Ogromna afera na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Gnębienie, seksizm i molestowanie seksualne

Kilka dni temu na facebookowej grupie „ŚUMemes” pojawiły się historie rzekomych przypadków seksizmu i mobbingu na uniwersytecie. Uczelnia wydała oświadczenie w tej sprawie. Studenci latami bali się mówić, o tym co dzieje się na zajęciach, ale teraz tama pękła.

– Na pierwszym roku był problem z profesorem od anatomii. Teksty i notatki, które wysyłał do studentek, były nacechowane mocno seksualnie i wręcz niesmaczne. Zdanie, które do tej pory pamiętam, to: „W jamie otrzewnowej znajduje się tylko płyn surowiczy i plemniki u niegrzecznych dziewczynek.” A tego było o wiele więcej – mówi Asia Matuła, na dowód wysyłając screeny notatek od profesora. Na ŚUM-ie studiowała pielęgniarstwo. Dziś kończy studia gdzie indziej. Zgadza się na podanie jej imienia i nazwiska w tekście.

Dostawanie po pośladkach

– Na ŚUM-ie naruszenie prywatności i cielesności osób, to nie tylko molestowanie. Ja się z takowym nie spotkałam, natomiast prowadząca podstawy pielęgniarstwa krzyczała na studentki i biła po plecach czy pośladkach za złą, nieergonomiczną pozycję ciała. Nachylałyśmy się nad koleżanką, żeby wykonać iniekcję i dostawałyśmy ręką za to, że nie mamy prostych pleców – pamiętam to do dziś – wspomina Asia.

Największa trauma? Prowadząca wybierała ją do wszystkich pokazowych zastrzyków, choć wiedziała, że Asia się ich boi. – Trzymała mnie ze studentkami na szpitalnym łóżku, nie dając nawet wziąć oddechu, żeby się uspokoić. Do tej pory przed każdą iniekcją wykonaną przez pracownika ochrony zdrowia, muszę zrobić trzy spokojne wdechy – opowiada.

Matuła pamięta jeszcze jedną sytuację z czasów, gdy uczyła się na ŚUM-ie. – Szpital nr 2 w Bytomiu. Wykładowczyni nie potrafiła zgłębnikować (zbadać głębokość rany lub pobierać próbki do badania – przypis redakcji) pacjenta więc, zamiast próbować inaczej lub poprosić pielęgniarkę, to cisnęła mu ten zgłębnik na siłę tak, że przez 15 minut wymiotował, smarkał i płakał, żeby przestała – relacjonuje. – Pielęgniarka ze szpitala zapytała: „ona chciała, żeby to odbytem wyszło?”. Gdy byłyśmy same, delikatnie zwróciłam jej uwagę, że to był przykry widok. Usłyszałam, że jeszcze jeden taki tekst, to mogę się pożegnać z zaliczeniem egzaminu – dodaje.

Od tego wszystko się zaczęło

Z Joanną skontaktował mnie administrator grupy „ŚUMemes”, gdzie od kilku dni pojawiają się historie mobbingu, seksizmu i molestowania. Razem z kolegami dostał prawie 2 tysiące wiadomości od osób, które czują się pokrzywdzone przez kadrę Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. W ankiecie, którą prowadzą na Facebooku, udział wzięło przeszło 800 osób. Kontaktujemy się przez Zooma. Chłopak nie włącza kamerki, chce pozostać anonimowy. Nadal studiuje na ŚUM-ie. Nazwijmy go Adamem.

– Gnębienie studentów trwa od zawsze. Ale panuje zmowa milczenia. Studenci mają osobisty kod związany z numerem indeksu. Wypełniając ankiety oceniające online, mają pewność, że dziekan dobrze wie, kto się wypowiada, więc panuje strach – mówi wyraźnie zdenerwowany. Kiedy pytam, czy kiedykolwiek poszedł na skargę, odpowiada, że po co, skoro wie, że nikt z tym nic nie zrobi. – Nie oszukujmy się, wszyscy jesteśmy zastraszani. W mniej lub bardziej czytelny sposób jest nam pokazywane, że jesteśmy niczym, jesteśmy śmieciami, nic nie znaczymy i to jak się czujemy, nikogo nie obchodzi – twierdzi Adam. – Fakt, że w ogóle zwraca się na nas uwagę, to jest prestiż.

Chłopak nie wierzy, że cokolwiek może się zmienić. Przekonuje mnie, że nawet samorząd studentów nie kiwnie palcem. – Samorząd jest słaby. Fajnie zajmuje się tylko organizowaniem imprez czy ustaleniem terminów egzaminów – ocenia kolegów. Dlatego on i jeszcze kilku innych studentów wzięło sprawy w swoje ręce. – Wyższa kadra jest straszna – mówi wprost. – W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy znamy choć jednego profesora, który jest miły albo po prostu normalny. Wychodziło na to, że dziekani, profesorowie i docenci w naszym otoczeniu zwyczajnie gardzą nami.

Po chwili ciszy Adam wymienia wszystkie książkowe objawy psychosomatyczne stresu, którego doświadczył on i znajomi z uczelni. – Wymioty z powodu stresu, lekooporne migreny, wrzody żołądka, dwunastnicy, zespół jelita drażliwego były i są normą. Ludzie zażywali psychotropy, brali antydepresanty. Chodzenie do psychiatrów było na porządku dziennym – opowiada. Pamięta 21-letnią dziewczynę, która odkąd przyszła na uczelnię, zaczęła siwieć. – Byliśmy przerażeni – kwituje.

Poczucie osamotnienia, bezsilność, złość. To wszystko popycha Adama i pozostałych do działania. Zwłaszcza gdy co chwilę pojawiają się kolejne historie mobbingu, molestowania i seksizmu.

Założyciele fanpage’a postanowili przeprowadzić anonimową ankietę dotyczącą odczuć studentów związanych z nauką na uczelni. Do tej pory wypełniło ją tysiąc osób i ta liczba rośnie. Okazało się, że w połowie ankiet była mowa o nagannych zachowaniach pracowników uczelni. 45 proc. przypadków, czyli 190 zgłoszeń, dotyczyło mobbingu, 133 zgłoszenia zachowań seksistowskich, 25 to przypadki molestowania. Z ankiety wynika też, że aż 200 osób zgłosiło problem celowego „uwalania”, czyli oblewania na egzaminach. Około 150 studentów wyznało, że musiało skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry. 78 osób przez sytuację na uczelni przyjmuje leki psychotropowe. Nazwiska siedmiu pracowników ŚUM często pojawiają się w negatywnym kontekście.

Studenci zwracają uwagę na problem poniżania przez wykładowców. Niektórzy z nich słyszeli podczas egzaminów: „jak tego nie wiesz, to idź się powieś”, „jesteś ruda, nie lubię rudych” czy „mój pies by lepiej to umiał”.

„Od profesora nie da się uciec”

– Ludzie piszą do nas, potem proszą o skasowanie wiadomości, bo boją się, że ktoś ich rozpozna. Dostajemy skargi z fałszywych kont i adresów e-mail. Większość autorów nie chce rozmawiać z mediami. Ale są osoby, które nie mają nic przeciwko – dodaje.

Magda (imię zmienione – przyp. red) boi się zabrać głos publicznie, nadal studiuje. Gdy jednak lawina ruszyła, uznała, że to jedyna szansa, by patologia na uczelni ujrzała światło dzienne.

– Nie chciałam zabierać głosu, pomimo anonimowości dalej się boję, że ktoś mnie rozpozna i będę mieć problemy. Ale patrząc na niektóre komentarze pod postami o molestowaniu, stwierdziłam, że muszę to napisać. Dlaczego tego nie zgłaszamy? Zawsze myślałam, że gdybym była w tej sytuacji od razu bym się postawiła i wszystko zgłosiła. Ale to nie jest takie proste. Molestowanie to proces, w którym oprawca obniża twoją samoocenę, alienuje cię od innych. Poczytajcie najpierw o tym, zanim zaczniecie wydawać osądy. Ja poczytałam i teraz wiem, jak się zachować i rozpoznać sygnały, że coś zaczyna się dziać w tym kierunku – mówi zdenerwowana dziewczyna.

– Poza tym, molestowanie strasznie trudno udowodnić. Kogo wziąć na świadka? Zastraszanych studentów bojących się o swoją przyszłość? A jeśli ja nie mam odwagi sama się przeciwstawić, to dlaczego oni mieliby to robić w moim imieniu? Czy może na świadków mam wziąć pracowników katedry, którzy dokładnie wiedzą co się dzieje, ale udają nieświadomych? – pyta retorycznie.

Dlatego Magda postanowiła podzielić się swoją historią na tej uczelni. Oczywiście pomija wszystkie fragmenty, które mogłyby pomóc profesorowi ją rozpoznać. – Wiadomo, seksizm na naszej uczelni jest gigantycznym problemem, spotkałam się z nim na chirurgii, anatomii i wielu innych katedrach. Ale chciałabym przedstawić historię, która najbardziej na mnie wpłynęła. Słynny profesor na drugim roku studiów, każdy z naszej uczelni wie, o kim mówię. Jak już ktoś napisał, na początku sprawia wrażenie „rubasznego Janusza”. Opowiada nieprzyzwoite żarty, trochę bezpośrednio zwraca się do wszystkich. Na początku nie widziałam w tym nic złego, przecież mogę się sztucznie zaśmiać z jakiegoś żartu, co mi szkodzi. Jednak z zajęć na zajęcia profesor przekraczał kolejne granice – opowiada studentka.

Z jej opowieści wynika, że profesor podchodził i stawał bardzo blisko. Przechodząc obok niechcący dotykał ręką pleców, następnie łapał za włosy czy obejmował ramieniem tak, abym nie mogła się odwrócić do kolegów, co zmuszało ją do bycia z nim bardzo blisko twarzą w twarz.

– W końcu zdarzyła się sytuacja, że przy takim objęciu zjechał ręką w okolice biustu i zaproponował poprawę wejściówki u niego w gabinecie o dziwnej porze. Wtedy nie wytrzymałam i zawołałam kolegę, niby do konsultacji, podszedł od razu i zorientował się, o co chodzi. Od tego czasu mogłam liczyć na pomoc kolegów i koleżanki z grupy, zawsze siadał między nimi, pilnowali mnie i zwracali na mnie uwagę, żeby dać do zrozumienia profesorowi, że jestem obserwowana. Dlatego profesor wymyślił metodę alienacji, niezależnie od tego, że ktoś rozmawiał cztery rzędy za mną, za karę przesadzał mnie do pierwszego rzędu – wyjaśnia Magda.

Wymyśliła z przyjaciółmi odwet, siadali od razu w pierwszym rzędzie, także nie było jej gdzie przesadzić. Więc pojawił się pomysł, że będę sadzana na fotelu prowadzącego, na środku sali. Wtedy już nic nie mogła zrobić, ale on też nie, bo była na widoku, za to mógł podchodzić i mówić jej okropne rzeczy.

