42-latek zatrzymany za wyłudzenie blisko 3 mln złotych

Policjanci z KWP w Rzeszowie zajmujący się przestępczością gospodarczą, zatrzymali 42-letniego mieszkańca powiatu jarosławskiego, który odpowie za przestępstwa podatkowe. Mężczyzna wyłudził w 2015 roku na szkodę Skarbu Państwa blisko 3 miliony złotych. Podejrzanemu grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Funkcjonariusze Wydziału dw. z Przestępczością Gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Przemyślu prowadzą śledztwo dotyczące wyłudzenia na szkodę Skarbu Państwa nienależnego zwrotu podatku VAT.

Przestępstwo polegało na fikcyjnych rozliczeniach transakcji zakupu i sprzedaży telefonów komórkowych oraz innego sprzętu elektronicznego, które następnie były odsprzedawane obywatelom Ukrainy w ramach procedury Tax Free.

Podejrzany, prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą, w tym przestępczym procederze pełnił rolę pośrednika, uczestnicząc w zakupach sprzętu elektronicznego od podmiotów, które w sposób nieprawidłowy rozliczały podatek VAT. 42-latek jako ostatni podmiot w łańcuchu dostaw występował do właściwego urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT. Jak ustalono w toku śledztwa, kwota uszczuplenia Skarbu Państwa wynosi niemal 3 miliony złotych. Te pieniądze trafiły na rachunek bankowy podejrzanego.

W miniony czwartek mężczyzna został doprowadzony do Prokuratury Okręgowej w Przemyślu, gdzie usłyszał zarzuty wyłudzenia mienia znacznej wartości oraz przestępstw skarbowych. Wobec podejrzanego prokurator zastosował środki zapobiegawcze w postaci poręczenia majątkowego, zakazu opuszczania kraju połączonego z odebraniem paszportu oraz dozoru policji. Zabezpieczono majątek podejrzanego w postaci udziałów w spółce, samochodów, a także na jego nieruchomościach.

Sprawa ma charakter rozwojowy.
Źródło info i foto: Policja.pl

Prokuratorzy IPN chcą uchylenia immunitetu sędziemu SN Józefowi I.

Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej złożyli wniosek do Sądu Najwyższego o uchylenie immunitetu Józefowi I., byłemu sędziemu Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego, a obecnie sędziemu Sądu Najwyższego. Grozi mu zarzut bezprawnego skazania 21-letniego robotnika za kolportowanie ulotek wymierzonych we władze PRL.

Wniosek prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej do Sądu Najwyższego w sprawie sędziego Józefa I., o którym dowiedziała się Polska Agencja Prasowa w Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, jest efektem prowadzonego od października 2018 roku śledztwa w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności działaczy demokratycznej opozycji w PRL.

„Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie wystąpiła do Sądu Najwyższego z wnioskiem o zgodę na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej byłego sędziego Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego Józefa I. Zamierza mu postawić zarzut popełnienia zbrodni komunistycznej polegającej na bezprawnym skazaniu 21-letniego robotnika za kolportowanie ulotek wymierzonych we władze PRL” – podała Główna Komisja.

Śledztwo w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności działaczy demokratycznej opozycji w PRL, które dotyczy Józefa I., zostało wszczęte przez prokuratorów IPN po zawiadomieniu o przestępstwie złożonym przez Stowarzyszenie Związek Młodych Adwokatów i osobę prywatną.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Jest finał sprawy tzw. zamku w Stobnicy. Decyzja o pozwoleniu na budowę ważna

Wojewoda wielkopolski uznał ważność zgody na budowę tzw. zamku w Stobnicy, choć przeprowadzone postępowanie wykazało, że decyzja starosty obornickiego została wydana z naruszeniem prawa – poinformował w poniedziałek Wielkopolski Urząd Wojewódzki.

Tomasz Stube przekazał, że wojewoda wielkopolski przeprowadził postępowanie administracyjne ws. wydania zgody na budowę tzw. zamku w Stobnicy (pow. obornicki) w związku ze sprzeciwem Prokuratury Okręgowej w Poznaniu i wnioskiem RDOŚ w Poznaniu. „Decyzja wojewody zapadła 30 listopada” – poinformował.

