Szczecin: Trwa proces kanibali z Łaska

Przed Sądem Okręgowym w Szczecinie ruszył proces w sprawie makabrycznej zbrodni, do której miało dojść blisko 20 lat temu. Pięciu mężczyzn miało brutalnie zabić nieznajomego, a następnie zjeść fragmenty jego ciała. Do dzisiaj nie znaleziono szczątków mężczyzny, nie wiadomo także, kim był.

– Ten proces jest osobliwy – przyznał po zakończeniu pierwszej rozprawy obrońca jednego z oskarżonych mec. Jan Widacki. – Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kogo zamordowano i częściowo spożyto. Ja takiego procesu jeszcze nie widziałem. Gdyby ktoś mi to kiedyś opowiedział, pomyślałbym, że żartuje. Proces karny, z wszystkimi rygorami, sprawdza jakieś urojenia, plotki – stwierdził. Dodał, że zdarzają się procesy poszlakowe, gdy nie znaleziono zwłok, „ale przynajmniej wiadomo, kto zginął”.

Przypomnijmy, że do rzekomej zbrodni miało dojść 19 lat temu. Piątka mężczyzn, znajomych z sąsiedniej wsi – Janusz Sz., Robert M., Rafał O., Sylwester B. oraz 36-letni wówczas Zbigniew B. – spotkali się w nieistniejącym już barze w Łasku, niewielkiej wsi w województwie zachodniopomorskim.

Tam mieli spotkać swoją ofiarę, którą uprowadzili, a następnie zamordowali nad pobliskim jeziorem Osiek. Któryś z mężczyzn miał rzucić pomysł, by zjeść ciało zabitego. Jak wynika z ustaleń śledczych, mężczyźni rozpalili ognisko, a następnie odcinali kawałki ciała ofiary, nadziewali je na patyki i piekli w ogniu.

Zwłoki mężczyzny oskarżeni mieli następnie wywieźć pontonem na środek jeziora i tam wrzucić je do wody.

Anonimowy donos. Policja traktuje go bardzo poważnie

Informacja o rzekomej zbrodni dotarła do policjantów w 2017 roku, krótko po śmierci jednego z mężczyzn, którzy mieli się jej dopuścić: Zbigniewa B. Otrzymali anonim, którego autor napisał, że przed śmiercią Zbigniew B. przyznał mu się do udziału w potwornej zbrodni. To właśnie Zbigniew B. miał nożem odciąć głowę ofierze.

– Miał problemy z alkoholem, ale nie atakował ludzi, z sąsiadami dobrze żył – opowiada Polsat News była żona Zbigniewa B.

Matka mężczyzny w poświęconym tej sprawie reportażu stwierdziła, że syn miał stwierdzoną schizofrenię i twierdził, że jest „zastępcą Chrystusa, drugi po Bogu”.

– Opowiadał, że UFO widział, a potem na tle religijnym też dużo rzeczy. Na przykład, że jest apostołem Piotrem, że się wybiera do nieba i mojego męża też zabierze. Pół wioski tu chodziło do niego pić. Mój brat zawsze zmyślał… Gdyby ta historia nie wyszła od mojego brata, to może bym uwierzyła – dodała siostra Zbigniewa B.

Policja nie znalazła szczątków, nie wie, kim była rzekoma ofiara

Policja anonim potraktowała bardzo poważnie. Przetrząśnięto jezioro, poszukując szczątków rzekomo zamordowanego mężczyzny. Bezskutecznie. Starano się także ustalić, kim był. To również się nie powiodło. Mimo to, kilka miesięcy później – w październiku 2017 roku zatrzymano czterech mężczyzn, którzy mieli brać udział w tej zbrodni.

Do zbrodni przyznał się tylko jeden z nich – Rafał O. Szczegółowo opisał przebieg tego, co miał się wówczas wydarzyć. Podczas procesu, który rozpoczął się w poniedziałek, odmówił jednak odpowiedzi na pytanie, czy potwierdza wcześniejsze wyjaśnienia. Nie chciał też odpowiadać na pytania stron.

Tylko jeden z oskarżonych w tej sprawie – Robert M. przebywa w areszcie. To jemu Rafał O. w swoich zeznaniach przypisał kierowniczą rolę w tej zbrodni. Pozostali – Sylwester B., Rafał O. i Janusz S. – odpowiadają z wolnej stopy. Janusz S. nie pojawił się na sali rozpraw.

Termin kolejnej rozprawy w tej sprawie sąd wyznaczył na 1 marca.
Źródło info i foto: wp.pl

Ruszył proces Roberta J. 20 lat temu zamordował studentkę

Kraków, 2 listopada 1998 roku. Katarzyna Z., nieśmiała, spokojna studentka nie wraca na noc do domu. Dwa miesiące później załoga barki wiślanej spomiędzy łopat wyciąga wielki płat ludzkiej skóry. Dzisiaj wiadomo już, że był to fragment ciała 23-letniej Kasi. Niemal 20 lat trwało poszukiwanie wystarczających dowodów przeciwko Robertowi J. Dzięki nowym technologiom kryminalistycznym, udało się przedstawić mocne dowody, które przyczyniły się do aresztowania podejrzanego Roberta J. Niebawem rusza proces.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Olsztynek: Policjanci znaleźli zakopane zwłoki w lesie. To ofiara zbrodni sprzed 20 lat?

Policjanci z Olsztynka (woj. warmińsko-mazurskie) odkryli zakopany w lesie szkielet człowieka. Zwłoki zawinięte były w szmaciany worek. Przeprowadzone do tej pory czynności wskazują, że najprawdopodobniej jest to mężczyzna, po którym ślad zaginął ponad 20 lat temu. Aby to potwierdzić, niezbędne są wyniki specjalistycznych badań, którym poddany został szkielet.

Wszystko zaczęło się w kwietniu na terenie gminy Stawiguda. W jednym z domów zamieszkiwanych przez dwie rodziny doszło do pożaru, podczas którego życie straciło dwóch mężczyzn.

W czasie prowadzonego postępowania w sprawie pożaru, funkcjonariusze przesłuchali szereg osób. To właśnie wtedy ich uwagę zwróciły pewne fakty niezwiązane z pożarem, lecz z zagadkowym zniknięciem mężczyzny, który ponad 20 lat temu mieszkał w części spalonego domu.

W rozmowach z mieszkańcami gminy i osobami, które kilkadziesiąt lat temu przebywały w tym domu, policjantów coraz częściej zaczęły niepokoić powtarzające się słowa o tym, że mieszkał tam kiedyś mężczyzna, który nagle zniknął. Rozmówcy podkreślali, że było to ponad 20 lat temu.

Policjanci zaczęli podejrzewać, że w tym miejscu wydarzyło się coś tragicznego i zaczęli intensywnie pracować nad wyjaśnieniem sprawy tajemniczego zniknięcia mężczyzny. Ustalili jak się nazywał i ile miałby teraz lat. Okazało się, że w chwili zniknięcia miał ponad 50 lat i nadal jest zameldowany w gminie Stawiguda, jednak nikt nigdy nie zgłosił jego zaginięcia.

Kryminalni dotarli do rodzeństwa zaginionego mężczyzny, które potwierdziło, że kontakt z bratem urwał się ponad 20 lat temu. Szukały go wtedy jego dzieci, lecz nie zgłosiły tego faktu na policję. Założyły, że skoro ojciec nadużywał alkoholu i z tego powody znikał czasami z domu, nie należy alarmować policji.

Policjanci dotarli również do mężczyzny, który dawno temu zamieszkiwał część wspomnianego domu. W rozmowie z funkcjonariuszami powiedział, że krótko przed jego wyprowadzką z mieszkania obok przez pewien czas dochodził fetor.

Wszystkie elementy zaczynały układać się w logiczną całość i wskazywały na to, że ponad 20 lat temu w domu mogło dojść w tym domu do zabójstwa. Sprawa nabrała charakteru śledztwa. Policjanci przeszukali piwnicę domu. Tam odkryli tajemnicze pomieszczenia zasypane piaskiem i gruzem, lecz nie odnaleźli w nich nic, co by mogło rozwikłać zagadkę. Nadal więc intensywnie pracowali nad wyjaśnieniem sprawy; docierali do kolejnych osób, z którymi zaginiony mężczyzna mieszkał ponad 20 lat temu.

Śledczy w trakcie zbierania i porządkowania kolejnych informacji ustalili, że w domu najprawdopodobniej doszło do awantury i szarpaniny, podczas której uczestniczący w niej mężczyzna miał stracić życie. Przesłuchania kolejnych osób doprowadziły śledczych do lasu ok. 1,5 km od domu. Tam – według ustaleń – następnego dnia po awanturze miały zostać zakopane zwłoki mężczyzny.
Źródło info i foto: TVP.info

Sprawa zabójstwa Iwony Cygan. Zaskakująca decyzja sądu

Sąd zakazał mediom informowania o zeznaniach z procesu w sprawie zabójstwa Iwony Cygan. To sytuacja bez precedensu – informuje dzisiejsza „Rzeczpospolita”. „Sąd Okręgowy w Rzeszowie, prowadzący proces oskarżonego o zabójstwo Iwony Cygan i 14 policjantów mających zapewniać sprawcy bezkarność, nałożył kaganiec mediom. Zakazał podawania tego, co na jawnych rozprawach zeznali oskarżeni i świadkowie” – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Dziennik podkreśla, że w sprawie zbrodni sprzed 20 lat opinia publiczna dowie się tylko o akcie oskarżenia i wyroku. Rzecznik rzeszowskiego sądu wyjaśnia w rozmowie z „Rz”, że nie można przekazywać publicznie nic z treści, które padają na rozprawie. Wyjaśnia, że sądowi chodzi o „zminimalizowanie niebezpieczeństwa wpływu zeznań i wyjaśnień osób wcześniej przesłuchanych na depozycje kolejnych przesłuchiwanych”.

Jak czytamy w „Rz”, jedna z dziennikarek usłyszała, że za złamanie zakazu grozi „rozmowa z prokuratorem”.

Zdaniem ekspertów, wydanie takiej decyzji przez sąd jest bezprawne.

Zdaniem gazety, już widać skutki zakazu. „Oskarżeni zachowują się, jakby byli na spotkaniu towarzyskim, śmieją się, puszczają sobie oko. Sąd nie dociska ich pytaniami” – mówi w rozmowie z „Rz” Aneta Kupiec, siostra Iwony Cygan.
Źródło info i foto: interia.pl

Brutalne zabójstwo sprzed 20 lat. Ekspertyzy wyjaśniające zbrodnię będą kosztować krocie

Policyjnym laboratoriom kryminalistycznym w całej Polsce grozi paraliż. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, prokuratorzy z Krakowa, którzy prowadzą postępowanie w sprawie brutalnego zamordowania studentki, której skórę 20 lat temu znaleziono w Wiśle, zlecili policyjnym ośrodkom wiele specjalistycznych ekspertyz. Dotyczą praktycznie wszystkich dowodów zabezpieczonych w śledztwie. Z naszych ustaleń wynika, że analizy mogą kosztować nawet kilka milionów złotych.

Podczas wieloletniego śledztwa zebrano mnóstwo materiałów, które teraz mają być badane. Polecenie otrzymało osiem policyjnych ośrodków kryminalistycznych. Eksperci szczegółowo analizować będą między innymi gruz po skuciu mieszkania podejrzanego, kafelki z łazienki, elementy wanny czy ziemię zebraną z miejsc, w których studentka mogła być przetrzymywana i zamordowana. Do badań wytypowano też różnego rodzaju płyny, a także sierść.

Te ekspertyzy mogą trwać nawet dwa lata.

Problem w tym, że we wniosku nie zostało skonkretyzowane, czego mają szukać biegli. Jest on bardzo ogólny, a mowa o poszukiwaniu różnych substancji.

Policjanci nieoficjalnie przyznają, że mają z tym duży problem. Wygląda na to, że prokuratura nie wie, czego szuka. – To działanie na chybił-trafił, a nuż coś się znajdzie – usłyszeli reporterzy RMF od jednego z funkcjonariuszy.

Część materiałów do zbadania jest całkowicie bezwartościowa dowodowo – twierdzą funkcjonariusze. Być może to próba przedłużenia śledztwa i poszukiwania nowych dowodów, które obroniłyby w sądzie zarzuty wobec podejrzanego Roberta J. – dodaje nieoficjalnie inny policjant.

Brutalny mord

Katarzyna Z. – studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego – została brutalnie zamordowana w 1998 roku. 23-latka została pozbawiona skóry, którą psychopata wypreparował i pozbawił tkanki tłuszczowej. Zrobił z niej swoiste „odzienie”, tak jakby chciał wejść w tożsamość swej ofiary.

Rok później odnaleziono fragment nogi dziewczyny i skórę z klatki piersiowej, który wypłynęły na Wiśle na stopniu Dąbie w Krakowie.

Podejrzany o zbrodnię 52-letni Robert J. został zatrzymany 4 października 2017 roku. Podczas przesłuchania usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Nie przyznał się do winy. Mężczyzna do tej pory przebywa w areszcie.
Źródło info i foto: interia.pl

Rozwiązano sprawę serii morderstw sprzed 20 lat

Krakowscy policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji rozwiązali sprawy sześciu zabójstw sprzed wielu lat. Jednego dnia funkcjonariusze zatrzymali cztery osoby podejrzane o zbrodnie, a następnego doprowadzili do prokuratury dwie kolejne przebywające w zakładach karnych. Policjanci działali pod nadzorem małopolskiego wydziału Prokuratury Krajowej.

Do zabójstw mieszkańców okolic Kielc związanych z lokalnym biznesem doszło w latach 1997-1999. Jak ustalili policjanci CBŚP wspólnie z funkcjonariuszami z Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach, czterech z tych zabójstw dokonano przy użyciu broni palnej.

Po analizie zebranych informacji i materiałów w sprawach śledczy doszli do wniosku, że zabójstwa te mogły być popełnione przez te same osoby. CBŚP przekazało, że prawdopodobnie motywy działania sprawców były bardzo proste – rozliczenia finansowe, zazdrość czy wyeliminowanie konkurencji.

Mając takie informacje, policjanci CBŚP przygotowali działania, podczas których wszystkie osoby podejrzewane miały być zatrzymane jednocześnie. Policjanci przypuszczali, że podejrzani mogą posiadać broń palną i zachowywać się niebezpiecznie, dlatego podczas zatrzymań działania prowadzone były z udziałem policyjnych antyterrorystów z Krakowa i Kielc.

6 zatrzymanych

Akcję przeprowadzono w środę na terenie województwa świętokrzyskiego. Wówczas to funkcjonariusze krakowskiego CBŚP wspólnie z policjantami z Kielc zatrzymali cztery osoby: Adama K. (56 lat), Teresę J. (55 lat), Sylwestra J. (46 lat) oraz Piotra J. (49 lat).

Podczas przeszukania jednego z mieszkań policjanci znaleźli ukrywającego się od niemal dwóch lat 33-letniego Kamila S. Mężczyzna był poszukiwany przez Prokuraturę Rejonową w Kielcach na podstawie listu gończego. On także został zatrzymany.

Kolejne dwie osoby, Tadeusza G. (57 lat) oraz Mirosława K. (55 lat), policjanci doprowadzili do prokuratury z zakładów karnych, gdzie odbywają wieloletnie kary pozbawienia wolności za zabójstwa i rozboje.

Wszystkie zatrzymane osoby usłyszały zarzuty popełnienia łącznie sześciu zabójstw, w tym czterech z użyciem broni palnej. Sąd, na wniosek prokuratora, zastosował wobec trzech podejrzanych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące. Za zabójstwo może grozić kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Śledczy ustalili drugiego sprawcę brutalnego zabójstwa 15-latki z 1997 roku

To była sylwestrowa noc 1996/1997. Miłoszyce, jedna z niewielkich wiosek pod Wrocławiem. 15-letnia Małgorzata K. została wielokrotnie bestialsko zgwałcona i zostawiona na mrozie. Umierała kilka godzin. Przez wiele lat szukano sprawców, skazując do tej pory tylko jednego z nich. Po ponad 20 latach śledczy ustalili drugiego sprawcę tej zbrodni. Okazał się nim 42-letni Ireneusz M.

„Skuteczne działania prokuratury i policji”

Sprawcy tej okrutnej zbrodni latami byli bezkarni. Pierwszy przełom w śledztwie nastąpił po ośmiu latach, gdy dzięki materiałowi DNA i portretom pamięciowym, ustalono jednego ze sprawców, Tomasza K., którego sąd skazał na 25 lat więzienia. Umorzone od kilkunastu lat śledztwo wznowiono – jak ustalił Onet – kilka miesięcy temu przez Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.

Powołano także specjalną grupę operacyjno-śledczą, której intensywne działania pozwoliły ustalić drugiego z oprawców nastolatki. 42-letni Ireneusz M, który podejrzany jest o dokonanie także innych gwałtów, usłyszał już zarzut popełnienia przestępstwa zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa Małgorzaty K. Sąd tymczasowo aresztował go na trzy miesiące. Grozi mu dożywocie.

Sprawców było trzech

Jak wynika z informacji Onetu to nie koniec śledztwa w tej sprawie. Zabezpieczone ślady DNA na miejscu zabójstwa wskazują, że w brutalnym gwałcie udział brały przynajmniej trzy osoby. Prokuratura z racji na dobro śledztwa nie ujawnia szczegółów dość skomplikowanego dochodzenia. Nieoficjalnie jednak słyszymy, że ustalenie trzeciego oprawcy to tylko kwestia czasu.

„Jak doszło do zbrodni?”

Według informacji Onetu w toku śledztwa ustalono, że 31 grudnia 1996 roku około godz. 19 Małgorzata K. w towarzystwie koleżanki Iwony K. wyszły z mieszkania położonego w Jelczu-Laskowicach. Obie udały się na dyskotekę sylwestrową do klubu „Alcatraz” w Miłoszycach. W klubie nastolatka przebywała w towarzystwie Iwony K. oraz innych koleżanek i kolegów. Po spożyciu alkoholu bardzo źle się czuła, nie była w stanie swobodnie się poruszać i wysławiać. Jeden z jej nowo poznanych kolegów – Krzysztof K., podjął decyzję o odprowadzeniu jej do domu.

Przed budynkiem dyskoteki podszedł do nich mężczyzna, który przedstawił się jako „Irek” i powiedział, że jest bratem Małgorzaty K. i pomoże odprowadzić ją do domu. Z uwagi na swój stan dziewczyna nie reagowała na to, co wokół niej się działo. Obaj mężczyźni, podtrzymując nastolatkę, ruszyli w kierunku ulicy Kościelnej w Miłoszycach. W pewnym momencie mężczyzna, który przedstawił się jako „Irek”, nakazał Krzysztofowi K. powrót na dyskotekę, informując go, że skoro jest bratem dziewczyny, to sam odwiezie ją do domu. Do mężczyzny podszedł drugi młody chłopak i obydwaj poprowadzili 15-latkę na teren posesji Józefa R. Tam doszło do zgwałcenia dziewczyny ze szczególnym okrucieństwem. Na skutek wychłodzenia i wykrwawienia spowodowanego doznanymi obrażeniami, zgwałcona i pozostawiona przez sprawców Małgorzata K. zmarła.
Źródło info i foto: onet.pl

Ruszył proces Sławomira G.

Ruszył proces mężczyzny oskarżonego o zabicie 20 lat temu młodej kobiety. Przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy stanął Sławomir G. Dziś ma 48 lat, żonę i dziecko. Jeśli zostanie uznany winnym morderstwa 22-letniej Joanny Sendeckiej, będzie mu groziło dożywocie. 22-letnia Joanna Sendecka zginęła 30 sierpnia 1994 r. w mieszkaniu w wieżowcu w centrum Bydgoszczy. 27-letni Sławomir G. nie umiał pogodzić się z tym, że piękna, utalentowana dziewczyna, w której się podkochiwał, zaręczyła się z innym mężczyzną. Według aktu oskarżenia, który wpłynął do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy w czerwcu, to właśnie Sławomir G. miał zabić młodą kobietę.

Jego rodzina była zszokowana, gdy został zatrzymany. Ożenił się trzy lata po śmierci Joanny Sendeckiej. Bliscy znali go jako przykładnego męża i ojca. Sławomir G. nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów.

Biznesmen wydał kolegę

Sprawę udało się rozwikłać po 20 latach. W 2014 roku dokonał tego działający w bydgoskiej komendzie wojewódzkiej zespół zwany Archiwum X. W latach 90. policja podejrzewała o morderstwo m.in. listonosza oraz chłopaka dziewczyny. Poszlaką, która ich obciążała, było to, że – jak wykazali funkcjonariusze – ofiara dobrowolnie wpuściła sprawcę do mieszkania.
Śledczym z bydgoskiego Archiwum X pomógł psycholog. Sporządzony przez niego portret psychologiczny sprawcy pasował do niepozornego sąsiada, który cierpiał z powodu nieodwzajemnionej miłości.

Jak podało Radio PiK, do zatrzymania Sławomira G. przyczyniły się również zeznania biznesmena Marcina G., byłego szefa spółki SkładyWęgla.pl, który przebywa w areszcie. Sławomir G. miał mu opowiedzieć okoliczności morderstwa. Teraz biznesmen będzie świadkiem w procesie.

Dewiza życiowa się nie sprawdziła

– To są rzeczy, które tak naprawdę zostają głęboko w pamięci, w sercu. I żyje się z tym cały czas – powiedział podczas pierwszego posiedzenia sądu były chłopak zamordowanej. – To jest taka spora trauma, która pozostaje w życiu do końca – dodał. Na pytanie, jak wspomina Joannę, odrzekł po chwili milczenia: „Brakuje mi jej strasznie”.

– Ja podam tylko jej dewizę życiową, która się nie sprawdziła: jeśli będę dobra dla ludzi, to ludzie będą dobrzy dla mnie – powiedziała krewna zamordowanej.

Archiwa X – oficjalnie zespoły do spraw niewykrytych przestępstw – funkcjonują przy komendach wojewódzkich policji w całej Polsce. Pierwsze powstało w Krakowie w 1999 roku. Działają głównie po to, by badać niewyjaśnione sprawy zabójstw sprzed lat, które zostały umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Pomyłka FBI kosztowała życie skazanych?

Niewiarygodna metoda identyfikacji sprawcy, niekompetentni pracownicy, niekompletna dokumentacja – tak jeszcze 20 lat temu wydawano w USA wyroki śmierci. Ile osób zostało niesłusznie pozbawionych życia? Możliwe, że setki.

Eksperci sądowi FBI przyznali, że do roku 2000 ich badania mogły być obciążone licznymi błędami. Wyniki praktykowanej wtedy metody identyfikacji sprawcy – analizy włosa często nie pokrywają się z o wiele dokładniejszymi badaniami DNA, wprowadzonymi 15 lat temu. Może więc okazać się, że wiele osób zostało niesłusznie skazanych na karę więzienia, a nawet śmierci.

Według przeprowadzonego przez amerykańskie Ministerstwo Sprawiedliwości dochodzenia co najmniej 32 wyroki śmierci mogły bazować na źle zinterpretowanych dowodach. Jak donosi „Washington Post”, 14 skazanych zostało już zabitych lub zmarło w więzieniach. Nie wiadomo, w ilu sprawach rzeczywiście popełniono błędy i w ilu przypadkach doprowadziło to do wydania niesprawiedliwych wyroków śmierci przez sąd. Kolejne postępowania są wciąż poddawane weryfikacji.

Błędy popełniano przez dwa dziesięciolecia, aż do roku 2000. To znaczy, że aż 26 z 28 rzeczoznawców mogło przedstawić przed sądem fałszywe informacje. Spośród 268 zbadanych dotąd postępowań aż w 95 proc. przypadków to właśnie specjaliści z FBI potwierdzili, że włos znaleziony na miejscu zdarzenia należy na pewno do oskarżonego, dając tym samym ostateczny dowód zbrodni. Dziś wiadomo, że metoda była niedoskonała, eksperci – niewystarczająco wykwalifikowani, a dokumentacja, jaką się podpierali – niekompletna. W ten sposób mogło dojść do niesprawiedliwego skazania setek podejrzanych o morderstwa, gwałty i rabunki.

FBI zapewnia jednak, że takie błędy nie wchodzą już dziś w grę. Od roku 2000 oprócz mikroskopowej analizy włosa konieczne jest badanie DNA. Ministerstwo Sprawiedliwości i FBI zobowiązały się też, że zrobią wszystko, by w przyszłości zagwarantować możliwie jak najwyższą dokładność testów.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Archidiecezja nie chce płacić pół miliona odszkodowania za czyny księdza podejrzewanego o pedofilię

W czwartek w sądzie przedstawicielka archidiecezji lubelskiej nie zgodziła się na ugodę, która zakładała wypłatę 500 tys. zł 34-letniemu Piotrowi H. Mężczyzna twierdzi, że 20 lat temu został zgwałcony przez księdza, dziś emerytowanego już profesora KUL.

