8-letni Mateusz wyszedł z domu i nie wrócił. Dwaj mężczyźni skazani

Twarz 8-letniego Mateusza Domaradzkiego obiegła w 2006 r. ogólnopolskie media. Chłopiec z Rybnika nagle zaginął, a szeroko zakrojone poszukiwania nie przyniosły rezultatu. I choć ciała nie znaleziono, prokuratura i sądy doszły do wniosku, że dziecko nie żyje, a za jego śmierć odpowiada dwóch dwudziestokilkulatków. „Sprawa niewątpliwie należy do wyjątkowych” – przyznał kilka lat po zaginięciu chłopca Sąd Apelacyjny w Katowicach.

Poniedziałek, 6 lutego 2006 r. Rybnik. Trwają właśnie zimowe ferie. 8-letni Mateusz Domaradzki ok. godz. 14 wychodzi z domu i idzie na pobliską górkę, tzw. „deptę”, by pojeździć na plastikowej desce. Jest zimno, chłopiec ma na sobie dwie pary spodni, czarne kozaki, kurtkę.

Mateusz ginie bez śladu. Dosłownie zapada się pod ziemię. Po południu alarm wszczyna matka chłopca, Barbara. Zawiadamia policję.

Barbara, matka Mateusza: Jeszcze było jasno, na górce nie było żadnych dzieci. Już mnie wtedy taki lęk ogarnął. Wołałam „Mateuszek”, ale jakaś taka martwa cisza była. Jeszcze szukałam go potem na lodowisku, na świetlicy, nigdzie go nie było. Nigdy tak wcześniej nie było, żebym szukała Mateusza tak wcześnie, ale jakoś w ten dzień miałam złe przeczucia. Jakoś coraz bardziej się bałam.

Członkowie rodziny, znajomi Mateusza, funkcjonariusze rozpoczynają poszukiwania. Sprawdzane są przystanki autobusowe, nocne sklepy, recepcje hoteli, noclegownia, kawiarnie, markety.

Jeszcze przed północą do akcji wkracza pies tropiący. Temperatura -18 stopni, zmrożony śnieg. Pies nie podejmuje śladu. Matka chłopca: Wszystko żeśmy obeszli. Dzieci z nami szukały, ludzie się dołączyli. Byliśmy i na górce, i za torami, ale nigdzie Mateusza nie było. Nikt go nie widział. (…) Ja nie wiem, o której wróciłam do domu, chyba była gdzieś trzecia w nocy, jak mnie odwieźli policjanci.

Poszukiwania prowadzone są też kolejnego dnia. Dworce, restauracje typu fast-food, stacje paliw, piwnice, strychy, nabrzeże rzeki Ruda, torowisko kolejowe, łąki, tereny leśne, pustostany, szpitale. Rozmowy z dziesiątkami osób, kierowcami autobusów, kierownikami pociągów. Wciąż nic.

We wtorek o godz. 7 rano rodzice Mateusza składają na komendzie oficjalne zawiadomienie o zaginięciu syna.

Wzrost: 120 cm. Włosy krótkie, ciemny blond. Twarz podłużna, czoło niskie, oczy brązowe, mały, wąski nos, uszy średnie, przylegające, po lewej stronie górnej szczęki brak „trójki”. Blizna po zabiegu laryngologicznym na czubku nosa.

Posterunkowy w rubryce „zamiłowania, upodobania” wpisuje: „posiadał zdolności artystyczne, należał do świetlicy opiekuńczej w kole tanecznym”.

Matka Mateusza zajmuje się domem, ojciec pracuje jako operator koparki. Oprócz chłopca wychowują jeszcze trójkę dzieci. Ojciec zeznaje, że w trakcie ferii Mateusz z własnej woli wstawał o 5.30 rano i przygotowywał tacie kanapki i kawę do pracy.

Jan, ojciec Mateusza: W naszym domu panuje taki zwyczaj, że każde dziecko przed wyjściem z domu zapyta się, czy może gdzieś wyjść, powie, gdzie chce wychodzić i na jak długo. Dzieci stosują się do tych naszych pozwoleń. Barbara: Mateusz jest dzieckiem raczej spokojnym, w szkole nie ma z nim problemów wychowawczych, na początku tego roku szkolnego miał trudności z nauką, ale na półrocze była znaczna poprawa.

Wychowawczyni chłopca zeznaje, że rzeczywiście miał problemy w szkole, nie potrafił się skupić, często nie odrabiał zadań, zapomniał o szkolnych przyborach. Nigdy natomiast nie skarżył się jej na żadne problemy w domu. Według niej Mateusz miał w rodzinie oparcie.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się też, by Mateusz nie wrócił na noc. Tylko kilka miesięcy temu pojawił się w domu późno, ok. godz. 21, bo poszedł odwiedzić kolegów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *