Zapadł wyrok ws. molestowania i zbiorowego gwałtu na dziewczynce. Koszmar dziecka trwał 5 lat

Jest wyrok w bulwersującej sprawie molestowania i gwałtu na małoletniej dziewczynce. Koszmar ofiary trwał przez pięć lat. Sąd w Rzeszowie skazał pięciu mężczyzn. Wśród nich jest przyrodni brat pokrzywdzonej. Na ile lat mają iść do więzienia? Wyrok jest nieprawomocny. Cały dramat rozegrał w Malawie pod Rzeszowem. Mariusz N. uczynił ze swojej przyrodniej siostry seksualną niewolnicę. Gwałcił i telefonem nagrywał z jej udziałem pornograficzne filmy. Potem zaczął zachęcać swoich kumpli, aby robili to samo.

Dziewczynka jest niepełnosprawna intelektualnie. – Zawsze cichutka, wycofana, ślicznie rysowała – mówi jedna z sąsiadek. Wychowywała się w trudnej rodzinie, gdzie panowała przemoc, a jej sprawcą był jej przyrodni brat. – Ciągłe awantury, wyzwiska. Policja przyjeżdżała tam na okrągło – przyznaje sąsiadka. To właśnie przy okazji śledztwa dotyczącego znęcania się nad matką, wyszedł na jaw koszmar, który przeżywała także siostra mężczyzny – dodaje.

Nastolatka trafiła do rodziny zastępczej i pod opiekę psychologa, co pomogło odkryć kolejną prawdę. Nie tylko, brat, ale także jego kumple mieli wykorzystywać seksualnie ofiarę. Najstarszy z nich ma 68 lat! Prokuratura oskarżyła więc pięciu mężczyzn o obcowanie seksualne z nieletnią.

Mariusz N. został uznany winnym wielokrotnego zmuszania przemocą dziewczynki do obcowania płciowego, zarówno samemu jak i wspólnie z innymi, molestowania seksualnego, utrwalania treści pornograficznych z jej udziałem, znęcania się nad nią oraz grożenia jej, gdyby ujawniła gwałty. 42-latek został skazany na 15 lat więzienia. Natomiast Franciszek D., Andrzej M. i Franciszek K. otrzymali kary po 8 lat więzienia za gwałty i molestowanie, a K. także za utrwalanie treści pornograficznych z udziałem pokrzywdzonej. Z kolei Grzegorza D. sąd skazał na 9 lat pozbawienia wolności za gwałty na dziewczynce, molestowanie, groźby i utrwalanie treści pornograficznych z jej udziałem.

Wszyscy mają także wieloletnie zakazy kontaktowania się i zbliżania się do dziecka; Mariusz N. przez 15 lat, pozostali przez 10 lat. Wszyscy też mają solidarnie zapłacić na rzecz dziewczynki łącznie 100 tys. zadośćuczynienia.

Wyrok jest nieprawomocny. Strony mogą odwołać się od wyroku do Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie.

Sąsiedzi stoją za nimi murem

Dziewczynka obecnie ma 15 lat. W toku śledztwa nie udało się dokładnie ustalić, od kiedy oskarżeni mieli zacząć ją wykorzystywać seksualnie. Trwało to prawdopodobnie przez 5 lat. W trakcie postępowania prokuratorskiego mężczyźni nie przyznali się do winy. W trakcie procesu, sąsiedzi mężczyzn przyszła delegacja wsi bronić oskarżonych.

– Co do brata, nie wypowiadamy się, bo nie wiemy co działo się tam w domu. Ale pozostali, to porządne chłopy! – przekonywała jedna z protestujących kobiet. – Jesteśmy z wami! – pokrzepiali oskarżonych sąsiedzi.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ginekolog skazany za gwałty i molestowanie 26 pacjentek. Usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności

Monzer M., ginekolog, który miał molestować 26 ze swoich pacjentek, usłyszał wyrok 15 lat więzienia – donosi „Super Express”. Lekarz ma wypłacić także zadośćuczynienie pokrzywdzonym. Wyrok nie jest prawomocny.

O sprawie Monzera M. stało się głośno latem 2018 roku. Wówczas do policjantów zgłosiła się kobieta, która opisała, że jej wizyta u ginekologa w Zabrzu odbiegała od standardowego badania. Później pojawiały się kolejne kobiety, które oskarżały mężczyznę m.in. o gwałt i inne czynności seksualne.

