Znęcał się nad rodziną podczas kwarantanny. Został aresztowany

Przebywający wraz z bliskimi w kwarantannie 47-letni mieszkaniec pow. ostrołęckiego (Mazowieckie) usłyszał zarzuty znęcania się nad rodziną. Mężczyzna uderzył żonę, zniszczył telewizor i telefon. Grozi mu do 5 lat więzienia. Jak poinformował w poniedziałek rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Ostrołęce podkom. Tomasz Żerański, w piątek wieczorem dyżurny policji otrzymał zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. W jednym z mieszkań w pow. ostrołęckim awanturujący się mężczyzna groził swoim bliskim, uderzył żonę oraz zniszczył telewizor oraz telefon.

Ponieważ rodzina była objęta kwarantanną, na miejsce pojechali funkcjonariusze wyposażeni w indywidualne środki ochrony. 47-letni agresor był w mieszkaniu, podczas gdy jego bliscy wyszli przed dom. Zachowanie mężczyzny wskazywało, że jest on pod wpływem alkoholu.

47-latek został przewieziony do pomieszczenia dla osób zatrzymanych, które jest przystosowane do przebywania w nim osób poddanych kwarantannie. Mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące znęcania się nad rodziną. Przestępstwo to jest zagrożone karą do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Duńscy myśliwi zabili na polowaniu 47-letniego Andrzeja K.

Naganiał zwierzęta pod lufy duńskich myśliwych, a sam stał się ofiarą. Tak skończyło się polowanie dla Andrzeja K. (†47 l.). Pocisk przeszył mężczyźnie serce. Jak do tego doszło? Wyjaśnia to policja. Było niedzielne popołudnie. Pod Włościborzem (woj. zachodniopomorskie) odbywało się komercyjne polowanie, czyli takie, za udział w którym się płaci. Zorganizowało je Koło Łowieckie „Świt”. Uczestniczyło w nim 16 myśliwych z Danii.

Zasadzili się w ogrodzonym siatką, niedużym sosnowym lasku i czekali na dziki, które pod same lufy mieli im nagonić polscy myśliwi. – Duńczycy stali tuż przy siatce i mieli strzelać do dzików biegnących wzdłuż ogrodzenia – tłumaczy jedna z osób, biorących udział w polowaniu. – Mieli celować w dół, nie dalej niż na 5 metrów od siebie. Niestety jedna z kul wystrzelonych ze sztucera musiała zrykoszetować i trafiła naganiacza, który zginął na miejscu – dodaje.

Jak udało nam się dowiedzieć, ofiara to Andrzej K. (†47 l.), mieszkaniec pobliskiego Gąskowa. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że wszyscy myśliwi byli trzeźwi. Nie wiadomo, który z Duńczyków oddał śmiertelny strzał. – Za wcześnie na stawianie komukolwiek zarzutów. Mogę jedynie powiedzieć, że w trakcie polowania został postrzelony biorący udział w nagonce mężczyzna. Teraz przesłuchujemy świadków – mówi Tomasz Kwaśnik, rzecznik policji w Kołobrzegu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Chicago: 47-letni Polak latami molestował pasierba

Koszmar w polskiej rodzinie na eleganckich przedmieściach Chicago. Pochodzący z Moniek 47-latek stanie przed sądem za molestowanie swojego pasierba. Wojciech Dzierzanowski miał przez siedem lat krzywdzić chłopca pod nosem jego matki. Jego zwyrodniałe czyny wyszły na jaw, gdy nastoletni już chłopiec trafił do psychologa. Mężczyzna usłyszał zarzuty i choć wyszedł zza krat za kaucją, zdesperowani rodzice jego ofiary zadbali o to, by nie uciekł za granicę, by uniknąć sprawiedliwości.

Wojciech Dzierzanowski (47 l.) 9 września stanie przed sądem kryminalnym w Chicago. Będzie odpowiadał za wykorzystywanie seksualne nieletnich. Jedną z jego ofiar był jego 20-letni dziś pasierb. Rodzice chłopca Agnieszka i Tomasz Pruszyńscy rozwiedli się w 2001 r. Niedługo potem jego matka związała się z pochodzącym z Moniek Dzierzanowskim, który prowadził dobrze prosperująca firmę budowlaną w Chicago. W 2007 r. para zamieszkała w eleganckim domu na przedmieściach w miejscowości Lake Forest. Wkrótce przyszli na świat ich synowie, którzy mają dziś 10 i 6 lat. Nikt nie przypuszczał, co się działo za drzwiami tej eleganckiej rezydencji.

– W marcu 2017 r. syn przeprowadził się do mnie. Miał objawy depresji, nie miał chęci do życia, dwa razy próbował popełnić samobójstwo. W maju 2018 r. zaczął chodzić na psychoterapię i powiedział psychologowi, że był molestowany przez Wojciecha w latach 2007–2014. Za jego poradą to ujawnił, bo wedle psychologa istniało prawdopodobieństwo, że to samo spotkało jego młodszych braci – wspomina łamiącym się głosem Tomek Pruszyński, tata 20-latka. Tomasz wspólnie z byłą żoną zgłosili sprawę do Illinois Department of Children and Family Services, który wszczął dochodzenie. Ten sporządził raport potwierdzający niewłaściwe zachowania wobec dzieci.

Wojciech Dzierzanowski został aresztowany 1 czerwca ubiegłego roku pod zarzutem wykorzystywania dzieci. Jednak po wpłaceniu 50 tys. dol. kaucji wyszedł na wolność. Pruszyński i jego była żona postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, bojąc się, że Dzierzanowski ucieknie za granicę. Wynajęli więc znanego polonijnego detektywa Marka Pieprzyka, który oddał Dzierzanowskiego w ręce policji imigracyjnej. 47-latek został aresztowany i od 13 września przebywa w więzieniu imigracyjnym, czekając na proces.

– Przeszliśmy prawdziwy koszmar. Zrobię wszystko, by Dzierzanowski odpowiedział za swoje czyny. Nie będzie to łatwe, bo w Polsce ma wpływowego brata, który niedawno został redaktorem naczelnym jednego z największych tygodników i robi wszystko, by mu pomóc. Ale ja nie dam za wygraną – kończy pan Tomasz.

Dzierzanowski 9 września stanie przed sądem kryminalnym. Jeśli zostanie skazany, grozi mu nawet do 120 lat więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Francja: 47-letni Serb usłyszał wyrok za przemyt migrantów

Kierowca tira, 47-letni Serb, został skazany przez francuski sąd na dwa lata więzienia za próbę przemycenia 20 afgańskich migrantów. Byli schowani w niewielkiej skrzyni ukrytej za podwójną ścianą naczepy.

Dziennik „Voix du Nord” wskazał, że za dodatkowo obciążającą okoliczność sąd w Boulogne-sur-mer, oddalonym 35 km od Calais, uznał fakt, że kierowca umieścił tych 20 Afgańczyków w „warunkach nielicujących z ludzką godnością”, ściśniętych w skrzyni, która miała zaledwie 2,5 metra długości i półtora wysokości.

Według prefektury policji Pas-de-Calais, w 2015 roku na terenie departamentu zmarło wskutek złych warunków przewozu 18 migrantów, w 2016 roku – czternastu, a w ciągu 2017 i 2018 roku – czterech. Również w marcu tego roku dwudziestoletni nielegalny migrant zmarł wskutek niedotlenienia w skrzyni oczekującej na nabrzeżu na załadunek w porcie Calais.

Do Calais, skąd prowadzą do Wielkiej Brytanii tunel i połączenia promowe, ściągają imigranci z Azji i Afryki w nadziei nielegalnego przedostania się na drugą stronę Kanału La Manche.
Źródło info i foto: TVP.info

Kraków: Ksiądz zgwałcił 9-letnią dziewczynkę?