– Za długo milczałem, za długo ukrywałem żal. Jestem gotów doprowadzić tę sprawę do końca – powiedział chwilę po wyjściu z sali rozpraw Piotr H. Jego pełnomocnik mecenas Jarosław Głuchowski zadeklarował, że złoży przeciwko Archidiecezji Lubelskiej i księdzu S. pozew cywilny: – Najpierw jednak musimy zebrać dokumentację. W pozwie będzie domagał się najpewniej 500 tysięcy złotych solidarnie od Kościoła i księdza S., byłego już profesora KUL.

Duchowny nie przyszedł na rozprawę

W czwartek w sądzie na pierwszym i ostatnim posiedzeniu dotyczącym możliwej ugody duchownego nie było. Stawiła się za to prawniczka archidiecezji. Radczyni prawna Ewa Stepowicz-Lizut nie wyraziła zgody na zawarcie kompromisu, który oznaczałby wypłatę pół miliona dla 34-latka. – Nie ma przesłanek, by osoba prawna [archidiecezja] odpowiadała za czyny innej osoby – wyjaśniła. Dodała też, że wniosek adwokata Piotra H. jest bardzo lakoniczny. Oznacza to, że konieczny będzie proces cywilny, podczas którego sąd oceni dowody i krzywdy oraz straty jakie poniósł Piotr H przez księdza emeryta.

34-letni Piotr 14 listopada ubiegłego roku złożył w prokuraturze w Lublinie zawiadomienie dotyczące 81-letniego byłego już wykładowcy KUL. W latach 80. duchowny miał wielokrotnie dotykać, przytulać i całować Piotra, wtedy ucznia podstawówki. Do gwałtów doszło zaś dwukrotnie: w 1993 oraz 1994 r. Na poparcie swoich słów Piotr pokazał też opinie biegłego seksuologa. „Ks. S., stosując różne bezdotykowe i dotykowe formy o charakterze seksualnym wobec p. Piotra, stwarzał sytuacje, wobec których jego rodzice i ich syn zostali przyzwyczajeni do jego sposobu funkcjonowania i mogli to uważać za swoistą normę” – napisała biegła. Prokuratura śledztwa nie wszczęła z powodu przedawnienia.

„Byłem tylko przyjacielem jego rodziców”

13-letniego Piotra H. ksiądz S. miał zgwałcić po raz pierwszy latem 1993 r. Drugi raz rok później. Twierdził też, że kapłan osłabił czujność jego rodziców wahadełkiem. – Zapewniał, że odkrył, jakobym miał na niego wspaniały, prozdrowotny wpływ. Wyciągał przede mną rękę i machał. Mama się z niego śmiała, że to mu tylko ręka drży. Jeśli wahadełko pląsało w poprzek, to było źle, jeśli w przeciwnym kierunku, to dobrze. Mówił, że mam niesamowicie dobrą energię, wyczuwalną z odległości kilku metrów, i jestem medium. Za chwilę okazywało się, że mogę mu leczyć wrzody, potem wyrostek robaczkowy, prostatę – wspominał niedawno 34-latek.

Emerytowany profesor w rozmowie z „Wyborczą” nazwał te oskarżenia „oszczerstwami, hańbiącymi i zniesławiającymi”: – Byłem tylko przyjacielem jego rodziców. On sobie napyta więcej biedy, bo mój adwokat namawiał mnie już dawno, żeby go podać za to, co o mnie mówi, do prokuratury.

Watykan też zbada sprawę księdza S.

Przed rokiem Piotr H. napisał o gwałtach do metropolity lubelskiego arcybiskupa Stanisława Budzika. Rozpoczęło się wewnątrzkościelne postępowanie. Jak powiedział TOK FM ksiądz Krzysztof Podstawka, rzecznik archidiecezji kościelna komisja przesłała swoje ustalenia do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, a ta instytucja zdecyduje, co zrobić z emerytowanym naukowcem z KUL. Piotr H. zamierza dowodzić, że wiedza o skłonnościach duchownego w środowisku kościelnym była powszechna.
Żródło info i foto: Gazeta.pl