielem fermy drobiu w Zadowicach, na której zatrudnił swojego 54-letniego znajomego wraz z jego konkubiną. Pozwolił im także mieszkać w budynku na terenie gospodarstwa. To właśnie Krzysztof K. wpakował w kolegę cały magazynek od pistoletu. W sądzie tłumaczył się psychozą i prześladowaniami

Rozpoczął się proces w sprawie śmierci Piotra R. Właściciel fermy drobiu z Zadowic w woj. wielkopolskim zginął we wrześniu 2019 roku od siedmiu strzałów z nielegalnie posiadanej przez niego broni. Do zabójstwa przyznał się Krzysztof K., który pracował na fermie wraz ze swoją konkubiną. Rodzina R. pozwoliła im także mieszkać w jednym z budynków na terenie gospodarstwa.

Znali się z rodzinnej miejscowości

54-latek zeznał, że znał Piotra R. od siedmiu lat z rodzimego Wałcza w woj. zachodniopomorskim. Oboje mieli zatargi z prawem. Zmarły miał być notowany m.in. za przemoc, groźby i narkotyki. Krzysztofa K. karano za rozboje, włamania, kradzieże i uszkodzenia ciała.

Kilka miesięcy przed śmiercią Piotr R. kupił wspomnianą fermę i przeprowadził się na nią wraz z rodziną: żoną, córkami (obecnie w wieku 9 i 3 lat) i teściową.

– Znaliśmy się od 7 lat. Żyliśmy w zgodzie. Mieliśmy do siebie zaufanie. Wiedziałem, gdzie trzyma broń i pieniądze. Kiedy Piotrek kupił w Zadowicach fermę za 700 tys. zł, to mnie i konkubinę zatrudnił u siebie – mówił oskarżony Krzysztof K.

Właściciele mieli dokuczać ukochanej sprawcy

Nieporozumienia między zamordowanym a oskarżonym miały zacząć się wtedy, gdy jak twierdzi Krzysztof K., właściciele zaczęli dokuczać jego konkubinie, poniżać ją, a także grozić jej śmiercią. 54-latek przekonywał, że „do tragedii nie doszło z chęci zysku, kłótni ani porachunków”. – Przyczyny to psychoza i prześladowanie pracowników przez właścicieli firmy – mówił.

Podczas jednej z awantur oskarżony miał stracić panowanie nad sobą. – Poszedłem do garażu i wróciłem do kurnika. Kiedy Piotrek zobaczył, co trzymam w ręku, zaczął biec w moim kierunku. Wystraszyłem się go, bo to rosły i wysportowany mężczyzna; zacząłem strzelać – powiedział oskarżony.

Wystrzelił cały magazynek

Zeznał, że wystrzelił cały magazynek, oddał łącznie 7 strzałów. Kiedy poszkodowany upadł, zdjął mu z szyi łańcuch z krzyżem o wartości 15 tys. zł i uciekł z gospodarstwa. W lombardzie dostał za zrabowany przedmiot 600 zł; pieniądze te planował przeznaczyć na podróż do innego miasta. Został jednak zatrzymany niedługo potem na terenie pustostanu.

Mężczyzna nie przyznał się do usiłowania zabójstwa żony 34-latka i żądania 150 tys. zł. – Chciał strzelić do kobiety, ale broń się zacięła – informował po zatrzymaniu oskarżonego rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wlkp. Maciej Meler. Krzysztofowi K. grozi dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

27-letni gwiazdor disco polo wysłał nagie zdjęcia 14-latce

Policja zatrzymała 27-letniego mieszkańca powiatu wejherowskiego (woj. pomorskie), który składał propozycje seksualne 14-letniej dziewczynce. Jak nieoficjalnie dowiedziało się Radio Gdańsk, 27-latek to „znany muzyk disco polo”.

Oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku Karina Kamińska potwierdza w rozmowie z mediami, że 27-latek miał świadomość, z kim nawiązał kontakt. Mężczyzna ma 27 lat, jego ofiara – zaledwie 14. 27-latek proponował dziewczynce seks, a przez komunikator internetowy wysyłał zdjęcia swoich genitaliów. Wszystko robił z premedytacją. Policja zatrzymała go w mieszkaniu, gdzie zabezpieczyła nośniki, które teraz będą badane. Kto wie, co może się na nich znajdować…

W ręce policji trafiły: telefon, tablet, komputery, pendrive’y oraz broń palna z nabojami (!) i marihuana. Biegły z zakresu balistyki orzekł już, że na broń tego rodzaju potrzebne jest pozwolenie, którego 27-latek najprawdopodobniej nie posiadał.

– Mężczyzna usłyszał trzy zarzuty, które dotyczyły prezentowania treści pornograficznych oraz składania za pośrednictwem systemu teleinformatycznego małoletniemu poniżej lat 15 propozycji obcowania płciowego, posiadania środków odurzających oraz nielegalnego posiadania broni i amunicji – mówi Karina Kamińska.

27-latek może trafić do więzienia na osiem lat. Póki co przebywa pod policyjnym dozorem.
Źródło info i foto: se.pl

Nawalny żąda od Rosji zwrotu ubrań i wskazuje na „ważny dowód”

Aleksiej Nawalny zwrócił się do władz Rosji z żądaniem natychmiastowego zwrócenia ubrań, w których przywieziono go do szpitala w Omsku. Jak wskazuje, są one „ważnym dowodem” w sprawie, bo mogą się na nich znajdować ślady nowiczoku. Tymczasem rosyjska prokuratura generalna poinformowała, że chce przesłuchać Nawalnego.

W Rosji upłynął trzydziestodniowy termin na wszczęcie postępowania karnego w sprawie próby otrucia Aleksieja Nawalnego. Rosyjskie MSW poinformowało, że prowadzi czynności sprawdzające, a prokuratura generalna – że chce przesłuchać Nawalnego. Śledczy wskazali, że interesują ich zwłaszcza szczegóły przygotowań wyjazdu Nawalnego do Tomska i Nowosybirska. Chcą także ustalić personalia wszystkich osób, które towarzyszyły mu w podróży.

Jednocześnie strona rosyjska wciąż nie potwierdziła wersji o otruciu opozycjonisty gazem bojowym z grupy nowiczoków, choć wskazują na nie badania przeprowadzone w kilku niezależnych zagranicznych laboratoriach. Unia Europejska i Stany Zjednoczone domagają się od Rosji wszczęcia śledztwa, a Moskwa odmawia wszczęcia sprawy karnej, twierdząc, iż na razie nie ma do tego podstaw prawnych. Postępowanie przygotowawcze dotyczące możliwego otrucia Nawalnego prowadzi jedynie miejscowa policja.

Tymczasem Aleksiej Nawalny (jego stan zdrowia z każdym dniem się poprawia) napisał na swoim blogu, że organy ścigania wykorzystują czas, aby ukryć jego ubrania, które są „ważnym dowodem” w sprawie. Jak relacjonuje, ubrania ukryto po tym, jak rozebrano go do naga, gdy leżał nieprzytomny w szpitalu w Omsku. „Żądam wydania zabranej mi odzieży” – napisał, dodając, że na ubraniach mogą być ślady nowiczoku, którym próbowano go otruć.

Współpracownik opozycjonisty, dyrektor Fundacji Walki z Korupcją Iwan Żdanow, podkreślił, że „w związku z upłynięciem terminu 30 dni powinna zostać wydana decyzja o wszczęciu postępowania lub odmowie wszczęcia”. Żdanow dodał, że w związku z tym, iż taka decyzja nie została podjęta, współpracownicy Aleksieja Nawalnego nie będą stawiać się na przesłuchania. Żdanow i rzeczniczka Aleksieja Nawalnego Kira Jarmysz powiedzieli dziennikarzom, że zostali już wezwani na przesłuchanie, ale się na nim nie pojawili.

Rosyjski niezależny publicysta Michaił Fiszman w rozmowie z radiem Echo Moskwy wyraził opinię, że „sprawa Nawalnego nie ruszy z miejsca, dopóki nie zechce tego Władimir Putin”. Już wcześniej współpracująca z Aleksiejem Nawalnym opozycyjna polityk Lubow Sobol oświadczyła w Radiu Swoboda, że sygnał do zamachu na Nawalnego dał prezydent Rosji.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Aresztowano kobietę podejrzaną o przesłanie koperty z trucizną do Białego Domu

Na granicy amerykańsko-kanadyjskiej aresztowano kobietę podejrzaną o wysłanie koperty z trucizną do Białego Domu – poinformowała w niedzielę agencja Associated Press, powołując się na źródła w służbach bezpieczeństwa USA. Amerykańskie służby przejęły kopertę zawierającą rycynę przed kilkoma dniami. Adresowany do prezydenta Donalda Trumpa list został przechwycony w jednej z sortowni.

List miał zostać wysłany z Kanady. Kobiecie najprawdopodobniej postawione zostaną zarzuty federalne. Jej tożsamość nie jest znana. To nie pierwszy przypadek wysłania listu z rycyną do amerykańskiego przywódcy.

W 2018 roku aresztowano weterana marynarki wojennej, który przyznał się, że wysłał Trumpowi i innym przedstawicielom administracji koperty zawierające substancję podobną do rycyny. Listy zostały przechwycone przez służby.

Cztery lata wcześniej na 25 lat więzienia skazano mężczyznę z Missisipi, który zaadresował listy z rycyną do ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy oraz innych urzędników. W żadnych z tych przypadków koperty z trucizną nie trafiły do rąk amerykańskich prezydentów.

Rycyna to toksyczna substancja pochodząca z rącznika pospolitego i była stosowana w zamachach terrorystycznych. Zażycie trucizny może być śmiertelne, skutkować m.in. krwotokiem wewnętrznym, uszkodzeniami wątroby, nerek i układu krwionośnego.
Źródło info i foto: onet.pl

„Masa” znów trafi za kratki?

Najsłynniejszy polski świadek koronny już niedługo może znów trafić do więzienia. Wszystko przez to, że Jarosław Ł. ps. „Masa”, miał zaprzepaścić szansę porozumienia z prokuraturą. Teraz grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności.

Portal tvpinfo.pl donosi, że Jarosław Ł. (przedtem S. – red.) „Masa” miał mieć odmienne zdanie od śledczych w kwestii pobytu w zakładzie karnym. Świadek koronny spędził ostatnie dwa lata w areszcie śledczym i w ramach dobrowolnego poddania się karze ten czas zaliczony byłby na poczet odbywania wyroku. „Tym samym spełniałby warunki do warunkowego przedterminowego zwolnienia z więzienia z racji odbycia połowy kary” – twierdzi portal.

Były gangster z grupy Pruszkowskiej od kilku miesięcy miał lobbować za wyjściem na wolność i nie zamierzał dłużej pozostawać za kratami. „Masa” – według relacji tvpinfo.pl – miał umniejszać swoją rolę w przestępstwach i nie być do końca szczerym ze śledczymi, dlatego w styczniu skierowano akt oskarżenia wobec przestępcy.

– „Masa” zagrał va banque. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby wyrok, jaki usłyszy, był wyższy od naszej propozycji. Jarosław Ł. popełniał przestępstwa, będąc świadkiem koronnym, znajdując się pod ochroną państwa. Za sprawą „korony” uniknął z pewnością wieloletniej odsiadki i miał warunki, aby zerwać z kryminalną przeszłością – przyznała anonimowa osoba zbliżona do śledztwa. Według niej „powrót do popełnienia przestępstw może być okolicznością obciążającą”.

Jarosław Ł. będzie teraz odpowiadał z wolnej stopy, mury aresztu opuścił w maju. – Nie miałem myśli samobójczych, choć było ciężko. Bardzo brakowało mi przez te dwa lata żony, która na szczęście regularnie mnie odwiedziała – powiedział po wyjściu z ośrodka penitencjarnego „Masa”. – Dziś jestem kompletnie inny, przemyślałem bardzo wiele rzeczy, zrobiłem rachunek sumienia- dodał gangster.

Przypomnijmy, że najsłynniejszy polski świadek koronny jest oskarżony o popełnienie 17 przestępstw – m.in. oszustw, wręczania łapówek oraz paserstwa. Grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: wp.pl

Afera w GetBack. Zarzuty wobec Leszka Cz. Jest też wniosek o areszt. Możliwy list gończy

Zbigniew Ziobro zabrał głos ws. afery trefnych obligacji GetBack. – Leszek Cz. naraził wielu klientów Idea Banku na szkody w ogromnym rozmiarze. Zasadne było wystąpienie z wnioskiem o areszt, jeśli sąd się za tym opowie, zostanie wystawiony list gończy – powiedział. Dodał, że dotyczy to kwoty 130 mln zł. Cz. przebywa za granicą.

– Praworządne państwo jest wtedy, gdy nawet ci, którzy są silni, nie są silniejsi od tych, których oszukują. Stąd śledztwo, którego celem było wyjaśnienie oszustw na bardzo wielką skalę, wobec bardzo wielu obywateli w ramach tak zwanej afery GetBack – powiedział prokurator generalny i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

– Prawdą jest, iż warszawska prokuratura postanowiła wystosować zarzuty wobec pana Leszka Cz. Naraził klientów Idea Banku na straty w ogromnej skali. Zachodziły wszelkie przesłanki, by wystąpić do sądu o tymczasowe aresztowanie – dodał.

W połowie września media obiegła informacja, że prokuratura chce aresztować Leszka Cz. w związku z aferą GetBack. Śledczy uznali, że za działanie piramidy finansowej odpowiadać powinni nie tylko twórcy, ale również właściciele banków, które sprzedawały obligacje.

Papiery można było kupić między innymi za pośrednictwem należącego do Cz. Idea Banku, więc – zdaniem prokuratury – biznesmen również ponosi odpowiedzialność za aferę.
Źródło info i foto: money.pl

37-latek aresztowany za napaść na ratowników medycznych

37-latek zatrzymany po interwencji grodziskich policjantów w jego domu usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy publicznych oraz znieważenia ich. Mężczyzna zaatakował nożem ratowników medycznych wezwanych w celu udzielenia mu pomocy. Decyzją sądu został aresztowany na 3 miesiące. Za popełnione przez niego przestępstwo grozi mu kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Tuż przed północą grodziscy policjanci otrzymali zgłoszenie o ataku na ratowników medycznych w jednym z domów. Funkcjonariusze natychmiast pojawili się na miejscu, gdzie zastali dwóch ratowników medycznych i wskazanego przez nich agresora. Z ich wyjaśnień wynikało, że zostali wezwani w celu udzielenia pomocy mężczyźnie, który miał mieć problemy z oddychaniem. Na miejscu okazało się, że osoba ta była pod wpływem alkoholu i nie wymagała pomocy. Po pouczeniu o niepotrzebnym wezwaniu pacjent wszczął awanturę, w czasie której chwycił nóż i skierował go w stronę ratowników, wyzywając ich. Mężczyznom udało się obezwładnić napastnika. 37-latek został zatrzymany.

Po wytrzeźwieniu usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy publicznych i znieważenia ich podczas wykonywania obowiązków służbowych. Sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu mężczyzny na okres 3 miesięcy. Za popełniony czyn grozi mu nawet 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Pierwsze zatrzymania uczestników niedzielnego protestu na Białorusi

O zatrzymaniach uczestników niedzielnego protestu, którzy próbują skoncentrować się w różnych punktach w centrum miasta, informują media niezależne na Białorusi. Mimo tych zatrzymań ludzie gromadzą się, by wziąć udział w Pochodzie Sprawiedliwości. Portale TUT.by i Onliner.by informują o zatrzymaniach przy Prospekcie Zwycięzców i na ulicy Niamiha, a także w innych miejscach.

Mimo interwencji służb ludzie gromadzą się w okolicy pomnika Mińska Miasta-Bohatera. Media niezależne szacują, że zebrało się tam już kilka tysięcy ludzi i wciąż napływają nowi uczestnicy.

Przed niedzielnym protestem w Mińsku, które władze uważają za „nielegalną akcję masową”, na ulice miasta wyprowadzono milicję i wojsko, a także ciężarówki, sprzęt do rozpędzania demonstracji i transportery opancerzone.

Do centrum Mińska wjechało wiele ciężarówek z funkcjonariuszami i więźniarek, armatki wodne i inny sprzęt milicyjny, a także transportery opancerzone. Otoczone są niektóre budynki w centrum, a także zablokowane ulice – m.in. Prospekt Niepodległości na odcinku prowadzącym do pałacu prezydenckiego, Prospekt Puszkina i inne ulice.