Kolejny pedofilski skandal w Kościele. W Krakowie policjanci zatrzymali księdza podejrzanego o molestowanie 9-letniej dziewczynki. Miał skrzywdzić dziecko na wycieczce, na którą zabrał kilka dziewczynek. Zatrzymano 47-letniego księdza ze Skawy, który jest podejrzany o molestowanie seksualne kilkuletniej dziewczynki. Do tych drastycznych wydarzeń doszło w okolicach Zakopanego – ustaliło radio RMF FM.

Dramat rozegrał się w ubiegły weekend. Ksiądz zabrał dzieci na wycieczkę do Kościeliska. Miał się nimi opiekować, ale – według śledczych – okrutnie skrzywdził jedno z dzieci. Zakradł się nocą do pokoju, w którym nocowało pięć dziewczynek. Przynajmniej jedną z nich – 9-latkę miał molestować seksualnie.

Gdy przerażona dziewczynka wróciła do rodzinnej Skawy wszystko opowiedziała matce. Zrozpaczona kobieta pobiegła na policję. Jak podaje RMF FM gdy tylko funkcjonariusze zaczęli interesować się sprawą, władze zakonu salezjanów zadecydowały o przeniesieniu duchownego. Trafił do Krakowa. Tam zatrzymała go policja.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Nie żyje Szymon K., dawny boss gangu żoliborskiego

47-letni Szymon K. ps. „Szymon” z Łomianek, dawny boss gangu żoliborskiego, współpracownik prokuratury zginął od dwóch strzałów w pierś. Do postrzelenia doszło w mieszkaniu mężczyzny. Śledczy przekonują, że nie ma żadnych dowodów, że mogła to być mafijna egzekucja. Najprawdopodobniej były gangster popełnił samobójstwo.

Okoliczności tragicznej śmierci Szymona K. nie są do końca jasne. Według informacji portalu tvp.info do tragedii doszło 17 kwietnia około godz. 13 w mieszkaniu 47-latka na Śródmieściu. Mężczyzna miał dwukrotnie strzelić sobie w brzuch z legalnie posiadanej broni czarnoprochowej.

Poważnie rannego Szymona K. zabrano do szpitala bielańskiego. Wiadomo, że lekarzom udało się zoperować rany postrzałowe, jednak około godz. 20 pacjent umarł. Ponoć nie wytrzymało jego serce. Śródmiejska prokuratura zarządziła już sekcję zwłok mężczyzny. Biegli ustalą, czy K. przed śmiercią zażywał narkotyki lub pił alkohol.

Z informacji portalu tvp.info wynika, że Szymon K., zanim się postrzelił, zadzwonił dwa razy do swojej partnerki. Podczas jednej z rozmów miał prosić kobietę, aby ta wezwała pogotowie.

Sześćdziesiątka

Śmierć „Szymona z Łomianek” zaskoczyła policjantów i prokuratorów. Mężczyzna był tzw. sześćdziesiątką (od art. 60 KK, który mówi, że przestępca współpracujący z organami ścigania może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary). Zeznawał przeciwko Rafałowi S. ps. „Szkatuła”. Miała to być zemsta za to, że ludzie Szkatuły mieli grozić nożem jego dziecku i żonie. Szymon K. odgrażał się wielokrotnie, że zrobiłby wszystko, aby dopaść Rafała S.

Z ustaleń policji wynika, że na Szymona wyroki wydały dwa gangi: szkatułowy i mokotowski. – Śmierć Szymona K. to nie porachunki przestępcze, ale samobójstwo. Dlaczego do niego doszło? Może nie wytrzymał tego, że jest „sześćdziesiątką” i musiał zerwać z poprzednim życiem, w którym był kimś. Może bał się, że trafi za kraty, bo na wolności miał problemy z prawem. Na pewno zanim doszło do tragedii, Szymon nie dał żadnego sygnału, że ma myśli samobójcze – mówi oficer stołecznej policji.

Na wolności Szymon K. oficjalnie zajmował się odzyskiwaniem długów. W rozmowie z dziennikarzem portalu tvp.info na początku kwietnia przekonywał, że „odbił od gangsterki”. Tymczasem w ciągu ostatniego półrocza usłyszał kilka zarzutów, m.in. za przestępstwa gospodarcze i posiadanie narkotyków.

– Ludzie tacy jak ja zawsze już będą bandytami. Robiłem wiele złych rzeczy. Nigdy jednak nie posunąłem się do tego, by grozić czyjemuś dziecku. Tu szkatułowi przekroczyli granicę. Byłbym gotów zostać skazany na dożywocie, byleby dano mi szansę zostać sam na sam ze Szkatułą – mówił.

Arena wojny gangów

„Szymon z Łomianek” to legenda stołecznego półświatka i jeden z typowych watażków gangsterskich, którzy na początku XXI wieku walczyli o strefy wpływów w Warszawie i okolicach. W latach 90. był członkiem gangu Stefana K. ps. „Stefan” vel „Ślepak” vel „Ksiądz”. Kiedy stary boss trafił do aresztu, jego przyboczni zbuntowali się i założyli własne grupy, usiłując przejąć strefy wpływów „starych”. Jednym z liderów buntowników był Wojciech B. Współpracował z Piotrem W. ps. „Łańcuch”.

Po opuszczeniu więzienia „Stefan” został pobity przez „młodych”. To oznaczało wojnę. Lojaliści wydali wyrok na Wojciecha B. Zgodnie z ustaleniami warszawskich śledczych, zlikwidowali go Artur H. „Czacha” i Tomasz S. „Komandos”. Obaj trafili na trzy lata do aresztu, ale opuścili go i nigdy nie zostali skazani za zabójstwo. Nie dożyli końca procesu.

Do końca XX wieku zginęło kilku gangsterów, wybuchło kilka bomb, aż wreszcie w styczniu 2000 r. zastrzelono Stefana K., który z kompanami bawił się w swoim klubie na Żoliborzu. Co ciekawe, podczas przesłuchań większość świadków twierdziło, że akurat byli w toalecie i nie widzieli napastników.

Po 2000 r. doszło do przetasowań w stołecznym podziemiu kryminalnym. Wszystko za sprawą uderzenia policji i prokuratury w mafię pruszkowską. Z kraty trafiły dziesiątki gangsterów „Pruszkowa” w tym połowa zarządu gangu. Reszta musiała się ukrywać. Wtedy na ich tereny zaczęli „wchodzić” co bardziej odważni gangsterzy, którzy wcześniej musieli opłacać się „Pruszkowowi”.

Od połowy roku 2000 r. w stolicy pojawiały się coraz to nowsze gangi z krewkimi watażkami na czele. Najbardziej aktywny był wtedy gang mokotowski oraz koalicja gangów ze Śródmieścia i Żoliborza. Obie organizacje przestępcze rywalizowały o prymat w stolicy. Ta ostatnia grupa najpierw zarządzana była przez „Bandziorka”, po jego zatrzymaniu przez „Przeszczepa”, a gdy i ten trafił za kraty – przez Szkatułę. Ten były złodziej samochodów stworzył nowoczesny gang, który kilka lat później był jedną z największych grup przestępczych w centralnej Polsce. W 2002 r. Szymon był bossem większej części gangu żoliborskiego, dowodząc w imieniu gangu Szkatuły.

Druga wojna żoliborska

W 2002 r. Szymon K. pojawił się w kronikach kryminalnych. Dziennikarze donosili, że gangster walczy z niejakim Tomaszem S. ps. Komandos o wpływy na giełdzie Wolumen. Od połowy lat 90. była to prawdziwa żyła złota dla bandyckiego podziemia. Handlowano tam przemycanym alkoholem, kradzionym sprzętem np. radiami samochodowymi, zakazaną pornografią, a nawet narkotykami. Większość handlarzy musiała płacić nie tylko „placowe”, ale i za ochronę ze strony „miasta”.