– Po każdych zajęciach wracałam do mieszkania, brałam prysznic i płakałam. Cały rok zajęć na wiadomej katedrze był dla mnie piekłem. Cieszyłam się, jak kobieta została u nas dziekanem. Myślałam, że to coś zmieni, że w końcu się poprawi, że będzie większy szacunek do kobiet. Niestety myliłam się. Pani dziekan, apeluję do pani jak kobieta do kobiety: prosimy o pomoc!

Co dalej?

Po rozmowie z Joanną i Magdą poprosiłam o komentarz rzeczniczkę prasową uczelni. Okazało się, że jest na urlopie. Dowiedziałam się za to, że w związku z Dniem Rektorskim na ŚUM-ie, odpowiedź otrzymam w poniedziałek. Uczelnia wystosowała już jedno oświadczenie:

„Nawiązując do licznych komentarzy zamieszczonych na fanpagu ŚUMemes, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach wywołany do odpowiedzi stanowczo podkreśla, że nie popiera zachowań nagannych i nieetycznych nauczycieli akademickich.

Niemniej wobec braku zgłaszanych skarg rektorowi i jego zastępcom niemożliwym jest przeprowadzenie szczegółowych postępowań wyjaśniających, a wnioski płynące z komentarzy mogą jedynie stanowić źródło informacji o charakterze opiniodawczym. Będą one podlegały omówieniu na poszczególnych wydziałach z udziałem przedstawicieli samorządu studenckiego. Powinnością każdego członka wspólnoty akademickiej jest podejmowanie działań dla zapewnienia jak najlepszego funkcjonowania uczelni, w tym poprzez zgłaszanie wszelkich zdarzeń, które wymagają wyjaśnienia i w efekcie wdrożenia odpowiednich zmian. Ponadto wnioski i skargi mogą być składane poprzez organy samorządu studenckiego, które co do zasady są wyłącznym reprezentantem ogółu studentów, a ich uwagi zawsze podlegają rozpatrzeniu.

Informujemy zarazem, że do rektora nie wpłynęła indywidualna skarga, jak i inne niepokojące sygnały, w tym od przedstawicieli samorządu studenckiego w zakresie organizowanych do 2016 i w latach wcześniejszych obozów, przewidzianych standardami na kierunku ratownictwa medycznego”.
Źródło info i foto: wp.pl

Łukasz Szumowski przesłuchany ws. afery maseczkowej

„Chciałem przekazać całą wiedzę, jaką posiadam. To dla mnie niezwykle istotne, by sprawa została gruntownie wyjaśniona” – powiedział portalowi tvp.info Szumowski.

Z kolei RMF FM podało we wtorek, że to minister poprosił o przesłuchanie. Dokładnej daty przesłuchania nie ujawniła ani prokuratura, ani on sam. „Sam się zgłosiłem i złożyłem zeznania w tej sprawie. Śledztwo nie jest publiczną sprawą” – odpowiedział na pytania dziennikarza radia o to, co dokładnie zeznał.

„Gazeta Wyborcza” w maju napisała, że resort zdrowia kupił za 5 mln zł maseczki ochronne od znajomego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, instruktora narciarskiego Łukasza G. W transakcji pośredniczył też brat ministra Marcin Szumowski. Jak się później okazało, maseczki nie spełniały wymaganych norm, a resort zażądał od Łukasza G. zwrotu pieniędzy. Minister zdrowia potwierdził wtedy, że maseczki, o których napisała gazeta, nie spełniają norm, i że w związku z tym zażądano „wymiany towaru na adekwatny”. MZ złożyło potem zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie.(PAP)
Źródło info i foto: Bankier.pl

Jarosław Gowin złożył zawiadomienie do CBA odnośnie spółek związanych z Łukaszem Szumowskim już w 2016 roku

Ciąg dalszy afery związanej z Łukaszem Szumowskim i związanymi z nim spółkami. Jarosław Gowin w kwietniu 2016 roku miał złożyć zawiadomienie do CBA w związku z podejrzeniem korupcji w spółkach ministra zdrowia – wynika z pisma, do którego dotarli posłowie PO.

Chodzi o pismo z 27 kwietnia 2016 roku, które opublikowali posłowie Michał Szczerba i Dariusz Joński z Koalicji Obywatelskiej. Parlamentarzyści od wybuchu afery prowadzą kontrolę poselską w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Jarosław Gowin złożył zawiadomienie do CBA

„Proszę o podjęcie czynności mających na celu (…) zbadanie, czy przy planowaniu i realizacji przedsięwzięć z grupy BRIdge nie doszło do zachowań i zdarzeń o charakterze korupcyjnym” – czytamy w opublikowanym przez „Gazetę Wyborczą” fragmencie pisma Jarosława Gowina do szefa CBA. Szczególną uwagę zwraca data, którą zostało opatrzone pismo ówczesnego ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Pół roku później, 24 listopada 2016 roku powoła on Łukasza Szumowskiego na stanowisko wiceministra w resorcie nauki.

Z pisma Jarosława Gowina nie wynika, jakie spółki związane z Łukaszem Szumowskim mogły brać udział w procederze korupcyjnym. Były wicepremier wspomniał jednak o programach, w ramach których spółki te ubiegały się o granty z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR). Chodzi o BRIdge Classic i BRIdge Alfa.

W ramach programu BRIdge Classic do NCBiR złożono 74 wnioski. Grant trafił tylko do spółki Simplicardiac, w której udziały ma spółka Szumowski Investments. Ta należy obecnie do brata i żony Łukasza Szumowskiego.

