Nigeria: Uzbrojeni napastnicy zaatakowali więzienie. Uwolnili 1800 osadzonych

W Nigeryjskim Owerii doszło do masowej ucieczki z więzienia. W serii skoordynowanych ataków z użyciem broni maszynowej i granatników, nieznanej grupie sprawców udało się uwolnić ponad 1800 więźniów.

Zwykle w takich sytuacjach piszemy o „scenach jak z filmu”, jednak takiej produkcji nikt jeszcze nie nakręcił. W nocy z niedzieli na poniedziałek 5 kwietnia przez dwie godziny zamaskowane grupy zbrojnych prowadziły ostrzał więzienia i policyjnych posterunków w ponad milionowym mieście Owerii. Po godzinie 2 przez około dwie godziny atakowano także lokalne posterunki wojskowe w stolicy stanu Imo. Wszystko to w celu uwolnienia więźniów z miejscowego zakładu karnego.

Choć nikt nie przyznał się do nocnej operacji, została ona przeprowadzona wyjątkowo skutecznie. Z więzienia zbiegło 1844 osadzonych. 6 wróciło dobrowolnie, 35 nie opuściło swoich cel, decydując się na pozostanie w zakładzie karnym. W trakcie ataków zginęło co najmniej 12 funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Zniszczono też ponad 30 pojazdów, należących do służb mundurowych. Nigeryjscy politycy o przeprowadzenie akcji oskarżyli separatystyczną organizację Eastern Security Network (ESN/IPOB). Ta odrzuciła jednak oskarżenia.

Niespokojny początek roku w Nigerii

Prezydent Muhammadu Buhari nazwał poniedziałkowy atak „aktem terroryzmu”, przeprowadzonym przez „anarchistów”. Zażądał od sił porządkowych schwytania napastników i zbiegłych więźniów. Od stycznia tego roku policyjne posterunki i pojazdy w całej południowo-wschodniej Nigerii stawały się celami ataków różnych grup. Podczas licznych walk skradziono duże ilości amunicji. Jak dotąd nikt nie przyznał się do tych działań.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Warszawa: Alarm bombowy na Okęciu

W niedzielę wieczorem na warszawskie Okęcie przyleciał samolot ze Stambułu. Po wylądowaniu służby otrzymały informację, że na pokładzie może być ładunek wybuchowy. Jak się okazało, była to fałszywa wiadomość. Pasażerowie przez cały czas nie wiedzieli, co się dzieje, a o alarmie bombowym dowiedzieli się z internetu. – To nie taka powinna być kolej komunikowania – mówi w rozmowie z Onetem Łukasz Wingert, jeden z uczestników lotu.

– To był lot ze Stambułu do Warszawy. Było sporo ludzi, pokład zapełniony był w ponad połowie. Lot przebiegał spokojnie i gdy wylądowaliśmy w Polsce ok. 17.30, to nic nie wskazywało na to, że coś mogło ewentualnie pójść nie tak. Pierwsze sygnały tego, że mamy do czynienia z niecodzienną sytuacją, zauważyliśmy po tym, gdy przez 40 min. w kółko jeździliśmy po płycie lotniska – mówi Łukasz Wingert.

Polak przyznaje, że po wylądowaniu, pasażerowie wstali, zabrali bagaże i byli gotowi do wyjścia, jednak przez ponad pół godziny nie zostali wypuszczeni z samolotu. – Jeszcze w tamtym momencie sądziłem, że może mieć to związek z obostrzeniami dotyczącymi koronawirusa. Przez ostatni miesiąc przebywałem w Meksyku, więc nie byłem pewien jak wygląda teraz kwestia kontroli i ten przedłużony czas w samolocie tożsamy był dla mnie z koronawirusowymi procedurami. Chociaż nie powiem – pięć wozów strażackich, 20 ambulansów, straż graniczna i 10 radiowozów policji, wydało mi się bardzo dziwne i niepokojące – dodaje.

– Z samolotu wyprowadzili nas wprost do autobusów. Z daleka było widać karetki, policję. Obserwowali nas i robili przy tym zdjęcia. Potem zawieźli nas do jakiegoś pomieszczenia na terenie lotniska, to chyba była sala vipów na Okęciu. Przez dwie godziny nikt nie mówił nam, o co chodzi – mówi mężczyzna.

Łukasz Wingert przyznaje, że początkowo wszyscy sądzili, że być może jest to standardowa procedura w związku ze zwiększonymi obostrzeniami dotyczącymi COVID-19. – Jeszcze w samolocie wypełnialiśmy formularze dotyczące tego, czy mieliśmy kontakt z osobami zakażonymi itp., dlatego wiedzieliśmy, że jest do tego przywiązana bardzo duża uwaga – dodaje.

– Pierwsza czerwona lampka pojawiła się, gdy wręczono nam do wypełnienia formularze dotyczące bagażu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że cała ta akcja może mieć związek z podejrzeniem przemytu narkotyków czy właśnie przewożenia materiałów wybuchowych – mówi nam pasażer feralnego lotu.

Łukasz Wingert mówi, że pracownicy lotniska cały czas utrzymywali, że nie wiedzą, o co chodzi. – Około 20.15 dostałem SMS od mojego taty, że w mediach pojawiła się informacja o tym, że w samolocie lecącym ze Stambułu może być bomba. Uważam, że to było bardzo słabe, że o potencjalnym zagrożeniu bombowym dowiedziałem się z internetu, a nie od straży granicznej czy ludzi, którzy się nami opiekowali na lotnisku – przyznaje.

Polak zaznacza, że po ponad dwóch godzinach oczekiwania na jakąkolwiek informację, ludzie byli bardzo zmęczeni. – Tym lotem przyleciało do Polski bardzo dużo ludzi z Afryki, część z nich nie znała ani polskiego, ani angielskiego. Gdy przekazałem im informację o tym, że cała ta sytuacja ma związek z podejrzeniem obecności bomby na pokładzie samolotu, ludzie zaczęli się modlić, wznosić wzrok do góry i dziękować za to, że są bezpieczni. Wszyscy byli w ogromnym szoku. Policja wtedy też zaczęła sprawdzać dowody, pytać co przewozimy i czy wiemy coś na temat tego zagrożenia bombowego – mówi Łukasz Wingert.

Jeśli chodzi o działanie lotniska, Łukasz Wingert przyznaje, że widać było, że takie sytuacje nie zdarzają się często. – Wszyscy biegali i miałem wrażenie, że sami nie wiedzieli w którą stronę. Chociaż w momencie, gdy prawdopodobnie już zostało potwierdzone, że nie ma zagrożenia, to wszystko przebiegało bardzo płynnie. W końcu zaczęli wypuszczać nas dwójkami. Jakby kontroli było mało, to ja jeszcze zostałem zatrzymany na kontrolę celną – mówi.

– To wszystko trwało bardzo długo, bo wylądowaliśmy o 17.30, a nasze bagaże wyjechały o 22.10. Szczęście w nieszczęściu, można powiedzieć. Dobrze, że nic się nie stało, ale nie była to przyjemna sytuacja. Dla mnie najbardziej bulwersujące jest to, że o wszystkim, co się z nami działo, dowiedzieliśmy się jako ostatni. Najpierw informacja poszła do mediów, a dopiero potem do nas. To nie taka powinna była być kolej komunikowania – podsumowuje Łukasz Wingert.
Źródło info i foto: onet.pl

Sopot: W pobliżu molo znaleziono ciało. Policja i prokuratura prowadzą śledztwo

Tragiczne odkrycie w Sopocie. W okolicach molo znaleziono zwłoki. Na miejscu działania prowadzi prokuratura i policja. W poniedziałek 5 kwietnia około południa policja w Sopocie otrzymała dramatyczne zgłoszenie. Jeden z mieszkańców poinformował o znalezieniu zwłok w okolicach sopockiego molo.

Ciało znajdowało się w wodzie. Na miejsce przybyli funkcjonariusze oddział wodnego komisariatu policji, w tym płetwonurkowie. Działania prowadzi także prokuratura. Nie ustalono jeszcze, do kogo należy ciało.

„Za pośrednictwem numeru alarmowego 112 dostaliśmy zgłoszenie, że w wodzie, w okolicy molo, znajdują się zwłoki. Na chwilę obecną tożsamość nie jest znana” – poinformowała oficer prasowa Komendanta Miejskiego Policji w Sopocie st. asp. Lucyna Rekowska, cytowana przez portal esopot.pl
Źródło info i foto: o2.pl

Zatrzymano pięć kobiet planujących zamach w Niedzielę Wielkanocną

Francuskie służby bezpieczeństwa zatrzymały pięć kobiet, w tym jedną podejrzewaną o związki z grupami islamistów. Do zatrzymania doszło w położonej na południu kraju miejscowości Beziers. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie planowanych aktów przemocy, a śledczy uważają, że jedna z zatrzymanych miała zamiar dokonać ataku w Niedzielę Wielkanocną.