Rok wcześniej Komandos wyszedł z aresztu. Razem ze swoim ogromnym kompanem – Arturem H. ps. Czacha, chciał odzyskać pozycję w półświatku. Komandos zwrócił się o pomoc do gangu mokotowskiego, który powoli zajmował miejsce Pruszkowa.

– Komandos chciał przejąć Wolumen, zniszczyć naszą grupę i przejąć wpływy. Nie raz strzelał do naszych, najeżdżał na nasze punkty, na agencje i przejmował też komisy samochodowe – zeznawał Piotr K. ps. „Kima”, członek gangu Szkatuły, który poszedł na współpracę z prokuraturą.

Według Kimy Szymon K. oraz Szkatuła i niejaki „Darek Bródnowski” zdecydowali, że Komandosa należy sprzątnąć. Pierwszym kilerem miał być Kima, który zastrzelił swoją narzeczoną i musiał się ukrywać. Z jego zeznań wynika, że załamany i zdesperowany zgodził się przyjąć zlecenie na Tomasza S. – Szkatuła powiedział, żebym za 8 tys. dolarów zabił Komandosa. Zgodziłem się, a Szkatuła miał go wystawić – mówił Kima.

Jeden z podwładnych Szkatuły przekazał mu nawet pistolet maszynowy, jednak Kima nie wykonał zlecenia. Przejął je prawdopodobnie Ahmatov Szarani, ps. „Szach”, Czeczen z kazachskim paszportem. Według policji mężczyzna był płatnym zabójcą na usługach polskich gangów z całej Polski.

Jak na strzelnicy

„O godz. 14.30 oficer dyżurny powiadomił wydział zabójstw o postrzeleniu trzech NN mężczyzn w budynku supermarketu Klif na I piętrze w barze Wiking. Śmierć na miejscu dwóch: Krzysztof B. – ze wstępnych oględzin zwłok wynika, iż denat posiada dwie rany postrzałowe: lewej okolicy skroniowej oraz prawej okolicy ciemieniowo-potylicznej, Artur M. ps. Budyń – denat posiada trzy rany postrzałowe: na tylnej powierzchni prawego ramienia i w okolicy czołowej prawej. Trzeci – ranny mężczyzna – Artur N. ps. Gruby vel Jogi – dwie rany postrzałowe prawego barku”.

Policjanci odnotowali jeszcze, że przed przyjazdem pogotowia Artur N. zjadł kartę SIM ze swojego telefonu – czytamy w policyjnie analizie zabójstwa w centrum handlowym Klif 31 maja 2002 r.

Szybko okazało się, że w chwili strzelaniny w barze Wiking siedziało czterech mężczyzn. Jeden z nich uciekł, gdy kompani zaczęli ginąć. Tym szczęśliwcem był – Tomasz S. To on był celem wyraźnie nieudanego zamachu. Wszystkie ofiary strzelaniny w Klifie miały bogatą kartotekę. Zabici byli związani z gangiem mokotowskim, który przejął pod swoje skrzydła „Komandosa”.

W kilka godzin po masakrze na przesłuchanie trafił Szymon K., typowany jako podejrzany o zlecenie zabójstwa w Klifie. Przyznał, że przed strzelaniną był w Klifie i spotkał się z Komandosem. Ale załatwili swoje interesy i się rozstali. Zdaniem policjantów Szymon chciał w ten sposób pokazać cel kilerowi, którym miał być „Czeczen kręcący się przy Szkatule”.

– Nie miałem interesu, by pokazać się w Klifie przed zabójstwem. Przecież to od razu kierowało na mnie podejrzenia. Byliśmy skonfliktowani z Komandosem, ale nie tak, żebym chciał go zabić. Ponadto, gdyby to był zamach na Tomasza S., to on byłby pierwszym do którego się strzela – przekonywał Szymon.

Egzekucja na stacji benzynowej

Komandos, który wiedział, że stał się łowną zwierzyną, zwiększył czujność, ale nie zmienił swoich starych nawyków. Okazało się, że po strzelaninie w Klifie nie może liczyć na taką pomoc „Mokotowa”, jakiej by chciał. Członkowie tej grupy nie zdecydowali się na wydanie wojny grupie Szkatuły. Jak dotąd gangi za bardzo nie wchodziły sobie w paradę i poza incydentami z łamaniem kości dilerów narkotyków zapędzających się na tereny konkurencyjnych gangów, panowało między nimi zawieszenie broni. Tym razem Mokotów ograniczył się do polowania na Szymona.

Jednak więcej szczęścia miał ten ostatni gangster. 13 sierpnia 2002 r., około godz. 22.15 na stację benzynową Statoil przy ul. Radzymińskiej 90 wjechało czarne bmw. Z samochodu wysiadł Komandos, który spokojnie zatankował i zrobił drobne zakupy na stacji. Następnie podjechał na stanowisko z odkurzaczem przyległym do budynku stacji.

„W trakcie sprzątania wnętrza pojazdu podszedł do niego NN mężczyzna i oddał w jego kierunku kilka strzałów z broni palnej, po czym oddalił się. Według pracownika ochrony w trakcie, gdy przebywał wewnątrz sklepu, usłyszał kilka odgłosów przypominających klaśnięcie w dłonie, dochodzących z zewnątrz obiektu. W chwili, gdy skierował się na zewnątrz budynku, podszedł do niego NN mężczyzna i wskazując na rejon, gdzie znajduje się stanowisko z odkurzaczem samochodowym, powiedział: tam leży zastrzelony człowiek, proszę zadzwonić na policję” – wskazano w policyjnym raporcie.

W czasie oględzin zwłok znaleziono dwie rany szyi i kilka klatki piersiowej oraz pleców. Komandos skonał na miejscu. Jego zabójca zamaskowany był tylko czapką bejsbolówką naciągniętą na oczy. Tak jak strzelec z Klifa. Według policji był to wspominany czeczeński kiler. Jednak dotąd nikomu nie postawiono zarzutów zabójstwa w Klifie lub na stacji benzynowej.

Po śmierci Komandosa Szymon triumfował. Najpierw przygarnął Artura H. „Czachę”, potężnego współpracownika Komandosa. Później dołączył do niego jeden ze zbuntowanych członków gangu mokotowskiego. Według policjantów, to miało rozjuszyć bossa „Mokotowa” – Andrzeja H. ps. „Korek”. Z informacji operacyjnych policji wynikało, że gangster chciałby przejąć władzę nad stołecznym półświatkiem, wytyczając nowe strefy wpływów.

Strefy wpływów

W 2002 r. stołeczni policjanci zdobyli informacje, że rok wcześniej „Mokotów” wydał wyrok śmierci na Szymona. Ten jednak nie przejmował się tym, że stał się zwierzyną łowną. Mało tego, zaczął nawet wchodzić z interesami na teren konkurencyjnego gangu. Chodziło o „wstawienie” własnych dilerów narkotyków na osiedla podlegające konkurentom. Szymon wraz z przedstawicielami Szkatuły spotkali się z reprezentantami Korka w jednej z mokotowskich knajp. Ustalili wtedy, że linią graniczną terytoriów obu gangów będzie Trasa Łazienkowska. Szymon K. już po zakończeniu spotkania zapowiedział, że nie będzie respektował porozumienia. Gangster butnie oświadczył, że jeżeli któremuś z jego ludzi stanie się krzywda, to będą „łamać” przeciwników. Łamanie to w bandyckim slangu porywanie i katowanie.

