Zabił szwedzką dziennikarkę Kim Wall. Próbował uciec z więzienia

A police marksman and his dog observes convicted killer Peter Madsen threatening police with detonating a bomb while attempting to break out of jail in Albertslund, Denmark on 20 October 2020 – Madsen serves a life sentence for the 2017 murder of Swedish journalist Kim Wall on board his submarine, UC3 Nautilus. (Photo by Nils Meilvang / Ritzau Scanpix / AFP) / Denmark OUT

Peter Madsen, duński konstruktor łodzi podwodnych, który został skazany na dożywocie za zamordowanie w sierpniu 2017 roku szwedzkiej dziennikarki Kim Wall, próbował uciec z więzienia. Mężczyzna został już złapany – poinformował Reuters, powołując się na duńską policję. Policja poinformowała, że aresztowała mężczyznę w pobliżu więzienia, a później potwierdziła, że to Peter Madsen – podaje BBC. Na zdjęciach z obławy widać uzbrojonych funkcjonariuszy, którzy otoczyli zbiega. Nie ma wątpliwości, że na fotografii jest brutalny morderca.

Według agencji Reuters Madsena przechwycono blisko placówki w Kopenhadze, w której odsiaduje wyrok. BBC informuje, że duński zabójca powiedział dziennikarzom, że ma przy sobie ładunek wybuchowy. Z informacji duńskiego tabloidu Ekstra Bladet wynika z kolei, że mężczyzna wziął jako zakładniczkę kobietę, psychologa, i groził jej „przedmiotem podobnym do pistoletu”.

Peter Madsen odsiaduje karę dożywocia, na którą został skazany wiosną 2018 roku. Duńczyk w sądzie nie przyznał się do zabójstwa, a jedynie do rozczłonkowania ciała dziennikarki i wyrzucenia jego części za burtę swej łodzi. Nieco więcej powiedział dziennikarzowi Kristianowi Linnemannowi, który przeprowadzał z odsiadującym dożywocie 49-latkiem rozmowy telefoniczne. W rozmowie, która jest częścią serialu „The Secret Recordings With Peter Madsen” (Sekretne rozmowy z Peterem Madsenem – red.), potwierdził, że w 2017 roku zabił Kim Wall. – Tylko jedna osoba ponosi za to winę i jestem to ja – skwitował.

Sąd uznał, że jest on winien zarówno morderstwa, zbezczeszczenia zwłok, jak i przestępstwa na tle seksualnym. W jego komputerze znaleziono materiały pornograficzne z przemocą. Madsen nie odwołał się od wyroku, a jedynie domagał się złagodzenia kary. Wniosek ten został jednak przez sąd wyższej instancji odrzucony.

Szwedzka dziennikarka, która miała doświadczenie w realizacji materiałów w Syrii, Sri Lance czy na Haiti, weszła na pokład łodzi Madsena, aby zrealizować o nim reportaż. Był on wówczas znany jako zdolny wynalazca i wizjoner, który chciał wystrzelić się w kosmos. Aby zrealizować ten cel, rywalizował z dawnymi współpracownikami, z którymi rozstał się w nieprzyjemnych okolicznościach. Dopiero po morderstwie dziennikarki wyszło na jaw, że przejawiał on cechy psychopatyczne oraz narcystyczne.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Częstochowa: „Biletowana impreza na około tysiąc osób”. Jest śledztwo prokuratury

Na drzwiach jednego z częstochowskich klubów miała wisieć informacja: impreza zamknięta. Ale według ustaleń śledczych, każdy mógł wejść do środka. W nocy z soboty na niedzielę miało się tam bawić około tysiąc osób. Prokuratura ustala, kto zorganizował tę huczną zabawę w czasie pandemii.

Prokuratura Rejonowa Częstochowa Północ wszczęła śledztwo w sprawie „sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób poprzez spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego”.

– Spowodowanie zagrożenia miało polegać na zorganizowaniu imprezy dla około tysiąca osób przez jeden z klubów nocnych w Częstochowie podczas trwania epidemii koronawirusa 10 października – mówi Tomasz Ozimek, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

Policja zabezpieczyła zapisy monitoringu oraz ustaliła tożsamość części uczestników imprezy.

– Niektórzy goście wyszli podczas legitymowania – mówi Marta Kaczyńska, rzeczniczka policji w Częstochowie.

Impreza zamknięta?

Jak mówi Marta Kaczyńska, policja wcześniej dostawała anonimowe sygnały, że mimo pandemii w tym lokalu odbywają się dyskoteki. Lokalny portal zycieczestochowy.pl, opisując interwencję z 10 października podał, że „na drzwiach klubu znajdowała się informacja, że jest to impreza zamknięta”. – Każdy mógł tam wejść – komentuje Kaczyńska.

– Ze wstępnych ustaleń wynika, że personel klubu sprzedawał bilety wstępu na tę imprezę – mówi Tomasz Ozimek.

Prokuratora planuje przesłuchania personelu klubu oraz ustalonych uczestników imprezy. Wspólnie z sanepidem będzie sprawdzać, czy ktoś był zakażony.

Przestępstwo, które jest przedmiotem śledztwa, jest zagrożone karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat. Jeszcze nikomu nie postawiono zarzutów. Prokurator: czynności koncentrować się będą na ustaleniu, kto zorganizował taką imprezę.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zabójstwo dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego w konsulacie. Jego rodzina pozywa saudyjskiego księcia

Rodzina zabitego w 2018 roku saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego złożyła pozew do sądu federalnego w Waszyngtonie, oskarżając księcia koronnego Mohammeda bin Salmana o osobiste podjęcie decyzji o zamordowaniu publicysty, który był zagorzałym krytykiem rodziny królewskiej w Arabii Saudyjskiej.

W pozwie wymieniany jest książę Mohammed bin Salman i wielu urzędników saudyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Oskarżeni oni są o „brutalną i bezczelną zbrodnię, która była planowana tygodniami i dokonana została z premedytacją”.

Dżamal wierzył, że wszystko jest możliwe w Ameryce, dlatego pokładamy ufność w amerykańskim systemie wymiaru sprawiedliwości i wierzymy w sprawiedliwość – oświadczyła organizacja praw człowieka, która złożyła pozew w imieniu rodziny zabitego dziennikarza.

Opozycyjny wobec władz w Rijadzie Chaszukdżi został zabity w saudyjskim konsulacie w Stambule, do którego poszedł 2 października 2018 roku, by załatwić formalności związane ze ślubem. Władze saudyjskie przez długi czas twierdziły, że nie mają nic wspólnego z jego zaginięciem, ale ostatecznie przyznały, że doszło do zabójstwa, gdy zawiodły próby nakłonienia dziennikarza do dobrowolnego powrotu do kraju. Zwłok nigdy nie odnaleziono. Saudyjski prokurator przyznał, że zostały rozczłonkowane i wyniesione z konsulatu.

Na początku września sąd drugiej instancji w Rijadzie skazał na kary po 20 lat więzienia pięciu oskarżonych o zabicie saudyjskiego dziennikarza. Trzy inne osoby skazano na kary od siedmiu do 10 lat pozbawienia wolności.

Proces w Arabii Saudyjskiej był szeroko krytykowany przez organizacje praw człowieka, według których żaden wyższy rangą saudyjski urzędnik ani nikt podejrzany o zlecenie zabójstwa nie został uznany za winnego. Podważono także niezależność saudyjskiego sądu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Francja: Nowe informacje ws. brutalnego zabójstwa nauczyciela historii

Zabójstwo nauczyciela przez ucznia zdruzgotało Francuzów. Teraz w sprawie pojawił się nowy wątek. Ojciec ucznia oskarżonego o rozpoczęcie internetowej kampanii przeciwko belfrowi wysyłał wiadomości do zabójcy przed atakiem. Francuzi nie mogą się otrząsnąć po morderstwie nauczyciela. Samuel Paty został zamordowany przez swojego ucznia, który w bestialski sposób odciął mu głowę. Powodem ataku miało być to, że nauczyciel pokazał uczniom Mahometa. Teraz francuskie media donoszą, że morderca nie działał sam.

Coraz więcej wskazuje na to, że zamach na nauczyciela był zaplanowany. Ojciec ucznia oskarżonego o rozpoczęcie internetowej kampanii przeciwko Samuelowi Paty’emu wysłał wiadomości do zabójcy przed atakiem. 48-latek jest oskarżony o wydanie fatwy na nauczyciela. Na terenie całego kraju odbyły się w weekend manifestacje, w których wzięły udział tysięcy Francuzów. Ludzie chcieli uczcić pamięć mężczyzny i bronić wolność słowa.

Sprawa została potraktowana bardzo poważnie przez francuskie władze. 19 września policja rozpoczęła serię nalotów na około 40 domów. Celem były siatki islamistyczne. Zatrzymano lidera jednej z nich i 15 innych osób. Coraz więcej osób uważa, że ​​francuskie zasady dotyczące sekularyzmu i wolności słowa powinny ulec zmianie.

Nauczyciel historii i geografii był celem ataków po pokazaniu karykatury. Przed jej pokazaniem ostrzegł wszystkich uczniów, że to zrobi, i poprosił o wyjście z sali tych, których mogłoby to urazić. Nauczyciel otrzyma pośmiertnie najwyższą nagrodę Francji – Legię Honorową. W ceremonii pogrzebowej udział weźmie prezydent Macron.
Źródło info i foto: o2.pl

Fiakrzy z Morskiego Oka z wyrokami

Zakopiańscy fiakrzy skazani za znęcanie nad zwierzętami. To pierwszy taki wyrok w sprawie koni z Morskiego Oka. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu argumentował, że głównym celem dwóch mężczyzn był zysk, ale ich działania były nieodłącznie związane z bólem i cierpieniem u koni.

Sprawa Wojciecha Ch. i Jana W. trafiła na wokandę Sądu Rejonowego w Zakopanem niejako przez przypadek, bo Tatrzański Park Narodowy zimą 2016 roku nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad końmi, choć przypadki te wykryła Straż Parku. – Opinia publiczna, ani organa ścigania w 2016 roku nie dowiedziały się o tych sprawach, bo Tatrzański Park Narodowy o nich nie informował – mówi mecenas Katarzyna Topczewska – Nikt też nie powiadomił organizacji ochrony zwierząt, nie było żadnych zdjęć czy filmów, wykonanych przez turystów. Ale do akt jednego z postepowań prokuratury w sprawie systemowego znęcania się nad końmi trafiły zestawienia kontroli Straży Parku na trasie do Morskiego Oka, zawierające opis zdarzeń, wykonanych czynności i fotografie, również z monitoringu wizyjnego. Biegła sądowa lekarz weterynarii, analizując akta uznała, że w przypadku koni Max, Shann i Okaz doszło do złamania przepisów ustawy o ochronie zwierząt. To właśnie w ten sposób Fundacja Viva! dowiedziała się o tych sprawach – tłumaczy.

W ten sposób niemal dwa lata od czynu Prokuratura Rejonowa w Zakopanem wszczęła odrębne śledztwo, dotyczące znęcania nad końmi. Postawione mężczyznom zarzuty dotyczyły wykorzystywania do pracy chorego konia z pękniętym kopytem oraz trzykrotnego pokonania trasy przez tę samą parę koni, Shanna i Okaza, bez zapewnienia im odpoczynku oraz kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania. W wyniku tego jeden z koni przewrócił się na trasie i nie był w stanie wstać i samodzielnie wrócić na dolny parking.

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał obu mężczyzn za winnych znęcania się nad Maxem, Shannem i Okazem, a w wyniku apelacji sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. – Sąd utrzymał wyrok w mocy w całości – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W uzasadnieniu ustnym sąd przyznał rację oskarżycielowi posiłkowemu, którym była Viva! i argumentował, że wiodącym zamiarem skazanych mężczyzn był zarobek, a wynikające z tego zachowania były bezsprzecznie związane z bólem i cierpieniem u wykorzystywanych do pracy koni – tłumaczy.

„Ten wyrok jest przełomowy”

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu podnosił, że jeżeli zachowanie wyczerpuje opis któregoś z punktów art. 6 ust. 2 ustawy o ochronie zwierząt, to nie trzeba już udowadniać, że spowodowało ono ból lub cierpienie, gdyż to sam ustawodawca przesądził, że zachowania w tych punktach wymienione są znęcaniem się, czyli ból lub cierpienie powodują. W tym konkretnym przypadku do pracy wykorzystano chore zwierzę z pękniętym kopytem, dwa inne konie zostały zmuszone do pracy ponad siły, w dodatku bez przerw na odpoczynek i w zbyt szybkim tempie.