Grant był formą pożyczki na realizację projektu pt. „Rozwój i komercjalizacja nowej, innowacyjnej opaski uciskowej stosowanej do zabiegów cewnikowania serca metodą przezpromieniową”. Jak wynika z pisma Jarosława Gowina do CBA, pożyczka wyniosła 1,3 miliona złotych, co różni się o 100 tys. złotych od kwoty zgłoszonej przez prezesa Simplicardiac.

Z kolei w programie BRIdge Alfa, którego założeniem było współfinansowanie projektów badawczo-rozwojowych, w 2014 roku spółka Life Science Innovation (LSI), gdzie udziałowcami również są Szumowscy, otrzymała 16 milionów złotych.

Oba programy zostały w 2015 roku poddane kontroli Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W przypadku BRIdge Classic głównym zarzutem okazał się brak transparentności i rzetelnej oceny złożonego wniosku. „Zawarto jedną umowę z podmiotem, w którym osoby kluczowe dla realizacji projektu oraz udziałowcy byli jednocześnie ekspertami dokonującymi oceny pozostałych wniosków” – alarmowali kontrolerzy z resortu nauki.

Chodzi o pismo z 27 kwietnia 2016 roku, które opublikowali posłowie Michał Szczerba i Dariusz Joński z Koalicji Obywatelskiej. Parlamentarzyści od wybuchu afery prowadzą kontrolę poselską w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Jarosław Gowin złożył zawiadomienie do CBA

„Proszę o podjęcie czynności mających na celu (…) zbadanie, czy przy planowaniu i realizacji przedsięwzięć z grupy BRIdge nie doszło do zachowań i zdarzeń o charakterze korupcyjnym” – czytamy w opublikowanym przez „Gazetę Wyborczą” fragmencie pisma Jarosława Gowina do szefa CBA.

Szczególną uwagę zwraca data, którą zostało opatrzone pismo ówczesnego ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Pół roku później, 24 listopada 2016 roku powoła on Łukasza Szumowskiego na stanowisko wiceministra w resorcie nauki.

Zobacz także: Dymisja Szumowskiego? „Tak ohydne, że musi być wniosek”

Jarosław Gowin a kontrola spółek związanych z Łukaszem Szumowskim

Z pisma Jarosława Gowina nie wynika, jakie spółki związane z Łukaszem Szumowskim mogły brać udział w procederze korupcyjnym. Były wicepremier wspomniał jednak o programach, w ramach których spółki te ubiegały się o granty z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR). Chodzi o BRIdge Classic i BRIdge Alfa.

W ramach programu BRIdge Classic do NCBiR złożono 74 wnioski. Grant trafił tylko do spółki Simplicardiac, w której udziały ma spółka Szumowski Investments. Ta należy obecnie do brata i żony Łukasza Szumowskiego.

Grant był formą pożyczki na realizację projektu pt. „Rozwój i komercjalizacja nowej, innowacyjnej opaski uciskowej stosowanej do zabiegów cewnikowania serca metodą przezpromieniową”. Jak wynika z pisma Jarosława Gowina do CBA, pożyczka wyniosła 1,3 miliona złotych, co różni się o 100 tys. złotych od kwoty zgłoszonej przez prezesa Simplicardiac.

Z kolei w programie BRIdge Alfa, którego założeniem było współfinansowanie projektów badawczo-rozwojowych, w 2014 roku spółka Life Science Innovation (LSI), gdzie udziałowcami również są Szumowscy, otrzymała 16 milionów złotych.

Oba programy zostały w 2015 roku poddane kontroli Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W przypadku BRIdge Classic głównym zarzutem okazał się brak transparentności i rzetelnej oceny złożonego wniosku. „Zawarto jedną umowę z podmiotem, w którym osoby kluczowe dla realizacji projektu oraz udziałowcy byli jednocześnie ekspertami dokonującymi oceny pozostałych wniosków” – alarmowali kontrolerzy z resortu nauki.

W sprawie projektu „opaski uciskowej” okazało się też, że spółka Simplicardiac otrzymała na ten projekt dofinansowanie z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości już w 2013 roku. Dotacja wyniosła 266 tysięcy złotych.

Ocena projektu BRIdge Alfa wypadła niewiele lepiej. Problemem okazało się żonglowanie terminami składania wniosków. W październiku 2013 roku ogłoszono zawieszenie naboru ofert na czas nieokreślony. Ogłoszenie o tym, że wznowiono przyjmowanie wniosków, się nie ukazało. Z kolei 10 kwietnia 2014 r. NCBiR przyjął ofertę spółki, która, w opinii kontrolerów, oficjalnie nie istniała.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, chodzi właśnie o Life Science Innovation, w której udziałowcami byli wtedy bracia Szumowscy. Te została zarejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym dopiero w czerwcu 2014 roku.

Jarosław Gowin i CBA nie komentują sprawy

W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami, Jarosław Gowin zawnioskował do CBA o wszczęcie śledztwa ws. możliwości popełniania korupcji. „Uwzględniając złożoność spraw i zakres stwierdzonych nieprawidłowości, a także fakt licznych powiązań osobowych występujących pomiędzy uczestnikami przedsięwzięć oraz ekspertami dokonującymi selekcji wniosków o przyznanie wsparcia, wątpliwości budzi, czy w ramach naboru, oceny i realizacji projektów nie doszło do zdarzeń o charakterze korupcyjnym” – pisał w kwietniu 2016 roku lider Porozumienia.

Dziennikarze „GW” próbowali uzyskać w CBA informacje dotyczące prowadzonego postępowania. Do dnia publikacji artykułu odpowiedź nie nadeszła.