Nieprzedłożona decyzja

„W toku postępowania służby wojewody potwierdziły naruszenie prawa przez starostę obornickiego w części zarzutów prokuratora. Starosta wydał decyzję, pomimo że inwestor nie przedłożył decyzji środowiskowej dla projektowanych parkingów i nie potwierdził prawa inwestora do dysponowania Kanałem Kończak na cele budowalne” – podał Stube, dodając, że wymieniony ciek wodny należy do skarbu państwa.

Stube wyjaśnił, że podczas analizy prowadzonej przez służby wojewody pod uwagę zostały wzięte takie okoliczności, jak: naczelna zasada trwałości decyzji administracyjnych, ugruntowane orzecznictwo sądów administracyjnych, nowelizacja prawa budowlanego, nieodwracalność skutków dla środowiska przyrodniczego i upływ czasu od wydania decyzji.

„Okoliczności te nie pozwalają na stwierdzenie nieważności i wstrzymanie decyzji starosty obornickiego” – poinformował Stube.

Budowa tzw. zamku w Stobnicy jest prowadzona na obszarze Natura 2000. Powstający w Puszczy Noteckiej obiekt ma liczyć 14 nadziemnych kondygnacji i mieć kilkudziesięciometrową wieżę. Inwestorem jest poznańska spółka D.J.T. O inwestycji zrobiło się głośno latem 2018 r. Wówczas CBA rozpoczęło badanie prawidłowości wydanych decyzji w związku z jej realizacją. W sierpniu 2018 r. minister środowiska polecił Generalnemu Dyrektorowi Ochrony Środowiska wszczęcie pilnej kontroli procesu wydania decyzji dotyczących budowy Sprawa została także skierowana do prokuratury.

Pod koniec kwietnia ub. roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Poznaniu poinformowała, że uchyliła decyzję z maja 2015 r. określającą warunki prowadzenia robót dla przedsięwzięcia polegającego na budowie tzw. zamku w Stobnicy i wniosła sprzeciw wobec jej realizacji. W 2015 r. RDOŚ uznała, że inwestycja nie będzie miała negatywnego wpływu na środowisko.

Powodem wznowienia postępowania i uchylenia poprzedniej decyzji oraz wniesienia sprzeciwu wobec realizacji przedsięwzięcia, było ujawnienie w trakcie realizacji inwestycji okoliczności dotyczących powierzchni przekształconej na potrzeby przedsięwzięcia, odbiegającej od deklarowanej wcześniej przez inwestora powierzchni ok. 1,7 ha. Według RDOŚ faktyczna powierzchnia inwestycji przekroczyła 2 ha.

Budowa może oddziaływać na środowisko

Regionalna Dyrekcja podkreśliła, że ma to wpływ na klasyfikację przedsięwzięcia jako „mogącego potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko, dla którego wymagana jest decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach, której inwestor nie przedłożył w toku postępowania pierwotnego”. GDOŚ 31 lipca 2019 r. utrzymał w mocy decyzję RDOŚ w Poznaniu. Inwestor odwołał się w tej sprawie do sądu.

Wskutek zaskarżenia decyzji GDOŚ przez inwestora, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyrokiem z 11 marca br. uchylił tę decyzję. 30 czerwca GDOŚ złożył skargę kasacyjną od wyroku WSA do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

W połowie lipca w związku z inwestycją zatrzymano i przedstawiono zarzuty siedmiu osobom – urzędnikom i przedstawicielom firmy budującej tzw. zamek w Stobnicy. Według poznańskiej prokuratury, pozwolenie na budowę zostało wydane pomimo niezgodności projektu budowlanego z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, z przepisami techniczno-budowlanymi, a także pomimo braku wymaganych prawem budowlanym opinii, uzgodnień, pozwoleń i sprawdzeń.

Podejrzani w tej sprawie usłyszeli zarzuty m.in. poświadczenia nieprawdy, niedopełniania obowiązków oraz prowadzenia budowy zagrażającej środowisku i prowadzeniu jej wbrew przepisom ustawy o ochronie środowiska.