W sierpniu 2018 Monzer M. został tymczasowo zatrzymany. Ustalono, że do przestępstw miało dochodzić w latach 2016-2018. Także w sierpniu usłyszał zarzuty. Łącznie oskarżano go o 26 przestępstw na tle seksualnym. Mężczyzna nie przyznawał się jednak do winy.

W czerwcu 2020 roku zakończył się proces Monzera M. – informuje „Super Express”. Ginekolog ma spędzić 15 lat w więzieniu. Przez taki sam okres obowiązuje go zakaz wykonywania zawodu. Ma również wypłacić poszkodowanym zadośćuczynienie w łącznej kwocie 345 tys. złotych.

Według ustaleń śledczych Monzer M. przez 14 lat (w toku śledztwa okazało się bowiem, że jego przestępstwa przypadały na lata 2004-2018) skrzywdził 26 kobiet na tle seksualnym, gwałcąc je lub doprowadzając do „innych czynności seksualnych”. Do molestowania dochodziło w jego prywatnych gabinetach m.in. w Zabrzu.

Wyrok sądu jest nieprawomocny, strony mogą się od niego odwołać.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Tragiczny wypadek autobusu w Warszawie. Tymczasowy areszt dla kierowcy. Był pod wpływem amfetaminy

Jest tymczasowy areszt na trzy miesiące dla kierowcy, który w czwartek pod wpływem amfetaminy doprowadził do katastrofy komunikacyjnej – poinformowała w sobotę po południu PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Mirosława Chyr. O areszcie dla mężczyzny zdecydował sąd na podstawie trzech przesłanek, na które wskazywał prokurator, czyli obawy ucieczki, obawy matactwa poprzez bezprawne wpływanie na gromadzony materiał dowodowy oraz obawy wymierzenia surowej kary.

Podejrzany przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Przyznał się do tego, że zażył amfetaminę zanim rozpoczął zmianę, zanim wsiadł do autobusu. Będziemy to weryfikować – powiedziała PAP Mirosława Chyr.

Dodała, że prokuratura będzie weryfikować wszystkie okoliczności wypadku na podstawie m.in zeznań świadków i zapisu z rejestratorów w autobusie. Czekamy aż kierowca zostanie osadzony w areszcie w warunkach oddziału szpitalnego – zaznaczyła Chyr.

Wcześniej rzeczniczka informowała PAP, że Tomasz U., będąc pod wpływem narkotyków, nie zachował bezpiecznej prędkości dostosowanej do warunków jazdy.

Wskutek tego nie udało mu się wyhamować autobusu, co doprowadziło do uderzenia pojazdu w barierę energochłonną na krawędzi drogi. Doszło do przerwania bariery, osunięcia się autobusu z wiaduktu na znajdującą się poniżej ścieżkę rowerową i rozpadu pojazdu na dwie części – podała.

Dodała też, że podczas piątkowych czynności z udziałem prokuratura „wyjaśnił jedynie, że >urwał mu się film< i niewiele pamięta z tego, co się działo. Pamięta jedynie tyle, że pomagał wyprowadzić jedną z pasażerek autobusu" – wyjaśniła Chyr.

Zaznaczyła, że podejrzany początkowo odmówił udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy przyznaje się do popełnienia zarzucanego mu czynu.

Wyjaśnił, że niewiele pamięta ze zdarzenia – poinformowała Chyr. Za to przestępstwo grozi mu do 15 lat więzienia.

W kabinie pojazdu, który prowadził Tomasz U. znaleziono torebkę z zawartością amfetaminy w ilości 0,54 g.

Ustalono, że amfetamina należała do podejrzanego, w związku z czym prokurator przedstawił mu również zarzut posiadania substancji psychoaktywnej. Do dalszych badań zabezpieczono plecak należący do kierującego, w którym ujawniono plastikową płytkę z nalotem białej substancji, jak wynika z opinii biegłych – amfetaminy – podała Chyr.

Z danych zgromadzonych w trakcie śledztwa wynika, że Tomasz U. od listopada 2014 r. do marca 2018 r. był 13-krotnie karany za wykroczenia w ruchu drogowym, w tym za przekroczenie prędkości, niestosowanie się do znaków i sygnałów drogowych.

