Kosowo: Polscy policjanci zatrzymali podejrzanego o zbrodnie wojenne

Były rzecznik Armii Wyzwolenia Kosowa i były przewodniczący parlamentu Kosowa Jakup Krasniqi został aresztowany i przewieziony do Hagi. Zatrzymany został przez polskich policjantów z Jednostki Specjalnej Polskiej Policji w Kosowie. Trybunał ds. zbrodni wojennych w Kosowie mający siedzibę w Hadze sądzi domniemane zbrodnie popełnione w latach 1999-2000 przez członków Armii Wyzwolenia Kosowa na mniejszościach etnicznych i przeciwnikach politycznych.

Jakup Krasniqi zostanie oskarżony o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Zatrzymany przez polskich kontrterrorystów z FPU SWAT EULEX był przewodniczącym Zgromadzenia Kosowa od 2008 do 2014 roku. Od 27 września 2010 do 22 lutego 2011 oraz ponownie od 30 marca 2011 do 7 kwietnia 2011 pełnił obowiązki prezydenta Kosowa.

Polscy policjanci stanowią obecnie największą liczebnie grupę wchodzącą w skład misji EULEX Kosowo. Za profesjonalizm i zaangażowanie w działaniach polscy policjanci otrzymują bardzo wysokie oceny od władz misji.

Polski Kontyngent Policyjny w Kosowie realizuje zadania w zakresie rozwoju i wzmacniania wieloetnicznych służb policyjnych oraz wspomagania lokalnych organów odpowiedzialnych za zapewnienie przestrzegania prawa, bezpieczeństwa i porządku publicznego. W celu sprostania tym obowiązkom, zgodnie z porozumieniami zawartymi z misją EULEX, polska Policja wystawiła do służby jednostkę zdolną do realizacji zadań zarówno z zakresu kontroli tłumu i zamieszek (CRC – Crowd and Riot Control), oraz z zakresu specjalnej taktyki uzbrojenia (SWAT – Special Weapon and Tactics).
Źródło info i foto: Policja.pl

Kradzież wszech czasów w Dreźnie. Podejrzani w areszcie

Blisko rok po spektakularnym skoku na skarbiec królewski w Dreźnie, policja zatrzymała podejrzanych. Szukając łupu oraz podejrzanych policja prowadzi od świtu obławę w Berlinie. W akcji uczestniczy ponad półtora tysiąca funkcjonariuszy z siedmiu niemieckich landów. Przeszukiwane jest w sumie 18 pomieszczeń, głównie w berlińskiej dzielnicy Neukoelln.

Akcja jest zakrojona na tak szeroką skalę, że w całym mieście może dochodzić do poważnych utrudnień w ruchu-– informuje prokuratura.

Śledczy szukają zrabowanej przed rokiem bezcennej królewskiej biżuterii, a także materiałów dowodowych: ubrań, narzędzi czy śladów zachowanych w urządzeniach elektronicznych. Przeszukiwane są mieszkania, garaże i samochody. Jak podał rzecznik policji w Dreźnie, zatrzymani mężczyźni to trzej obywatele Niemiec znani z działalności w środowisku berlińskich klanów. Jeszcze dzisiaj zostaną przewiezieni do Drezna, gdzie sąd zdecyduje o ich aresztowaniu.

Odpowiedzialny za bezpieczeństwo i policję w Berlinie senator Andreas Geisel ocenił, że zatrzymanie mężczyzn to wielki sukces organów ścigania. Jest to też kolejny sygnał wysłany środowisku klanów, że nikt nie może stawiać się ponad państwem i jego zasadami.

Do spektakularnej kradzieży w muzeum w Dreźnie doszło pod koniec listopada ubiegłego roku. Złodzieje włamali się do słynnej galerii sztuki Zielone Sklepienie, dysponującej jedną z najbogatszych kolekcji klejnotów w Europie. Galeria to część skarbca znajdującego się na zamku w Dreźnie.

Ogromna wartość kulturowa

Elektor saski i król Polski August II Mocny kazał w latach 1723-1729 przebudować skarbiec i udostępnić jego zasoby publiczności. Zgromadzone są tam należące niegdyś do króla dzieła sztuki jubilerskiej i złotniczej, obiekty z kości słoniowej, kamieni i drogocenne brązy. Wśród skradzionych eksponatów był m.in polski Order Orła Białego z Gwiazdą i sasko-weimarski Order Sokoła Białego.

– Te kosztowności mają ogromną wartość kulturową – mówił Dirk Syndram, historyk sztuki i dyrektor Zielonego Sklepienia. – To niemal światowe dziedzictwo kulturowe. Nigdzie indziej nie ma kolekcji biżuterii w tej formie, jakości i liczbie – podkreślał.

Skarby z Zielonego Sklepienia przetrwały naloty bombowe aliantów podczas drugiej wojny światowej, zostały jednak wywiezione przez Związek Radziecki jako łupy wojenne. Do Drezna powróciły w 1958 roku.

Na razie nie odnaleziono skradzionych klejnotów, z których część uchodzi za bezcenne. Nie można wykluczyć, że złodzieje, by spieniężyć łup, zniszczyli biżuterię, dzieląc ją na części.
Źródło info i foto: wp.pl

Czarne chmury nad kardynałem Dziwiszem

Skończył się okres ochronny dla polskich hierarchów – pisze na łamach „Przeglądu” teolog, były jezuita Stanisław Obirek.

Historię kard. Stanisława Dziwisza trzeba napisać od nowa w świetle trzech faktów: opublikowanego przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej 10 listopada „Raportu Stolicy Apostolskiej na temat wiedzy i sposobu podejmowania decyzji w sprawie byłego kardynała Theodore’a Edgara McCarricka (1930-2017)”, wyemitowanego 9 listopada przez TVN 24 reportażu Marcina Gutowskiego „Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza” oraz komunikatu Nuncjatury Apostolskiej w Polsce z 6 listopada w sprawie kard. Henryka Gulbinowicza.

Dwa pierwsze fakty ostatecznie pogrążają kard. Dziwisza, trzeci wskazuje na początek nowej polityki Watykanu wobec nadużyć seksualnych, jakich w przeszłości sami dopuścili się polscy biskupi, bądź krycia przez nich przestępców seksualnych.

Trzy ważne fakty

Najpoważniejszy jest oczywiście raport w sprawie McCarricka, który watykański sekretarz stanu kard. Pietro Parolin opatrzył takim oto komentarzem: „Publikujemy raport z bólem z powodu ran, jakie sprawa ta wywołała u ofiar, ich rodzin, w Kościele w Stanach Zjednoczonych, w Kościele powszechnym”.

Dziennikarz „National Catholic Reporter” Joshua McElwee swoją analizę 450-stronicowego raportu zatytułował jednoznacznie: „Wybuchowy watykański raport w sprawie McCarricka obwinia głównie Jana Pawła II”.

Spokojna lektura tego obszernego tekstu w istocie nie pozostawia żadnych wątpliwości. Błyskotliwa i dla wielu niezrozumiała kościelna kariera Theodore’a McCarricka, pozbawionego w lutym 2019 r. godności kardynalskiej i wydalonego ze stanu kapłańskiego, nie byłaby możliwa bez osobistego zaangażowania wybranego w 1978 r. na papieża Karola Wojtyły.

Istotną rolę odegrał tu również osobisty sekretarz Jana Pawła II, dzisiejszy emerytowany kardynał, Stanisław Dziwisz. Jan Paweł II wymieniony został w dokumencie 111 razy, Dziwisz – 45 razy. Nazwisko innego wpływowego purpurata, kard. Angela Sodana, pojawia się 26 razy. To wymowna statystyka. Na dokładną analizę zawartości raportu trzeba poczekać, ale jedno jest pewne – mit nieskazitelnego papieża i jego dobrodusznego sekretarza runął jak domek z kart. Co ważne, ten bezlitosny ogląd obu postaci zawdzięczamy jednemu z najważniejszych urzędów watykańskich.

Czy to oznacza początek procesu „odświęcenia” i „odbeatyfikowania” Karola Wojtyły? Na to pytanie jeszcze za wcześnie. Jednak możemy powiedzieć, że na pomniku „największego Polaka” pojawiła się głęboka rysa. I być może bez Dziwisza tej rysy by nie było.

Co oznacza zdecydowane stanowisko Watykanu w sprawie kard. Henryka Gulbinowicza? To ciekawy, choć lakoniczny dokument, który warto uważnie przeczytać. Poinformowano w nim, że „w wyniku przeprowadzenia dochodzenia w sprawie oskarżeń wysuwanych pod adresem kard. Henryka Gulbinowicza oraz po przeanalizowaniu innych zarzutów dotyczących kardynała Stolica Apostolska podjęła w stosunku do niego decyzję o zakazie uczestnictwa w jakichkolwiek celebracjach lub spotkaniach publicznych oraz używania insygniów biskupich”. Kardynał został też pozbawiony prawa do nabożeństwa pogrzebowego w katedrze i pochówku w katedrze. Nakazano mu również wpłacenie „pewnej sumy pieniędzy jako darowizny na działalność Fundacji św. Józefa powołanej przez Konferencję Episkopatu Polski w celu wspierania działań Kościoła na rzecz ofiar nadużyć seksualnych, pomocy psychologicznej oraz prewencji i kształcenia osób odpowiedzialnych za ochronę nieletnich”.

Jak na watykańskie stosunki to kara wyjątkowo dotkliwa, choć nie do końca wiadomo, czy Gulbinowicz zdaje sobie sprawę z tego, co go spotkało. Ma 97 lat, przebywa w szpitalu, a jego stan określa się jako poważny (artykuł został napisany jeszcze przed śmiercią kard. Gulbinowicza – przyp. red.).

Jednak nie sam Gulbinowicz jest ważny, chodzi bardziej o miejsce, jakie zajmował i nadal zajmuje w polskim Kościele. To kara symboliczna, dotykająca wszystkich, którzy dzięki niemu osiągnęli znaczące stanowiska w Kościele.

Część z nich, np. zdymisjonowany za krycie księdza pedofila bp Edward Janiak czy emerytowany już abp Sławoj Leszek Głódź, zeszła z kościelnej sceny w niesławie. Można zasadnie domniemywać, że okres ochronny dla polskich hierarchów się skończył.

Wspomniany reportaż „Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza” oznacza, że owa druga twarz – skorumpowanego i chroniącego pedofilów sekretarza polskiego papieża – jest tą, która na stałe przylgnie do Dziwisza. Poniższa historia ukazuje szerszy kontekst zaskakującej kariery urodzonego w 1939 r. w Rabie Wyżnej duchownego.

Wszystko miało swoją cenę

Kard. Stanisław Dziwisz trafił na czołówki światowych mediów za sprawą reportażu opublikowanego 15 października 2020 r. na opiniotwórczym portalu pisma postępowych katolików amerykańskich „National Catholic Reporter”. Tekst polskiego dziennikarza, Szymona Piegzy, nie był jednak okolicznościowym reportażem przypominającym bliskie Dziwiszowi daty, które zmieniły jego życie.

Jak wiadomo, 100 lat temu urodził się Karol Wojtyła, mąż opatrznościowy, który wprowadził Stanisława Dziwisza na światowe salony katolicyzmu. Od czasu wyboru Wojtyły na papieża 16 października 1978 r. wszyscy, którzy chcieli się ogrzać w cieple polskiego papieża, musieli zadbać o dobre relacje z don Stanislao, jak nazywali papieskiego sekretarza Włosi, dla których jego nazwisko było nie do wymówienia. Czasem chodziło o pamiątkowe zdjęcie, czasem o miejsce na porannej mszy w prywatnej kaplicy papieża. W większości były to zwykłe zabiegi marketingowe, gwarantujące papieżowi popularność i wyrażające autentyczne przywiązanie do jego osoby, i nie łączyły się z jakimiś dodatkowymi opłatami. Jednak bywało inaczej, co też jest udokumentowane, choć niezbyt dokładnie.

Jak wiadomo, finanse Watykanu należą do pilnie strzeżonych tajemnic i już kolejny papież ma problem z ich poznaniem. Z tą tajemnicą nie inaczej jest w przypadku don Stanislao. W Rzymie mówiono, że ci, co chcieli zasiadać w pierwszych rzędach na środowych audiencjach Jana Pawła II, gotowi byli płacić Dziwiszowi nawet 5 tys. dol. Jeśliby tę kwotę pomnożyć przez długie lata sekretarzowania polskiemu papieżowi, to uzbierają się setki milionów dolarów. Wiele znaków zapytania rodzi ofiarowywanie krwi i pamiątek po papieżu (handlowanie nimi, jak mówi wielu). Wątek finansowy to najmniej poznana sfera działalności Dziwisza, tej tajemnicy pilnie strzeże nie tylko sam don Stanislao, ale i cała struktura kościelna.

Dwóch autorów, Gerald Renner i Jason Berry, w książce „Śluby milczenia. Nadużywanie władzy za pontyfikatu Jana Pawła II” dokładnie opisało trwającą dziesięciolecia bezkarność Marciala Maciela, założyciela Legionu Chrystusa, który miał zawsze łatwy dostęp do Jana Pawła II. Ciągle jeszcze oczekuje na opisanie kariera byłego kardynała Theodore’a McCarricka, choć watykański raport w jego sprawie część tajemnicy ujawnia. Wszystko miało swoją cenę. Najwyżej cenioną walutą była wierność doktrynie, a dokładniej rzecz ujmując, konserwatywnej wizji seksualności, i bezkrytyczna wierność papieskiemu nauczaniu.

Zejście Kościoła ze sceny dziejowej nie stanie się ani jutro, ani pojutrze. Nie sprawi tego najbardziej nawet kompromitujący wywiad hierarchy. Będzie to spokojne odchodzenie z Kościoła kolejnych grup jego wyznawców.

STANISŁAW OBIREK

Te dwa wymiary katolicyzmu stały się wyznacznikiem doktryny Jana Pawła II. Stanisław Dziwisz miał bezbłędne wyczucie oczekiwań suwerena. Podejrzani o brak wierności nie byli dopuszczani przed papieskie oblicze, nie mogli też liczyć na żadne urzędy, a często tracili nawet katedry uniwersyteckie.

Boleśnie przekonał się o tym już w 1979 r. jeden z najbardziej znanych teologów katolickich Hans Küng, który otworzył długą listę teologów oskarżanych o odejście od prawowiernej doktryny. Zresztą nie wszyscy o ten dostęp się starali. Mówiąc krótko, katolicyzm za polskiego papieża stał się religią dworską z wszystkimi tego konsekwencjami. Główną rolę w owym dworskim ceremoniale odgrywał osobisty sekretarz papieża.

Kardynał obnażony

Nie o tym jednak traktował tekst Piegzy. Mówił o czymś zupełnie innym. Już jego tytuł zdradzał treść: „Potężny polski kardynał Dziwisz oskarżony o tuszowanie przypadków pedofilii”.

Jak się wydaje, tym razem Dziwisz się nie wywinie, a jego atak na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (zdaniem kardynała głównego winowajcy całego zamieszania) wskazuje, że zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności. Tyle że trafiła kosa na kamień, ks. Isakowicz-Zaleski w coraz liczniejszych i śmielszych wywiadach obnaża kłamstwa Dziwisza.

Janusz Szymik, główny bohater wspomnianego reportażu, napisał list do papieża Franciszka i ma nadzieję, że cały polski episkopat poda się do dymisji. Ten list został upubliczniony 8 października i żyje już własnym życiem.

Pisze Szymik: „Obecnie, kiedy upubliczniłem swoją historię, kard. Dziwisz nie pierwszy raz zaprzecza, by miał jakikolwiek związek z tuszowaniem nadużyć na tle seksualnym. Wszyscy jednak wiemy, że poczynając od lat 90., odkąd Jan Paweł II podupadł na zdrowiu, w Watykanie wiele od niego zależało. Dziś zaprzecza, że otrzymał od ks. Zaleskiego list w sprawie ofiar, w tym moje świadectwo”.

Swój list kończy wezwaniem do działania: „Niestety, po 27 latach walki o sprawiedliwość straciłem już wiarę, że polscy biskupi i arcybiskupi są w stanie poradzić sobie z problemem wykorzystywania seksualnego i że mają chęć i odwagę, by go rzetelnie wyjaśnić. Dlatego idąc za propozycją kard. Dziwisza, proszę Cię, Ojcze Święty, o powołanie niezależnego składu takiej komisji i jak najszybsze wyjaśnienie mojej sprawy. Chcę, żeby podobnie jak bp Tadeusz Rakoczy został przykładnie ukarany”.

I tak powinno się stać. Sprawa jest tym pilniejsza, że chodzi o „kustosza pamięci św. Jana Pawła II”, jak Dziwisz lubi się określać. A jeśli byłby przyzwoity, to powinien przynajmniej przeprosić ofiarę własnych zaniedbań. Nie ma bowiem przesady w mówieniu i pisaniu, że od 1978 r. polskim Kościołem katolickim rządził sekretarz Jana Pawła II i to on ponosi współodpowiedzialność za to, co w tym Kościele się działo, zwłaszcza za ciemne tego strony. Robił bowiem wszystko, co w jego mocy, by wiele spraw nie wylądowało na biurku polskiego papieża. Dzisiaj już wiemy, że papieski sekretarz mógł naprawdę wiele. Zostało to dokładnie opisane zwłaszcza przez dwóch Amerykanów, dominikanina Thomasa Doyle’a i dziennikarza Jasona Berry’ego.

Ten pierwszy od wczesnych lat 80. jest obrońcą ofiar nadużyć seksualnych drapieżców w sutannach, drugi zaś autorem przełomowych książek związanych z mroczną postacią założyciela Legionu Chrystusa, Marciala Maciela Degollada. W obu tych narracjach Dziwisz pojawia się wielokrotnie jako człowiek utrudniający dostęp ofiar i ich obrońców do Jana Pawła II. Swoistym podsumowaniem dziesiątków lat dziennikarskiego śledztwa i aktywności obrońców ofiar pedofilów w sutannach jest raport w sprawie McCarricka, który rzuca światło na praktyki tuszowania i chronienia pedofilów.

(…) Najważniejsza w tej dramatycznej historii jest postać Janusza Szymika, ofiary seryjnego pedofila ks. Jana Wodniaka. Ten ksiądz przez dziesięciolecia nie tylko cieszył się powszechnym szacunkiem w Międzybrodziu Bialskim, ale też szczycił przyjaźnią hierarchów krakowskiego Kościoła. Przez kilka lat pełnił zaszczytną funkcję kapelana kard. Franciszka Macharskiego. Sprawa zyskała dodatkowe nagłośnienie dzięki sporowi między ks. Isakowiczem-Zaleskim a kard. Dziwiszem. Dotyczy on tego, czy ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski dostarczył w 2012 r. kard. Dziwiszowi list obciążający ks. Wodniaka.

Dziwisz zasłaniał się brakiem pamięci, Isakowicz-Zaleski przytaczał zaś niezbite dowody, że tak właśnie się stało. Sprawa zrobiła się na tyle głośna, że kardynał zdecydował się na dłuższą rozmowę z dziennikarzem TVN 24 Piotrem Kraśką, w której zamierzał wszystko wyjaśnić. Emisja tej rozmowy 20 października okazała się prawdziwą katastrofą wizerunkową kardynała – odsłoniła wszystkie słabości sekretarza Jana Pawła II i „strażnika jego dziedzictwa”.

Celnie nazwała tę rozmowę katolicka teolożka Zuzanna Radzik, publikując następnego dnia na portalu młodych lewicowych katolików Kontakt tekst zatytułowany „Kardynał obnażony”. Radzik kończy go interesującą uwagą, której nie powstydziłby się najbardziej nieprzejednany antyklerykał: „Ciężko mi się ekscytować tym wywiadem, bo jest pełen dokładnie tego, czego się spodziewałam: niezrozumienia lub nieprzyznawania wagi problemu oraz, co za tym idzie, braku impulsu nawrócenia i oczyszczenia, a także ubranego w wytarte frazy krętactwa służącego chronieniu siebie i dawnego przełożonego”. I ostatnie zdanie: „Nie czekajcie już na nic, porzućcie złudzenia. Czas na czyszczenie struktur, pociąganie do odpowiedzialności i głęboką reformę Kościoła”.

W podobnym tonie wypowiedział się Tomasz Terlikowski, a wpis zatytułowany „Kardynał Dziwisz, czyli ucieczka od odpowiedzialności” ukazał się na portalu katolickiej „Więzi”. Pisze Terlikowski: „Mam nieodparte wrażenie, że to nie redaktor Piotr Kraśko zaorał kardynała. On zaorał sam siebie. Udawaniem, brakiem umiejętności wzięcia odpowiedzialności, mową-trawą”. I dodaje w ironicznym tonie: „Tak, to jest takie ludzkie, każdy z nas próbuje uciec od odpowiedzialności, od swoich grzechów, od tego, w czym zawiódł. To jakoś zrozumiałe, ale nie trzeba udzielać wywiadu, żeby pokazać, że nie widzi się ofiar i że jedyne, o czym się myśli, to ucieczka od odpowiedzialności”.
Źródło info i foto: interia.pl

Procesy członków mafii pod znakiem zapytania. W tle koronawirus

Wielkie procesy członków mafii z włoskiej Kalabrii są zagrożone z powodu pandemii – ostrzegła prokuratura w Turynie. Jak wyjaśniono, niemożliwa jest organizacja połączeń wideo z osadzonymi w aresztach oskarżonymi, którzy są zakażeni koronawirusem. Brak możliwości zorganizowania wideokonferencji z udziałem osób, które nie mogą zasiąść na ławie oskarżonych, oznacza, że rozprawy będą odraczane, a procesy znacznie się przedłużą. Ponadto, jak zauważono, istnieje ryzyko, że oskarżeni w procesie kalabryjskiej mafii ‘ndranghety opuszczą areszt tymczasowy, gdyż miną terminy zastosowania tego środka.

Procesy dotyczą przypadków przeniknięcia mafijnych gangów z południa do gospodarki Piemontu. Już jeden z takich procesów, toczący się przed sądem w Asti, został odroczony z powodów organizacyjnych i dlatego prokuratura wystosowała ostrzeżenie, że może to dotyczyć także innych spraw.

‘Ndrangheta uważana jest za najpotężniejszą włoską mafię. Swój majątek zgromadziła przede wszystkim handlując kokainą, której sprzedaż kontroluje w Europie. Ostatnio jej gangi są szczególnie aktywne w życiu gospodarczym w bogatych regionach na północy.
Źródło info i foto: TVP.info

W Niemczech rozbito grupę Wernera S. Terrorysta planował ataki na meczety i uchodźców

Po dziewięciu miesiącach intensywnych śledztw, niemiecki prokurator generalny wniósł akt oskarżenia przeciwko 54-letniemu Wernerowi S. Śledczy uważają jego grupę za prawicowych terrorystów, którzy chcieli zachwiać porządkiem społecznym Republiki Federalnej Niemiec. Zdaniem prokuratury, jeżeli policja nie robiłaby jego grupy, doszłoby do ataków na meczety oraz domy uchodźców.