Wszystkie zatrzymane kobiety należą do jednej rodziny i, zdaniem służb bezpieczeństwa, uległy w ostatnim okresie radykalizacji między innymi oglądając materiały publikowane przez Państwo Islamskie. Większość ataków terrorystycznych i aktów przemocy we Francji dokonywanych jest przez mężczyzn, jednak w przeszłości i kobiety skazywano za takie przestępstwa.

W roku 2019 Ornella Gilligmann i Ines Madani zostały skazane na 30 lat pozbawienia wolności za próbę wysadzenia samochodu-pułapki w pobliżu Katedry Notre-Dame.
Źródło info i foto: TVP.info

Kolejny skandal we Francji. Wystawne, tajne kolacje elit w czasie lockdownu

Francuscy prokuratorzy wszczęli dochodzenie w sprawie informacji, jakoby ministrowie rządu i inni zamożni goście brali udział w tajnych kolacjach w paryskich restauracjach z naruszeniem obostrzeń związanych z pandemią. Doniesienia o spotkaniach wywołały we Francji oburzenie – poinformowały media.

Prokuratura w Paryżu podała, że w niedzielę wszczęto dochodzenie w sprawie możliwych zarzutów „narażania życia innych” i „pracy nierejestrowanej”. Dochodzenie będzie miało na celu „zweryfikowanie, czy kolacje i przyjęcia zostały zorganizowane z naruszeniem zasad zdrowotnych, a także ustalenie, kto był możliwym organizatorem i uczestnikiem”.

Nagranie z ukrytej kamery

Skandal wybuchł po tym, jak w piątek kanał telewizyjny M6 wyemitował nagranie z ukrytej kamery rzekomo z wysokiej klasy restauracji, w której pokazano gości delektujących się kawiorem i szampanem w ramach menu degustacyjnego kosztującego do 490 euro. Adres był znany tylko „nielicznym uprzywilejowanym” – twierdzi M6.

Ze względu na pandemię Covid-19 francuskie restauracje i kawiarnie są zamknięte od końca października. Na nagraniu było widać, że goście nie przestrzegają zalecanych zasad związanych z pandemią, w tym nie zachowują dystansu, nie noszą maseczek, a niektórzy witają się pocałunkami w policzek. Personel również był bez maseczek.

W materiale wyemitowanym przez M6 jeden z gości anonimowo powiedział, że wśród uczestników kolacji byli ministrowie. „W tym tygodniu jadłem obiad w dwóch lub trzech restauracjach, tak zwanych tajnych restauracjach, z kilkoma ministrami” – stwierdził.

Gość został później zidentyfikowany jako były prezenter telewizyjny Pierre-Jean Chalencon, właściciel luksusowego Palais Vivienne w Paryżu. Francuska telewizja zasugerowała, że właśnie to miejsce działa jako „tajna restauracja”. Prawnik Chalencona w oświadczeniu dla AFP przyznał, że były prezenter był osobą z nagrania, ale zaprzeczył, by ministrowie byli obecni na nielegalnych kolacjach. Stwierdził, że miał to być tylko żart.

Akcja w mediach społecznościowych

Po tym, jak pojawiły się spekulacje dotyczące tego, kto mógł uczestniczyć w kolacjach, na Twitterze popularnością zaczął się cieszyć hashtag #OnVeutLesNoms (#ChcemyNazwisk). Wiceminister spraw wewnętrznych Marlene Schiappa powiedziała francuskiej telewizji, że jeśli ministrowie lub posłowie uczestniczyli w tajnych kolacjach, powinni zostać „ukarani grzywną i karą jak każdy inny obywatel”.

– Jeśli ministrowie złamali zasady, muszą zostać ukarani jak każdy inny – stwierdził z kolei minister gospodarki Bruno Le Maire.

Minister spraw wewnętrznych Gerald Darmanin powiedział, że jeśli doniesienia o kolacjach są prawdziwe, to każdy, kto byłby obecny, powinien zostać postawiony w stan oskarżenia. – Nie ma dwóch typów obywateli – tych, którzy mają prawo do imprez, i tych, którzy go nie mają – powiedział.

Osoby, które uczestniczyły w spotkaniu, mogą zostać ukarane grzywną za nienoszenie masek i nieprzestrzeganie godziny policyjnej obowiązującej od 19 do 6.