Podejrzany uprawnienia do kierowania autobusem uzyskał w kwietniu 2019 r., a już w maju 2019, bez żadnego doświadczenia w prowadzeniu autobusu, został zatrudniony jako kierowca autobusu miejskiego – przekazywała w sobotę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Zaznaczyła również, że szczegółowego wyjaśnienia wymaga wątek zatrudnienia Tomasza U. jako kierowcy autobusu w Zarządzie Transportu Miejskiego Miasta Stołecznego Warszawy oraz okoliczności jego wyjazdu w dniu katastrofy autobusem z bazy.

Prokuratorzy będą ustalać, jak wyglądają procedury badania kierowców na zawartość środków odurzających przed wyjazdem na miasto, czy kierowcy są badani – a jeśli tak, to jak często i w oparciu o jakie kryteria – informowała Chyr.

W tym celu prokurator zabezpieczył dokumentację kierowcy znajdującą się w Zarządzie Transportu Miejskiego i od przewoźnika, który zatrudnił kierowcę.

Wystąpił także do Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy o przekazanie dokumentacji dotyczącej bezpieczeństwa przy świadczeniu usług komunikacji miejskiej na terenie Warszawy oraz weryfikacji kompetencji i doświadczenia osób kierujących środkami komunikacji – podkreśliła Chyr.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Londyn: Zrzucił chłopca z 10. piętra, aby zaistnieć w telewizji. Został skazany na 15 lat

Brytyjski nastolatek, który zrzucił sześcioletniego francuskiego chłopca z platformy widokowej na 10. piętrze galerii sztuki Tate Modern w Londynie z zamiarem zabicia go, został w piątek skazany co najmniej na 15 lat więzienia z możliwością, że nigdy nie wyjdzie na wolność.

Do zdarzenia doszło w sierpniu zeszłego roku. Jonty Bravery, który miał wówczas 17 lat, w grudniu przyznał się do usiłowania zabójstwa. Poszkodowany chłopiec, którego personaliów nie ujawniono, odwiedzał Wielką Brytanię wraz z rodziną. Wyrzucony przez Bravery’ego z platformy widokowej uderzył w znajdujący się 30 metrów niżej dach nad piątym piętrem. Przeżył, ale doznał poważnych obrażeń wewnętrznych – krwawienia do mózgu, pęknięcia kręgosłupa, złamania kilku kości. Jak informują jego rodzice, dopiero w styczniu zaczął z powrotem jeść, trochę mówić, ale cały czas pozostaje na wózku inwalidzkim, ma szyny w ramieniu i obu nogach i czeka go wieloletnia rehabilitacja.

Chciał, aby pokazano go w telewizji

18-letni obecnie Bravery, który został aresztowany wkrótce po zdarzeniu, powiedział policji, że planował skrzywdzić kogoś w muzeum, aby pokazano go w telewizji. Poprzedniego dnia szukał w internecie informacji, jak zabijać ludzi, a przed zdarzeniem zapytał kogoś, gdzie znajduje się jakiś wysoki budynek. Stwierdzono u niego spektrum zaburzeń autystycznych i zaburzenia osobowości, ale sędzia uznała, że te schorzenia nie wyjaśniają w pełni motywów jego działań i że stanowi on „poważne i bezpośrednie zagrożenie dla społeczeństwa”.

Zdecydowała, że powinien zostać uwięziony na minimum 15 lat, z możliwością, że nigdy nie będzie wypuszczony na wolność.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Co ze śledztwem ws. zabójstwa wójt gminy Zgierz?

Prokuratura w Zgierzu cały czas prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Barbary Kaczmarek. Przypomnijmy, że dotychczasowa wójt zmarła pod koniec lutego w zgierskim szpitalu z powodu rozległych obrażeń głowy i poważnego urazu mózgu. Zarzuty spowodowania u niej ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu usłyszał jej syn, Krzysztof K..