Stacje metra w centrum zostały zamknięte, jak podano: „ze względu na bezpieczeństwo pasażerów”.

Ok. godziny 14.30 czasu białoruskiego (13.30 w Polsce) w centrum miasta tradycyjnie już zaczęły się problemy z dostępem do internetu z telefonów komórkowych. TUT.by powołując się na jednego z operatorów podał, że zrobiono to na żądanie „uprawnionych instytucji państwowych”.

Wiadomo również o zatrzymaniach w innych miastach, m.in. w Homlu i w Grodnie.
Źródło info i foto: TVP.info

CBŚP: 38-latek upozorował własną śmierć. Chciał wyłudzić 26 mln złotych

Centralne Biuro Śledcze Policji zatrzymało 38-letniego obywatela Ukrainy, który próbował wyłudzić 26 milionów złotych z kilkunastu polis ubezpieczeniowych. 38-letni Ievghen P. przy pomocy ukraińskich służb upozorował swoją śmierć. Grozi mu 10 lat pozbawienia wolności. Do zatrzymania podejrzanego 38-latka doszło pod koniec sierpnia na przejściu granicznym w Dorohusku. Według ustaleń śledczych Eugeniusz P. zaczął realizować swój plan już rok wcześniej.

– Pod koniec października 2019 roku do kilkunastu zakładów ubezpieczeniowych w Polsce zgłosiła się matka Ievgena P. Kobieta wnioskowała o wypłatę odszkodowań z tytułu śmierci jej syna, będącego obywatelem Ukrainy. Polisy opiewały na łączną kwotę prawie 26 milionów złotych – przekazał w poniedziałek Dział Prasowy Prokuratury Krajowej.

Twierdziła, że zginął w wypadku

Matka 38-latka twierdziła, że jej syn zginął w lipcu 2019 roku w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Miał wpłynąć łodzią na Zbiornik Kijowski na Ukrainie i zderzyć się z inną, niezidentyfikowaną łódką. Z dokumentów, które przedstawiła kobieta, wynikało, że jej syn wypadł za burtę i utonął. Jego ciało miało zostać odnalezione dwa miesiące później i następnego dnia zostać poddane kremacji.

Funkcjonariusze z Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Ekonomicznej CBŚP ustalili, że Ievgen P. w okresie pomiędzy październikiem 2018 roku a styczniem 2019 roku zawarł umowy ubezpieczeń na życie w dwudziestu zakładach ubezpieczeniowych.

– Ustalono także, że mężczyzna ten uzyskał polskie obywatelstwo w grudniu 2018 roku i posługuje się polskimi dokumentami, jako Eugeniusz P., o czym nie powiadomił żadnej firmy ubezpieczeniowej – przekazała nadkom. Iwona Jurkiewicz z CBŚP.

Miał nie żyć, a… podróżował po świecie

Policjanci wyśledzili, że w czasie, kiedy Ievgen P. miał nie żyć, podróżował po świecie. Posługując się polskimi dokumentami, odwiedzał Ukrainę, Wielką Brytanię, Turcję i Cypr.

Mężczyzna został zatrzymany 30 sierpnia na przejściu granicznym w Dorohusku na podstawie postanowienia Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Lublinie.

– Prokurator przedstawił podejrzanemu zarzuty usiłowania oszustwa co do mienia znacznych rozmiarów w kwocie prawie 26 milionów złotych. Decyzją sądu został tymczasowo aresztowany na okres trzech miesięcy. Mężczyźnie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności – podał Dział Prasowy PK. Jak podkreślają śledczy, sprawa jest rozwojowa, niewykluczone są dalsze zatrzymania.

Podejrzenie „sfałszowania śledztwa”

Prokuratura Krajowa ustaliła, że śledztwo w tej sprawie prowadzi ukraińskie Państwowe Biuro Śledcze. Postępowanie zostało wszczęte w związku z podejrzeniem „sfałszowania śledztwa” przez byłych pracowników prokuratury oraz policji, którzy prawdopodobnie pomagali 38-latkowi uzyskać wielomilionowe odszkodowanie. Postępowanie dotyczy również fałszywych zeznań matki Eugeniusza P. oraz pracowników biura medycyny sądowej.
Źródło info i foto: polsatnews.pl