Rzecznik rządu Gabriel Attal powiedział w niedzielę wieczorem w telewizji LCI, że władze od miesięcy badają doniesienia o potajemnych imprezach i restauracjach, a 200 podejrzanych zostało zidentyfikowanych i grozi im „surowa kara”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Strzelanina w parku w Alabamie

Strzelanina w mieście Birmingham w Alabamie (USA). Jedna osoba zginęła, a pięć innych, w tym czteroletnie dziecko i trzech nastolatków, zostało rannych. Do strzelaniny doszło w miejscowym parku w godzinach wieczornych, gdzie setki ludzi zebrały się, by świętować Wielkanoc.

Strzelanina w Birmingham w Alabamie. Dramatyczne sceny rozegrały się ok. godz. 19 czasu lokalnego (godz. 2 w poniedziałek czasu polskiego) w Patton Park. Sierż. Rod Mauldin z policji w Birmingham powiedział podczas konferencji prasowej, że w parku doszło do bójki między dwiema grupami mężczyzn, która doprowadziła do „oddania kilku strzałów”.

W wyniku strzelaniny zginęła 32-letnia kobieta, która była osobą postronną. Według sierż. Mauldina pięć rannych osób – w wieku 4, 15, 16, 17 i 21 lat – zostało przewiezionych do szpitali. Ich stan jest oceniany jako stabilny. Funkcjonariusze przybyli i znaleźli 32-letnią Areyelle Yarbrough z Bessemer leżącą na ziemi tuż przed drzwiami samochodu. Stwierdzono zgon na miejscu – podaje CNN.

Amerykańskie media podają, że nikt nie został aresztowany w związku ze strzelaniną. Policja zaapelowała o pomoc w odnalezieniu sprawców. „Ten park był pełen ludzi, pełen rodzin, i wiemy, że ludzie coś widzieli” – powiedział dziennikarzom Mauldin.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Protest w Londynie. Aresztowano 107 osób

107 osób aresztowano podczas sobotniego protestu w Londynie przeciw projektowi ustawy o policji, przestępczości, wyrokach i sądach, który m.in. zwiększa uprawnienia policji wobec uczestników demonstracji – podała w niedzielę londyńska policja metropolitalna.

Jak sprecyzowała policja, powodem aresztowań były naruszenie porządku publicznego, udział w zamieszkach, napaść na funkcjonariuszy i łamanie przepisów epidemicznych, ale jedna kobieta została aresztowana pod zarzutem posiadania broni, gdyż znaleziono przy niej nóż.

Większość ludzi nie łamała obostrzeń?

Policja dodała, że zdecydowana większość ludzi zachowywała dystans społeczny i opuściła miejsce zgromadzenia w sposób spokojny. – Jednak w miarę upływu popołudnia stało się jasne, że niewielka liczba osób zamierzała pozostać, aby spowodować zakłócenia życia przestrzegających prawa londyńczyków. Pomimo wielokrotnych poleceń od funkcjonariuszy, aby się rozejść, nie zrobili tego i w związku z rosnącym poziomem nieporządku, dokonano aresztowań – powiedział nadinspektor Ade Adelekan.

Kontrowersyjny projekt ustawy o policji

Będący obecnie przedmiotem obrad Izby Gmin projekt ustawy o policji, przestępczości, wyrokach i sądach przewiduje m.in. zwiększenie uprawnień policji, by mogła nie wyrażać zgody na demonstracje, jeśli mogą one spowodować poważne zakłócenia dla mieszkańców i firm na terenach, gdzie miałyby się odbywać. Zdaniem przeciwników projektu ustawy jest to ograniczenie swobody odbywania protestów. Jednak rząd i policja przekonuje, że te zapisy są potrzebne, aby można było radzić sobie z takimi demonstracjami jak te organizowane w 2019 r. przez aktywistów z Extinction Rebellion, gdy masowe okupacje dróg i mostów w Londynie sparaliżowały miasto.

