Wrocław: Nieznany mężczyzna postrzelił 8-letniego chłopca

We Wrocławiu doszło do wstrząsającej sytuacji. Nieznany mężczyzna postrzelił 8-letniego chłopca z broni pneumatycznej. Śrut trafił w okolice serca. W sobotę 16 lipca do wrocławskiej policji wpłynęło niepokojące zgłoszenie. Wynikało z niego, że w piątek około godziny 17:00 na Przedmieściu Oławskim w rejonie skrzyżowania ulic Prądzyńskiego i Łukasińskiego doszło do strzelaniny.

Jak ustalili funkcjonariusze, nieznany sprawca strzelił z broni pneumatycznej do 8-latka, który przebywał na przydomowym podwórku, w pobliżu wiaty śmietnikowej. Huk był tak donośny, że słyszano go w całej okolicy. Nie wiadomo, dlaczego służby poinformowano o zdarzeniu dopiero dzień później. Chłopiec wymagał pilnej interwencji medycznej. Śrut trafił w okolice serca, stwarzając duże zagrożenie dla jego zdrowia i życia.

Dziecko zostało zabrane do szpitala i poddane operacji. Lekarze wyciągnęli śrut z ciała 8-latka, na szczęście udało im się ustabilizować stan pacjenta. Jak donosi portal tuwroclaw.pl, młody wrocławianin nadal przebywa na obserwacji w placówce.

Postrzelił dziecko. Policja szuka sprawcy

Policji wciąż nie udało się ustalić tożsamości napastnika. Śledczy wstępnie ustalili, że prawdopodobnie nie działał on z zamiarem wyrządzenia krzywdy dziecku, a do postrzelenia doszło wskutek nieszczęśliwego wypadku – podaje Radio Wrocław.
Źródło info i foto: o2.pl

8-letni Mateusz wyszedł z domu i nie wrócił. Dwaj mężczyźni skazani

Twarz 8-letniego Mateusza Domaradzkiego obiegła w 2006 r. ogólnopolskie media. Chłopiec z Rybnika nagle zaginął, a szeroko zakrojone poszukiwania nie przyniosły rezultatu. I choć ciała nie znaleziono, prokuratura i sądy doszły do wniosku, że dziecko nie żyje, a za jego śmierć odpowiada dwóch dwudziestokilkulatków. „Sprawa niewątpliwie należy do wyjątkowych” – przyznał kilka lat po zaginięciu chłopca Sąd Apelacyjny w Katowicach.

Poniedziałek, 6 lutego 2006 r. Rybnik. Trwają właśnie zimowe ferie. 8-letni Mateusz Domaradzki ok. godz. 14 wychodzi z domu i idzie na pobliską górkę, tzw. „deptę”, by pojeździć na plastikowej desce. Jest zimno, chłopiec ma na sobie dwie pary spodni, czarne kozaki, kurtkę.

Mateusz ginie bez śladu. Dosłownie zapada się pod ziemię. Po południu alarm wszczyna matka chłopca, Barbara. Zawiadamia policję.

Barbara, matka Mateusza: Jeszcze było jasno, na górce nie było żadnych dzieci. Już mnie wtedy taki lęk ogarnął. Wołałam „Mateuszek”, ale jakaś taka martwa cisza była. Jeszcze szukałam go potem na lodowisku, na świetlicy, nigdzie go nie było. Nigdy tak wcześniej nie było, żebym szukała Mateusza tak wcześnie, ale jakoś w ten dzień miałam złe przeczucia. Jakoś coraz bardziej się bałam.

Członkowie rodziny, znajomi Mateusza, funkcjonariusze rozpoczynają poszukiwania. Sprawdzane są przystanki autobusowe, nocne sklepy, recepcje hoteli, noclegownia, kawiarnie, markety.

