Zbrodnia w Turku. 19-letni Maciej J. usłyszy zarzuty zabójstwa 9-letniego brata

Zarzut zabójstwa usłyszy zatrzymany wczoraj w wielkopolskim Turku 19-letni Maciej J. Mężczyzna miał zadać kilka ciosów nożem swojemu dziesięć lat młodszemu bratu. Według nieoficjalnych ustaleń reportera RMF FM Mateusza Chłystuna, rodzeństwo miało pokłócić się o dostęp do komputera. Starszy brat w trakcie awantury sięgnął po nóż i pchnął nim kilka razy chłopca. Mimo próby reanimacji dziecko zmarło. W chwili tragedii w mieszkaniu, w którym doszło do zabójstwa miały przebywać matka i babcia rodzeństwa.

19-latek ma zostać przesłuchany w ciągu kilku lub kilkunastu najbliższych godzin. Po odebraniu tych wyjaśnień prokurator podejmie decyzję co do rodzaju i zasadności zastosowanego środka zapobiegawczego – mówi prokurator Aleksandra Marańda z prokuratury okręgowej w Koninie.

Badanie alkomatem chwilę po zatrzymaniu wykazało, że 19-latek był trzeźwy. Do badań pobrano też jego krew, by wykluczyć ewentualną obecność w jego organizmie np. narkotyków.

Policję na miejsce wezwał wczoraj jeden z sąsiadów, który informował o awanturze domowej. Po dotarciu na miejsce policjanci znaleźli ciało dziecka z widocznymi ranami kłutymi. Śledczym udało się zabezpieczyć potencjalne narzędzie zbrodni.

W czasie tych wszystkich czynności doszło do odnalezienia i zabezpieczenia noża kuchennego z rękojeścią, na którym znajdowały się krwawe ślady – dodaje prokurator Marańda.

Maciejowi J. za zabójstwo brata może grozić od 8 lat więzienia do dożywocia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Były wiceminister środowiska oskarżony o wzięcie łapówki od biznesmena. Grozi mu 8 lat więzienia

Nawet osiem lat więzienia grozi Januszowi O., byłemu przewodniczącemu rady nadzorczej Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz wiceministrowi środowiska w rządzie PO-PSL, którego lubelskie „pezety” Prokuratury Krajowej oskarżyły o korupcję. Zdaniem śledczych urzędnik miał pomóc biznesmenowi Marcinowi M. w odbiorach robót na rzecz Wodociągów Kieleckich.

Lubelski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Rejonowego dla Warszawy – Śródmieścia w Warszawie akt oskarżenia przeciwko Januszowi O. i Marcinowi M.

Były urzędnik odpowie za „przyjęcie korzyści majątkowej oraz osobistej w związku z pełnieniem funkcji publicznej podsekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska oraz przewodniczącego Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej”.

Z kolei Marcina M. oskarżono o „złożenie obietnicy udzielenia, a następnie udzielenia korzyści majątkowej oraz osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną. Obu mężczyznom grozi do 8 lat więzienia.

Pensja za pomoc

Janusz O. pełnił w okresie od stycznia 2014 r. do listopada 2015 r. funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska oraz przewodniczącego rady nadzorczej Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Według lubelskich „pezetów”, urzędnik wszedł w komitywę z Marcinem M., którego spółka wykonywała prace budowlane dla spółki Wodociągi Kieleckie.

Z uwagi na poważne opóźnienia w dokończeniu zleconych działań, na wykonawcę nałożono kary umowne. Dlatego Marcin M. miał obiecać Januszowi O. wynagrodzenie za rozwiązanie tego problemu. Z ustaleń prokuratury wynika, że łapówką miała być praca dla urzędnika w firmach z Chodcza i Włocławka, kontrolowanych przez biznesmena. Korupcyjna propozycja i działania na rzecz firmy M. miały się rozgrywać w okresie od września 2015 r. do stycznia 2016 r.

Janusz O. nakłaniał zastępcę prezesa NFOŚiGW by Fundusz nie przedłużał terminów rozliczenia projektu kieleckiej spółki wodociągowej.