Protesty przeciw projektowi ustawy odbywały się w sobotę także w kilku innych miastach, m.in. w Bristolu, Birmingham, Liverpoolu, Newcastle, Weymouth i Bournemouth. W Bristolu, gdzie był to już piąty protest w tej sprawie w ciągu dwóch tygodni, aresztowano siedem osób.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Udało się wyjaśnić sprawę zabójstwa sprzed 10 lat

Policjanci z podlaskiego Archiwum X rozwikłali zbrodnię sprzed 10 lat. Śledczy zatrzymali dwóch mężczyzn podejrzanych o zabójstwo 60-latka. Do zbrodni doszło w 2011 roku, w Suwałkach. W prokuraturze, mężczyźni w wieku 32 i 43 lat, usłyszeli zarzuty zabójstwa i decyzją sądu zastosowano wobec nich trzymiesięczny areszt. Za to przestępstwo grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Policjanci z Zespołu do Spraw Przestępstw Niewykrytych Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku rozwikłali kolejną sprawę zabójstwa. Tym razem policjanci z Archiwum X wyjaśnili zbrodnię, do której doszło w kwietniu 2011 roku, w Suwałkach.

Wówczas to, zaginął 60-letni pensjonariusz jednej z suwalskich noclegowni. Początkowo, praca śledczych nie przyniosła przełomu w sprawie. W listopadzie 2013 roku śledztwo zostało umorzone. Nie było wystarczających dowodów, aby wyjaśnić okoliczności zaginięcia mężczyzny.

W sierpniu 2020 roku sprawa trafiła do Archiwum X. Najbardziej doświadczeni funkcjonariusze służby śledczej zaczęli ją wnikliwie analizować. Policjanci, prowadząc szereg dodatkowych czynności procesowych z jednoczesnym wykorzystaniem nowoczesnych metod badawczych ustalili, że zaginiony mężczyzna prawdopodobnie został zabity, a jego zwłoki – ukryte.

Policjanci ustalili też, iż prawdopodobnie podejrzanymi są 43-letni suwalczanin i 32-letni mieszkaniec powiatu łomżyńskiego. Dalsze ustalenia prowadzone przez podlaskich śledczych pozwoliły na zatrzymanie mężczyzn. Podejrzani wpadli w ręce mundurowych w minioną niedzielę, w swoich domach. Dzień później zostali doprowadzeni do Prokuratury Okręgowej w Suwałkach, która nadzoruje postępowanie. Tam mężczyźni usłyszeli zarzuty zabójstwa. Decyzją sądu 32 i 43-latek trafili na trzy miesiące do aresztu. Za to przestępstwo grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Brutalny napad na byłego ministra Bernarda Tapie we Francji

W nocy z soboty na niedzielę francuski przedsiębiorca i były minister Bernard Tapie oraz jego żona Dominique padli ofiarami brutalnego napadu. Małżeństwo zostało pobite, a później związane przewodami elektrycznymi. Bernard Tapie i jego żona Dominique spali, gdy czterech włamywaczy wdarło się do ich domu zlokalizowanego w podparyskiej miejscowości Combs-la-Ville. Małżeństwo zostało pobite, a później związane przewodami elektrycznymi.

Jak poinformowała agencja AFP, napastnicy uciekli, zabierając ze sobą dwa zegarki (w tym jeden marki Rolex), kolczyki, bransoletki i pierścionek. Dominique Tapie zdołała się uwolnić, a później udała się do domu sąsiada, skąd wezwała policję. Lekko ranna w wyniku kilku uderzeń w twarz, została zabrana do szpitala na badania kontrolne.

78-letni Bernard Tapie, który został uderzony pałką w głowę, odmówił hospitalizacji. – Jest zdruzgotany, bardzo zmęczony. Siedział na krześle, kiedy został uderzony pałką – przekazał wnuk Tapiego, Rodolphe Tapie.

Bernard Tapie to nie tylko kontrowersyjny przedsiębiorca (w przeszłości właściciel firmy Adidas oraz klubu piłkarskiego Olympique Marsylia), ale także osobowość telewizyjna i były polityk. W działalności biznesowej skupiał się na przejmowaniu upadających firm, które po restrukturyzacji sprzedawał z zyskiem. W 1989 r. z ramienia Lewicowej Partii Radykalnej uzyskał mandat do Zgromadzenia Narodowego, a trzy lata później powierzono mu funkcję ministra ds. miast.

Za m.in. oszustwa podatkowe oraz przestępstwa korupcyjne został skazany na dwa lata pozbawienia wolności. W więzieniu, które opuścił w 1997 r., spędził ostatecznie pięć miesięcy. Po wyjściu na wolność Tapie próbował swoich sił w aktorstwie i prowadzeniu programów radiowych i telewizyjnych. W 2018 r. zdiagnozowano u niego raka żołądka i przełyku.
Źródło info i foto: Gazeta.pl