Jeszcze przed północą do akcji wkracza pies tropiący. Temperatura -18 stopni, zmrożony śnieg. Pies nie podejmuje śladu. Matka chłopca: Wszystko żeśmy obeszli. Dzieci z nami szukały, ludzie się dołączyli. Byliśmy i na górce, i za torami, ale nigdzie Mateusza nie było. Nikt go nie widział. (…) Ja nie wiem, o której wróciłam do domu, chyba była gdzieś trzecia w nocy, jak mnie odwieźli policjanci.

Poszukiwania prowadzone są też kolejnego dnia. Dworce, restauracje typu fast-food, stacje paliw, piwnice, strychy, nabrzeże rzeki Ruda, torowisko kolejowe, łąki, tereny leśne, pustostany, szpitale. Rozmowy z dziesiątkami osób, kierowcami autobusów, kierownikami pociągów. Wciąż nic.

We wtorek o godz. 7 rano rodzice Mateusza składają na komendzie oficjalne zawiadomienie o zaginięciu syna.

Wzrost: 120 cm. Włosy krótkie, ciemny blond. Twarz podłużna, czoło niskie, oczy brązowe, mały, wąski nos, uszy średnie, przylegające, po lewej stronie górnej szczęki brak „trójki”. Blizna po zabiegu laryngologicznym na czubku nosa.

Posterunkowy w rubryce „zamiłowania, upodobania” wpisuje: „posiadał zdolności artystyczne, należał do świetlicy opiekuńczej w kole tanecznym”.

Matka Mateusza zajmuje się domem, ojciec pracuje jako operator koparki. Oprócz chłopca wychowują jeszcze trójkę dzieci. Ojciec zeznaje, że w trakcie ferii Mateusz z własnej woli wstawał o 5.30 rano i przygotowywał tacie kanapki i kawę do pracy.

Jan, ojciec Mateusza: W naszym domu panuje taki zwyczaj, że każde dziecko przed wyjściem z domu zapyta się, czy może gdzieś wyjść, powie, gdzie chce wychodzić i na jak długo. Dzieci stosują się do tych naszych pozwoleń. Barbara: Mateusz jest dzieckiem raczej spokojnym, w szkole nie ma z nim problemów wychowawczych, na początku tego roku szkolnego miał trudności z nauką, ale na półrocze była znaczna poprawa.

Wychowawczyni chłopca zeznaje, że rzeczywiście miał problemy w szkole, nie potrafił się skupić, często nie odrabiał zadań, zapomniał o szkolnych przyborach. Nigdy natomiast nie skarżył się jej na żadne problemy w domu. Według niej Mateusz miał w rodzinie oparcie.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się też, by Mateusz nie wrócił na noc. Tylko kilka miesięcy temu pojawił się w domu późno, ok. godz. 21, bo poszedł odwiedzić kolegów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Niemcy: Zakończono poszukiwania chłopca. Akcja trwała 8 dni

Szczęśliwy finał poszukiwań 8-letniego chłopca w Oldenburgu w Niemczech. Został znaleziony żywy po 8 dniach od zaginięcia. Chłopiec wczołgał się do kanału kanalizacyjnego. Chłopiec, który w mediach jest nazywany „Joe”, zaginął 17 czerwca. Wtedy ruszyły poszukiwania prowadzone przez policję i straż pożarną.

Po 8 dniach jeden ze strażaków usłyszał wołanie dziecka z kanału kanalizacyjnego położonego 300 metrów od domu chłopca. Tam właśnie znalazł wystraszonego Joe. Dziecko od razu zostało przetransportowane do szpitala. 8-latek był wychłodzony, ale nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.

Najważniejsze jest to, że chłopiec żyje i że jest w dobrych rękach w szpitalu. Wszyscy możemy odetchnąć z ulgą – powiedział szef lokalnej policji Johann Kuhme. Ojciec 8-latka przekazał, że dochodzi on do siebie. Okazało się, że chłopiec sam wszedł do kanału kanalizacyjnego, po czym stracił orientację i nie umiał wrócić do domu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Aresztowano matkę, która chciała zabić 8-letniego syna

Sąd Rejonowy w Kaliszu przychylił się do wniosku prokuratora i zastosował 3-miesięczny areszt wobec matki podejrzanej o usiłowanie zabójstwa 8-letniego syna – poinformował w sobotę PAP rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim Maciej Meler. Jak dodał posiedzenie aresztowe odbyło się na oddziale psychiatrycznym kaliskiego szpitala.

Sąd przychylił się do wniosku prokuratury o zastosowanie tymczasowego aresztu. Kobieta zostanie przewieziona na oddział szpitalny przy areszcie śledczym – poinformował.

W trakcie pobytu podejrzana przejdzie badania psychiatryczne „celem dokonania oceny w zakresie możliwości udziału podejrzanej w postępowaniu” – powiedział prokurator.

Do zdarzenia doszło w czwartek w jednym z mieszkań przy ul. Zamkowej w centrum Kalisza. Na pierwszym piętrze kamienicy mieszkała bezrobotna kobieta z 8-letnim synem. Przed godziną 7 kaliską policję zawiadomiono, że chłopiec jest ranny. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że dziecko ma rany kłute klatki piersiowej, u matki stwierdzono ranę ciętą szyi. Na podłodze leżał nóż o ostrzu długości 11,5 cm i szerokości 2 cm, którym kobieta zadawała ciosy nie tylko dziecku, ale też psu.

Kobieta z chłopcem zostali przewiezieni do szpitali w Kaliszu i Ostrowie Wlkp. 33-latka trafiła na oddział chirurgii w Kaliszu; jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Stan zdrowia 8-latka lekarze określili jako ciężki, ale stabilny. Okaleczonym psem zaopiekował się lekarz weterynarii. W piątek kobieta usłyszała zarzut usiłowania zabójstwa syna, do którego przyznała się.

Zdaniem śledczych zachowanie kobiety najprawdopodobniej wskazuje na załamanie nerwowe, podejrzana nie potrafiła podać powodu swojej agresji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Kalisz: Matka zaatakowała 8-latka nożem. Usłyszała zarzut usiłowania zabójstwa

Mieszkanka Kalisza przyznała się do zarzutu usiłowania zabójstwa 8-letniego syna – przekazali śledczy. Dziecko ma rany od noża na klatce piersiowej. 33-latka raniła również siebie i psa należącego do chłopca. Prokuratura Rejonowa w Kaliszu poinformowała o postawieniu 33-letniej kobiecie zarzutu usiłowania pozbawienia życia 8-letniego syna. – Podejrzana przyznała się – powiedział PAP Maciej Meler, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim.

Ze słów prokuratora wynika, że chłopiec bronił się przed ciosami nożem. – Kobieta nie osiągnęła swego zamiaru ze względu na podjęcie obrony przez pokrzywdzonego oraz udzielenie mu w krótkim czasie pomocy medycznej – wyjaśnił śledczy.

Prokuratura nadal wyjaśnia okoliczności dramatu, który wydarzył się w czwartek nad ranem w mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Zamkowej w centrum Kalisza. Zdaniem śledczych zachowanie kobiety najprawdopodobniej wskazuje na załamie nerwowe. Prokurator przekazał, że 33-latka nie potrafiła podać powodu swojej agresji.

Przed godziną 7 do kaliskiej policji trafiła informacja o rannym chłopcu. Po przyjeździe służb na miejsce okazało się, że 8-letnie dziecko ma rany kłute klatki piersiowej, a matka ranę ciętą szyi. Na podłodze leżał nóż o długości ostrza 11,5 cm i szerokości 2 cm, którym kobieta zadawała ciosy nie tylko dziecku, ale też psu – przekazali śledczy.

Matka i chłopiec trafili do szpitala, gdzie przeszli operację. Stan zdrowia 8-latka lekarze określili jako ciężki, ale stabilny. Mundurowi przekazali okaleczonego psa pod opiekę lekarza weterynarii.

– Niewątpliwie zachodzi konieczność przeprowadzenia dowodu z opinii biegłych psychiatrów celem możliwości udziału podejrzanej w tym postępowaniu – powiedział prokurator Meler.

W sobotę w kaliskim sądzie odbędzie się posiedzenie w sprawie aresztowania podejrzanej z uwagi na grożącą jej surową karę.
Źródło info i foto: wp.pl

USA: Jest szósta ofiara zamachu w Waukesha

Amerykańskie władze potwierdziły, że nie żyje szósta ofiara ataku przeprowadzonego przez mężczyznę, który wjechał rozpędzonym autem na trasę parady bożonarodzeniowej w mieście Waukesha. Nie żyje 8-letni chłopiec. W związku z jego śmiercią prokuratura wniesie kolejne oskarżenie.

Odpowiedzialnym za tragedię na paradzie bożonarodzeniowej w mieście Waukesha w stanie Wisconsin w USA jest Darrel E. Brooks. Funkcjonariusze dotarli do niego niedługo po zdarzeniu. Dowód zbrodni znaleźli przed domem 39-latka – przed budynkiem stał zaparkowany ford ze zniszczonym zderzakiem i maską. Mężczyzna został aresztowany, a we wtorek 23 listopada po raz pierwszy stanął przed sądem.

Amerykańskie władze potwierdziły śmierć kolejnej ofiary tragedii w Waukesha. Jest nią 8-letni Jackson Sparks. Chłopiec brał udział w paradzie wraz ze swoim 12-letnim bratem Tuckerem. Młodszy z chłopców zmarł w wyniku poniesionych obrażeń i stał się najmłodszą ofiarą ataku przeprowadzonego przez Brooksa. Oprócz niego zmarło pięć osób. Są to osoby w wieku od 52 do 81 lat.

Sąd w Waukesha w stanie Wisconsin postawił Darrel E. Brooksa w stan oskarżenia. Mężczyzna usłyszał od prokuratury pięć zarzutów zabójstwa pierwszego stopnia. Za każdy z nich grozi mu dożywotnie pozbawienie wolności. To jednak nie koniec. W związku z informacją o śmierci ośmioletniego chłopca, którą potwierdziły władze, zostanie wniesione kolejne oskarżenie. Mimo że 39-latkowi grozi najwyższy wymiar kary, opinia publiczna liczyła na wniesienie przeciwko niemu również innych zarzutów, ponieważ w ataku przeprowadzonym przez Brooksa zostało rannych około 60 osób.

To nie pierwszy raz, kiedy Darrell Brooks ma kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Mężczyzna od 1999 roku popełnił 16 przestępstw. Co więcej, zaledwie dwa dni przed tragedią na paradzie bożonarodzeniowej w Waukesha, wpłacił kaucję w wysokości 1000 dolarów, dzięki której był na wolności. 39-latek miał celowo potrącić kobietę. Jak poinformował portal AP, prokuratorzy w hrabstwie Milwaukee ponownie analizując tę sytuację, ponieważ stwierdzili, że określona przez wymiar sprawiedliwości kaucja była zdecydowanie za niska.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Frankfurt nad Menem: Wepchnął pod pociąg matkę z dzieckiem. Jest opinia biegłych

41-letni Erytrejczyk, który w ubiegłym roku zabił na dworcu kolejowym we Frankfurcie nad Menem 8-letniego chłopca spychając go z peronu pod koła pociągu, nie ponosi za to winy ze względu na swą niepoczytalność – orzekł w piątek frankfurcki sąd krajowy. – Czuł się wtedy zagubiony – ocenił psychiatra, na którego oddział trafił 41-latek.

Sąd zarządził dożywotnie umieszczenie sprawcy w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. 29 lipca 2019 roku na dworcu głównym we Frankfurcie nad Menem mężczyzna wepchnął pod nadjeżdżający pociąg InterCity wybraną przypadkowo matkę z dzieckiem. Oboje spadli na tory. W ostatniej chwili kobieta zdołała się przetoczyć na przestrzeń między torami, ale jej syn zginął na miejscu.

Ofiar mogło być więcej

Jeszcze jedną ofiarą miała być 79-letnia kobieta, która jednak po popchnięciu upadła na peron doznając obrażeń. Wraz z rodziną zabitego chłopca uczestniczyła w procesie w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Napastnik próbował zbiec z miejsca tragedii, ale został schwytany niedaleko dworca w rezultacie spontanicznego pościgu.

Jak ustalono w trakcie śledztwa, Erytrejczyk ma żonę i troje dzieci. Od 2006 roku mieszkał w Szwajcarii, gdzie po złożeniu wniosku o azyl otrzymał pozwolenie na pobyt. Sąd przychylił się do opinii biegłych, że momencie popełnienia czynu sprawca cierpiał na ostrą formę schizofrenii paranoidalnej. Czuł się wtedy zagubiony i sterowany przez komputer – twierdzi ordynator oddziału psychiatrycznego, na którym Erytrejczyk obecnie przebywa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Zaginiona wnuczka Kennedy’ego i jej syn nie żyją

Maeve Kennedy Townsend McKean i jej 8-letni syn Gideon nie żyją. 40-latka była wnuczką Roberta F. Kennedy’ego (brata zamordowanego Johna F. Kennedy’ego). W czwartek 2 kwietnia rodzina poinformowała o ich zaginięciu, kilka dni później mąż Maeve przekazał, że zarówno ona jak i synek, zginęli w tragicznych okolicznościach.

Wnuczka Roberta F. Kennedy’ego Maeve Kennedy Townsend McKean i jej ośmioletni syn Gideon utonęli w wodach zatoki Chesapeake, w stanie Maryland. 40-latka wybrała się z rodziną – mężem Davidem McKean i trojgiem dzieci Gideonem, Gabriellą i Tobym do ich wakacyjnego domu w Shady Side. Stwierdzili, że w czasie narodowej kwarantanny będzie im tam wygodniej, a dzieci będą miały dużo miejsca do biegania.

Wzruszające słowa męża

2 kwietnia, gdy rodzina dotarła na miejsce, Maeve Kennedy wyszła pograć z synem na zewnątrz. Kiedy piłka wpadła do wody, postanowili podpłynąć po nią kajakiem. Jak przekazał na Facebooku McKean, piłka znajdowała się w rejonie, gdzie woda jest płytka i nie ma prądu. Wiatr zepchnął ich jednak w stronę zatoki. Pół godziny później matkę i syna, zauważył z oddali sąsiad i wezwał straż przybrzeżną. Następnego dnia znaleziono przewrócony kajak. Stało się jasne, że Maeve i Gideon nie żyją.

„Była moim najlepszym przyjacielem, moją bratnią duszą. Mogłeś usłyszeć śmiech Maeve kilka bloków dalej, a ona śmiała się sporo. Była magiczna z niekończącymi się pokładami energii, oddana wymyślaniu zabaw dla naszych dzieci, biorąca kolejny projekt w pracy albo dla naszej społeczności i spędzająca czas z naszymi przyjaciółmi. Była w Korpusie Pokoju, przebiegła Boston Marathon […]. Była najjaśniejszym światłem, jakie kiedykolwiek poznałem” – napisał załamany David poście na Facebooku.

Nad klanem ciąży klątwa?

W sierpniu 2019 roku w tragicznych okolicznościach zmarła inna wnuczka Roberta F. Kennedy’ego, Saoirse Kennedy Hill. 22-latka przedawkowała narkotyki. W 2012 roku synowa polityka Mary Kennedy popełniła samobójstwo. On sam natomiast został zamordowany w 1968 roku, podobnie jak brat John F. Kennedy.

Syn zabitego prezydenta John F. Kennedy Jr. również zginął w gwałtowny sposób. W lipcu 1999 roku samolot, którym leciał z żoną Carolyn Bessette-Kennedy i szwagierką Lauren Gail Bessette rozbił się niedaleko wyspy Martha’s Vineyard. To nie jedyne dramatyczne wydarzenia, z którymi musiał mierzyć się znany klan. Wiele osób sądzi, że nad rodziną ciąży klątwa, którą rzekomo rozpoczął nieudany zabieg lobotomii przeprowadzony w 1944 roku na Rosemary Kennedy, siostrze Johna i Roberta.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Tragiczny finał poszukiwań 8-latka w Hiszpanii. Ciało dziecka znalezione w bagażniku samochodu macochy

Od końca lutego hiszpańska policja poszukiwała zaginionego Gabriela Cruza. Ciało chłopca odnaleziono wczoraj w bagażniku samochodu partnerki jego ojca – podaje TVN24, powołując się na hiszpańskie media. Gabriel zaginął 27 lutego. Chłopiec opuścił dom swojej babci w miejscowości Las Hortichuelas i miał udać się do oddalonego o 250 metrów domu kuzynowstwa. Wówczas ślad po nim zaginął.

3 marca ojciec zaginionego i jego partnerka znaleźli koszulkę chłopca w odległości 6 kilometrów od miejsca zaginięcia. Na koszulce zabezpieczono ślady DNA. Od tamtej chwili kobieta była pod obserwacją policji. W niedzielę hiszpańska Gwardia Narodowa zatrzymała partnerkę ojca ośmiolatka, gdy ta przewoziła ciało chłopca w bagażniku swojego samochodu w mieście Vicar w prowincji Almeria. Na razie nie są znane motywy tej zbrodni.
Źródło info i foto: onet.pl

USA: 8-latek zabity dla organów?

Dr. Judith Brill jest oskarżana o zaaplikowanie umierającemu 8-latkowi zbyt dużej dawki leków przeciwbólowych. amerykańska anestezjolog miała to zrobić w celu przyspieszenia jego śmierć. Dziecko odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Organy chłopca były przeznaczone do przeszczepów. Wyjątkowo duże ilości środków przeciwbólowych wykryto podczas sekcji zwłok dziecka. Koroner zawiadomił policję o swoich podejrzeniach, że anestezjolog użył środka przeciwbólowego, aby przyspieszyć śmierć ciężko chorego chłopca. W ten sposób miałby zwiększyć prawdopodobieństwo, że jego narządy będą nadawać się do przeszczepienia.

Dochodzenie dotyczy niepełnosprawnego fizycznie i psychicznie 8-latka, któremu w 2013 r. zatrzymała się praca serca po tym, jak nieomal utonął w pralce. Dziecko po czterech latach odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Początkowo jako przyczynę śmierci sugerowano skutek wypadku, któremu uległ, w połączeniu z wrodzoną chorobą genetyczną. To była obowiązująca wersja dopóki koroner Denise Bertone nie znalazła w organizmie chłopca dużej dawki fentanylu.

– Zarzut jest błędny pod względem prawnym i stanowczo obraźliwy – twierdzi z kolei adwokat anestezjolog dr Judith Brill.

Niepełnosprawny chłopiec uległ bardzo poważnemu wypadkowi. Wszedł do wypełnionej wodą i ubraniami pralki. W tym czasie jego ojciec kosił trawnik, matka była w sklepie. Rodzice stwierdzili, że mógł być pod wodą nawet 25 minut. Ratownicy przywrócili dziecku krążenie, ale lekarze stwierdzili, że „nigdy się nie obudzi i nie wydobrzeje”, ponieważ jego mózg nie jest martwy. Dlatego rodzice po czterech latach postanowili odłączyć go od systemu podtrzymywania życia, a jego organy miały ratować inne dzieci.

Jednak po ustaniu pracy serca krew krzepnie w naczyniach i narządach, a ich stan się pogarsza. Dodatkowo lekarze nie mają pewności, czy pacjenci w stanie wegetatywnym nie odczuwają bólu, dlatego stosują środki przeciwbólowe. W karcie chłopca nie ma słowa o fentanylu, jednak wspomniano tam o „troskliwej opiece”.

System podtrzymywania życia chłopca odłączony został o godz. 10:40, zmarł 19 minut później. Bertone, która bada ten przypadek twierdzi, że przeanalizowała pełne wykresy medyczne chłopca i ten „łapał powietrze”, a Brill podała mu fentanyl, „żeby wywołać zgon”.
Źródło info i foto: wp.pl