Od drugiej połowy 2002 r. Szymon unikał pojawiania się w miejscach publicznych. Zapewne dlatego, że polowali na niego kilerzy z tzw. komanda Wojtasa, wykonującego wyroki dla „Mokotowa”. Wspominany Wojciech S. ps. „Wojtas” odpowiada teraz przed warszawskim sądem m.in. za zlecenie zabójstwa Szymona K.

Skruszony członek gangu mokotowskiego powiedział, że na polecenie Wojciecha S. obejrzał film ze ślubu Roberta B. Interesował go fragment, gdy jeden z gości składa życzenia młodej parze. To miał być Szymon z Łomianek. – Dostałem polecenie by pojechać na siłownię w Łomiankach, gdzie on ćwiczy i go dokładnie obserwować. Miałem zwracać uwagę, czy ćwiczy sam, czy z kolegami. O której wychodzi z siłowni. I czy jest sam, czy też ktoś mu towarzyszy – opowiadał Andrzej K.

Pytany, czy wiedział, czemu ma służyć inwigilacja, stwierdził: „To było po tym, jak strzelano do »Budyniów« i »Jogiego« z »Mokotowa«. Mogłem się domyślać, że chodzi o to, aby »Szymona« uprowadzić, albo zabić”.

Do ataku na Szymona nie doszło, ponieważ w 2003 r. zatrzymała go policja. Za udział w gangu, wymuszenia i podżeganie do zabójstwa Tomasza S. został skazany na siedem lat więzienia.
Źródło info i foto: TVP.info

Niemcy: Muzyk zamordowany przez Polaków. Sąd był bezlitosny

Sąd krajowy w Berlinie wymierzył we wtorek kary długoletniego więzienia dwóm polskim robotnikom budowlanym, oskarżonym o zamordowanie z motywów homofobicznych 47-letniego muzyka Jima Reevesa. Do zbrodni doszło w lutym 2016 roku.

31-letni współsprawca zabójstwa został skazany na 14 lat pozbawienia wolności, a jego 24-letni kompan na 13 lat. Jak głosi sentencja wyroku, obaj są winni szczególnie ciężkiego przypadku zabójstwa oraz szczególnie ciężkiego przypadku wykorzystania osoby niezdolnej do stawiania oporu. W chwili popełniania zbrodni znajdowali się w stanie silnego upojenia alkoholowego.

Biseksualny Reeves i jego zabójcy nocowali w 6-osobowym pokoju w jednym z hosteli w Berlinie. Jak podano w wyroku, muzyk zaproponował najpierw obu mężczyznom kontakt seksualny. Został pobity do nieprzytomności, a następnie sprawcy „w zdegenerowany, będący przejawem homofobicznych uczuć sposób kilkakrotnie nadziali go na nogę od krzesła”. Ofiara ataku zmarła wskutek wewnętrznego krwotoku.

Prokurator żądał dla każdego z oskarżonych kary 14 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. 24-latek przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, natomiast drugi współsprawca twierdził, iż jest niewinny. Sąd orzekł ponadto umieszczenie 31-latka na oddziale odwykowym. Wyrok sądu krajowego nie jest jeszcze prawomocny.

24-latek zatrzymany został w Polsce 18 dni po dokonaniu zbrodni. Po odbyciu w Polsce kary za inne przestępstwo został wydany władzom niemieckim.

Drugi z Polaków wpadł w ręce policji pod Barceloną w Hiszpanii w lutym ubiegłego roku. Funkcjonariusze znaleźli przy nim dwa sfałszowane dowody osobiste, paralizator, trzy telefony komórkowe i 7 tys. euro w gotówce.

Pochodzący z Kolonii Reeves był liderem zespołu Squeezer, który największe sukcesy osiągał w latach 90. Do największych przebojów zespołu należały utwory „Blue Jeans” i „Sweet Kisses”. W okresie późniejszym artysta pracował jako aktor i model.
Źródło info i foto: TVP.info

47-letni ksiądz ze Skawy zatrzymany. Jest podejrzany o gwałt na 9-latce

Zatrzymano 47-letniego księdza ze Skawy, który jest podejrzany o molestowanie seksualne kilkuletniej dziewczynki. Do tych drastycznych wydarzeń doszło w okolicach Zakopanego – ustaliło radio RMF FM.

Dramat rozegrał się w ubiegły weekend. Ksiądz zabrał dzieci na wycieczkę do Kościeliska. Miał się nimi opiekować, ale – według śledczych – okrutnie skrzywdził jedno z dzieci. Zakradł się nocą do pokoju, w którym nocowało pięć dziewczynek. Przynajmniej jedną z nich – 9-latkę miał molestować seksualnie.

Gdy przerażona dziewczynka wróciła do rodzinnej Skawy wszystko opowiedziała matce. Zrozpaczona kobieta pobiegła na policję. Jak podaje RMF FM gdy tylko funkcjonariusze zaczęli interesować się sprawą, władze zakonu salezjanów zadecydowały o przeniesieniu duchownego. Trafił do Krakowa. Tam zatrzymała go policja.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zatrzymano osobę podejrzaną o kradzież Oscara Frances McDormand

Zatrzymano mężczyznę podejrzanego o kradzież statuetki Oscara, która otrzymała podczas niedzielnej gali aktorka Frances McDormand – poinformowała policja w Los Angeles. Na nagraniach wideo z gali widać mężczyznę w smokingu, zidentyfikowanego później jako 47-letni Terry Bryant, wychodzącego ze statuetką należącą do McDormand z bankietu zorganizowanego dla laureatów w sali Governors Ball.

Mężczyzna wcale się nie krył, ale dumnie kroczył środkiem sali, trzymając Oscara wysoko w podniesionej ręce. – W porządku chłopaczki i dziewczynki – powiedział, idąc ku aplauzie zgromadzonych, którzy najwidoczniej nie zdawali sobie sprawy z sytuacji.

Mężczyzna próbował szybko wyjść z sali, tak szybko, że przez nieuwagę wpadł na jedną z kobiet. Wtedy jeden z fotoreporterów zorientował się, że nie był to nikt z nagrodzonych i poszedł za nim. Wkrótce Bryant został zatrzymany przez ochroniarzy, którym oddał statuetkę, nie stawiając oporu. Przybyła policja przewiozła go do aresztu, a Oscar powrócił do McDormand. Sprawca został oskarżony o zuchwałą kradzież.
Źródło info i foto: onet.pl

Holandia: Policja prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci Polaka

Holenderska policja prowadzi śledztwo w sprawie śmieci polskiego kierowcy w Moerdijk. Ciało 47-letniego mężczyzny znaleziono w ubiegły weekend obok kabiny jego ciężarówki. Początkowo śledczy myśleli, że Polak zmarł z przyczyn naturalnych. Okazuje się jednak, że mógł on paść ofiarą napadu i umrzeć w wyniku pobicia.

47-letniego Polaka znaleziono w ubiegły weekend na parkingu w dzielnicy przemysłowej w Moerdijk – donoszą holenderskie media. Mężczyzna leżał obok kabiny swojej ciężarówki. Był w ciężkim stanie. Zmarł po przewiezieniu do szpitala. Początkowo holenderska policja myślała, że polski kierowca zmarł z przyczyn naturalnych. Śledztwo wykazało jednak, że mógł on zostać napadnięty i umrzeć na skutek pobicia.

Policja poszukuje osób, które między godziną 18:00 27 stycznia (sobota) a godziną 14:00 28 stycznia (niedziela) znajdowały się lub przejeżdżały w pobliżu parkinu przy ulicy Distriboulevard w Moerdijk.
Źródło info i foto: Fakt.pl