W styczniu 2016 r., były urzędnik został wiceprezesem spółki w Chodczu oraz dyrektorem ds. rozwoju w jednej z włocławskich spółek. W pierwszej otrzymywał 18 tys. zł miesięcznie, w drugiej „ledwie” 2 tys. zł. Po zatrzymaniu w sierpniu 2019 r. Janusz O. odmówił składania wyjaśnień, natomiast biznesmen złożył wyjaśnienia, sprzeczne z ustaleniami śledztwa.
Źródło info i foto: TVP.info

37-letnia Nadia K. urodziła dziecko w toalecie i wrzuciła je do kosza na śmieci. Jest wyrok

​Na osiem lat więzienia skazał w piątek Sąd Okręgowy w Lublinie 37-letnią Ukrainkę Nadię K., która urodziła córkę w toalecie i wrzuciła do kosza na śmieci. Dziecko udało się uratować. Sąd uznał kobietę za winną zarzucanych jej czynów. Nie miał sąd żadnych wątpliwości, że oskarżona usiłowała pozbawić życia swoją nowo narodzoną córkę – powiedział w uzasadnieniu orzeczenia sędzia Mirosław Brzozowski.

Kobieta ukrywała ciążę

Nadia K. przyjechała do Polski w czerwcu 2018 roku do pracy, z uwagi na trudną sytuację materialną, jaką miała na Ukrainie. Pracowała legalnie, tymczasowo, w zakładach przetwórstwa owoców i warzyw w Milejowie (Lubelskie). Jak informowała prokuratura, okres jej zatrudnienia miał skończyć się w sierpniu.

Kiedy przyjechała do Polski, była już w 8. miesiącu ciąży, ale ukrywała swój stan – m.in. zakładała w pracy dużo ubrań, co było usprawiedliwione w sytuacji, gdy pracowała na hali, gdzie była obniżona temperatura. Siostra Nadii K. (z którą przyjechała do Polski) a także inne pracownice, które podejrzewały, że kobieta jest w ciąży, pytały ją o to kilkakrotnie, ale Nadia K. zaprzeczała.

Według ustaleń sądu, 25 lipca Nadia K., podczas pracy w zakładzie, udała się w pewnym momencie do toalety. Weszła do kabiny, która była wyłączona z użytkowania z powodu awarii. Tam siłami natury urodziła dziecko (był to jej czwarty poród), nożyczkami, które miała przy sobie odcięła pępowinę, a noworodka wrzuciła do kosza na śmieci. Po urodzeniu dziecka Nadia K. zajęła się sobą, nie interesowała się losem dziecka – dodał sędzia.

Zaniepokojona długą nieobecnością kobiety, siostra Nadii K. poszła do toalety. Zobaczyła tam ślady krwi w kabinie oraz Nadię K., która była już poza kabiną i poprawiała ubranie. Siostra Nadii K. wezwała inne pracownice, które znalazły w koszu na śmieci noworodka. Zajęły się nim, wezwały pogotowie. Dziewczynkę udało się uratować. Obecnie przebywa w rodzinie zastępczej.

Nie przyznała się do zarzucanego czynu

Nadia K. w czasie procesu wyrażała żal i skruchę, choć – jak podkreślił sędzia – formalnie kobieta nie przyznała się do popełnienia zarzucanego jej czynu. W toku postępowania widać było, że żałuje tego, co zrobiła. (…) Interesuje się losem dziecka, utrzymywała kontakty z rodziną zastępczą – powiedział sędzia Brzozowski.

Jak dodał, mając to wszystko na uwadze, sąd wymierzył najniższą karę – ośmiu lat pozbawienia wolności – „uznając, że będzie ona wystarczającą do tego, aby oskarżona zrozumiała naganność swego postępowania i aby nigdy więcej czegoś takiego nie popełniła”.

Wyrok nie jest prawomocny. Nadia K. przebywa w areszcie. Nie było jej na ogłoszeniu wyroku.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zakończył się proces Kamila B. Zabił autem kobietę i dwójkę dzieci

Przed wołomińskim sądem rejonowym zakończył się proces Kamila B., który w 2018 r. z dużą prędkością wjechał samochodem w czteroosobową rodzinę. Zabił kobietę i jej dwie córki, ich męża i ojca ciężko ranił. Prokurator zażądał dla niego ośmiu lat więzienia. Wyrok w sprawie zapadnie 15 listopada.

Przed Sądem Rejonowym w Wołominie wygłoszono mowy kończące proces Kamila B. oskarżonego o spowodowanie w kwietniu 2018 r. wypadku ze skutkiem śmiertelnym trzech osób.

W wyniku kolizji samochodu z rowerzystami, do której doszło na poboczu drogi w miejscowości Sitne w woj. mazowieckim, zginęła 43-letnia kobieta oraz jej dwie córki w wieku sześciu i ośmiu lat. Ojciec dzieci doznał ciężkich obrażeń. Z ustaleń biegłych wynika, że kierowca ponad dwukrotnie przekroczył dozwoloną prędkość.

Na rozprawie prokurator zawnioskował o wymierzenie oskarżonemu kary ośmiu lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu prowadzenia pojazdów, 50 tys. zł nawiązki dla pokrzywdzonych i podania wyroku do wiadomości publicznej. Według prokuratora Kamil B. umyślnie naruszył przepisy prawa drogowego.

Śledczy podkreślił, że w tej sprawie brakuje okoliczności łagodzących odpowiedzialność oskarżonego. Wskazał, że zachowanie Kamila B. ukazało jego całkowity brak rozwagi, wyobraźni i umiejętności przewidywania skutków swojego zachowania.

Oskarżyciel posiłkowy, pełnomocnik poszkodowanego mec. Daniel Szeliga, podzielił opinię prokuratora i również zawnioskował o maksymalny wymiar kary. Jego zdaniem nie ma wątpliwości, że Kamil B. dopuścił się przestępstwa, w wyniku którego zginęły trzy osoby, a czwarta została poszkodowana.

– Tylko odpowiednio surowe karanie sprawców takich przestępstw może spowodować, że mentalność kierowców zmieni się i że zaczną myśleć o konsekwencjach swojego zachowania. O tym nie pomyślał oskarżony, niszcząc rodzinę poszkodowanego – powiedział mec. Szeliga.

Jak dodał, wypadek spowodowany przez Kamila B. powinien być kwalifikowany jako katastrofa w ruchu lądowym.

Z kolei obrońca oskarżonego mec. Andrzej Różyk złożył wniosek o wymierzenie Kamilowi B. kary dwóch lat pozbawienia wolności i nawiązki na rzecz poszkodowanego. Taką samą sankcję proponował wcześniej sam sprawca, przyznając się do winy i wyrażając chęć dobrowolnego poddania się karze. Zdaniem oskarżycieli to konsekwencje zbyt łagodne.

Adwokat argumentował, że oskarżony przyznał się do winy, żałuje tego, co zrobił i ma świadomość, że musi ponieść konsekwencje swojego zachowania. Dodał, że oskarżony podczas całego procesu nie utrudniał postępowania i starał się pomóc rodzinie poszkodowanego. Jego zdaniem są to okoliczności łagodzące, które powinny być wzięte pod uwagę. Sam Kamil B. wyraził skruchę i przeprosił rodzinę poszkodowanych.

– Jest mi strasznie żal. Cały czas jest to w mojej głowie. Cały czas to czuję. Ciężko mi o tym mówić. Cały czas chcę pomóc i jeszcze raz przeprosić całą rodzinę za to, co zrobiłem – powiedział przed sądem.

Sędzia Agnieszka Bus-Masłosz zamknęła proces i odroczyła orzeczenie wyroku do 15 listopada.

Z ustaleń prokuratury wynika, że do tragicznego zdarzenia doszło na poboczu drogi w Sitnem. Czteroosobowa rodzina wracająca rowerami z wycieczki zatrzymała się na poboczu, ponieważ jedna z dziewczynek straciła równowagę. Po chwili w rowerzystów uderzył jadący ze znaczną prędkością opel.

W wyniku zderzenia matka i starsza córka zginęły na miejscu; młodsza dziewczynka zmarła po przewiezieniu do szpitala. Ojciec doznał ciężkich obrażeń m.in. nogi, ręki i miednicy. Do dziś nie odzyskał pełnej sprawności.

Kierowca samochodu Kamil B. podczas wypadku był trzeźwy; o własnych siłach wydostał się z auta i – jak twierdzi – rozpoczął udzielanie pierwszej pomocy poszkodowanej kobiecie.

Proces w tej sprawie ruszył w październiku 2018 r. Prokuratura oskarżyła Kamila B. o powodowanie wypadku, w wyniku którego zginęły trzy osoby. Prokurator zarzucił mężczyźnie, że „umyślnie naruszył przepisy o ruchu drogowym, rażąco przekraczając dopuszczalną administracyjnie prędkość”, czyli 50 km/h. Powołany w tej sprawie biegły ocenił, że kierowca mógł jechać z prędkością między 90 a 111 km/h.

Według jednego z sąsiadów B. „licytował się z kolegami, kto z większą prędkością wejdzie w ten zakręt”.
Źródło info i foto: TVP.info

Korupcja w Parku Śląskim. Są zatrzymani

Policjanci z Wydział do Walki z Korupcją KWP w Katowicach zatrzymali byłego prezesa Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie w związku z przyjęciem 100 tys. złotych korzyści majątkowej. Decyzją sądu trafił do tymczasowego aresztu. Wcześniej stróże prawa zatrzymali jednego z managerów WPKiW S.A. Obu podejrzanym grozi 8 lat więzienia.

Zatrzymanie podejrzanych o korupcję to efekt wspólnych działań policjantów z Wydział do Walki z Korupcją KWP w Katowicach oraz Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Stróże prawa prowadzą śledztwo nadzorowane przez Prokuraturę w sprawie przyjęcia korzyści majątkowej, w związku z pełnieniem funkcji publicznej w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie.

W maju br. policjanci zajmujący się zwalczaniem korupcji zatrzymali na gorącym uczynku jednego z managerów Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie kiedy przyjmował korzyść majątkową w kwocie 100 tys. złotych. Mężczyźnie zarzucono wówczas powoływanie się na wpływy w zarządzie spółki, w celu zawarcia korzystnej umowy dla jednego z przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą na terenie Parku Śląskiego.

Gromadzony następnie sukcesywnie materiał dowodowy, doprowadził do zatrzymania 17 października ówczesnego prezesa WPKiW S.A., któremu przedstawiono zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w kwocie 100 tys. złotych, tj. przestępstwa z art. 228 § 1 kk. Tożsamy zarzut przedstawiono ostatecznie również zatrzymanemu w maju 2019 r. managerowi. Z ustaleń śledczych wynika, że mężczyźni działali wspólnie i w porozumieniu.

Na wniosek Prokuratury Okręgowej w Katowicach, Sąd Rejonowy w Katowice-Wschód w Katowicach zastosował wobec byłego prezesa WPKiW S.A. środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztu na okres 2 miesięcy. Obu podejrzanym grozi kara 8 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Gdańsk: Są zarzuty dla 4 nastolatków, którzy brutalnie pobili 16-latka

Do 8 lat więzienia grozi nastolatkom, którzy wywabili ze szkoły i pobili do nieprzytomności 16-latka. Powiadomieni przez gdański szpital – do którego trafił chłopak – policjanci, ustalili tożsamość i zatrzymali czterech sprawców.

Jak poinformowała w poniedziałek oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku st. asp. Karina Kamińska, pokrzywdzony 16-latek trafił do szpitala w ostatni piątek. Lekarze podejrzewali, że nastolatek został pobity. Od razu po przywiezieniu chłopca do placówki medycznej zaalarmowali o zdarzeniu policjantów – poinformowała Kamińska.

Wyjaśniła, że do szpitala skierowano policyjnych wywiadowców. Ustalili oni, że nastolatek został wywabiony przez znajomego – pod pretekstem spotkania – z gdańskiej szkoły, w której się uczy. W umówionym miejscu na nastolatka – oprócz kolegi, czekało trzech nieznanych mu młodych mężczyzn. Czterech napastników pobiło 16-latka. Gdy ten stracił przytomność, uciekli.

Policjanci, którzy pracowali nad sprawą, dzięki dobremu rozpoznaniu, rozmowom ze świadkami, bardzo szybko ustalili tożsamość napastników – poinformowała Kamińska.

Wyjaśniła, że sprawcy to młodzi mężczyźni w wieku 16, 17, 18 i 19 lat. Wszyscy zostali zatrzymani na terenie powiatu gdańskiego i doprowadzeni do policyjnego aresztu. W niedzielę postawiono im zarzuty pobicia, za który to czyn grozi do ośmiu lat więzienia. Napastnicy zostali objęci policyjnym dozorem. Sprawa najmłodszego z nich zostanie przekazana sądowi rodzinnemu.