„Wódz przygotowywał się do ostatecznej bitwy. Sprzedał wszystkie swoje rzeczy, aby móc wykonać swoje wielkie zadanie. Chciał wziąć udział w ostatecznej bitwie i uratować Niemcy. Chciał wokół siebie prawdziwych mężczyzn, zahartowanych i zdeterminowanych” – pisze dziennik „Sueddeutsche Zeitung” w reportażu poświęconym Wernerowi S., oskarżonemu o planowanie ataków na polityków, osoby ubiegające się o azyl, jak i muzułmanów.

Jak dodała gazeta, „jego ludzie wierzyli, że mają do czynienia z bardzo wyjątkowym człowiekiem, urodzonym przywódcą”.

„Takim, który pokaże muzułmanom i uchodźcom w Niemczech, że nie mają tu czego szukać. Byli pod takim wrażeniem Wernera S., że jeden z nich, który był śmiertelnie chory, zaproponował przywódcy, że poświęci się jako zamachowiec-samobójca” – opisali dziennikarze.

Prokuratura: jeśli policja nie rozbiłaby grupy, doszłoby do ataków

„Nie mogę się doczekać zmiany i wielu nieszczęsnych ciał przy krawężniku” – napisał kiedyś Werner S. Prawdopodobnie zdążył znaleźć handlarza bronią, zamówił także kałasznikowy. Uzgodniono również, ile jest gotów zapłacić za broń: do 5000 euro.

Kiedy śledczy dowiedzieli się o tych planach, nie chcieli dłużej czekać. Policja zaatakowała 14 lutego i rozbiła „Grupę S.”. Według Prokuratury Federalnej, Werner S. w przeciwnym razie poprowadziłby swoich ludzi do zbrojnego ataku na meczety i domy dla uchodźców. Teraz, po dziewięciu miesiącach intensywnych śledztw, prokurator generalny wniósł akt oskarżenia. Śledczy uważają grupę S. za prawicowych terrorystów, którzy chcieli zachwiać porządkiem społecznym Republiki Federalnej Niemiec.

„Grupa zebrała się jesienią 2019 roku, przywódcą był Werner S., a jego prawą ręką Tony E. Dwunastu mężczyzn chciało wyegzekwować swoją prawicową ekstremistyczną ideologię poprzez skoordynowane ataki na polityków, osoby ubiegające się o azyl i muzułmanów. Poprzez ataki pojedynczych sprawców lub w małych grupach w celu zabicia lub zranienia jak największej liczby osób. To miało wywołać wojnę domową” – pisze „Sueddeutsche Zeitung”.

Śledczy: Werner S. przygotowywał się do zbrojnego powstania

Takie grupy pojawiają się raz po raz, na przykład „Rewolucja Chemnitz”, chcąca zapoczątkować rewolucję w Berlinie w 2018 roku i w ramach „próby” zaatakowała młodych ludzi na pikniku w Chemnitz, albo „Freital Group”, która w 2015 i 2016 roku wielokrotnie atakowała domy dla uchodźców i alternatywne projekty mieszkaniowe w pobliżu Drezna, używając samodzielnie wykonanych materiałów wybuchowych.

Członkowie obu grup zostali skazani na kary do dziesięciu lat więzienia za utworzenie grupy terrorystycznej.

„Z drugiej strony „Grupa S.” nie zorganizowała jeszcze żadnych ataków. Ale granica między popisywaniem się a prawdziwym niebezpieczeństwem jest często niewielka, ale kiedy jest mowa o konkretnym uzbrojeniu, szybkość reakcji ma kluczowe znaczenie” – pisze „Sueddeutsche Zeitung”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Demonstracje we Francji przeciwko brutalności policji

epa08826160 Protesters gather next to the National Assembly in Paris, France, 17 November 2020. A draft global security legislation presented to the French Parliament creates controversy as Journalists Unions and human rights campaigners in France has called to protest against the proposed draft, which aims to ban the distribution of photos in which police officers and gendarmes can be identified. EPA/MOHAMMED BADRA
Dostawca: PAP/EPA.

W kilku miastach Francji tysiące osób demonstrowało przeciwko przemocy policyjnej i ustawie o „globalnym bezpieczeństwie”. Policja użyła gazu łzawiącego i armatek wodnych. Do zamieszek doszło wieczorem między kilkuset osobami a policją po zakończeniu wiecu w pobliżu Zgromadzenia Narodowego. Policja użyła armatek wodnych i gazu łzawiącego do rozproszenia demonstrantów, wśród których było wielu młodych ludzi.

W Paryżu kilkaset osób na wezwanie związków dziennikarzy i stowarzyszenia ochrony praw człowieka protestowało przeciwko proponowanej przez partię rządzącą LREM ustawie o „globalnym bezpieczeństwa”, która przewiduje m.in. kary za „złośliwe” wykorzystywania wizerunku służb i policji.

Zdaniem protestujących dziennikarze i obywatele filmujący policję podczas demonstracji mają do tego prawo, podobnie, jak do publikowania tych nagrań. W Rennes protestowało około 300- 400 osób. „To prawo jest po to, aby przestraszyć obywatela”- powiedział działacz ochrony praw człowieka w Rennes Patrick Rothkegel, cytowany przez AFP.

Według Marie-Françoise Barboux, wolontariuszki Amnesty International, raporty organizacji pozarządowej na temat przemocy policyjnej opierają się w dużej mierze na raportach i filmach od dziennikarzy i zwykłych obywateli. „Rząd tego nie chce. Tu zmierzamy w stronę cenzury”- stwierdziła Barboux w rozmowie z AFP.

W Bordeaux od 700 do 800 osób, w tym „żółte kamizelki”, zebrało się wieczorem w pobliżu gmachu sądu. Manifestanci oprócz maseczek medycznych mieli czarne przepaski na oczach. „Filmuj policjantów i pokazuj to ludziom” – skandował uczestnik demonstracji, który stracił rękę podczas demonstracji „żółtych kamizelek” w 2018 r.

W Marsylii demonstracja zgromadziła kilkaset osób, które oklaskiwały projekcję obrazów z filmu dokumentalnego Davida Dufresne „Mądry kraj”, potępiającego policyjną przemoc.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Adam Hofman szykuje pozew przeciwko Romanowi Giertychowi

Pozew wobec Romana Giertycha jest w trakcie przygotowywania – poinformował partner spółki R4S Adam Hofman oświadczając, że wypowiedzi Giertycha dotyczące jego i jego agencji są niezgodne z prawdą.

Roman Giertych w ostatnich dniach – kiedyś adwokat, ale pewnie dziś bardziej polityk, bo w takiej roli występuje bardzo często (…) w stosunku do mnie, do mojej agencji – jego ostatnie wypowiedzi, wypowiedzi niezgodne z prawdą, nie mogą nie doczekać się pozwu zarówno z Kodeksu karnego, jak i Kodeksu cywilnego, z artykułów o zniesławienie – powiedział Hofman w TVN24.

Jak dodał, „oszuści nigdy nie wygrywają, a w tej sprawie Giertych mówi nieprawdę, informuje opinię publiczną o rzeczach, które są nieprawdziwe i za to będzie pozwany”. To co wypowiada na mój temat, na temat współpracy, od kilku dni, jest nieprawdą, nie ma w ogóle pokrycia w faktach. (…) Słowa Giertycha nie są faktami, więc zostaną rozpatrzone przez sądy i pewnie prokuraturę – powiedział Hofman.

Dopytany, czy będzie składał pozew wobec Giertycha Hofman powtórzył, że tak. To już jest w trakcie przygotowywania – dodał.

„Gazeta Wyborcza” podała w ostatni weekend, że b. rzecznik PiS Adam Hofman miał przyjechać do Monako i składać w imieniu rządzącego obozu korupcyjne propozycje właścicielowi Getin Banku Leszkowi Czarneckiemu. Adwokat Czarneckiego Roman Giertych napisał na Facebooku m.in., że w czerwcu tego roku Hofman wraz z innymi osobami zaproponował Leszkowi Czarneckiemu „udział w operacji przejęcia kontroli nad TVN24 przez spółki Skarbu Państwa”. Opublikował również fragment nagrania, na którym Hofman i Czarnecki rozmawiają o zatrudnieniu b. szefa Pekao SA Michała Krupińskiego.

Z nagrania, które zostało opublikowane, wynika, że zdaniem pana Hofmana, pan Krupiński miał bardzo dobre relacje ze Zbigniewem Ziobro i miał załatwiać jakieś sprawy, lobbować na rzecz pana doktora Leszka Czarneckiego. Ta oferta nie została zrealizowana i parę dni po tym, jak nie została zrealizowana, pan Zbigniew Ziobro ogłosił, że chce aresztować mojego klienta – relacjonował adwokat. Jego zdaniem „jeżeli ktoś oferuje komuś zatrudnienie jakiejś osoby na stanowisku po to, żeby lobbowała u prokuratora generalnego w sprawach tego kogoś, a wiadomo, że ma problemy z prawem karnym, to jest to klasyczne powoływanie się na wpływy”.

W odpowiedzi na wpis adwokata, Hofman wraz z drugim partnerem z R4S Robertem Pietryszynem, jeszcze w niedzielę wieczorem opublikowali oświadczenie, w którym poinformowali, że od maja 2019 r. firma R4S współpracuje z „Leszkiem Czarneckim, jego dwoma bankami, fundacją i członkami rodziny”. Były poseł PiS i jego współpracownik zaznaczyli, że propozycje współpracy złożył sam Czarnecki. „Zawarliśmy z jego firmami umowy na usługi komunikacyjno-doradcze” – wskazali.

Jak podkreślali, „24 lipca 2020 r. Czarnecki w trakcie jednego ze spotkań poprosił o znalezienie eksperta – doradcy z zakresu bankowości, jak to określił – +z drugiej strony+”. Ekspert ten miałby pomóc mu prowadzić komunikację z rynkiem i otoczeniem biznesowym. Pragniemy wyraźnie pokreślić, że to sam klient wyraził potrzebę poszukiwania i zatrudnienia takiego specjalisty – zaznaczali w oświadczeniu.

To nie dlatego, że Czarnecki nie chciał spotkać się, zatrudnić, czy rozmawiać o zatrudnieniu Krupińskiego, tylko to prezes Krupiński na umówione spotkanie nie przyleciał, z różnych powodów, ale nie przyleciał i dalej się sprawa nie potoczyła – powiedział we wtorek Hofman. Pytany, czy „Zbyszek” z nagranej rozmowy, to Zbigniew Ziobro, odpowiedział, że w kontekście tej rozmowy tak.

Krupiński nie przyleciał, nie dochodzi do tego spotkania i nie ma drugiego, trzeciego dna – powtórzył Hofman.

Jednocześnie poinformował, że spółka, którą reprezentuje wypowiedziała wszystkie umowy firmom Czarneckiego. Reputacja, zaufanie, lojalność w biznesie są ważne. Nagrywanie swoich partnerów biznesowych, w tym przypadku nas, uniemożliwia nam dalsze funkcjonowanie z firmami Czarneckiego – przekazał.

Pytany o kwestię propozycji „przejęcia” TVN24 Hofman odpowiedział: Nie, było zupełnie odwrotnie. To sam nasz klient (…) mówił o takiej możliwości w najbliższym czasie przy okazji dużej transakcji, o potencjalnej swojej roli, że być może byłby tym zainteresowany i pyta nas o zdanie – powiedział Hofman.

Jak podawał wcześniej TVN24, Discovery, właściciel tej stacji, poinformowało, że nie wiedziało o żadnych planach dotyczących TVN24 opisanych przez Romana Giertycha, ani nie uczestniczyło w rozmowach dotyczących sprzedaży kanału.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dania: Rząd uzyskał zgodę, by wybić miliony norek. Powodem obawa przed rozprzestrzenieniem koronawirusa

W Danii zostaną wybite wszystkie norki po wykryciu na niektórych fermach mutacji koronawirusa. Duński rząd uzyskał w tej sprawie porozumienie w parlamencie. Poinformował o tym minister do spraw żywności Mogens Jensen.

Decyzję w sprawie wybicia wszystkich norek, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa, podjęła na początku miesiąca premier Mette Frederiksen. Decyzja nie miała jednak podstaw prawnych. Teraz mniejszościowy rząd socjaldemokratów uzyskał w tej sprawie porozumienie z grupą mniejszych, lewicowych ugrupowań. Hodowcy otrzymają rekompensatę finansową za każdą wybitą norkę. Ci stanowczo sprzeciwiają się jednak decyzji o wybiciu wszystkich norek, zarzucając rządowi, że działa w panice i pozbawia ich źródła dochodu.

Według duńskich władz odkrycie nowego szczepu COVID-19 wśród norek, które przenosiły zakażenie także na ludzi, stanowiło zagrożenie dla wprowadzanych szczepionek na koronawirusa. Premier Danii utrzymuje, że decyzja o wybiciu wszystkich norek jest rozsądna i powołuje się przy tym na opinie ekspertów medycznych.

Dwa tygodnie temu duńskie władze nakazały wojsku i policji pomóc 1100 hodowcom norek w wybiciu 17 milionów zwierząt. Na fermach utrzymywały się ogniska zakażeń COVID-19, pomimo prowadzonego od czerwca wybijania zwierząt na fermach, gdzie potwierdzono przypadki wirusa.

Jak podaje agencja AP, dotychczas infekcje wykryto na 283 farmach, a na 265 wybito zwierzęta.
Źródło info i foto: Gazeta.pl