Mężczyzna początkowo trafił do aresztu, który jednak dość szybko opuścił. – Zebrany materiał dowodowy, a w szczególności kolejna opinia biegłych z Zakresu Medycyny Sądowej uzasadniał odstąpienie od najsurowszego środka zapobiegawczego. Podejrzany pozostaje jednak cały czas pod zarzutem spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – mówi Krzysztof Kopania (53 l.) z Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

Mężczyźnie grozi 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Były wiceszef Agencji Wywiadu z zarzutami doprowadzenia małoletniego do innych czynności seksualnych i obcowania płciowego

Paweł W., były wiceszef Agencji Wywiadu za rządów PO-PSL, usłyszał zarzuty doprowadzenia małoletniego do innych czynności seksualnych i obcowania płciowego z użyciem przemocy i przy nadużyciu zaufania. Horror dziecka trwał dwa lata. Mężczyźnie grozi nawet do 15 lat więzienia.

Jak informował portal tvp.info, w ubiegłym tygodniu policja zatrzymała w Warszawie byłego wysokiego agenta służb specjalnych Pawła W. To były wiceszef Agencji Wywiadu, wcześniej agent UOP, związany ze Służbą Wywiadu Wojskowego. Mężczyznę odwołano z funkcji wiceszefa AW po zmianach w służbach specjalnych w listopadzie 2015 roku, kiedy skończyły się rządy PO-PSL.

Mężczyzna po doprowadzeniu do prokuratury został przesłuchany. Prokurator ogłosił mu jeden zarzut, który obejmuje szereg przestępstw. Chodzi o działanie, do którego dochodziło na przestrzeni dwóch lat – od września 2017 roku do sierpnia 2019 roku.

– Zarzut dotyczy szeregu zachowań, które dotyczą doprowadzenia osoby małoletniej do poddania się innym czynnościom seksualnym i do obcowania płciowego przy wykorzystaniu zaufania i groźby użycia przemocy – mówi nam prokurator Mirosława Chyr, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Za zbrodnię, jaką popełnił, grozi nawet do 15 lat więzienia. Mężczyzna nie przyznaje się do zarzutów. Złożył obszerne wyjaśnienia. Decyzją warszawskiego sądu został aresztowany na trzy miesiące.

– Podstawą są dwie przesłanki – obawa wymierzenia surowej kary i obawa matactwa – wskazuje Chyr. Mężczyzna został zatrzymany na warszawskim Mokotowie.
Źródło info i foto: TVP.info

Sprawę porwania sprzed 26 lat wyjaśnią badania DNA

Czy zagadka tajemniczego zniknięcia dziecka sprzed 26 lat w końcu zostanie rozwiązana? Wiele na to wskazuje! Za oceanem odnalazła się 27-letnia Amerykanka, która twierdzi, że może być zaginioną w latach 90. Moniką Bielawską z Legnicy (woj. dolnośląskie). Dziewczynka zniknęła wraz z wózkiem spod apteki, a za winnego uprowadzenia i sprzedaży dziecka uznano jej ojca. Robert B. (46 l.) odbywa karę 15 lat więzienia.

Kolejne lata życie mamy i babci Moniki przepełniała rozdzierająca serce tęsknota. I nadzieja, że Monika się znajdzie. Teraz okazuje się, że nigdy nie można jej tracić! Możliwe, że niebawem mama i babcia ucałują swoją Monisię!

Po raz ostatni widziały ją 16 lipca 1994 roku. Dziś to już dorosła kobieta, a w dodatku Amerykanka, która nie mówi po polsku. Kelly, bo takie imię otrzymała w drugim życiu, gdy tylko dowiedziała się, że jest adoptowana, postanowiła poznać swoją historię. Za pośrednictwem portali o osobach zaginionych, a potem dzięki międzynarodowej współpracy policji, trop doprowadził ją do Legnicy. Kelly mogła też porównać swoją twarz z portretem Moniki, wykonanym przez policyjnych ekspertów. W 2010 roku odtworzyli wygląd twarzy – wtedy 17-letniej zaginionej dziewczynki.

– Na razie ja, podobnie jak Magdalena (mama Moniki Bielawskiej – przyp. red.) chcemy zatrzymać szczegóły dla siebie – powiedziała Faktowi Kelly. Więcej będzie mogła wyjawić z pewnością dopiero po wynikach testów DNA, które napiszą zakończenie tej sensacyjnej historii. A ta nawet w części nie rozwinęłaby się do tego etapu, gdyby nie internet i wsparcie ludzi, zaangażowanych w poszukiwanie osób zaginionych.