Komentarza w sprawie unika też Jarosław Gowin, który głos ws. Szumowskiego zabrał tylko raz. Były wicepremier bronił ministra zdrowia w innej aferze związanej z LSI i NCBiR.

Chodzi o grant, o który wnioskowała spółka w momencie, gdy Szumowski zastępował innego wiceministra, który sprawował nadzór nad Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. Kilka miesięcy później LSI otrzymało dotację, o którą się ubiegało. Więcej o podwójnej roli Łukasza Szumowskiego pisaliśmy 29 maja.
Źródło info i foto: wp.pl

Austria: Policja poszukuje bohaterki „Ibizagate”, afery, która doprowadziła do politycznego kryzysu

Austriacka policja poszukuje kobiety, która podawała się za Alonę Makarową, rosyjską inwestorkę. Ta kobieta stała się bohaterką „Ibizagate”, afery, która doprowadziła do politycznego kryzysu w Austrii i przedterminowych wyborów w tym kraju. Wróciła „Ibizagate”. Afera wstrząsnęła Austrią w maju 2019 roku – ujawniono wtedy nagranie z udziałem zastępcy kanclerza Austrii Heinza-Christiana Strache (szefa prawicowej FPO). Polityk w trakcie imprezy na Ibizie (stąd nazwa – red.) oferował kontrakty podającej się za rosyjską inwestorkę kobiecie. Oczywiście w zamian za wsparcie podczas kampanii wyborczej w 2017 roku.

Strache stracił stanowisko w wyniku ujawnienia nagrań, a w Austrii doszło do przedterminowych wyborów na wniosek kanclerza Sebastiana Kurza. Pozostało jednak mnóstwo pytań. Kreml po wybuchu afery odcinał się od sprawy, a nie zostało wyjaśnione choćby to, kim jest kobieta podająca się z Alonę Makarową, krewną rosyjskiego oligarchy Igora Makarowa.

Austriacka policja poszukuje „Makarowej”

Rok po ujawnieniu sprawy austriacka policja udostępniła zdjęcia domniemanej Makarowej, ponieważ chce poznać choć część kulis sprawy. Federalne Biuro Policji Kryminalnej Austrii ogłosiło, że prowadzone jest łącznie 40 różnych dochodzeń wokół „Ibizagate”, dokonano dotychczas pięciu aresztowań, zgromadzono też 34 terabajty danych. Same nagrania to blisko 12,5 godziny materiału.

Właśnie z nagrań wydzielono kilka najlepszych ujęć, na których zarejestrowano „Makarową”. Jak pisze austriacka policji:

Na polecenie prokuratura publikujemy kilka zdjęć, mając na celu ustalenie sprawcy, który posługiwał się pseudonimem Alona Makarow.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Afera w Gdańsku. Odwołany dyrektor szpitala jednoimiennego Marynarki Wojennej zabrał głos

Koronawirus w Polsce. Odwołano dyrektora szpitala jednoimiennego Marynarki Wojennej w Gdańsku. Miał odmówić przyjęcia zakażonych pacjentów z DPS-u. On sam zaprzeczył oskarżeniom i wydał oświadczenie.

Koronawirus w Polsce. W bardzo trudnej sytuacji są ośrodki opieki i hospicja. Największym ogniskiem koronawirusa w Gdańsku jest Dom Pomocy Społecznej na ul. Polanki. Podjęto decyzję o ewakuacji placówki. Podopieczni mieli trafić do szpitala Marynarki Wojennej, który w marcu został przekształcony na jednoimienny. Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz powiedziała w sobotę, że 7. Szpital MW w Gdańsku odmówił przyjęcia osób z DPS.

W sprawę osobiście zaangażował się minister sprawiedliwości. – Jako prokurator generalny podjąłem decyzję o uruchomieniu postępowania mającego zbadać, czy nie doszło do rażącego naruszenia procedur związanych z gwarantowaniem bezpieczeństwa dla zdrowia i życia w niektórych Domach Pomocy Społecznej – poinformował Zbigniew Ziobro.

Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak odwołał w sobotę ze stanowiska Komendanta 7. Szpitala MW w Gdańsku.

Koronawirus. Gdańsk. Dyrektor zaprzecza

Komendant 7. Szpitala Marynarki Wojennej Dariusz Juszczak zaprzecza jednak tym doniesieniom. Przesłał PAP oświadczenie w tej sprawie. Twierdzi, że nie odmówił pomocy osobom zakażonym i wymagających hospitalizacji. „W piątek (17 kwietnia – PAP) wieczorem rozmawiałem osobiście z dyrektor Domu Pomocy Społecznej Polanki. Żaden podopieczny nie gorączkował, nie kaszlał i nie miał duszności. Pani dyrektor potwierdziła, że nic szczególnego się z podopiecznymi nie dzieje” – pisze komendant.

Juszczak przekonuje, że w tej sytuacji wystarczy izolacja, a „DPS jest do tego doskonale przystosowany – ma pojedyncze pokoje z węzłami sanitarnymi”.

Dodał ponadto, że chorzy w tej sytuacji potrzebowali opieki DPS, a nie szpitalnej, gdzie byliby narażeni na inne dodatkowe zakażenia. Przekonuje także, że oferował „natychmiastową pomoc w przypadku konieczności hospitalizacji”.
Źródło info i foto: wp.pl

Kasjerka wyniosła z kasy CBA 5 mln złotych. Ogromna kompromitacja służb

Wyszkoleni do łapania złodziei i łapowników agenci sami dali się okraść! I to przez kasjerkę, która w sklepowej reklamówce miała wynieść po kawałku 5 mln zł z kasy CBA. Po tej kompromitacji służb pracę straciło dwóch ważnych dyrektorów, ale afera obnażyła słabość fundamentów, na których stoi nasze państwo.