– Mieliśmy tu do czynienia z ewidentnym złamaniem przepisów ustawy, a wszystkie dowody zgromadzone w aktach postępowania, w tym zeznania pracowników parku narodowego, to potwierdzały – mówi mecenas Katarzyna Topczewska, reprezentująca Vivę! w tej sprawie – Ten wyrok jest przełomowy i jest swojego rodzaju wyłomem w murze obojętności, bo Tatrzański Park Narodowy nie miał w zwyczaju zawiadamiania prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi w wykrytych przez siebie sprawach, a w konsekwencji zwierzęta pracujące ponad siły na trasie przez lata były pozbawione ochrony prawnej, wynikającej z ustawy o ochronie zwierząt. Liczę na to, że po tym wyroku urzędnicy parku narodowego będą informowali organa ścigania o wszystkich podobnych wykrytych przez siebie przypadkach łamania przepisów – dodaje.

Konie same biegły kłusem, by uniknąć bicia

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu nie dał wiary argumentacji obrońcy Jana W., że ten nie wiedział o pękniętym kopycie i o bólu, jakie to pęknięcie może powodować. W tym zakresie również przyznał rację oskarżycielom posiłkowym, Fundacji Viva! i Tatrzańskiemu Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami, że osoby wykonujące transport konny do Morskiego Oka od lat kreują się na znawców koni, ich hodowli i pracy z nimi, a więc powinny posiadać podstawową wiedzę o ich chorobach i użytkowaniu. – W toku postępowania Wojciech Ch. twierdził, że konie samodzielnie zmieniły tempo pracy ze stępa na kłus na stromym odcinku trasy i że nie było w tym jego winy – mówi Beata Czerska, prezeska Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami – Tymczasem to powożący powinien zareagować i uspokoić tempo jazdy. W wyniku takiej zmiany tempa ze stępa do kłusa przeciążenia, jakim poddawane są konie, wzrastają wielokrotnie.

A ustawa o ochronie zwierząt zabrania nie tylko przeciążania koni, ale również zmuszania ich do zbyt szybkiego biegu. Trzeba tu też podkreślić, że to przyspieszenie mogło wynikać z tak zwanego warunkowania instrumentalnego, czyli takiego, w którym konie wielokrotnie na tym odcinku byłyby poddawane działaniu bodźca karzącego, na przykład popędzania batem i w wyniku świadomości nieuniknionej kary nauczyłyby się, że muszą biec kłusem, żeby jej uniknąć – tłumaczy.

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu utrzymał w mocy również wymiar kary, zasądzony w pierwszej instancji. Zgodnie z prawomocnym już wyrokiem każdy ze skazanych musi zapłacić 1600 zł grzywny oraz 1500 zł nawiązki. Viva! w swojej apelacji argumentowała, że kara ta jest zbyt niska, bo każdy z przedsiębiorców wykonujących transport konny do Morskiego Oka może karę o takiej wysokości odpracować w ciągu 1-2 dni pracy na trasie. Sąd stwierdził jednak, że kara, jaką ponieśli skazani jest adekwatna, bo wcześniej w wyniku działań administracyjnych Tatrzańskiego Parku Narodowego utracili też możliwość zarabiania na tym transporcie, a dziś żaden z nich nie świadczy już tych usług. – Choć domagaliśmy się wyższej kary i tak jesteśmy zadowoleni, że do skazania doszło – mówi Anna Plaszczyk

– To pierwszy w historii prawomocny wyrok skazujący za znęcanie się nad końmi z Morskiego Oka. Mam nadzieję, że nie ostatni, bo w toku jest śledztwo Prokuratury Okręgowej w Kielcach w sprawie systemowego znęcania się nad końmi na trasie. I to właśnie ta sprawa może doprowadzić do ostatecznej likwidacji tej anachronicznej „rozrywki” dla turystów – dodaje.

Ogromny ból i cierpienie zwierzęcia

Jan W. został skazany za znęcanie się nad koniem poprzez wykorzystywanie do pracy chorego zwierzęcia. Koń Maks pracował na trasie od 2013 roku. Zimą 2016 roku miał 7 lat. 27 stycznia jedna z turystek zgłosiła do Tatrzańskiego Parku Narodowego, że na trasie do Morskiego Oka pracuje koń z pękniętym kopytem. Furman Jan W. kazał mu pracować, choć uraz ten powodował ogromny ból i cierpienie zwierzęcia. Później tłumaczył, że nie wiedział, że taki uraz jest dla konia bolesny.

Tatrzański Park Narodowy jeszcze tego samego dnia potwierdził uraz u konia i nakazał wycofać go z pracy oraz rozpocząć leczenie. Dwa dni później w stajni pojawili się funkcjonariusze Straży Parku TPN i lekarz weterynarii. Okazało się, że koń nie był leczony. Kopyto nie było opatrzone, a zwierzę cierpiało. Tatrzański Park Narodowy jedynie zawiesił licencję Janowi W. na wykonywanie transportu na 6 miesięcy i odsunął konia od pracy na pół roku, ale nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad zwierzętami. Furman sprzedał Maksa w maju lub czerwcu 2016 roku. Koń nigdy nie wrócił na trasę do Morskiego Oka. Jego dalsze losy pozostają nieznane.

Drugi ze skazanych to Wojciech Ch. 5 lutego 2016 roku zaprzągł on do sań konie Shanna i Okaza. Shann miał 9 lat i na trasie pracował od mniej więcej roku. Po południu Shann przewrócił się na trasie i nie był w stanie samodzielnie wstać. Został zabrany z trasy autem do przewozu koni, a sanie na dół zwiózł sam Okaz. Wojciech Ch. nie wymienił koni po kursie i nie zapewnił im dwóch godzin odpoczynku, powoził zaprzęgiem ciągniętym przez konie biegnące kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania, nie zapewnił koniom 20-minutowego odpoczynku na górnym postoju na Włosienicy. Kiedy koń się przewrócił – wjechał na teren parku autem i zabrał nim konia. Wojciech Ch. w dzienniku pracy koni w tym dniu wpisał tylko dwa kursy dół-góra-dół i dla każdego kursu wpisał inną parę koni.

Tymczasem z zapisu monitoringu wynikało, że trasę pokonał w tym dniu trzy razy – za każdym razem tą samą parą koni. Mężczyzna nie zgłosił TPN faktu upadku konia Shann na trasie, a wręcz usiłował ten fakt zataić, wjechał na teren TPN samochodem do tego nieuprawnionym i zwiózł nim konia na dolny parking. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch. do czasu wyjaśnienia sytuacji. Jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów turystów na trasie do Morskiego Oka. Ani Okaz ani Shann po wypadku nie wróciły na trasę do Morskiego Oka. Ich los pozostaje nieznany.
Źródło info i foto: interia.pl

Zbigniew S. chce azylu w Norwegii

Zbigniew S. po zwolnieniu z aresztu śledczego wyjechał do Norwegii i ubiega się o azyl polityczny. Sam S. twierdzi, że jest w Polsce prześladowany, a jego rodzina – kryminalizowana. Prokuratura Krajowa podała, że „przestępca ten w ciągu ostatnich 20 lat był skazany 28 razy” m.in. za oszustwa, zniesławienia i znieważenia. Sąd Rejonowy Lublin-Zachód oddalił w miniony czwartek wniosek o aresztowanie Zbigniewa S., któremu Prokuratura Regionalna w Lublinie zarzuciła przywłaszczenie 253 tys. zł na szkodę prowadzonej przez niego fundacji i sprzeniewierzenia ich podczas gry w ruletkę. Przestępstwo to – jak przekazała prokuratura – miał popełnić w warunkach recydywy.

Mimo to decyzją sądu S. został zwolniony i – jak wynika z publikowanych przez niego na Facebooku treści – przebywa w Norwegii, gdzie zamierza się ubiegać o azyl polityczny.

„Byłem jak zwierz…”

„Mój azyl nie ma na celu sparaliżowania moich spraw, w których zamierzam uczestniczyć konferencyjnie, lecz azyl ma mi dać prawo do życia, pracy i ochrony zdrowia” – napisał S.

Z relacji Zbigniewa S. wynika, że przebywając w Polsce był prześladowany i „fałszywie oskarżany przez prokuratury w całej Polsce”, które „nie znajdowały elementarnych walorów dowodowych oskarżeń kierowanych wraz z wnioskami o kolejne aresztowania”.

– Byłem jak zwierz codziennie wzywany do sądu – powiedział we wtorek wieczorem podczas relacji na żywo. Dodał: „mam nadzieję, że dostanę ten azyl”.

PK: kryminalna przeszłość

Prokuratura Krajowa w odpowiedzi na pytanie o charakter przestępstw zarzucanych na przestrzeni lat Zbigniewowi S., a także ewentualne polityczne podłoże wszczynanych przeciwko niemu postępowań, odpowiedziała, wymieniając czyny o charakterze kryminalnym.

„Zbigniew S. był skazany m.in. o oszustwa, znieważenia (w tym Prezydenta RP) i zniesławienia, znieważenie osób publicznych, kierowanie gróźb karalnych, składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenie, fałszowanie dokumentów, przywłaszczenia, wymuszania zaniechania prawnej czynności służbowej groźbą lub przemocą, naruszenie miru domowego, publiczne nawoływanie do występku lub przestępstwa skarbowego oraz sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy” – wyliczyła PK.

Z danych przygotowanych przez Dział Prasowy PK wynika, że w latach 2000-20 zapadło 28 wyroków skazujących Zbigniewa S. „Ostatnio w sierpniu i we wrześniu 2020 r. w sądach w Ostrowi Mazowieckiej, Warszawie i w Zawierciu zapadły trzy nieprawomocne wyroki skazujące Zbigniewa S. na – odpowiednio – 2 lata 6 miesięcy, 1 rok 8 miesięcy i 8 miesięcy pozbawienia wolności” – podała prokuratura.

Przeciwko S. toczy się obecnie kilkanaście postępowań sądowych i – jak podała PK – w przeszłości był poszukiwany listem gończym w związku z uchylaniem się od odbycia kary pozbawienia wolności. Prokuratura Regionalna w Lublinie zapowiedziała złożenie zażalenia na decyzję sądu, który nie uwzględnił wniosku o aresztowanie Zbigniewa S.
Źródło info i foto: TVP.info

Plantacja marihuany ukryta pod ziemią

Wyjątkowego odkrycia dokonali policjanci CBŚP w powiecie nyskim, gdzie pod ziemią znajdowało się ukryte pomieszczenie, a w nim plantacja konopi z 211 krzakami. Na widok policjantów, podejrzany wyskoczył on przez okno i zaczął uciekać. Funkcjonariuszom udało się go zatrzymać. Policjanci z Zarządu w Opolu Centralnego Biura Śledczego Policji ustalili, że na terenie powiatu nyskiego znajduje się plantacja konopi indyjskich.

Policjanci dokładnie sprawdzili te informacje, a następnie przygotowali działania podczas, których zatrzymali mężczyznę. Zanim jednak do tego doszło, podejrzany na widok policjantów wjeżdżających na teren wynajmowanej przez niego posesji, wyskoczył przez okno i zaczął uciekać. Po chwili pościgu został zatrzymany, a policjanci rozpoczęli przeszukanie posesji. Wówczas to, okazało się, że w pomieszczeniach nie ma żadnej uprawy. Policjanci  znaleźli natomiast gotową już marihuanę. Sprawdzili dokładnie także teren wokół zabudowań.

Ukryta plantacja

Nieopodal posesji, w miejscu całkowicie ustronnym, pod zamaskowanym wejściem ukryta byłą podziemna uprawa konopi. Przykryte włazem wejście prowadziło do pomieszczenia, w którym znajdowała się profesjonalnie urządzona plantacja konopi, całkowicie niewidoczna dla osób postronnych.

W ukrytym pomieszczeniu rosło 211 krzewów konopi indyjskich w ostatniej fazie wzrostu. Przy uprawie konopi wykorzystywany był specjalistyczny sprzęt oświetleniowo – grzewczy, który również został zabezpieczony.

W Prokuraturze Okręgowej w Opolu podejrzanemu przedstawiono zarzuty prowadzenia nielegalnej uprawy konopi innych niż włókniste oraz posiadania środków odurzających. Na podstawie zebranego materiału i na wniosek prokuratora, Sąd Rejonowy w Opolu zastosował środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Francja zamknie swój największy meczet po brutalnym morderstwie nauczyciela

Szef MSW Francji Gerald Darmanin nakazał w poniedziałek zamknięcie Wielkiego Meczetu w Pantin w Paryżu, największej muzułmańskiej świątyni we Francji. To reakcja na zamordowanie nauczyciela historii Samuela Paty’ego, który pokazywał uczniom karykatury Mahometa.

– „Poprosiłem prefekta Seine-Saint-Denis o zamknięcie meczetu w Pantin” – powiedział minister w telewizji TF1 i zaznaczył, że prefekt powinien podpisać nakaz zamknięcia świątyni jeszcze w poniedziałek wieczorem.

W poniedziałek władze francuskie rozpoczęły serię akcji, wymierzonych w ruch islamistyczny i obiecały „wojnę z wrogami Republiki”. Policja przeprowadziła operacje przeciwko „kilkudziesięciu osobnikom” w ramach walki z islamizmem.