Rzecznik poznańskiej Prokuratury Okręgowej prok. Łukasz Wawrzyniak poinformował wtedy także, że „Prokurator Okręgowy złożył sprzeciw do wojewody wielkopolskiego od ostatecznej decyzji starosty obornickiego o pozwoleniu na budowę, z uwagi na to, że została ona wydana z rażącym naruszeniem prawa”.

Postępowanie administracyjne ws. inwestycji wszczęto w połowie sierpnia. Między innymi w związku z zawiadomieniem stron postępowania o możliwości zapoznania się ze zgromadzonym materiałem dowodowym i skomplikowanym charakterem sprawy w postępowanie prowadzone przez wojewodę wielkopolskiego było trzy razy przedłużane.

Od wydanej przez wojewodę decyzji stronom postępowania przysługuje prawo wniesienia odwołania do Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego.
Źródło info i foto: onet.pl

Policja bezprawnie weszła na teren Politechniki Warszawskiej. Jest odpowiedź rzecznika KSP

Rektor Politechniki Warszawskiej wezwał Komendanta Stołecznego Policji do wyjaśnień w związku z wkroczeniem funkcjonariuszy na teren uczelni podczas sobotniego protestu. To nieuprawnione wtargnięci. Takich aktów naruszenia autonomii nie notowaliśmy od wielu dekad – oświadczyła PW. Na zarzuty rektora odpowiedział rzecznik KSP nadkom. Sylwester Marczak.

Stanowisko Politechniki Warszawskiej w związku z działaniami policji opublikowano w poniedziałek. Władze uczelni podkreśliły w nim, że w sobotę – gdy odbywał się protest „Strajku Kobiet” – doszło do wkroczenia grupy policjantów na teren Wydziału Inżynierii Chemicznej i Procesowej PW.

„Incydent miał charakter nieuprawnionego wtargnięcia”

W stanowisku zaznaczono, że Konstytucja gwarantuje uczelniom wyższym autonomię na zasadach określonych w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. „Zapisy tej ustawy mówią, że służby państwowe odpowiedzialne za utrzymanie porządku publicznego i bezpieczeństwa wewnętrznego mogą wkroczyć na teren uczelni wyłącznie w dwóch przypadkach: na wezwanie rektora lub w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia ludzkiego lub klęski żywiołowej” – przypomniano.

„Według naszej wiedzy nie zachodziła żadna z tych okoliczności, czyli incydent miał charakter nieuprawnionego wtargnięcia” – oświadczono w stanowisku PW. „Wydarzenie przyjęliśmy z wielkim niepokojem, bowiem takich aktów naruszenia autonomii uczelni nie notowaliśmy od wielu dekad” – podkreślono.

Jak poinformowano, rektor uczelni prof. Krzysztof Zaremba skierował do Komendanta Stołecznego Policji nadinsp. Pawła Dobrodzieja pismo „wzywające do przedstawienia okoliczności podjęcia przez służby akcji na terenie uczelni, wyjaśnienia przyczyn incydentu i do zapewnienia, że w przyszłości nie dojdzie do podobnych zdarzeń”.

Protest „Strajku Kobiet”

Sobotni marsz w ramach protestu „Strajku Kobiet” ruszył z ronda Dmowskiego w kierunku placu Konstytucji, dalej placu Zbawiciela, placu Unii Lubelskiej i siedziby MSWiA. Na trasie, ustalanej spontanicznie, przejście blokowali policjanci, doprowadzając tym samym do rozproszenia się protestujących.

Część z nich znalazła się przy ul. Waryńskiego, w okolicy wydziału PW. Zgromadzonych tam manifestantów policja zamknęła w kordonie celem ich wylegitymowania. Części z protestujących udało się tego uniknąć po tym, jak przeskoczyli przez ogrodzenie. Działania podejmowane były też przy ul. Polnej, gdzie funkcjonariusze odcięli protestującym dojście na plac Unii Lubelskiej.

