Marek Falenta nie zostanie ułaskawiony

Nie będzie ułaskawienia Marka Falenty – dowiedziało się RMF FM. Sąd który skazał biznesmena na 2,5 roku więzienia za udział w aferze podsłuchowej, bez rozpoznania pozostawił prośbę o łaskę dla Falenty.

Jak podaje RMF FM decyzja jest formalna, podjęta w oparciu o przepis kodeksu postępowania karnego, który pozwala sądowi nie rozpoznawać wniosku o ułaskawienie, jeśli złożono go przed upływem roku od negatywnego rozpatrzenia poprzedniej prośby. Ta została złożona przez córkę Falenty 19 stycznia zeszłego roku, a sąd odrzucił ją 6 kwietnia.

Obecna decyzja jest z 3 kwietnia 2019 roku. Wcześniej wniosek o ułaskawienie był u prezydenta – także Andrzej Duda nie przystał na skorzystanie z prawa łaski wobec skazanego.

Zgodnie z art. 561 Kodeksu postępowania karnego prośbę o ułaskawienie przedstawia się sądowi, który wydał wyrok w pierwszej instancji. Powinien on rozpoznać prośbę o ułaskawienie w ciągu 2 miesięcy od daty jej otrzymania. Zgodnie z art. 565 prośbę o ułaskawienie skierowaną bezpośrednio do Prezydenta RP przekazuje się Prokuratorowi Generalnemu w celu nadania jej biegu.

Rozpoznając prośbę o ułaskawienie sąd powinien mieć na względzie zachowanie się skazanego po wydaniu wyroku, rozmiary wykonanej już kary, stan zdrowia skazanego i jego warunki rodzinne, naprawienie szkody wyrządzonej przestępstwem, a przede wszystkim szczególne wydarzenia, jakie nastąpiły po wydaniu wyroku.

Marek Falenta został skazany w 2016 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 2,5 roku więzienia w związku z tzw. aferą podsłuchową. Ujawnione w tygodniku „Wprost” nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Chodziło o nagrywane od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osoby z kręgów polityki, biznesu i funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju – Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika.

Wyrok na Falentę uprawomocnił się w grudniu 2017 roku. Obrońcy biznesmena złożyli kasację do Sądu Najwyższego, zaś w styczniu ubiegłego roku do prezydenta Dudy trafił wniosek o ułaskawienie biznesmena.

Falenta miał stawić się w zakładzie karnym w celu odbycia kary 1 lutego, ale nie zrobił tego. Od tamtego momentu ukrywał się i był poszukiwany w związku z nakazem doprowadzenia do aresztu śledczego, który trafił do jednego ze stołecznych komisariatów 6 lutego 2019 roku.

22 marca Wydział Kryminalny Komendy Stołecznej Policji poinformował sąd, że „skazany Marek F. nie został zatrzymany na podstawie listu gończego i opuścił terytorium Polski”. Następnie 28 marca Sąd Okręgowy w Warszawie wydał Europejski Nakaz Aresztowania Falenty. Do zatrzymania Falenty na podstawie ENA doszło w piątek w Hiszpanii.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Sąd wstrzymał wykonanie kary wobec Marka F.

Skazany prawomocnym wyrokiem Marek F. 23 maja miał stawić się w więzieniu dla odbycia kary 2,5 roku pozbawienia wolności. Sąd zarządził jednak przeprowadzenie postępowania ws. jego sytuacji osobistej i wstrzymał wykonanie kary. O tej decyzji jako pierwsze poinformowało Radio ZET.

W środę 23 maja Marek F. miał stawić się w zakładzie karnym na warszawskim Grochowie. Decyzja sądu o przeprowadzeniu postępowania odnośnie jego sytuacji osobistej wstrzymała jednak wykonanie kary. Skazany na 2,5 roku więzienia za podsłuchy w stołecznych restauracjach Marek F. już 29 grudnia 2016 roku przez Sąd Okręgowy w Warszawie został uznany winnym większości zarzutów, m.in. zlecania podsłuchów. Zdaniem prokuratury motywy działania osób związanych z aferą miały „charakter biznesowo-finansowy”. Sprawa dotyczyła nagrywania w warszawskich restauracjach rozmów osób z kręgów polityki czy biznesu. Proceder trwał od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku. W grudniu 2017 roku wyrok ten podtrzymał Sąd Apelacyjny. Informację o wstrzymaniu wykonania kary miał potwierdzić w rozmowie z Radiem ZET adwokat F., Marek Małecki.

„Afera taśmowa”
W czerwcu 2014 r. we „Wprost” ujawniono sześć nagrań, których dokonano w dwóch warszawskich restauracjach – Amber Room oraz Sowa&Przyjaciele. Były to m.in. stenogramy i nagrania rozmów szefa MSW, prezesa Banku Centralnego, byłego ministra transportu oraz Jana Vincenta-Rostowskiego z Radosławem Sikorskim. Do redakcji „Wprost” docierały też wiadomości o kolejnych taśmach. Nagrane miało zostać spotkanie wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, do którego doszło na początku czerwca. Po kilku miesiącach okazało się, że istnieje więcej nagrań. Kelnerzy Łukasz N. i Konrad L. powiedzieli prokuratorom, że istniało nagranie rozmowy Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera oraz wiele innych.

Po publikacji materiałów przez tygodnik „Wprost”, 16 czerwca do redakcji dwukrotnie wkroczyła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Teksty dotyczące afery taśmowej można znaleźć na stronie Wprost.pl: Handel głową Rostowskiego, Afera podsłuchowa i Rozmowa Nowaka. „Wsadzą mnie do więzienia, k***”. Taśmy z posłuchów publikował także m.in. tygodnik „Do Rzeczy”oraz Telewizja Republika.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Afera podsłuchowa. Marek F. prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia

Biznesmen Marek F. jest już prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia i grzywnę za podsłuchy w stołecznych restauracjach. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał wyrok sądu pierwszej instancji wobec biznesmena. Jednocześnie Sąd Apelacyjny utrzymał we wtorek prawomocnie ubiegłoroczne wyroki Sądu Okręgowego w Warszawie wobec pozostałych oskarżonych.

Tylko kasacja do Sądu Najwyższego

Szwagier F. został skazany na karę 10 miesięcy w zawieszeniu i grzywny. Z kolei jednego z kelnerów skazano na karę 10 miesięcy w zawieszeniu i grzywnę. Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok sądu pierwszej instancji, odstępujący od ukarania innego kelnera, Łukasza N. Nakazano mu zapłatę 50 tysięcy złotych świadczenia pieniężnego. Sąd Okręgowy orzekł przepadek korzyści z przestępstwa, uzyskanych przez N. (92,5 tysięcy złotych) oraz Lassotę (27,5 tysięcy złotych). Od wyroku bezwzględnego więzienia przysługuje kasacja do Sądu Najwyższego.

„Słuszne ustalenia i wnioski”

We wtorek Sąd Apelacyjny uznał za bezzasadne apelacje obrony, która wniosła o uniewinnienie trzech podsądnych albo o zwrot ich sprawy do Sądu Okręgowego. Za bezzasadne uznano też apelacje pełnomocników oskarżycieli posiłkowych – pełnomocnik Radosława Sikorskiego i Jacka Rostowskiego mecenas Roman Giertych chciał skazania trzech głównych podsądnych na kary od 5 do 1,5 roku bez zawieszenia. Sąd Apelacyjny uwzględnił zaś apelację prokuratury co do drobnych korekt prawnych wyroku Sądu Okręgowego, nie rzutujących na wymierzone kary.

Sąd Apelacyjny za słuszne uznał ustalenia i wnioski Sądu Okręgowego. Jak mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Dorota Tyrała, SA uznał za niezasadne wnioski dowodowe obrony o przeprowadzenie przez SA określonych czynności. Obrona powoływała się na fakt, że proces w SO był prowadzony według zasad tak zwanej kontradyktoryjności, kiedy inicjatywa dowodowa spoczywa głównie na stronach procesu, a nie na sądzie. Sędzia podkreśliła, że nawet w modelu kontradyktoryjnym [który od roku już nie obowiązuje – przyp. red.] dowody przeprowadzają strony, ale po dopuszczeniu ich przez sąd, czego „obrona zdaje się nie dostrzegać”.

Podsłuchy w restauracjach

Sprawa dotyczy nagrywania w latach 2013-2014 osób z kręgów polityki i biznesu w dwóch restauracjach. Nagrano między innymi ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury – Elżbietę Bieńkowską, prezesa Narodowego Banku Polskiego Marka Belkę oraz szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Pawła Wojtunika. W sumie podczas 66 nielegalnie nagranych spotkań utrwalono rozmowy ponad 100 osób. Prokuraturze udało się ustalić tożsamość 97. Ujawnione w mediach nagrania wywołały w 2014 roku kryzys w rządzie Donalda Tuska.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Marek Falenta z wyrokiem

Sąd ogłosił wyrok w sprawie afery podsłuchowej. Marek Falenta został skazany na 2,5 roku więzienia. Na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu i grzywnę sąd skazał Krzysztofa Rybkę i kelnera Konrada Lassotę. Sąd odstąpił od ukarania drugiego z kelnerów, Łukasza N. Ma on wpłacić 50 tys. zł na cel społeczny. Wyrok sądu okręgowego jest nieprawomocny. Skazani mogą się od niego odwołać do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Żaden z nich nie stawił się na ogłoszeniu wyroku. Obrońcy biznesmena zapowiedzieli już, że złożą apelację.

Prokuratura żądała półtora roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata i 540 tys. zł grzywny dla Marka Falenty Na ławie oskarżonych zasiedli jeszcze dwaj kelnerzy – Konrad Lassota i Łukasz N. i Krzysztof Rybka, współpracownik biznesmena. Prokuratorzy domagali się też po 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata dla Lassoty i Rybki. N. miałby jedynie wpłacić 50 tys. zł na fundusz pomocy pokrzywdzonym.

Pełnomocnicy Jacka Rostowskiego i Radosława Sikorskiego, którzy byli oskarżycielami posiłkowymi, domagali się 3 lub 4 lat pozbawienia wolności dla biznesmena. Twierdzą też, że proces nie dał odpowiedzi na pytanie kto był zleceniodawcą podsłuchów, a oskarżeni są jedynie „wierzchołkiem góry lodowej” w aferze podsłuchowej w rządzie Donalda Tuska.

Proces ws. afery podsłuchowej

Podczas procesu obrońcy Marka Falenty występowali o zwrócenie się do ABW i CBŚP o informację w sprawie kontaktów biznesmena ze służbami. Sąd oddalił te wnioski, uznając, że albo nie mają one znaczenia dla procesu i są obliczone na jego przedłużenie, albo są niemożliwe do przeprowadzenia, albo już zostały częściowo przeprowadzone. Marek Falenta utrzymuje, że informował służby o podsłuchach i z nimi współpracował. Obrona wnioskowała o uniewinnienie oskarżonych w sprawie afery podsłuchowej. Marek Falenta i Krzysztof Rybka nie przyznali się do winy. Natomiast Lassota i N. tak. W przypadku N. prokuratura chce odstąpienia od kary, ponieważ składał obszerne wyjaśnienia. N zaznał, że Marek Falenta zlecał nagrywanie rozmów w restauracjach. Prokuratura uznała, że motywy działania oskarżonych miały „charakter biznesowo-finansowy”.

Natomiast Marek Falenta po jego zatrzymaniu utrzymywał, że w aferę podsłuchową w rządzie Donalda Tuska został wrobiony przez górników, którzy robią interesy na pośrednictwie w handlu węglem.

Afera podsłuchowa w rządzie Donalda Tuska

Proces rozpoczął się w maju, a sprawa dotyczy nagrywania osób z kręgu polityki, biznesu i funkcjonariuszy publicznych w warszawskich restauracjach od lipca 2013 do czerwca 2014 roku. Ujawnione w mediach nagrania afery podsłuchowej wywołały kryzys w rządzie Donalda Tuska. Znaleźli się na nich ówcześni ministrowie Radosław Sikorski, Bartłomiej Sienkiewicz i Elżbieta Bieńkowska. Nagrano też m.in Sławomira Nowaka, Jacka Rostowskiego, szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika. Prokuratura ustaliła, że łącznie podsłuchano ponad sto osób.

Afera podsłuchowa w rządzie Donalda Tuska ujawniła rozmowy, w których szef MSW mówił o istnieniu państwa tylko teoretycznie, minister spraw zagranicznych o usługiwaniu Amerykanom, a prezes NBP rozmawiał o zmianie ministra finansów.

Bezpośrednio po ujawnieniu afery podsłuchowej w rządzie Donalda Tuska nie doszło do dymisji rządu i nagranych ministrów, czego domagała się opozycja. Premier Tusk stwierdził, że rząd musi wyjaśnić kto odpowiada za nielegalne podsłuchy, a dymisje ministrów byłyby działaniem zgodnym z zamiarami osób stojącymi za podsłuchami.
Żródło info i foto: wp.pl

Lew Rywin skazany

Półtora roku w zawieszeniu i grzywna – taki wyrok usłyszał Lew Rywin. Producent filmowy był oskarżony w sprawie korupcji i fałszowania dokumentacji medycznej – co miało mu pomóc w uniknięciu odbycia kary 2,5 roku więzienia za pomoc w płatnej protekcji wobec Agory. Prokuratura chciała, by Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Rywina na 3,5 roku więzienia.

Lwa Rywina i jego syna CBA zatrzymało w 2009 r. Przebywali w areszcie pół roku – Lew Rywin wyszedł po wpłaceniu pół miliona zł kaucji. Wobec jego syna sąd uchylił areszt bez żadnych środków zapobiegawczych.

Obu zarzucono, że w 2005 r. mieli nakłaniać Konrada T. (skruszonego przestępcę, który jest świadkiem koronnym) do udzielenia korzyści majątkowej i wręczyć 210 tys. zł łapówki za pośrednictwo w organizowaniu fałszywych dokumentów o stanie zdrowia, które miały pomóc producentowi w uniknięciu odbycia kary 2,5 roku więzienia za pomoc w płatnej protekcji wobec Agory. Marcinowi Rywinowi dodatkowo zarzucono zamiar utrudniania postępowania karnego wobec jego ojca. Obaj nie przyznali się do winy – grozi im do 10 lat więzienia.

W 2010 r. łódzka prokuratura apelacyjna skierowała do sądu akt oskarżenia wobec kilkunastu w sumie osób, które usłyszały 40 zarzutów. Kwoty łapówek miały sięgać od kilkudziesięciu tys. zł do ponad 200 tys. zł. Według prokuratury zamieszani w korupcyjny proceder z lat 2004-2006 mieli obiecywać osobom, które miały np. trafić do więzienia, pomoc w odroczeniu wykonania kary.

W tym celu miano korumpować lekarzy, którzy za łapówki mieli tworzyć fikcyjne dokumentacje medyczne czy opinie lekarskie. Na tej podstawie sądy decydowały o odraczaniu kar, uchyleniu postanowień o doprowadzeniu do zakładu karnego lub nieosadzaniu podejrzanych w aresztach.

Proces ruszył w 2013 r. W sądzie Rywin nie przyznawał się do zarzutów. Zapewniał, że „nigdy nie zapłacił lekarzowi, aby sporządził dokumentację niezgodną z prawdą” ani nie nakłaniał Konrada T. do wręczania lekarzom łapówek. – T. sam zgłosił się do mojego syna, bo chciał na mnie zarobić pieniądze – mówił. Zaznaczył, że skorzystał z pomocy T., który powoływał się na kontakty rodzinne w jednej z klinik w Konstancinie, aby przyśpieszyć wizytę u specjalisty

Prokurator Daniel Lerman wniósł dla Lwa Rywina o karę 3,5 roku bezwzględnego więzienia oraz grzywnę. Wobec jego syna wniósł o karę pół roku więzienia (z zaliczeniem półrocznego okresu aresztu), a jednocześnie – w ramach tzw. kary mieszanej – o 2 lata ograniczenia wolności, połączone z obowiązkiem nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne oraz o grzywnę.

– Wniosek wynikał m.in. z jednej strony z wysokiego poziomu społecznej szkodliwości czynu, a z drugiej, że osoba ta kierowała się motywem nielegalnej pomocy osobie najbliższej – powiedział Lerman.

Wobec znanego adwokata mec. Roberta D. oskarżyciel wniósł o 6 lat więzienia, 10 lat zakazu wykonywania zawodu oraz grzywnę i przepadki korzyści uzyskanych z przestępstw (D. zarzucono wręczanie korzyści majątkowych, płatną protekcję, posługiwanie się dokumentacją medyczną poświadczającą nieprawdę i utrudnianie postępowań karnych). Wobec oskarżonej o utrudnianie postępowania karnego mec. Luizy T. prok. Lerman zażądał kary w zawieszeniu oraz grzywny i czasowego zakazu wykonywania zawodu. Co do oskarżonych lekarzy Andrzeja P. i Marii Ż.-L prokurator wnosił o kary pozbawienia wolności bez zawieszenia.

Obrona wnosiła o uniewinnienie podsądnych; w dwóch przypadkach złożyła wniosek o umorzenie. Generalnie obrońcy kwestionują wiarygodność zeznań Konrada T. – według nich jako agent CBŚ miał on dopuszczać się niedozwolonej prowokacji.

W 2015 r. warszawski sąd okręgowy wydał wyroki w pierwszym wątku wielkiego śledztwa korupcyjnego łódzkiej prokuratury ws. korupcji i fałszowania dokumentacji medycznej. SO uznał winę wszystkich 18 oskarżonych (wcześniej część podsądnych dobrowolnie poddało się karom więzienia w zawieszeniu). Wśród skazanych byli także sądzeni w obecnym procesie. Najwyższą karę SO orzekł wobec prokuratora Krzysztofa W. (zawieszonego w obowiązkach) – 7 lat więzienia; znanego adwokata Andrzeja P. – 6 lat oraz radiologa Andrzeja P. – 4 lat. Skazanych ukarano także wielotysięcznymi grzywnami oraz zakazami wykonywania zawodów. Sąd orzekł też przepadek przyjętych korzyści majątkowych.

Także i w tamtym procesie zarzuty opierały się głównie na zeznaniach Konrada T., który obracał się w stołecznym światku prawniczym i za pieniądze załatwiał fikcyjne zwolnienia lekarskie. Dostałby za to 140 zarzutów – status świadka koronnego gwarantuje mu bezkarność w zamian za obciążające zeznania.

– Do Konrada T. pasuje określenie „oszust” – mówił sędzia SO Andrzej Krasnodębski w uzasadnieniu wyroku. Dodał, że oszukiwał on wszystkich: swych „klientów”, swych współpracowników, adwokatów i lekarzy, od których uzyskiwał „lewe” zwolnienia. „Oszukiwał nawet oficerów CBŚ, przekazując im tylko te informacje, które były dla niego korzystne” – oświadczył sędzia. Zarazem sędzia zaznaczył, że słowa T. „nie są gołosłowne” i mają potwierdzenie w materiale dowodowym. Według sądu osoby współpracujące z T. potwierdzały jego zeznania.

Mecenas Luiza T. otrzymała karę 2 lat więzienia w zawieszeniu, 40 tys. zł grzywny. Sąd uznał, że doradzała „klientom” T., jak „skutecznie uniknąć” postępowań karnych. Andrzej P. usłyszał wyrok 4 lat więzienia i kilkunastotysięczną grzywnę za to, że za łapówki po 500 zł wystawiał przestępcom fałszywe opisy po badaniach rezonansem magnetycznym. Lekarka Maria Ż.-L, która wystawiała „lewe” zwolnienia, dostała 1,5 roku w zawieszeniu i 30 tys. zł grzywny.

Obrona zapowiedziała apelację, bo nadal kwestionuje wiarygodność T. Prok. Lerman był zadowolony z wyroku, bo SO podzielił jego ustalenia. Adwokaci zwracali uwagę, że obrońca nie jest w stanie weryfikować rzetelności dokumentacji medycznej otrzymywanej od klienta i dołączanej do wniosku np. o odroczenie wykonania kary. Prokurator replikował, że taki zarzut stawiano adwokatowi tylko wtedy, gdy było uzasadnione podejrzenie, że miał świadomość fałszerstwa dokumentacji.

Obrońcy podkreślali również, że lekarz ma swobodę w wydawaniu np. rekomendacji do operacji, co zawsze jest ocenne i nie podlega weryfikacji w kategorii prawda-fałsz. „Zero-jedynkowe rozwiązania w medycynie nie zawsze są możliwe, ale inaczej jest, gdy przekłamuje się okoliczności mające wpływ na możność odbywania kary więzienia” – odpierał zarzut prok. Lerman.
Żródło info i foto: onet.pl

Łotysze usłyszeli wyrok za podrabianie kart płatniczych

Kary od 2,5 roku do 6 lat więzienia i grzywny orzekł Sąd Apelacyjny w Białymstoku w procesie trzech obywateli Łotwy oskarżonych o udział w tzw. skimmingu, czyli podrabianiu kart płatniczych i wypłacaniu w ten sposób pieniędzy z banków.

Jednemu z oskarżonych, który współpracował z policją i prokuraturą i pomógł w rozpracowaniu grupy, sąd apelacyjny złagodził karę z 4 do 2,5 roku więzienia, pozostałe wyroki (2,5 roku i 6 lat) utrzymał w mocy oddalając apelacje obrońców. Wyrok jest prawomocny.

Oskarżeni Łotysze, to członkowie większej grupy przestępczej, zatrzymani zostali w Giżycku. W 2013 roku, kilkakrotnie przyjeżdżając do Polski, na bankomatach m.in. w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Ełku, Suwałkach, Giżycku i Piszu montowali specjalne czytniki oraz kamery rejestrujące kody PIN z oryginalnych kart płatniczych w czasie, gdy właściciele owych kart wypłacali pieniądze.

Dane te przekazywali dalej, a kolejne osoby z tej grupy wypłacały pieniądze. Robiły to na terenie Tajlandii, Dominikany, USA, Hiszpanii i Łotwy. W sumie wypłacono prawie 500 tys. zł, drugie tyle próbowano wypłacić.

Skimming

– To bardzo niebezpieczne przestępstwa, cechują się znaczną szkodliwością społeczną, podważają one fundamenty systemu finansowego nie tylko Polski, ale także systemu finansowego międzynarodowego, godzą w interes nie tylko banków ale i posiadaczy tych kart płatniczych – mówił, uzasadniając wyrok, sędzia Janusz Sulima.

Sąd odwoławczy zgodził się jednak z tym, iż w przypadku jednego ze skazanych kara przed sądem pierwszej instancji była „rażąco niewspółmierna”, czyli zbyt surowa i wyjaśnił, jakie były podstawy do jej nadzwyczajnego złagodzenia.

To przede wszystkim współpraca z organami ścigania i ujawnienie nieznanych okoliczności przestępstw, których śledztwo dotyczyło. Dzięki temu zdołano zapobiec wypłacie części pieniędzy za pomocą nielegalnie skopiowanych kart, udało się też ustalić drugą grupę przestępczą.

Jak podkreślał sąd apelacyjny, łagodzenie kar dla osób współpracujących z organami ścigania leży zarówno w interesie wymiaru sprawiedliwości (by był to sygnał także dla innych „skruszonych” przestępców), jak i w interesie społecznym. Argumentował, że bez takich osób nie dałoby się zapobiec lub wykryć szeregu tego rodzaju groźnych przestępstw.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Finał sprawy Roberta Dziekańskiego

Na 2,5 roku więzienia skazał sąd policjanta Kwesi Millingtona, który w 2007 r. kilkakrotnie raził paralizatorem Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouver. W konsekwencji tych porażeń Polak zmarł. Millington jest jednym z czterech policjantów, którzy podeszli do Dziekańskiego i dokonali tragicznej w skutkach interwencji.

Dwa i pół roku więzienia zostało orzeczone przez sąd za składanie fałszywych zeznań i ustalanie wspólnej wersji wydarzeń z pozostałymi policjantami. Sąd orzekł o winie Millingtona w lutym tego roku; policjant był drugim z sądzonych w tej sprawie.

Proces Millingtona toczył się od marca ub.r. Sąd Najwyższy prowincji Kolumbia Brytyjska postanowił wówczas, że proces będzie prowadzony, a policjantowi postawiono zarzut składania fałszywych zeznań, pomimo tego, że pierwszy z sądzonych policjantów, Bill Bentley, któremu stawiano ten sam zarzut, został uniewinniony. Ostatecznie sąd uznał, że Millington jest winien sześciu ze stawianych mu dziesięciu zarzutów.

Zarzut fałszywych zeznań dotyczył tego, że podczas zeznań przed komisją sędziego Thomasa Braidwooda, którą powołano na zlecenie rządu Kolumbii Brytyjskiej w celu wyjaśnienia sprawy Dziekańskiego, Millington zeznał, iż nigdy nie rozmawiał o wydarzeniach na lotnisku ze swoimi kolegami przed rozmową ze śledczymi prowadzącymi dochodzenie. Sąd uznał, że prokurator udowodnił ponad wszelką wątpliwość, iż Millington złożył to zeznanie pod przysięgą wiedząc, że jest fałszywe, a uczynił to z zamiarem utrudnienia śledztwa.

Matka Dziekańskiego, Zofia Cisowska, powiedziała w poniedziałek, że doczekała się wreszcie sprawiedliwości. Dodała też, że 30 miesięcy więzienia to dłuższy wyrok niż się spodziewała. Trzeci z sądzonych policjantów, Benjamin Robinson, oczekuje na wyrok. Czwarty – Gerry Rundel – został uniewinniony podobnie jak Bentley. Millington miał od razu trafić do więzienia jednak przyznano mu prawo do pozostania na wolności do czasu apelacji.

Zarzut fałszywych zeznań postawiono policjantom w rezultacie dochodzenia prowadzonego przez specjalnego prokuratora Richarda Pecka. Cztery lata temu, po zakończeniu prac, Peck uznał, iż małe jest prawdopodobieństwo skazania policjantów na podstawie innych potencjalnych zarzutów. Wcześniej, w czerwcu 2010 r. to właśnie Peck rekomendował rządowi prowincji ponowne przeanalizowanie wcześniejszej decyzji o umorzeniu śledztwa wobec policjantów.

W 2010 r., po przeprowadzeniu dochodzenia, sędzia Braidwood uznał użycie paralizatora wobec Dziekańskiego za nieuzasadnione, a działania policjantów z RCMP (Royal Canadian Mounted Police – Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej) za zbyt pośpieszne. Podkreślił też, że gdyby policjanci nie mieli paralizatorów, zastosowaliby inne środki znane im ze szkoleń. W jego opinii użycie paralizatora spowodowało wzrost ciśnienia krwi i przyspieszenie pracy serca, a pięciokrotne użycie tej broni odegrało olbrzymią rolę w śmierci zmęczonego podróżą i zdenerwowanego Polaka.

W grudniu 2009 r., komisja zajmująca się dochodzeniami w sprawie skarg na policję, wówczas pracująca pod kierownictwem Paula Kennedy’ego, przedstawiła raport w sprawie działania czterech oficerów policji, w którym stwierdzono, że użycie paralizatora wobec Dziekańskiego było „przedwczesne i nieadekwatne”.

14 października 2007 roku Dziekański zmarł po tym, gdy na lotnisku w Vancouver funkcjonariusze RCMP użyli paralizatorów, żeby go obezwładnić. Jak wynikało z nagrania dokonanego przez jednego z podróżnych na lotnisku, Dziekański zachowywał się dość gwałtownie po długim locie i dziesięciogodzinnym oczekiwaniu, kiedy nikt go nie skierował do właściwej, dalszej części lotniska. W niczym jednak nie zagrażał policjantom.
Żródło info i foto: onet.pl

24-letni taksówkarz dostał 2,5 roku więzienia. Po zamachu zabrał Carnajewów na kolację

24-letni taksówkarz, obywatel Kirgistanu, który przyjaźnił się zamachowcami z Bostonu, przeprosił w czwartek w sądzie za okłamywanie śledczych. Został za to skazany na dwa i pół roku więzienia. Do zamachu na mecie maratonu w Bostonie doszło 15 kwietnia 2013 roku. Zginęły trzy osoby, a ponad 260 zostało rannych.

Cztery dni po zamachu, gdy trwały poszukiwania sprawców, 24-letni Khairullozhon Matanov, obywatel Kirgistanu udał się na posterunek policji w Braintree, na południe od Bostonu. Oświadczył, że rozpoznał braci Carnajewów na zdjęciach, które FBI opublikowało poprzedniej nocy.

Z ustaleń śledczych wynikało, że kilka godzin po ataku, Matanov zabrał braci na kolację. Dwa dni później dwukrotnie rozmawiał z Tamerlanem (starszym z braci, który zginął w starciu z policją) przez telefon i odwiedził go w jego mieszkaniu w Cambridge. Gdy rozpoznał zamachowców próbował jeszcze skontaktować się z jednym z braci i poprosił znajomego, aby pomógł mu usunąć pliki ze swojego komputera.

Matanov został aresztowany w maju 2014 roku. Taksówkarz został oskarżony o wprowadzenie w błąd śledczych – chodziło o jego zeznania dot. ostatnich kontaktów z zamachowcami. Groziło mu nawet 20 lat więzienia. W marcu Matanov przyznał się, że wprowadził FBI w błąd. Twierdził też, że nie wiedział, że to bracia Carnajewowie stali za zamachem.

2,5 roku więzienia

W czwartek w sądzie przeprosił za okłamywanie śledczych. Był blady i widać było łzy w jego oczach gdy sędzia okręgowy William Young ogłaszał wyrok – relacjonują media. – Chcę przeprosić za okłamywanie FBI – powiedział. – Nie jestem zwolennikiem żadnej organizacji terrorystycznej – dodał.
Zamach w Bostonie

W maju Dżochar Carnajew został skazany na karę śmierci za dokonanie zamachu bombowego. Miesiąc wcześniej 21-latek został uznany winnym wszystkich 30 postawionych mu zarzutów. Zamach w Bostonie był najtragiczniejszym w skutkach od czasu ataku na World Trade Center 11 września 2001 roku.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Sławomir G. skazany

Na 2,5 roku więzienia skazany został w czwartek były ordynator oddziału urologii w szpitalu w Busku-Zdroju (Świętokrzyskie) za molestowanie pacjentek. Sąd Okręgowy w Kielcach w procesie apelacyjnym zakazał też Sławomirowi G. wykonywania zawodu lekarza przez trzy lata. Wyrok jest prawomocny. W 2009 roku prokuratura przedstawiła 54-letniemu wówczas lekarzowi zarzuty dotyczące w większości przestępstw seksualnych, których miał dokonać podczas badań. Pokrzywdzonych w tej sprawie jest 11 kobiet. Jeden z zarzutów dotyczy gwałtu na 16-letniej dziewczynie, którą lekarz – według prokuratury – wykorzystał po podaniu jej środka odurzającego. Sławomirowi G. przedstawiono także zarzuty o charakterze korupcyjnym. Według prokuratury ordynator przyjmował od pacjentów łapówki w kwotach od 50 do 1300 zł. W śledztwie oskarżony nie przyznał się do winy. Żródło info i foto: interia.pl

Wyrok za porwanie 16-latki

Bez pobłażania obszedł się sąd z dwoma mężczyznami, którzy uwięzili w bagażniku auta 16-latkę, a następnie dachowali w rowie. Jednemu wymierzył 2,5 roku bezwzględnej odsiadki, drugiemu karę o dwa miesiące krótszą. 27-letni Łukasz P., który dostał surowszy wyrok, przez 5 lat nie będzie mógł także siadać za kierownicą. To on prowadził bowiem nissana primera, gdy nad ranem 13 grudnia ub.r. wypadł z drogi w Lisim Ogonie pod Bydgoszczą. Mężczyzna był po alkoholu i marihuanie. Po wypadku uciekł – tak jak i jego wspólnik, 22-letni student z Torunia Bartosz R. Żaden nie zainteresował się dziewczyną, którą przed wrzuceniem do bagażnika skuli kajdankami. Na szczęście podczas kraksy pokrywa kufra otworzyła się i nastolatka wypadła, a kajdanki pękły. Doznała tylko niegroźnych potłuczeń i urazu nogi. Przeżyła cudem. Sam incydent zadziwia nie mniej niż jego finał. Wbrew temu, co sugerować może jego przebieg, nie było to zaplanowane uprowadzenie. – „Wszyscy troje byli w dobrych relacjach. Nastolatka dobrowolnie wsiadła do samochodu, zaś oskarżeni nie mieli powodu, by się tak zachować” – mówi prokurator Grażyna Wiącek. Żródło info i foto: Gazeta.pl