Darmanin przekazał ponadto, że obecnie prowadzonych jest ponad 80 śledztw dotyczących mowy nienawiści w internecie we Francji oraz bada się, czy niektóre organizacje, stowarzyszenia czy grupy działające we francuskiej społeczności muzułmańskiej, w tym Wspólnota przeciwko islamofobii we Francji (CCIF) powinny zostać rozwiązane w związku z oskarżeniami o propagowanie przemocy i nienawiści. W ramach tych dochodzeń doszło do zatrzymań.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Zabrze: Po weselu zaatakowała męża nożem

Takiego finału pięknego wesela w Zabrzu nikt się nie spodziewał. 48-letni mężczyzna wrócił z imprezy do domu przed swoją żoną. A gdy ta się zjawiła, doszło do awantury. Podczas kłótni 58-latka wpadła w szał! Chwyciła za nóż i dokonała krwawej masakry.

Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło w minioną niedzielę rano, 18 października, w jednym z mieszkań w centrum Zabrza. Około godz. 7:30 oficer dyżurny otrzymał zgłoszenie dotyczące mężczyzny, który z ranami brzucha miał leżeć nieprzytomny w swoim mieszkaniu. Na miejsce skierowano policyjną grupę operacyjno-procesową. – Funkcjonariusze ustalili, że poprzedniego wieczoru mężczyzna był ze swoją żoną na weselu. Z uroczystości wrócił wcześniej niż partnerka, a kiedy i ona zjawiła się w mieszkaniu, doszło do awantury. Podczas kłótni 58-latka zadała swojemu partnerowi kilka ciosów nożem i innym przedmiotem w okolicę klatki piersiowej – relacjonują mundurowi.

Pomimo przeprowadzonej przez lekarzy operacji, 48-latek zmarł jeszcze tego samego dnia w szpitalu. Kobietę zatrzymano, miała w organizmie blisko dwa promile alkoholu. Zebrany materiał dowodowy umożliwił prokuratorowi przedstawienie jej zarzuty jednaj z najcięższych zbrodni. – Decyzją sądu, mieszkanka Zabrza została tymczasowo aresztowana na 3 miesiące. Grozi jej dożywocie – mówią policjanci z Zabrza.
Źródło info i foto: se.pl

Kardynał Stanisław Dziwisz o największym skandalu pedofilskim w historii Kościoła

Kardynał Stanisław Dziwisz twierdzi, że nie słyszał o liczbie ofiar Marciala Maciela Degollado, którego sprawę przez dekady tuszowano w Watykanie. Zapewnia, że nie wiedział też o zawieszeniu dochodzenia ws. Degollado w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. – Pierwsze słyszę. Nie wiem, kto by mógł [dochodzenie] wstrzymać. Na pewno nie papież – powiedział w TVN24.

Kardynał Stanisław Dziwisz rozmawiał z Piotrem Kraśką w „Faktach po Faktach”. Pierwsza część rozmowy dotyczyła księdza Jana Wodniaka, który molestował ministranta. Dziwisz miał otrzymać list w tej sprawie wiele lat temu, jednak zapiera się, że tak się nie stało. – Chcą przerzucić na mnie odpowiedzialność. Ja tej odpowiedzialności nie miałem. Nie miałem wiedzy. To jest inna diecezja – powiedział hierarcha.

Jan Paweł II „nigdy niczego nie ukrywał”

W drugiej części dziennikarz pytał o Jana Pawła II w kontekście ukrywania pedofilii w kościele katolickim. Dziwisz, który przez lata był osobistym sekretarzem Wojtyły, przekonywał, że ten „nigdy niczego nie ukrywał i nie chował”.

Kraśko przytoczył w rozmowie anegdotę, którą opowiedział papież Franciszek dziennikarzom. „Daj to do archiwum, wygrała druga partia” – miał powiedzieć Jan Paweł II do swojego ówczesnego sekretarza Josepha Ratzingera, kiedy ten przedstawił mu dokumentację dotyczącą skandalu z molestowaniem. – To papież powiedział? Myślę, że tak to nie było – odparł Dziwisz.

175 ofiar Legionu Chrystusa

Jako przykład tuszowania skandali pedofilskich prowadzący podał Marciala Maciela Degollado – księdza, który w 1941 roku założył w Meksyku Legion Chrystusa. Już w latach 40. do Watykanu docierały informacje o tym, że Degollado jest uzależniony od narkotyków i dopuszcza się czynów pedofilskich.