Według nieoficjalnych informacji kasjerka CBA Katarzyna G. najpewniej przez lata wynosiła pieniądze przeznaczone na fundusz operacyjny CBA. Pieniądze miała upychać w zwykłej reklamówce z marketu. Według osoby powiązanej z biurem, która udzieliła wywiadu Onetowi, kasjerka mogła ukraść w ten sposób nawet 5 mln zł! Jak to możliwe, że służby tego nie widziały?

Według informacji „Rzeczpospolitej”, Katarzyna G. była zaufaną dyrektora pionu finansów w CBA. Dzięki temu zarządzała gotówką z funduszu operacyjnego biura. Teraz kasjerka odpowie za kradzież i trafiła na trzy miesiące za kratki. Pracę w CBA stracili dyrektorzy pionu finansowego i pionu bezpieczeństwa wewnętrznego.

A jak na aferę we własnych szeregach zareagowało CBA? Zaprzeczeniem i wyparciem… – Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe – powtarza rzecznik Temistokles Brodowski.

Jednak minister Zbigniew Ziobro (50 l.) oświadczył, że sprawa jest i jest wyjaśniania.

W środę na komisji ds. służb specjalnych z afery miał się tłumaczyć szef CBA Ernest Bejda (47 l.), ale… nie przyszedł. Jak dowiedział się Fakt, przysłał tylko oszczędny w słowach list. – Sprawa jest bardzo poważna. Domagamy się wyjaśnień – mówi Faktowi poseł Adam Szłapka (36 l.) z Nowoczesnej.

To nie wszystkie wpadki w ważnych państwowych instytucjach.

Miał kontrolować przepływy finansowe, a trafił na ławę oskarżonych i grozi mu nawet 10 lat więzienia! Byłemu szefowi Komisji Nadzoru Finansowego, Markowi Chrzanowskiego (39 l.) prokuratura zarzuca próbę wymuszenia łapówki od milionera Leszka Czarneckiego (58 l.), właściciela Getin Noble Banku. W zamian za 40 mln zł Komisja miałaby być przychylna bankowi Czarneckiego.

Jakby tego było mało, NIK w najnowszym raporcie ostro krytykuje działania KNF wobec spółki GetBack. Kupcy jej obligacji stracili w aferze 2,5 mld zł! KNF nie wykryła żadnych zagrożeń i przez pierwsze 5 lat działalności GetBacku nie przeprowadziła w spółce ani jednej kontroli. A kiedy w końcu to zrobiła, to nierzetelnie.

Trzeba zmienić ten system

– To jest państwo z tektury i z dykty i mówię o tym od lat – komentuje Paweł Kukiz (57 l.), klub Kukiz-PSL.– Zaskakuje mnie tylko przyzwolenie społeczne na takie działania. Nie krytykuję programu 500+, ale czy nie jest tak, że w cieniu tych 500 zł kradnie i marnuje się miliony? Do tego cokolwiek władza zrobi, naród nie może jej odwołać. Dlatego trzeba zmienić system i dać ludziom więcej władzy.

W NIK rządzi skompromitowany prezes

Tekturowe fundamenty naszej administracji widać doskonale na przykładzie Najwyższej Izby Kontroli i rządzącego nią skompromitowanego Mariana Banasia (65 l.). Wychwalany początkowo przez PiS za swą rzekomą uczciwość miał stać na straży państwowych pieniędzy. Szybko jednak okazało się, że problemem jest jego własny majątek. W jego krakowskiej kamienicy – którą miał dostać w prezencie od ubogiego emeryta – gangsterzy prowadzili dom schadzek. Prokuratura na wniosek CBA prowadzi też śledztwo w sprawie błędów w jego oświadczeniach majątkowych. Według śledczych na kontach Banasia miały pojawić się też tajemnicze przelewy. Od kogo i za co? To ma ustalić prokuratura, bo sam Banaś odmawia odpowiedzi na te pytania.

Mimo tych wszystkich podejrzeń Banasia z funkcji prezesa NIK nie można usunąć, bo zabraniają tego przepisy. A on sam gra wszystkim na nosie i sam ustąpić nie zamierza.

Tak źle jeszcze nie było

– Państwo upadło tak nisko jak nigdy w ciągu ostatnich 30 lat – mówi Tomasz Siemoniak (53 l.), PO. – Afera goni aferę i nikt nie wyciąga z tego wniosków. To, co się dzieje obecnie w CBA, to kropla, która przelewa czarę goryczy. Służby odpowiedzialne za walkę z korupcją są bezradne. Do odpowiedzialności nie poczuwają się ani szef CBA, ani minister koordynator służb Mariusz Kamiński. Szewc bez butów chodzi.

– Nasze państwo jest niestety dziurawe jak durszlak, albo sito – mówi Krzysztof Śmiszek (41 l.) Lewica. – Jeśli znajdzie się tylko ktoś, kto ma trochę sprytu, to potrafi wyciągać państwowe pieniądze jak chce i ile chce. Jak widać na przykładzie CBA, pieniądze można wyciągnąć nawet z samych służb specjalnych. Takich afer jest dużo. Tak dalej być nie może!
Źródło info i foto: Fakt.pl

Kradzież pieniędzy operacyjnych w CBA. Bejda podał się do dymisji

Z centrali antykorupcyjnej służby zniknęło 10 mln zł, połowa w gotówce. Lecą głowy.