Informacja, że funkcjonariusze wkroczyli na teren PW, pojawiła się też w opublikowanej na portalu Wyborcza.pl relacji prawniczki, która uczestniczyła w proteście. – Widziałam niedużą grupę ludzi stojących przy stacji paliw na ul. Polnej, kordon policji blokował wyjście na plac Unii Lubelskiej. Nagle wbiegli policjanci w kaskach, z pałkami. Zgromadzeni zaczęli uciekać, niektórzy wbiegli np. na teren Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z informacją od Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego za nimi wbiegli policjanci i natychmiast zaczęli ich gazować oraz pałować. Policja nie miała zgody rektora na wejście na teren uczelni, nie reagowała też na nawoływania straży uczelnianej o opuszczenie terenu politechniki – powiedziała „Gazecie Wyborczej”. 

Odpowiedź policji

Sprawę skomentował rzecznik KSP. – Szanujemy autonomię każdej uczelni, w tym Politechniki Warszawskiej. Tym bardziej, że wśród naszych funkcjonariuszy również są jej absolwenci, wykonujący wzorowo swoje zadania – podkreślił nadkom. Sylwester Marczak.

– W tym przypadku mamy do czynienia z działaniami dynamicznymi policjantów. Biegli oni za osobami, które wcześniej znieważyły policjantów. W momencie, gdy funkcjonariusze zostali poinformowani o tym, że jest to teren uczelni, opuścili jej plac – wyjaśnił nadkom. Marczak.

Jak zaznaczył, informacja ta znalazła się także w meldunku sporządzonym po działaniach. – Funkcjonariusze ci nie pełnią na co dzień służby w Komendzie Rejonowej Policji Warszawa 1. Oznacza to, że najzwyczajniej w świecie nie muszą oni znać topografii miasta – zauważył rzecznik KSP.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Poznań: Nieznani sprawcy zdewastowali budynek, w którym mieści się biuro PiS

Nieznani sprawcy zdewastowali w Poznaniu budynek, w którym mieści się m.in. biuro PiS i biuro poselskie wiceszefa MSZ Szymona Szynkowskiego vel Sęk. Co dokładnie zostało zniszczone? Szymon Szynkowski vel Sęk powiedział PAP w poniedziałek, że czerwoną farbą pomalowane zostały m.in. drzwi wejściowe oraz tablica informacyjna. Sprawcy namalowali też błyskawicę na drzwiach biura oraz umieścili napis na drzwiach windy.

Drzwi trzeba będzie wymienić, zgłaszamy to wszystko na policję. To też przyczynek do refleksji dla tych, którzy na ostatniej sesji rady miasta twierdzili, że nie ma potrzeby przyjmowania stanowiska potępiającego wandalizm tych najbardziej radykalnych uczestników Strajku Kobiet – powiedział Szynkowski vel Sęk.

W mediach społecznościowych wiceszef MSZ napisał: „Dewastacja biura @pisorgpl w Poznaniu, mojego biura poselskiego i budynku. Przypomnę, że poznańska @Platforma_org na ubiegłej sesji odroczyła na rok rozpatrywanie stanowiska RM potępiającego akty wandalizmu radykalnych uczestników #StrajkKobiet usprawiedliwiając je. Tolerancja?”

Szymon Szynkowski vel Sęk przyznał, że nie jest to pierwsza dewastacja budynku, w którym mieści się jego biuro. W październiku w obiekcie przy ul. Młyńskiej zniszczono tablicę informacyjną. Wówczas o sprawie nie informowano policji.

Teraz mamy do czynienia z dużo kosztowniejszą dewastacją. Nie może być zgody, żeby tego typu czyny były tolerowane – to przekracza ramy jakiejkolwiek cywilizowanej dyskusji w życiu publicznym – powiedział PAP poseł.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Były dyrektor Teatru Bagatela molestował pracownice?! Pojawiły się oskarżenia

Były Dyrektor Teatru Bagatela Henryk Jacek S. podejrzany jest o mobbing oraz nadużycia seksualne. Akt oskarżenia w tej sprawie wpłynął do krakowskiego sądu, podaje RMF FM. Rzecznik krakowskiej prokuratury okręgowej, Janusz Hnatko, wyjaśnia, że Dyrektorowi zarzucane są czyny przeciwko wolności seksualnej, naruszanie praw pracowniczych i naruszanie nietykalności cielesnej. Poszkodowanych ma być dziewięć osób. Do zdarzeń dochodzić miało między 2009 a 2019 rokiem.