Dopiero w 2006 roku, w czasie pontyfikatu Benedykta XVI, Kongregacja Nauki Wiary usunęła duchownego ze służby publicznej i nakazała mu spędzić resztę życia na modlitwie i pokucie. To jedyna kara, jaką poniósł. Degollado zmarł w 2008 roku.

Osobą, która przez lata blokowała dochodzenie w sprawie zarzutów o wykorzystywanie seksualne stawianych Degollado, był sekretarz stanu z czasów pontyfikatu św. Jana Pawła II, kardynał Angelo Sodano. Pod koniec grudnia ubiegłego roku, Legion Chrystusa opublikował raport, w którym podano, że w latach 1941-2019 czynów pedofilskich dopuściło się co najmniej 33 księży i 71 seminarzystów zgromadzenia. Skrzywdzili oni co najmniej 175 osób, a 60 z nich padło ofiarą samego Marciela Maciela Degollado. Wiadomo też, że założyciel Legionu miał szóstkę własnych dzieci, które również molestował. W dniu publikacji raportu papież Franciszek przyjął rezygnację Sodano z funkcji dziekana Kolegium Kardynalskiego.

„Ja pierwszy raz słyszę o tym od pana”

Kraśko mówił Dziwiszowi m.in. o liczbie nieletnich wykorzystanych przez Degollado czy tym, że miał on dzieci. – Jak to możliwe, że taki człowiek miał takie wpływy w Watykanie. Spotykaliście go. Nic nie sprawiło, że czerwona lampka się zapalała? – pytał dziennikarz.

Ja pierwszy raz słyszę o tym od pana. Jak te sprawy zaczęły wychodzić, pytałem jednego współpracownika [Maciela], czy on wiedział o tych sprawach. On mi powiedział szczerze: „Wierz mi, że myśmy w zakonie nie wiedzieli, potrafił się po prostu ukryć”. Oni się dopiero dowiedzieli od legionistów z Ameryki. I wtedy się okazało, że prowadził podwójne życie, ale bardzo się z tym ukrywał. Bardzo boleję nad tym.
Gdy dziennikarz powiedział z kolei o kwotach, które ksiądz miał płacić za milczenie, hierarcha powiedział, że „w życiu takich pieniędzy nie widział”, a Jan Paweł II „nigdy na siebie nic nie przyjmował” i „nie znał się na pieniądzach”.

Dziwisz o zawieszeniu śledztwa: „Pierwsze słyszę”

Kraśko przypomniał, że w 1998 roku do Watykanu przybyła delegacja pokrzywdzonych przez Degollado. W 1999 roku ruszyło dochodzenie w tej sprawie, jednak zostało zawieszone w grudniu. – Pierwsze słyszę. Nie wiem, kto by mógł [dochodzenie] wstrzymać. Na pewno nie papież – stwierdził Dziwisz i dodał, że to Jan Paweł II „spowodował rozeznanie tej sprawy i potem ustanowił delegatów, którzy mieli zbadać tę sprawę na miejscu”.

Kardynał mówił również, że „te sprawy nie przechodziły przez sekretariat prywatny papieża”, a rozmowy prowadzili kardynał Ratzinger, ówczesny szef Kongregacji Nauki Wiary i Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej (a więc wspomniany wcześniej Angelo Sodano).

Pytany, czy przypomina sobie rozmowy na ten temat w otoczeniu Wojtyły, stwierdził, że „z przyjaciółmi papież nie rozmawiał na te tematy, powiedzmy, służbowe”.

„Urzędy, jak urzędy, jedne działają sprawnie…”

Dziwisz w rozmowie podkreślał, że Jan Paweł II „sam nie mógł wszystkiego robić, bo od tego są urzędy watykańskie”.

Więc od razu wskazywał i przesyłał do urzędów, żeby tymi sprawami się zajmowali. A urzędy, jak urzędy, jedne działają sprawnie, drugie powoli. W każdym razie ta sprawa szła, nie została odłożona – mówił arcybiskup senior archidiecezji krakowskiej.

Kardynał kilkakrotnie mówił również, że Jan Paweł II „nie bał się takich spraw” i „nie uciekał od tych tematów”. – Bolał [nad tym]. Dlatego te rozmaite dokumenty [słał] do biskupów amerykańskich, do Irlandii, a potem całego Kościoła. [One] przecież wypływały z jego troski. Troski o czystość Kościoła, a także troski o tych ludzi pokrzywdzonych – zapewniał.
Źródło info i foto: Gazeta.pl