Polka skazana na dożywocie w Irlandii. Rodzina wciąż walczy o jej wolność

– Jak nie masz nikogo, gaśniesz jak świeczka – opowiada Teresa, mama Marty Herdy – Polki, która została skazana na dożywocie. Rodzina robi wszystko, żeby uwolnić kobietę. Kontrowersje wokół procesu i znaki zapytania dotyczące zachowania Polki sprawiły, że sprawa obiegła zagraniczne i polskie media. Bliscy Marty zdradzają w rozmowie z Wirtualną Polską, jak wygląda rzeczywistość w irlandzkim więzieniu.

W marcu 2013 roku Marta Herda wjechała samochodem do portowego kanału w mieście Arklow. Jej udało się wydostać. Pasażer i przyjaciel dziewczyny – Csaba Orsas – utonął. Węgier, podobnie jak Marta, przyjechał do Irlandii za pracą. W październiku 2014 roku Marta została aresztowana pod zarzutem zabójstwa z premedytacją. Razem z prokuratorem, pojawiły się media. Proces ruszył w 2016 roku, był prawdziwą sensacją i pożywką dla tabloidów. Przez miesiąc śledczy ustalili, że to nie mógł być wypadek. Za zabójstwo z premedytacją prawo przewidywało więc dla Marty dożywocie.

– Finał w sądzie mógł wyglądać na trzy sposoby: Marta mogła zostać uniewinniona i o to walczyła. Mogła zostać skazana za nieumyślne spowodowanie śmierci. I trzeci – najgorszy, który się spełnił – skazana za morderstwo z premedytacją – opowiada w rozmowie z Wirtualną Polską Monika, siostra Marty.

Lublin. Niewielkie osiedle kilka minut od centrum miasta. W jednym z bloków Monika prowadzi skromny gabinet kosmetyczny. Siadamy na fotelach ustawionych pośród kosmetyków i mnóstwa przyrządów do zabiegów. Na kanapach leżą rozłożone okrycia z włóczki. Monika dostała je od siostry z więzienia. – Marta zawsze daje nam prezenty, które sama wykonała – opowiada.

– Siostra próbuje zapełnić sobie dzień, żeby oderwać się myślami od tego wszystkiego. Uczy się angielskiego, chodzi na zajęcia artystyczne. Robi torebki, ozdoby z porcelany, z drewna. Szydełkuje. Ostatnio prosiła, żeby przywieźć jej formy do odrysowywania ubrań. Teraz chce się nauczyć szyć ciuchy. Mają siłownię, ale Marta tam nie chodzi. Raz zapytałam, czemu, to powiedziała, że tam dziewczyny się „wyżywają na sobie”. Kupiłam jej płytę Chodakowskiej z gazetą, żeby mogła sobie ćwiczyć w pokoju. Ma tam taki mały telewizorek, na którym może odtwarzać. Obiecała, że będzie ćwiczyć. Wozimy Marcie też różne filmy, książki. Dostała ode mnie farby, żeby mogła malować swoimi, a nie tylko więziennymi. Maluje. Dwa obrazy wylicytowano na aukcji WOŚP – wylicza Monika.

I dodaje: – Są takie dni, w których Marta się załamuje. Płacze wtedy, że już nie chce tu być, że już nie daje rady. Mija to wyznaczone przez kierownictwo więzienia 6 minut na rozmowę ze mną i dzwoni ponownie, tym razem do mamy. Wtedy mama już wie, że jest źle i pociesza: „Martusia, przetrwaj to. Jeszcze tylko trochę. Niedługo będziemy”. I tak wygląda nasza rzeczywistość. Ona będąc tam, daje nam mnóstwo siły. Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu. Dlatego cały czas walczymy o Martę. To jest właśnie rodzina.

Teresa, Monika i jej mąż Waldemar to trzyosobowy front przeciwko irlandzkiemu wymiarowi sprawiedliwości. Od samego początku sprawy walczą o to, by Marta wyszła na wolność. Nigdy nie powiedzą, że Marta to morderczyni. Za dobrze ją znają. Utrzymują, że nie ma ani jednego dowodu, który świadczyłby o tym, że zamordowała przyjaciela Csabę Orsasa, że wjechała do wody z zamysłem skrzywdzenia kogokolwiek. – Nie boję się, że ktoś powie o mnie: matka morderczyni. Wiem, że to nie było morderstwo – mówi Teresa.

Monika: – Nie ma jednego dnia, żeby o tym nie myśleć, nie mówić. To jest jak choroba nowotworowa.

Teresa: – Obiecałyśmy sobie, że będziemy silne.
Źródło info i foto: wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *