Monika S. oskarżona o zabicie 10-letniego syna odpowie za wyłudzenia

Pod koniec listopada 2019 roku w pokoju jednego z lubelskich hosteli znaleziono zwłoki 10-letniego Filipka. Chłopiec został z zimną krwią pozbawiony życia. Do jego uduszenia przyznała się matka. 39-letnią Monikę S. zatrzymano w Kazimierzu Dolnym. Kobieta jest także oskarżona o inne poważne przestępstwo. Prokuratura w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Monice S. Byłą prezes Bractwa Miłosierdzia im. Św. Brata Alberta w Lublinie i dwie pracownice oskarża się o przywłaszczenie ponad 200 tys. zł z kasy organizacji.

Według aktu oskarżenia, Monika S. miała zabrać ponad 180 tys. zł. Wspólnie z pracownicami Bractwa Magdaleną W. i Dominiką S. fałszowały dokumenty dotyczące wypłacanych zapomóg i w ten sposób przywłaszczyły sobie kolejne 24 tys. zł.

Fałszywe zaświadczenia o pracy i zarobkach

Ponadto Monika S. wspólnie z Adamem K., Stanisławem Ch. i Bożeną S. zostali oskarżeni o wyłudzenie z banków kredytów na blisko 400 tys. zł. Monika S. wystawiała swoim wspólnikom fałszywe zaświadczenia o ich rzekomym zatrudnieniu w Bractwie św. Alberta i zarobkach. Na tej podstawie brali kredyty w bankach, które nie były spłacane. Pieniędzmi dzielili się. Do tych przestępstw miało dochodzić w latach 2017-2018. Oskarżeni nie przyznają się do winy, grozi im do 12 lat więzienia.

Sprzątaczka dokonała makabrycznego odkrycia

Na Monice S. ciąży też zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem jej 10-letniego syna Filipa. Ciało chłopca znaleziono w listopadzie ubiegłego roku w jednym z lubelskich hosteli. Matka i syn zameldowali się w ośrodku kilka dni wcześniej. Wczesnym popołudniem sprzątaczka dokonała makabrycznego odkrycia. W łóżku leżał martwy chłopiec, ale matki nigdzie nie było. Odnaleziono ją w Kazimierzu Dolny, gdzie przeprowadził się jej mąż. Wszystko wskazuje na to, iż chciała odebrać sobie życie. Małżonkowie byli w separacji, czego powodem były prawdopodobnie problemy kobiety z prawem. Mieszkańcy Kłodnicy, skąd pochodzi Monika S., mówili Faktowi, że chciał zabrać jej syna.

Zaplanowała zbrodnię

Monika S. przyznała się do zabicia Filipka. Jak ustaliła prokuratura, 39-latka zaplanowała zbrodnię. Kazała położyć się synkowi do łóżka, przykryła go kołdrą, a potem przycisnęła własnym ciałem na skutek czego chłopiec się udusił. – Postępowanie w sprawie zabójstwa jest w toku. Prokurator czeka na opinie biegłych – przekazał „Kurierowi Lubelskiemu” rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie Agnieszka Kępka.
Źródło info i foto: Fakt.pl

39-letnia kobieta planowała sprzedawać „domowe testy na koronawirusa”

39-letnia mieszkanka Trzebini (Małopolskie) planowała handel „domowymi testami na koronawirusa”. Sprawę wykrył policjant podczas przeglądania stron internetowych. Za usiłowanie oszustwa kobiecie może grozić do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Sprawa jest przekazana do prokuratury – powiedziała w czwartek Iwona Szelichiewicz, rzeczniczka prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Chrzanowie.

Zgodnie z przekazanymi przez nią informacjami, na ofertę sprzedaży testu na COVID-19 natknął się policjant, który przeglądał strony internetowe. Zgodnie z ogłoszeniem, jakie 39-letnia mieszkanka Trzebini zamieściła na Facebooku, test można było przeprowadzić samodzielnie w domu, miał być dostępny od poniedziałku w cenie od 35 do 50 zł. Kobieta oferowała wysyłkę pocztową, w związku z czym prosiła o kontakt za pośrednictwem podanego przez nią numeru telefonu.