W ostatnich dniach 2019 r., kiedy cała Polska była na świętach, pod centralę Centralnego Biura Antykorupcyjnego zajechała pancerna furgonetka, żeby odebrać z gotówkę jaka została w funduszu operacyjnym, niewykorzystana przez funkcjonariuszy. Praktyka jest taka, że na początku roku CBA odbierają z NBP pieniądze na operacje zaplanowane na najbliższe miesiące. Część trafia na różne konta, część wypłacana jest w gotówce na wydatki, które nie powinny po sobie zostawić śladu. Agenci z terenowych delegatur przyjeżdżają pobrać pieniądze na konkretne akcje, a na koniec roku zdają to co zostało. Z rocznego rozliczenia wynikało, że w kasie biura na koniec 2019 r. powinno zostać kilka milionów nadwyżki. Rozliczeniami pieniężnymi zajmowała się agentka CBA, pracownica z kilkuletnim stażem.

Po wejściu do budynku agenci z konwoju zauważyli, że punkt kasowy jest otwarty, a w kasie nie ma gotówki. Natychmiast zadzwonili do kasjerki z pytaniem co stało się z pieniędzmi, ta jednak odpowiedziała, że są święta i zajmuje się dziećmi. To samo agenci usłyszeli podczas wizyty w domu pracownicy CBA.

Afera na koniec kadencji

Wrócili do centrali z niczym. W biurze została uruchomiona procedura sprawdzająca, która wykazała brak co najmniej 5,5 mln zł w gotówce.

– Zaczęły się gorączkowe telefony i rozmowy, bo stało się jasne, że nie mamy do czynienia ze zwykłą malwersacją, jednorazową akcją, ale z zaplanowanym procederem, realizowanym przez dłuższy czas. 5 mln zł w gotówce to masa pieniędzy o wadze kilkudziesięciu kilogramów, które można spakować do furgonetki. Wszystko wskazuje na to, że pieniądze były porcjami wynoszone z CBA w torbie – mówi osoba zbliżona do resortu spraw wewnętrznych, zastrzegając sobie anonimowość.

Fakt, że nikt nie zauważył jak pracownica metodą na mrówkę wynosi pieniądze to jedno. Drugie pytanie dotyczy zasad i skrupulatności rozliczeń w CBA i kontroli nad przepływami finansów, bo manko na kilka milionów to nie pomyłka w sklepowej kasie na kilkadziesiąt złotych.

Konfuzja w centrali CBA była tym większa, że to nie pierwsze manko w funduszu operacyjnym. W połowie 2019 r. też zniknęły z niego pieniądze – milion złotych, który miał zostać przeznaczony na okup. Pieniądze w trakcie operacji wyparowały.

I najważniejsza kwestia: do malwersacji doszło na miesiąc przed upływem kadencji Ernesta Bejdy, szefa CBA. W kierownictwie biura jest od 2015 r., przez pierwszy rok w randze p.o. szefa, a od 2016 r. jako pełnoprawny szef. CBA to jego dziecko. Zakładał biuro wspólnie z Mariuszem Kamińskim i w latach 2006-09 był jego zastępcą w nowo utworzonej jednostce.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie było jasne, czy będzie się on ubiegał o kolejną kadencję. Ernest Bejda jest prawnikiem, typem naukowca, nie funkcjonariusza służb i w związku z brakiem poważniejszych sukcesów na koncie wydawało się, że po skończeniu służby poszuka zatrudnienia gdzie indziej. Nasi rozmówcy wskazują jednak, że niedawna akcja CBA, które wezwało w mediach społecznościowych do informowania o przypadkach korupcyjnych z udziałem Tomasza Grodzkiego, marszałka senatu wskazuje, że Ernest Bejda postanowił zdobyć punkty w obozie władzy przed zbliżającymi się wyborami na kolejną kadencję. Szefa CBA powołuje i odwołuje premier po zasięgnięciu opinii prezydenta, kolegium ds. służb specjalnych i sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

Według naszych źródeł, afera z kasą z funduszu operacyjnego z każdym dniem stawała się coraz poważniejsza. Nasi rozmówcy twierdzą, że podejrzani o wyprowadzenie gotówki z centrali odmówili współpracy i wskazania miejsca, gdzie pieniądze zostały zdeponowane. W mediach pojawiła się informacja, że pracownica CBA, odpowiedzialna za kasę wydała pieniądze na gry hazardowe a Prokuratura Krajowa zabezpieczyła część funduszy na rachunku jednego z internetowych bukmacherów. Nasze źródła kwitują te doniesienia krótko: „fake news”.

Główny problem centrali CBA polega na tym, że nie wiadomo na co pieniądze poszły, czy główni podejrzani zorganizowali cały proceder, czy są jedynie uczestnikami większej akcji.

10 mln zł a nie 5 mln

Jak na razie poleciały pierwsze głowy. W czwartek szef CBA zwolnił szefa pionu finansowego oraz szefa pionu bezpieczeństwa wewnętrznego. Dymisje świadczą o wadze sprawy i powadze sytuacji. Obydwaj dyrektorzy to ważne postacie CBA i bliscy współpracownicy Ernesta Bejdy.

Z naszych informacji wynika, że sprawy zaszły tak daleko, iż poświęcono ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za brak nadzoru oraz przeoczenie przestępczego procederu, licząc że to przetnie trudny temat. Nie wystarczyło. W piątek kolejne media (najpierw Onet, potem Polska The Times) zaczęły pisać o manku w CBA i o sprawie zrobiło się głośno.