Pracujący nad sprawą policjanci ustalili, że prawdopodobną przyczyną pobicia 16-latka była zazdrość o znajomość pokrzywdzonego z jedną z koleżanek napastników.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Funkcjonariusze z cyberwydziału zatrzymali e-zamachowca. Grozi mu 8 lat więzienia

Do ośmiu lat więzienia grozi 20-letniemu mężczyźnie, który po przejęciu konta mailowego przypadkowej osoby, wysłał z niego e-maila z groźbą zdetonowania ładunku wybuchowego w Ministerstwie Sprawiedliwości. E-zamachowca zatrzymali policjanci z tzw. cyberwydziału, zajmującego się zwalczaniem przestępczości internetowej.

Przed kilkoma dniami na pocztę internetową Ministerstwa Sprawiedliwości przyszedł e-mail, którego nadawca groził zdetonowaniem bomby w budynku. Na miejsce przyjechali policyjni pirotechnicy, którzy przeszukali gmach. Nie znaleźli jednak niczego niebezpiecznego. Poszukiwaniem autora fałszywego alarmu zajęli się policjanci ze stołecznego wydziału do walki z cyberprzestępczością. Bardzo szybko ustali, do kogo należy konto, z którego wysłano e-maila z groźbą.

Okazało się, że e-maila wykorzystywały dwie osoby. Jak ustalił portal tvp.info, funkcjonariusze cyberwydziału, odwiedzili domniemanych zamachowców Zamierzali zatrzymać je, przeszukać mieszkanie i zabezpieczyć komputery oraz telefony. Jednak zwrócili uwagę na totalne zaskoczenie właścicieli felernego konta. Zorientowali się, że ktoś obcy najprawdopodobniej włamał się na pocztę internetową niedoszłych podejrzanych.

Teraz, policjanci z cyberwydziału, wiedzieli już, że szukają osoby, która potrafi maskować swoja tożsamość i zostawiać w internecie jak najmniej śladów. Jednak tym razem lepsi okazali się stróże prawa. Po kilkunastogodzinnej pracy, wykorzystując najnowocześniejsze oprogramowanie, ustalili prawdziwy adres internetowy e-zamachowca. Okazało się, że za groźbą stał 20-letni mieszkaniec Płońska. Ponoć, jeszcze jako „nieletni” był notowany za drobne przestępstwa.

Jednak teraz, wpadł w znacznie poważniejsze tarapaty. Dzisiaj ma zostać przewieziony do prokuratury, gdzie zapadnie decyzja jakie zostaną mu przedstawione zarzuty. Bardzo prawdopodobne, że odpowie za fałszywe zawiadomienie o zagrożeniu życia lub zdrowia wielu osób. A za to przestępstwo można zostać skazanym nawet na maksymalnie 8 lat więzienia.

– Przypominamy o tym, że anonimowa wiadomość z fałszywą informacją o podłożeniu ładunków wybuchowych lub innych zagrożeniach uruchamia całą lawinę działań policji i służb zaangażowanych w zabezpieczenie miejsca rzekomego podłożenia ładunku. Autorzy takich fałszywych alarmów są jednak ustalani i pociągani do odpowiedzialności karnej. Muszą się też liczyć z ewentualnym obowiązkiem pokrycia kosztów działa służb – ostrzega kom. Sylwester Marczak, rzecznik stołecznej policji.
Źródło info i foto: TVP.info

20-latek groził wysadzeniem budynku Ministerstwa Sprawiedliwości. Grozi mu 8 lat więzienia

Zaledwie kilkunastu godzin potrzebowali stołeczni policjanci, aby ustalić 20-letniego autora gróźb wysadzenia budynku Ministerstwa Sprawiedliwości – poinformował rzecznik Komendy Stołecznej Policji nadkomisarz Sylwester Marczak.

Całe zdarzenie miało miejsce w środę, 9 października. Tego dnia 20-letni mężczyzna wysłał maila z groźbami do Ministerstwa Sprawiedliwości. Z przesłanej wiadomości wynikało, że w budynku zostanie podłożona bomba – przekazał nadkomisarz.

Rzecznik Komendy Stołecznej Policji dodał, że sprawą zajęli się policjanci ze stołecznego wydziału do walki z cyberprzestępczością. Policjanci bardzo szybko dotarli do konta nadawcy oraz ustalili dane osób, które mogły z niego korzystać. Jednak sprawa wydała się policjantom zbyt prosta. Podejrzewając, że nie mają do czynienia z osobami, które są autorami groźby, zaczęli badać inne hipotezy. Najbardziej prawdopodobną z nich była ta dotycząca włamania lub nieuprawnionego przejęcia adresu mailowego, co szybko zostało potwierdzone – przekazał policjant.