Nieoceniona moc internetu

Jedną ze stron, która udostępniła historię zaginionej Moniki Bielawskiej był facebookowy fanepage „Zaginieni przed laty”. W zeszłym miesiącu do administratorów strony odezwała się Kelly, która prawdopodobnie jest porwaną dziewczynką. – Stare sprawy staramy się przypominać jak najczęściej. Dzięki internautom, którzy udostępniają takie wiadomości, może stać się cud. Te zdjęcia zaginionych trafiają do odbiorców na całym świecie – mówi Faktowi Iwona Modliborska, administratorka strony. – Właśnie w ten sposób Monika poznała siebie na fotografiach i ruszyła dalej sprawę przez międzynarodową organizację policjantów Interpol – dodaje pani Iwona.

Obecnie w kontakcie z Kelly są administratorzy profilu „Zaginęła/Zaginął Cała Polska”, których wsparcie okazało się nieocenione w poszukiwaniach. To właśnie za ich pośrednictwem Kelly teraz kontaktuje się z mediami.

Ojciec Moniki nadal jest w więzieniu

Monikę (1,5 r.) ostatnio widziano 16 lipca 1994 roku. Tego dnia ojciec dziewczynki, Robert B. (46 l.), poszedł do legnickiej apteki wspólnie z córeczką i teściami. W pewnym momencie mężczyzna i wnuczka zniknęli dziadkom z oczu. Robert B. przepadł jak kamień w wodę.

Wrócił po kilku dniach, ale bez Moniki. Później uciekł za granicę. W 1997 roku odbyła się jego ekstradycja do Polski z Wiednia. Podczas przesłuchań często zmieniał wersję wydarzeń. Mówił, że sprzedał córkę na targowisku, że zginęła w wypadku samochodowym, wreszcie – że wypadła mu z wózka i zmarła. W 1998 roku wyszedł z aresztu i miał odpowiadać z wolnej stopy, ale znów uciekł.

W 2008 roku skontaktował się z wymiarem sprawiedliwości przez swojego adwokata, chcąc wyjaśnić sprawę. Sąd Okręgowy w Legnicy nie dał wiary jego tłumaczeniom i uznał, że jest winny uprowadzenia i sprzedania Moniki. Roberta B. skazano na 15 lat więzienia. Zanim wyrok się uprawomocnił, znów uciekł z kraju. 12 września 2013 roku został wreszcie schwytany przez policję w Austrii. Siedzi w więzieniu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Proponowali pracę ludziom chorym, a później okradali. Grozi im 15 lat więzienia

Prokurator skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko pięciu osobom zarzucając im handel ludźmi. Oskarżeni mieli werbować osoby, które wywozili do Wielkiej Brytanii, a następnie wykorzystywali je do zawierania umów kredytowych oraz wyłudzania świadczeń socjalnych – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik. Jak przekazała rzeczniczka Prokuratury Krajowej, akt oskarżenia przeciwko pięciu osobom skierował do Sądu Okręgowego w Gliwicach Śląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji PK w Katowicach.

– Prokurator oskarżył Dariusza P., Bożenę P., Krystiana P., Władysława K. i Dariusza B., o handel ludźmi polegający na werbowaniu szeregu osób, celem wywozu ich do Wielkiej Brytanii. Osoby te były następnie wykorzystane do zawierania umów kredytowych oraz wyłudzania świadczeń socjalnych w sposób poniżający ich godności – powiedziała prokurator Bialik.

– Prokurator zarzucił oskarżonym popełnienie łącznie 20 przestępstw handlu ludźmi w ramach zorganizowanej grupy przestępczej, działającej od 2009 roku na terenie Rudy Śląskiej, Częstochowy, Warszawy – podała.

Według ustaleń śledczych oskarżeni mieli wyszukiwać osoby chcące wyjechać do Wielkiej Brytanii. – Werbowane osoby były bezrobotne i znajdowały się w trudnej sytuacji życiowej, a także finansowej, były nieporadne życiowo, o niskich kwalifikacjach zawodowych, nieznające języka angielskiego, niejednokrotnie z ułomnościami intelektualnymi czy zaburzeniami psychiatrycznymi oraz uzależnione od alkoholu – wyliczyła prokurator.

Wskazała, że takim osobom oskarżeni składali oferty „legalnej, bardzo dobrze płatnej pracy” na terenie Wielkiej Brytanii.

– Dzięki podstępowi werbowników, pokrzywdzone osoby zgadzały się na wyjazd do Wielkiej Brytanii, gdzie na ich dane osobowe i przy ich nieświadomym udziale, organizatorzy rejestrowali fikcyjną działalność gospodarczą, a w bankach zakładali konta bankowe, do których wydano karty kredytowe. Kryminalna działalność organizatorów koncentrowała się jednak w głównej mierze na wyłudzeniach świadczeń i zasiłków socjalnych w Wielkiej Brytanii. Wskutek takich działań przestępcy otrzymywali, na założone uprzednio przez pokrzywdzonych konta bankowe pieniądze z tytułu dopłat i zasiłków rodzinnych – tłumaczyła.

Bez wody i łazienki

– W czasie pobytu poza granicami, obywatele polscy znajdowali się pod nieustannym nadzorem organizatorów. Pokrzywdzeni byli niejednokrotnie lokowani w przyczepach kempingowych, gdzie nie mieli dostępu do bieżącej wody czy toalety. Nadto organizatorzy procederu zwerbowane uprzednio osoby o najgorszej sytuacji życiowej zmuszali do popełnia kradzieży sklepowych i do pracy przymusowej – podkreśliła.

Jak ustalili śledczy, w taki sposób oskarżeni zwerbowali i przetransportowali prawie stu polskich obywateli, a tylko w przypadku jednej osoby, sprawcy byli w stanie wyłudzić równowartość około 35 tysięcy złotych.

Jak ustalił prokurator wydziału zamiejscowego PK w Katowicach, na terenie województwa śląskiego działało kilka zorganizowanych grup przestępczych zajmujących się handlem ludźmi, składających się w przeważającej części z osób narodowości romskiej. Prok. Bialik dodała, że jedna z grup została założona w Nottingham w Wielkiej Brytanii. W jej skład wchodzili: Dariusz P., Bożena P., Krystian P., Władysław K. i Dariusz B.

W trakcie zatrzymań prokurator zabezpieczył u podejrzanych majątek na łączną kwotę ponad 1,2 miliona złotych.

Za zarzucany czyn może grozić do 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: onet.pl

Artur M. za podpalenie domu byłej partnerki trafi za kratki na 15 lat

Artur M. (26 l.) ze Skomielnej Białej (woj. małopolskie) nie mógł pogodzić się z tym, że rzuciła go ukochana Karolina Ż. (24 l.). W odwecie podpalił dom, w którym mieszkała z rodziną. Za to, co zrobił, trafi do więzienia na długie lata.

Para poznała się w warsztacie samochodowym, który prowadził ojciec Karoliny. Zakochani zaczęli się spotykać. Urodził im się synek. Wszystko zniszczyły narkotyki. Artur miał z nimi problem. Z tego powodu partnerka go zostawiła i wróciła do rodziców. Porzucony mężczyzna nie mógł pogodzić się z jej odejściem.

Dwa lata temu, w kwietniu, podjechał taksówką pod dom, w którym mieszkała Karolina, 2-letni wówczas synek pary, rodzice kobiety i jej rodzeństwo. Łącznie siedem osób. Artur podpalił drewniany taras. Ogień błyskawicznie rozprzestrzenił się na inne pomieszczenia. To cud, że nikt nie zginął. Domownicy w porę się obudzili i zdołali uciec z płonącego budynku.

Rankiem Artur M. znów pojawił się w okolicy. – Zabiję wszystkich, z którymi się spotykała lub spotyka – powiedział do ciotki Karoliny.

Podpalacza zatrzymała policja. Sąd pierwszej instancji za usiłowanie zabójstwa 7 osób skazał go na 15 lat więzienia. Oskarżony odwołał się jednak od wyroku. Niedawno sąd apelacyjny podjął decyzję o podtrzymaniu kary.

– Zapamiętaj dobrze datę mojego wyjścia z więzienia – krzyknął do byłej partnerki Artur, gdy policjanci zakuwali go w kajdanki.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Sąd skrócił czas odsiadki dla „Szkatuły”

Aż o cztery lata złagodził Sąd Apelacyjny w Warszawie wyrok Rafała S. ps. Szkatuła w sprawie próby porwania oraz podżegania do zabójstwa. Tym samym zamiast na 15 lat więzienia, boss jednej z największych stołecznych grup przestępczych został prawomocnie skazany na 11.

W grudniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Rafała S. na karę 15 lat więzienia za próbę porwania złodzieja samochodów Ireneusza T. w 2002 roku, podżeganie do zabójstwa Piotra D. ps. Pietia w 2010 i 2011 roku oraz nielegalne posiadanie broni. Sędzia Andrzej Krasnodębski uznał, że za pierwsze przestępstwo „Szkatuła” zasłużył na 8 lat, za drugie również na 8, a za trzecie na 3 lata pozbawienia wolności.

Sąd Apelacyjny, który rozpatrywał sprawę, uznał w przypadku dwóch ostatnich przestępstw, sąd I instancji wydał słuszny werdykt. Oceniono jednak, że w sprawie próby porwania trzeba wziąć pod uwagę fakt, że 8 lat to zbyt surowy wyrok, tym bardziej, że za udział w tym samym zdarzeniu brat przyrodni bossa – Marcin K. ps. Belmondziak został skazany na 3 lata. Obniżono więc karę o trzy lata.

Ku zaskoczeniu prokuratury Sąd Apelacyjny złagodził też wyrok łączny. I to aż o cztery lata. Wyrok jest już prawomocny.

„Zrobienie Irka”

Ireneusz T. ps. Irek był dawnym znajomym „Szkatuły”, z czasów, gdy ten kradł jeszcze samochody. Stąd Rafał S. miał wiedzieć, że „Irek” jest wyjątkowy oszczędny jak na przestępcę i zgromadził małą fortunę. W 2002 roku Rafał S. miał wpaść na pomysł „zrobienia Irka”, czyli uprowadzenia go i zwolnienia po zapłacie 100 tysięcy złotych.

Ustalono, że Ireneusz T. zostanie „zawinięty” spod ośrodka Gwardii, gdzie trenował. Pierwsza próba porwania nie udała się, bo „Irek”, zapewne dobrze znając gangsterskie obyczaje, bardzo się pilnował.

Podczas drugiej próby napastnicy próbowali wciągnąć T. do samochodu, ale ten stawił opór. Wówczas jeden z porywaczy zadał mu dwa ciosy nożem w nogi. I ta próba zakończyła się fiaskiem, gdyż w pewnym momencie zrejterować miał „Belmondziak”. Reszta kompanii też musiała zrezygnować.

Ireneusz T. w czasie śledztwa oraz przed sądem zaprzeczał, aby ktokolwiek chciałby go uprowadzić. Nie potrafił jednak przekonująco wyjaśnić skąd ma dwie blizny na nogach w miejscach wskazanych przez jednego ze skruszonych bandytów.

Zdrada

Rafała S. pogrążyli przede wszystkim dwaj gangsterzy z Konstancina: Rafał B. ps. Bukaciak i Łukasz A. ps. Łuki. Ta „zdrada” musiała być wyjątkowo bolesna dla „Szkatuły”, gdyż ten w czasie ukrywania się przed policją namaścił pierwszego na swojego zastępcę, a nawet sukcesora w razie zatrzymania.

„Bukaciak” i „Łuki” opisali, jak w okresie od końca 2010 roku do 11 maja 2011 roku (dnia zatrzymania „Szkatuły”) na polecenie bossa mieli złożyć Piotrowi D. ps. Pietia „propozycję nie do odrzucenia”. Gangsterzy pojechali na umówione spotkanie i przekazali „Pieti”, „aby się określił, czy jest z nimi na śmierć i życie”. Ten zaś przekonywał posłańców, że szanuje Rafała S., ale – jak to ujął – „nie spieszy się do więzienia”. Odmowa ponoć rozeźliła „Szkatułę”, który wedle skruszonych przestępców miał stwierdzić: „Rusek musi się przewrócić”. Życie „Pieti” wycenił na 60 tysięcy złotych.

Do realizacji zlecenia jednak nie doszło, choć dwaj gangsterzy obserwowali już dom, w którym miał mieszkać „Pietia”. Piotr D. przekonywał przed sądem, że nie zna Rafała S. i nie sądzi, aby ktokolwiek miałby mu zagrażać.
Źródło info i foto: TVP.info