Policja ustaliła, że 39-latka nie miała możliwości dysponowania takimi testami. Jeśli usłyszy zarzut usiłowania oszustwa, to grozić jej będzie do ośmiu lat pozbawienia wolności.

W czasie walki z koronawirusem policja apeluje o rozwagę i zdrowy rozsądek przy zakupie asortymentu mającego chronić przed chorobą. „Mogą pojawić się osoby, które żerując na ludzkiej obawie przed chorobą, próbują czerpać z korzyści z obecnej sytuacji” – czytamy w komunikacie policji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Chełm: 14-latek zabił 39-letnią kobietę i ranił jej syna. Nastolatek inspirował się zbrodnią z Rakowisk?

– Mój syn to bezrozumny potwór. Nie chcę go znać. Zasłużył na najsurowszą karę – mówi zrozpaczony pan Robert z Chełma (woj. lubelskie). W jego domu doszło do krwawej jatki, za którą miał stać 14-letni Łukasz. Chłopak zabił macochę i ciężko ranił jej syna. Czy do makabrycznej zbrodni natchnęła go mordercza poetka z Rakowisk?

Pan Robert, jego syn Łukasz (14 l.), żona Ewelina (†38 l.), jej dzieci – Szymon (18 l.) i Nikola (16 l.) oraz 2-letnia córeczka pary kilka miesięcy temu zamieszkali na osiedlu domów jednorodzinnych.

– Dobrze nam się układało. Żona bardzo lubiła Łukasza, była dla niego dobra. On też nie sprawiał kłopotów. Zmienił się jakieś pół roku temu – mówi ojciec 14-latka. Chłopak zaczął fascynować się zbrodnią. Otwarcie pisał, że uwielbia Marię Goniewicz. Takim pseudonimem posługiwała się mordercza poetka Zuzanna M., która razem Kamilem N. brutalnie zamordowała jego rodziców w Rakowiskach.

– Kilkanaście dni temu wyciął sobie żyletką na przedramieniu nazwisko tej dziewczyny – mówi nam ojciec Łukasza. Nastolatek groził też śmiercią kolegom ze szkoły. Dyrekcja zawiadomiła policję. Chłopak został objęty opieką psychologa i psychiatry.

W sobotę rozegrał się horror. Wieczorem 14-letni Łukasz uzbrojony w młotek i nóż miał wedrzeć się do pokoju macochy i odebrać jej życie. Ciężko ranił również jej 18-letniego syna, Szymona. Po zbrodni uciekł. Zakrwawiony poszedł do Chełmskiego Domu Kultury, gdzie trwało przedstawienie. Przegonili go jednak ochroniarze. Wezwali policję, która zatrzymała chłopaka. O jego dalszym losie zdecydują śledczy. Ciało żony odnalazł pan Robert. Jak nam powiedział, do zwłok przytulona była ich maleńka, dwuletnia córeczka…

Miał na ciele jej nazwisko

Zuzanna M. namówiła swojego chłopaka by wspólnie zamordowali jego rodziców. Dlaczego? Bo ojciec i matka jej nie akceptowali. Na przesłuchaniu zeznała, że zrobili to żeby „pozbyć się problemu”. W 2014 r oku wdarli się do domu i zadźgali śpiących Jerzego (48 l.) i Agnieszkę N. (42 l.). Sąd skazał ich na 25 lat więzienia. Morderczyni zza krat pisze mroczne wiersze.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Teneryfa: O zabójstwie Niemki i jej dziecka poinformował 6-latek

Hiszpańska policja odnalazła w jednej z jaskiń na Teneryfie ciało 39-letniej kobiety i jej 10-letniego syna. Zbrodni miał dokonać ojciec dziecka. Na jego trop naprowadził funkcjonariuszy młodszy syn podejrzanego.

Jak informuje „El Pais”, na hiszpańską policję zgłosiła się grupa turystów, którzy przyprowadzili ze sobą 6-letniego chłopca. Spotkali go, zapłakanego i pobrudzonego ziemią, na szlaku górskim w pobliżu Adeje (Teneryfa, Hiszpania). Dziecko próbowało opowiedzieć im coś po niemiecku, ponieważ jednak go nie rozumieli, zaprowadzili go na posterunek. Tam jeden z okolicznych mieszkańców pomógł chłopcu porozumieć się z funkcjonariuszami.

Sześciolatek powiedział policjantom, że ojciec zaprowadził jego, jego brata oraz matkę do jaskini, a następnie zaczął ich bić. Chłopiec, kiedy zobaczył krew, przestraszył się i uciekł. Potem błąkał się górach przez kilka godzin.

W poszukiwaniach wzięło udział około 100 osób

Kierując się wskazówkami dziecka, prawie 100 policjantów, członków gwardii cywilnej i straży pożarnej zaczęli poszukiwania 39-letniej Niemki i jej 10-letniego syna. Użyto dwóch śmigłowców i psów tropiących. Odnalezienie właściwej jaskini zajęło służbom kilka godzin. W końcu jednak natrafiono na ciała dwóch osób w jaskini około 20 km od Adeje. Nie jest jasne, jak zginęli, ale ze wstępnych ustaleń wynika, że zostali pobici na śmierć.

Policja zatrzymała ojca dzieci

W związku ze zbrodnią funkcjonariusze zatrzymali 43-letniego Niemca, męża Niemki, z którym ta była w separacji. Według źródeł zbliżonych do śledztwa, kobieta regularnie przywoziła dzieci na Teneryfę, żeby spotkały się z ojcem, który pracował w jednej z lokalnych restauracji jako kucharz. Ostatni raz w podróż taka odbyła się w poniedziałek 22 kwietnia. Ze wstępnych ustaleń funkcjonariuszy wynika, że mężczyzna miał zabrać rodzinę na spacer w górach. Wtedy właśnie miało dojść do zabójstwa.

Podejrzany ma zostać doprowadzony przed hiszpański sąd w piątek.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Teneryfa: W jaskini znaleziono ciało Niemki i jej 10-letniego syna. Ojciec aresztowany

Hiszpańska policja odnalazła w jaskini na Teneryfie ciało 39-letniej Niemki oraz jej 10-letniego syna. Do zwłok doprowadziły ich słowa 5-latka, wędrującego samotnie w górach w pobliżu Adeje. Aresztowano ojca rodziny, podejrzanego o zamordowanie żony oraz jednego z synów.

Mieszkająca w pobliżu Adeje kobieta spotkała na szlaku w górach zapłakanego i pobrudzonego ziemią 5-latka. Chłopiec wyglądał na zmęczonego i przerażonego. Chwycił kobietę za rękę i nie chciał puścić. Mówił po niemiecku, a ona nie rozumiała ani słowa. Zaprowadziła więc go do znajomego, który przetłumaczył to, co mówiło dziecko.

5-latek powiedział im, że uciekł. Z tego co mówił wynikało, że szedł od kilku godzin.

Para Hiszpanów od razu zabrała dziecko na posterunek policji. Tam chłopiec powtórzył, że ojciec zaprowadził jego, matkę i brata do jaskini. Tam zaczął ich bić. Chłopiec zobaczył dużo krwi, przestraszył się i uciekł.

Setka funkcjonariuszy policji, gwardii cywilnej i straży pożarnej ruszyła na poszukiwanie jaskini, których w okolicznych górach jest wiele. Ściągnięto śmigłowce oraz psy tropiące. Dotarcie do pieczary zajęło im kilka godzin.

W środku znaleziono ciała kobiety i jej 10-letniego syna. Prawdopodobnie zostali uduszeni, a przed śmiercią dotkliwie pobici.

Następnie aresztowano 43-letniego Niemca. Podczas zatrzymania w apartamencie w Adeje był bardzo agresywny. Miał zadrapania na twarzy, które sugerują, że ofiary broniły się.

Okazało się, że 39-letnia kobieta przyleciała z synami na Teneryfę w poniedziałek. Chciała, żeby synowie spotkali się z ojcem, z którym była w separacji. Mężczyzna pracuje na Teneryfie jako kucharz w jednej z restauracji. Wziął rodzinę na spacer w góry. Wtedy doszło do zabójstwa. Policja wstępnie zakwalifikowała je jako przemoc domową.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Kobieta z nożem zaatakowała w przedszkolu. Raniła 14 dzieci

Uzbrojona w nóż kobieta raniła w piątek rano 14 dzieci w jednym z przedszkoli w mieście Chongqing na zachodzie Chin – przekazały lokalne władze. 39-letnia sprawczyni została zatrzymana; nie wspomniano o możliwym motywie ataku. Według komunikatu policji w dzielnicy Banan w Chongqingu do ataku doszło ok. godz. 9.30 rano czasu miejscowego (godz. 3.30 rano w Polsce).

Napastniczka o nazwisku Liu raniła nożem 14 dzieci, po czym została obezwładniona przez ochroniarzy i personel placówki. Ranne dzieci przewieziono do szpitala – napisano.

Magazyn „Caixin” podał, powołując się na świadków zdarzenia, że napastniczka była „dość schludnie ubrana” i „nie wyglądała na chorą psychicznie”. Na amatorskich nagraniach udostępnianych na portalach społecznościowych widać prowadzoną przez policjantów kobietę w średnim wieku.

Zaatakował uczniów nożem kuchennym

Brutalne przestępstwa są w Chinach stosunkowo rzadkie w porównaniu z wieloma innymi krajami. W ostatnich latach w kraju doszło jednak do szeregu ataków z użyciem noży i siekier, z których wiele wymierzonych było w dzieci. Winą za tego rodzaju incydenty najczęściej obarczane są osoby z problemami psychicznymi lub urazami natury osobistej. Używają zwykle noży, gdyż broń palna jest w Chinach ściśle kontrolowana.

W czerwcu mężczyzna uzbrojony w nóż kuchenny zaatakował uczniów przy wejściu do szkoły podstawowej w Szanghaju, zabijając dwóch chłopców i raniąc kolejnego; ucierpiała również jedna z matek dzieci.

We wrześniu w prowincji Shaanxi stracono mężczyznę skazanego za zabicie nożem dziewięciorga uczniów szkoły średniej w tym regionie. W czasie procesu przyznał on, że kierowała nim frustracja z powodu niepowodzeń życiowych i chęć zemsty za nękanie, z jakim spotykał się, gdy sam uczęszczał do tej szkoły.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Śledczy z policyjnego Archiwum X rozwiązali sprawę sprzed 14 lat

39-letnia Grażyna H. zaginęła w połowie lipca 2004 roku. Na początku sierpnia tego samego roku znaleziono jej ciało, ale tożsamość udało się potwierdzić dopiero 11 lat później, dzięki badaniom genetycznym. Początkowo uznano, że kobieta zginęła w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Teraz jednak śledczy twierdzą, że mają dowody na to, iż została zamordowana, a wypadek upozorowano. W środę zarzut zabójstwa usłyszeli syn Grażyny H. i jego partnerka. Nie zostali jednak aresztowani. Nie zastosowano wobec nich także żadnych środków zapobiegawczych.

Do wznowienia sprawy po 14 latach przyczynili się policjanci z Archiwum X w Krakowie, badającego najtrudniejsze niewyjaśnione zbrodnie. Prokuratura wnosiła o aresztowanie na trzy miesiące podejrzanych o zabójstwo: syna ofiary Michała H. i jego konkubiny Katarzyny Ż. – Sąd nie uwzględnił wniosków prokuratury – poinformowała w czwartek po posiedzeniu sądu Grażyna Rokita z biura prasowego Sądu Okręgowego w Krakowie. Jak dodała, sąd nie zastosował również żadnych innych środków zapobiegawczych wobec podejrzanych. W środę 4 kwietnia 35-letni syn zaginionej i jego 31-letnia konkubina usłyszeli zarzuty zabójstwa. Jak poinformował w czwartek prokurator Krzysztof Dratwa z Prokuratury Okręgowej w Krakowie, podejrzani złożyli obszerne wyjaśnienia, w których nie przyznali się do winy. Prokuratura wystąpiła z wnioskami o zastosowanie wobec nich aresztu tymczasowego na trzy miesiące. W czwartek po południu sąd nie uwzględnił tych wniosków.

Wyszła po zakupy, ślad po niej zaginął

W połowie lipca 2004 roku rodzina majętnej 39-letniej mieszkanki Krakowa zgłosiła jej zaginięcie. Według relacji syna, matka wyszła rano na zakupy na pobliski plac targowy i ślad po niej zaginął. O nowych ustaleniach w sprawie zbrodni sprzed lat przez policjantów z małopolskiego Archiwum X poinformował w czwartek rzecznik małopolskiej policji Sebastian Gleń. – Krakowscy policjanci nawiązali kontakt z wieloma instytucjami, sprawdzali także wszelkie powiązania: rodzinne, towarzyskie i zawodowe. Czynności poszukiwawcze prowadzone były na szeroką skalę, jednak nie przyniosły odpowiedzi na pytanie, co stało się z kobietą – informuje Sebastian Gleń, rzecznik prasowy małopolskiej policji.

Sprawa w Archiwum X

W 2005 roku sprawa zaginięcia Grażyny H. trafiła do krakowskiego Archiwum X. W Prokuraturze Rejonowej w Krakowie wszczęto śledztwo. W latach 2006-2007 przeprowadzono kilka akcji poszukiwawczych. Zwłok szukano między innymi w okolicach kopca Kościuszki. – Ciała kobiety jednak nie znaleziono, a czynności wykonywane w tej sprawie nie pozwoliły na postawienie nikomu zarzutów. Śledztwo zostało umorzone, choć nadal pozostawało w stałym zainteresowaniu policjantów z Archiwum X – dodaje Gleń.

Zidentyfikowali zwłoki

Pod koniec 2014 roku z pomocą funkcjonariuszom przyszedł GENOM, czyli system identyfikacji osób oraz zwłok po kodzie DNA. Do systemu włączono dane genetyczne krewnych osób zaginionych. – Rozpoczęło się przeszukiwanie zasobów bazy pod kątem porównania kodu osób zaginionych z danymi niezidentyfikowanych zwłok znalezionych do tej pory – informuje Gleń.

I dodaje: – Jak się okazało, ciało ujawnione na początku sierpnia 2004 roku na krakowskim Podgórzu to prawdopodobnie zwłoki Grażyny H. Zostały znalezione wówczas przez przechodnia i były w bardzo dużym rozkładzie. Śledztwo wykazało, że kobieta zginęła na skutek nieszczęśliwego upadku z dużej wysokości. Jej ciało zostało później pochowane w bezimiennym grobie. – Po wykonaniu dodatkowych badań porównawczych w 2015 roku ostatecznie potwierdzono, że ciało znalezione ponad dziesięć lat wcześniej, to zwłoki zaginionej Grażyny H. Nadto przeanalizowanie przez biegłego z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie dokumentacji obrażeń ciała oraz kości denatki wykazało, że zwłoki po upadku były przemieszczane. W związku z tym Prokuratura Rejonowa podjęła na nowo śledztwo w sprawie zabójstwa – informuje rzecznik.

Śledczy: to było zabójstwo

Zarówno śledczy, jak i biegli wrócili na miejsce znalezienia zwłok. Przeprowadzono eksperyment procesowy, który miał na celu ustalenie, czy niektóre uszkodzenia kości kobiety są wynikiem działania osób trzecich. Eksperyment wykazał, że obrażenia ciała kobiety nie powstały w wyniku upadku z wysokości. – Przeprowadzona później sekcja szczątków potwierdziła wynik eksperymentu procesowego. Kobieta zginęła po uderzeniu narzędziem tępokrawędzistym. Następnie jej ciało zostało zrzucone z urwiska w celu upozorowania wypadku – podaje Gleń. Podejrzewany w tej sprawie był starszy syn kobiety, między innymi dlatego, że w pewnym momencie zależało mu na odnalezieniu ciała matki. Jak dodaje rzecznik – prawdopodobnie po to, aby odziedziczyć po niej majątek.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Jaki był motyw sprawczyni strzelaniny w siedzibie YouTube?

Zamachowcem była Nasim Aghdam, 39-letnia kobieta, która była bardzo aktywna w internecie. Prowadziła konto na Instagramie i Facebooku, a także kilka kanałów na Youtubie. Po wczorajszym incydencie wszystkie kanały zostały zablokowane, najpewniej na prośbę policji, która stara się wyjaśnić przyczyny zdarzenia.

Nasim Aghdam na swoich kanałach podejmowała wiele tematów. Próbowała zaistnieć jako trenerka fitness i specjalistka żywieniowa, ale angażowała się też w debatę polityczną. W filmach krytykowała Youtube’a za nową politykę dotyczącą demonetyzacji. Motywy zbrodni są badane, a w sprawie może być więcej wątków. Okazało się, że jeden z postrzelonych pracowników Youtube’a był partnerem Nasim Aghdam.

Na motyw przewodni wyrasta zmiana polityki YouTube’a odnośnie monetyzacji filmów.

Od 2016 r. toczy się szeroko zakrojona debata o demonetyzację wulgarnych treści na Youtubie. Serwis już od 2012 r. ograniczał emisję reklam w takich filmach, przez co twórcy nie zarabiali na odsłonach. Wielu youtuberów podejrzewało, że algorytm ogranicza reklamy, co serwis potwierdził w 2015 r.

Od tego czasu nie cichną komentarze i dyskusje o tym, co właściwie oznacza termin „film nieprzyjazny reklamodawcom”. Co można uznać za treść wulgarną lub niewłaściwą?

Granica jest płynna, a dodatkowo nie pomaga automatyzacja całego procesu. Widać to także w innych serwisach, jak np. na Facebooku, który potrafi banować strony rowerzystów za użycie słowa „pedały”. Algorytmy w takich przypadkach często zawodzą.

W 2017 r. pojawiły się dodatkowe wątki odnośnie niesprawiedliwej demonetyzacji filmów. Twórcy największych kanałów zauważyli, że zarabiają mniej niż powinni. Youtuber, który ma 50 mln subskrypcji nie zarabia 10 razy więcej od twórcy mającego 5 mln „subów”.

Kolejna fala krytyki spłynęła na YouTube’a po aferze z Loganem Paulem.

Logan Paul opublikował film z tzw. Lasu samobójców, w którym pokazał ciało osoby, która odebrała sobie życie. Wideo było utrzymane w skandalicznym, skrajnie niesmacznym stylu, mającym na celu puste zebranie wyświetleń na kontrowersyjnej, szokującej treści.

Mimo ogromnych nacisków społeczności, YouTube przez długi czas nie reagował na problem. Reakcja była mocno spóźniona i do tego bardzo lakoniczna. Dało się odczuć, że YouTube nie jest przygotowany na radzenie sobie z takimi kryzysami wizerunkowymi.

Najnowszy kryzys z YouTube’em dotyczy kanałów mówiących o broni palnej.

W marcu 2018 r. YouTube ogłosił, że zamierza zbanować niektóre kanały związane z bronią palną. Twórcy promujący sklepy z bronią i akcesoriami, a także pokazujący instrukcje składania broni, nie są już mile widziani w serwisie. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji, w której tego typu treści zaczęły przenosić się na… PornHub, czyli znacznie bardziej liberalną platformę.

Takich kryzysów będzie więcej. Oby tylko nie kończyły się kolejnymi agresywnymi zdarzeniami.
Debata wokół YouTube’a jest niezbędna. Z serwisu korzysta 1,3 mld użytkowników, którzy codziennie oglądają łącznie 5 mld filmów. Ogromną częścią widowni są dzieci, więc YouTube przynajmniej częściowo powinien chronić je przed niewłaściwymi treściami.

YouTube nie żyje w próżni. Granice tego, co można pokazać z serwisie powinny być jasno ustalone, tak jak ustalone są prawne zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Niestety wyznaczenie granicy jest wielkim problemem, być może nawet większym w przypadku internetu – czyli z założenia demokratycznego, otwartego medium – niż świata offline’owego.

Polityczna debata nie ma końca, a wręcz staje się coraz ostrzejsza. To samo będzie się działo wokół YouTube’a, szczególnie wraz z kolejnymi wzrostami platformy.
Źródło info i foto: SpidersWeb.pl

Sardynia: Ciało Polki znalezione przed hotelem

Sardyńskie media opisują sprawę śmierci 39-letniej Polki Magdaleny J. Kobieta pod koniec marca wypadła z okna w hotelu w Olbii. Niedawno przesłuchiwany był jej 44-letni partner z Sardynii, prokuratura wciąż prowadzi dochodzenie w tej sprawie. Czytając doniesienia włoskiej prasy o tym, co wydarzyło się w połowie marca na Sardynii, nie sposób pomyśleć o podobnej sprawie, gdy cała Polska żyła śmiercią Magdaleny Żuk w Egipcie. Zwłaszcza że niektóre wątki wyglądają podobnie lub wręcz tak samo.

Do tragedii na Sardynii w miejscowości Olbia (północno-zachodnia część wyspy) doszło 15 marca tego roku. Nad ranem, około godz. 6.45 na ulicy przy hotelu „Panorama” znaleziono nagie zwłoki 39-letniej Polki, Magdaleny J.

Wstępne oględziny wykazały, że kobieta zginęła na skutek upadku, ale na jej ciele znaleziono też obrażenia, wskazujące na to, że mogła przed śmiercią np. z kimś się szarpać.

Prokuratura przesłuchała partnera Polki

„La Nuova Sardegna”, dziennik z Sardynii, który szczegółowo opisuje sprawę od śmierci Polki, przekazuje, że kobieta pojawiła się w hotelu dzień wcześniej, ze swoim 44-letnim partnerem Marco M. To właśnie na niego zwrócili uwagę włoscy śledczy.

Marco M. był już dwa razy przesłuchiwany przez prokuraturę. Mężczyzna dwukrotnie przekazał śledczym, że przebywał w tym czasie w pokoju hotelowym, ale nie widział, co się stało. Zeznawał, że po tym, jak usłyszał głuchy odgłos dochodzący spoza pokoju, poszedł do łazienki, a następnie spojrzał przez okno: tam miał zobaczyć leżące na ziemi nagie ciało partnerki.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Ciała 39-letniej kobiety i 11-letniego syna znalezione w mieszkaniu w Ostrowcu Świętokrzyskim

Świętokrzyscy policjanci ustalają przyczyny śmierci 39-letniej kobiety i jej 11-letniego syna. Ciała żony i syna znalazł w mieszkaniu 43-letni mężczyzna. Przed godz. 14 ostrowieccy policjanci otrzymali od 43-letniego mężczyzny informację o śmierci jego żony i syna.

Ze wstępnych ustaleń wynika, iż mężczyzna chwilę wcześniej wrócił do domu, gdzie znalazł zwłoki swojej 39-letniej żony i 11-letniego syna. Mieszkanie było zamknięte od wewnątrz i w tej chwili policjanci wraz z prokuratorem przeprowadzają czynności na miejscu – mówi oficer prasowa Komendy Powiatowej Policji w Ostrowcu Świętokrzyskim Ewa Libuda.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że matka najprawdopodobniej najpierw zabiła syna, a potem popełniła samobójstwo.

Rodzina nie miała założonej tzw. niebieskiej karty. Nie było u niej także żadnych policyjnych interwencji.
Źródło info i foto: RMF24.pl