Henryk Jacek S. nie przyznaje się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Jeśli sąd uzna go winnym, grozi mu kara do trzech lat pozbawienia wolności. Henryk Jacek S. był Dyrektorem Teatru Bagatela od 1999 aż do końca stycznia 2020 roku. Obecnie zastąpili go Andrzej Wyrobiec oraz Krzysztof Materna.
Źródło info i foto: se.pl

Dziennikarze CNN dotarli do tajnych dokumentów. Wyciekły „akta Wuhan”

Dziennikarze CNN dotarli do dokumentów, z których wynika, że Chiny nie poradziły sobie z koronawirusem tak dobrze, jak wynikało to z oficjalnych komunikatów. Wewnętrzne dane pokazują m.in., że Chińczycy korzystali z wadliwych testów i nie informowali opinii publicznej o prawdziwej liczbie wykrywanych przypadków.

Amerykańska telewizja informacyjna CNN weszła w posiadanie poufnych dokumentów, które wyciekły z Prowincjonalnego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom w Hubei – chińskiej prowincji ze stolicą w mieście Wuhan, w którym wykryto pierwszy przypadek koronawirusa. Z 117-stronicowej dokumentacji wynika, że Chińczycy zbagatelizowali pojawienie się nowego wirusa i podawali opinii publicznej nieprawdziwe dane dotyczące liczby stwierdzonych przypadków.

„Rząd chiński konsekwentnie odrzucał oskarżenia Stanów Zjednoczonych i innych zachodnich rządów, że celowo ukrywał informacje dotyczące wirusa, utrzymując, że jest transparentny od początku wybuchu epidemii. Chociaż dokumenty nie dostarczają dowodów na celową próbę zaciemnienia ustaleń, ujawniają liczne niespójności w tym, co według władz miało się wydarzyć i co zostało ujawnione opinii publicznej” – czytamy w artykule CNN.

Dokumenty przeanalizowane przez ekspertów CNN dotyczą przede wszystkim dwóch dni – 10 lutego i 7 marca 2020 roku. Z danych z 10 lutego wynika, że Chiny potwierdziły 5918 przypadków koronawirusa, ale w oficjalnym komunikacie poinformowały o 3911 z nich. 7 marca stwierdzono z kolei 115 przypadków, ale opinia publiczna dowiedziała się tylko o 83. CNN wskazuje także, że Chiny nie informowały o wszystkich przypadkach śmiertelnych związanych z chorobą COVID-19. Od początku wybuchu epidemii do 7 marca 2020 roku Chiny przekazały informacje o 86 proc. zgonów związanych z koronawirusem, które zaraportowano w wewnętrznych dokumentach.

CNN informuje również o problemach w chińskim systemie testowania. Z ustaleń dziennikarzy wynika, że zdiagnozowanie pacjenta zajmowało chińskiemu systemowi zdrowia średnio 23 dni. Co więcej, część testów była wadliwa, co przełożyło się na zawyżoną liczbę negatywnych wyników od początku epidemii do 10 stycznia 2020 roku. Z dokumentów, które wyciekły, wynika także, że na początku grudnia 2020 roku w prowincji Hubei stwierdzono wyższą niż w poprzednich latach liczbę zachorowań na grypę, czego nie ujawniono opinii publicznej.

„Chińscy urzędnicy przekazali światu więcej optymistycznych danych, niż te, do których mieli dostęp wewnętrznie. […] Niedofinansowanie, niedobór personelu, słabe morale i biurokratyczne modele zarządzania utrudniały funkcjonowanie chińskiego systemu wczesnego ostrzegania” – pisze CNN.

O koronawirusie SARS-CoV-2 usłyszeliśmy po raz pierwszy w listopadzie 2019 roku. Pierwszą osobą, u której stwierdzono zakażenie tym wirusem był 55-letni mieszkaniec miasta Wuhan w środowej części Chin. Niedługo później odnotowano grupę pacjentów cierpiących na zapalenie płuc nieznanej etiologii, a władze Chin powiązały te zachorowania z miejscowym targiem, na którym sprzedawano zwierzęta i owoce morza. 7 stycznia 2020 Chińczycy potwierdzili, że zachorowania powoduje nowy wirus z grupy koronawirusów, nazwany roboczo 2019-nCoV.
Źródło info i foto: Gazeta.pl