Nasze źródła twierdzą, że najnowsze ustalenia kontrolne wskazują na znacznie większą lukę w finansach niż pierwotnie się wydawało. Możliwe, że skala malwersacji jest prawie dwukrotnie większa i wynosi około 10 mln zł. Takie mają być wnioski z audytu finansowego przeprowadzonego w biurze po ujawnieniu manka w kasie. Przy czym połowa tej kwoty to gotówką, która zniknęła z funduszu operacyjnego. Druga połowa to nieprawidłowości do jakich mało dojść we wcześniejszym okresie.

W świetle tych ustaleń Ernest Bejda, jak twierdzą nasze źródła, miał złożyć dymisję na ręce Mariusza Kamińskiego, ministra spraw wewnętrznych. Rezygnacja nie została przyjęta.

Nie udało nam się uzyskać żadnej odpowiedzi na szereg pytań zadach w tej sprawie od biura prasowego CBA.
Źródło info i foto: pb.pl

Afera SKOK Wołomin. Gotowy akt oskarżenia w sprawie prania pieniędzy

Prokuratura Okręgowa w Gorzowie Wlkp. skierowała do Sądu Okręgowego w Gorzowie akt oskarżenia przeciwko byłemu oficerowi WSI Piotrowi P. sprawa dotyczy prania brudnych pieniędzy, jednego z wątków afery SKOK Wołomin. Śledczy ustalili, że grupa przestępcza, którą kierował, wyprała ponad 350 mln zł.

Liczący przeszło 700 stron akt oskarżenia to wynik współpracy Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wlkp. z Warszawską Delegaturą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Według śledczych Piotr P. (były oficer WSI, w okresie PRL służył w kontrwywiadzie wojskowym) kierował grupą przestępczą, której był założycielem, a która od 2007 roku zajmowała się uzyskiwaniem wielomilionowych pożyczek pieniężnych ze SKOK w Wołominie.

P. miał we współpracy z innymi ustalonymi i nieustalonymi osobami doprowadzić do zawarcia co najmniej 911 umów pożyczkowych/kredytowych. W tym zakresie Prokuratura Okręgowa w Gorzowie prowadzi odrębne postępowanie.

Podejrzany miał podejmować również różnego rodzaju działania mające ukryć przestępne pochodzenie pieniędzy w kwocie ponad 350 mln zł. Polegały one na tym, że na rachunek swój i innych członków SKOK Wołomin, do których posiadał pełnomocnictwa, przyjmował lub polecał przyjmować róże kwoty pieniężne, wpłacane zarówno w gotówce, jak i przelewem. Kwoty te pochodziły z korzyści związanych z wyłudzeniami pożyczek i kredytów ze SKOK w Wołominie.

Pieniądze te były transferowane dalej. Dla nadania tym działaniom pozorów legalności zawierano fikcyjne umowy pożyczek, umowy przejęcia wierzytelności, umowy inwestycyjne, związane z działalnością podmiotów gospodarczych itp. Żadne z tych aktywności nie miały jednak odzwierciedlenia w zdarzeniach gospodarczych. Celem było wyłącznie ukrycie i dalsze przeniesienie własności środków pieniężnych z jednoczesnym ich lokowaniem w zakup mienia ruchomego i nieruchomości na terenie Polski i za granicą – przekazała prokuratura.

Piotrowi P. zarzucono popełnienie 227 czynów kwalifikowanych. Grozi mu za nie kara do 15 lat pozbawienia wolności. Oskarżony jest tymczasowo aresztowany.
Źródło info i foto: TVP.info

Adwokat Marcin Dubieniecki trafi do aresztu. Jest decyzja szczecińskiego sądu

Sąd Rejonowy w Szczecinie zdecydował w środę o dalszych losach Marcina Dubienieckiego. Były mąż Marty Kaczyńskiej spędzi najbliższe dwa miesiące w areszcie. Drugi zatrzymany w tej sprawie, były wiceminister skarbu Przemysław Morysiak nie został aresztowany.

Chodzi o tzw. aferę w SKOK Wołomin. Zarówno Marcin Dubieniecki jak i Przemysław Morysiak usłyszeli zarzut płatnej protekcji, powoływania się na wpływy w instytucji państwowej i przyjmowania korzyści majątkowej w zamian za pośrednictwo w załatwieniu sprawy. Mężczyznom może grozić nawet do ośmiu lat więzienia.

Trzecim zatrzymanym w tej sprawie jest warszawski biznesmen Krzysztof B., który usłyszał zarzut wręczania korzyści majątkowej. Wobec niego sąd zastosował wolnościowe środki zapobiegawcze, w tym poręczenie majątkowe i dozór policji.

Marcin Dubieniecki i Przemysław Morysiak wyrazili zgody na publikowanie ich nazwisk i wizerunków.
Źródło info i foto: se.pl

Pół miliona złotych za płatną protekcję? Wśród zatrzymanych były mąż Marty Kaczyńskiej

Pół miliona złotych łapówki mieli przyjąć od jednego z biznesmenów znany adwokat Marcin D. oraz były wiceminister skarbu Przemysław M. – dowiedział się nieoficjalnie reporter RMF FM. W poniedziałek wszyscy trzej mężczyźni zostali zatrzymani przez CBA w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości w nadzorze nad SKOK Wołomin. W zamian za łapówkę adwokat oraz były urzędnik rządowy mieli – zapewniając o swoich wpływach w różnych instytucjach państwowych – załatwiać, żeby do władz SKOK Wołomin trafiła wskazana przez biznesmena osoba.

Miała ona gwarantować dalsze udzielanie kredytów na „słupy”, w czasie gdy było już wiadomo o kłopotach finansowych SKOK-u. Po południu będzie wiadomo, czy prokuratura złoży wnioski o areszt dla podejrzanych.
Źródło info i foto: RMF24.pl