Wskazał, że następne ustalenia policjantów jasno wykazały, że mają do czynienia z osobą, która potrafi ukryć swoją tożsamość w sieci i doskonale wie jak poruszać się w wirtualnym świecie. Dzięki intensywnej pracy i wykorzystaniu nowoczesnych technologii, funkcjonariusze bardzo szybko dotarli do autora gróźb – dodał.

Okazał się nim 20-letni mieszkaniec Płońska. Został zatrzymany w czwartek.

Jak przekazał nadkomisarz, w piątek mają zostać przeprowadzone czynności procesowe z udziałem 20-letniego mężczyzny, a prokurator zadecyduje o kwalifikacji prawnej czynu.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Węgier skazany na 8 lat więzienia. Strzelał do przechodniów z wiatrówki

Mieszkaniec Węgier został skazany na 8 lat pozbawienia wolności. Mężczyzna strzelał z okien swojego domu do przechodniów po drugiej stronie ulicy. Z wiatrówki ranił 3 przypadkowe osoby, pozostałe oddane strzały były niecelne. Karę ośmiu lat więzienia wymierzył w środę sąd w Szekesfehervarze, na zachód od stolicy Węgier Budapesztu, mężczyźnie, który z okien swego mieszkania strzelał z wiatrówki do ludzi po przeciwnej stronie ulicy i zranił trzy osoby.

Do zdarzenia doszło w kwietniu tego roku. Skazany użył kupionej bez zezwolenia wiatrówki, która miała zamontowany celownik. Oddał pięć strzałów, celując do ludzi, którzy przemieszczali się na parkingu przed sklepami lub stali na przystanku autobusowym.

Jedna osoba została trafiona w udo, a dwóch nieletnich poszkodowanych w plecy i poniżej oka. Pozostałe strzały były niecelne. W przypadku wszystkich postrzelonych istniało ryzyko powstania poważniejszych ran.

Sąd uznał mężczyznę za winnego niewłaściwego wykorzystania broni, próby zranienia pięciu osób oraz chuligaństwa. Wyrok jest nieprawomocny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Grajewo: Nocą podłożył dwie „bomby”. Został zatrzymany

Sprawca zdarzenia został już zatrzymany. Jeżeli usłyszy zarzut wywołania fałszywego alarmu bombowego, będzie mu za to groziło do 8 lat pozbawienia wolności.

Wydarzenia rodem z filmu sensacyjnego wydarzyły się w poniedziałek wieczorem w Grajewie (woj. podlaskie). Jak informuje portal Grajewo24.pl, kierowca niebieskiej skody najpierw zostawił ładunek przypominający bombę przed budynkiem Państwowej Straży Pożarnej, a następnie przed Komendą Powiatowej Policji. Z paczki wystawały dwa żółte kable.

Na miejsce wezwano odpowiednie służby. Przyjechali m.in. pirotechnicy z Białegostoku ze specjalnym robotem. Po sprawdzeniu podejrzanych pakunków okazało się, że były atrapą. W jednym z nich znajdowały się czarne kamienie.

Portal Grajewo24.pl informuje, że sprawcę szybko złapano. Okazał się nim białostoczanin, który w Mońkach „ukradł samochód swojej byłej żonie”. W samochodzie miały się też znajdować petardy.

Policja przypomina, że fałszywe informacje o podłożeniu ładunków wybuchowych lub innych zagrożeniach uruchamia całą lawinę działań policji i innych służb zaangażowanych w zabezpieczenie miejsca rzekomego podłożenia ładunku. Za to przestępstwo grozi od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

Autorzy takich fałszywych alarmów są bardzo szybko ustalani i pociągani do odpowiedzialności karnej. Pamiętajmy, że oprócz odpowiedzialności karnej, takie osoby muszą się liczyć także z odpowiedzialnością cywilnoprawną, możliwością obciążenia kosztami przeprowadzonej akcji, czy np. odszkodowaniami za straty spowodowane wstrzymaniem działalności danej instytucji.
Źródło info i foto: se.pl