Kradzież pieniędzy operacyjnych w CBA. Bejda podał się do dymisji

Z centrali antykorupcyjnej służby zniknęło 10 mln zł, połowa w gotówce. Lecą głowy.

W ostatnich dniach 2019 r., kiedy cała Polska była na świętach, pod centralę Centralnego Biura Antykorupcyjnego zajechała pancerna furgonetka, żeby odebrać z gotówkę jaka została w funduszu operacyjnym, niewykorzystana przez funkcjonariuszy. Praktyka jest taka, że na początku roku CBA odbierają z NBP pieniądze na operacje zaplanowane na najbliższe miesiące. Część trafia na różne konta, część wypłacana jest w gotówce na wydatki, które nie powinny po sobie zostawić śladu. Agenci z terenowych delegatur przyjeżdżają pobrać pieniądze na konkretne akcje, a na koniec roku zdają to co zostało. Z rocznego rozliczenia wynikało, że w kasie biura na koniec 2019 r. powinno zostać kilka milionów nadwyżki. Rozliczeniami pieniężnymi zajmowała się agentka CBA, pracownica z kilkuletnim stażem.

Po wejściu do budynku agenci z konwoju zauważyli, że punkt kasowy jest otwarty, a w kasie nie ma gotówki. Natychmiast zadzwonili do kasjerki z pytaniem co stało się z pieniędzmi, ta jednak odpowiedziała, że są święta i zajmuje się dziećmi. To samo agenci usłyszeli podczas wizyty w domu pracownicy CBA.

Afera na koniec kadencji

Wrócili do centrali z niczym. W biurze została uruchomiona procedura sprawdzająca, która wykazała brak co najmniej 5,5 mln zł w gotówce.

– Zaczęły się gorączkowe telefony i rozmowy, bo stało się jasne, że nie mamy do czynienia ze zwykłą malwersacją, jednorazową akcją, ale z zaplanowanym procederem, realizowanym przez dłuższy czas. 5 mln zł w gotówce to masa pieniędzy o wadze kilkudziesięciu kilogramów, które można spakować do furgonetki. Wszystko wskazuje na to, że pieniądze były porcjami wynoszone z CBA w torbie – mówi osoba zbliżona do resortu spraw wewnętrznych, zastrzegając sobie anonimowość.

Fakt, że nikt nie zauważył jak pracownica metodą na mrówkę wynosi pieniądze to jedno. Drugie pytanie dotyczy zasad i skrupulatności rozliczeń w CBA i kontroli nad przepływami finansów, bo manko na kilka milionów to nie pomyłka w sklepowej kasie na kilkadziesiąt złotych.

Konfuzja w centrali CBA była tym większa, że to nie pierwsze manko w funduszu operacyjnym. W połowie 2019 r. też zniknęły z niego pieniądze – milion złotych, który miał zostać przeznaczony na okup. Pieniądze w trakcie operacji wyparowały.

I najważniejsza kwestia: do malwersacji doszło na miesiąc przed upływem kadencji Ernesta Bejdy, szefa CBA. W kierownictwie biura jest od 2015 r., przez pierwszy rok w randze p.o. szefa, a od 2016 r. jako pełnoprawny szef. CBA to jego dziecko. Zakładał biuro wspólnie z Mariuszem Kamińskim i w latach 2006-09 był jego zastępcą w nowo utworzonej jednostce.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie było jasne, czy będzie się on ubiegał o kolejną kadencję. Ernest Bejda jest prawnikiem, typem naukowca, nie funkcjonariusza służb i w związku z brakiem poważniejszych sukcesów na koncie wydawało się, że po skończeniu służby poszuka zatrudnienia gdzie indziej. Nasi rozmówcy wskazują jednak, że niedawna akcja CBA, które wezwało w mediach społecznościowych do informowania o przypadkach korupcyjnych z udziałem Tomasza Grodzkiego, marszałka senatu wskazuje, że Ernest Bejda postanowił zdobyć punkty w obozie władzy przed zbliżającymi się wyborami na kolejną kadencję. Szefa CBA powołuje i odwołuje premier po zasięgnięciu opinii prezydenta, kolegium ds. służb specjalnych i sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

Według naszych źródeł, afera z kasą z funduszu operacyjnego z każdym dniem stawała się coraz poważniejsza. Nasi rozmówcy twierdzą, że podejrzani o wyprowadzenie gotówki z centrali odmówili współpracy i wskazania miejsca, gdzie pieniądze zostały zdeponowane. W mediach pojawiła się informacja, że pracownica CBA, odpowiedzialna za kasę wydała pieniądze na gry hazardowe a Prokuratura Krajowa zabezpieczyła część funduszy na rachunku jednego z internetowych bukmacherów. Nasze źródła kwitują te doniesienia krótko: „fake news”.

Główny problem centrali CBA polega na tym, że nie wiadomo na co pieniądze poszły, czy główni podejrzani zorganizowali cały proceder, czy są jedynie uczestnikami większej akcji.

10 mln zł a nie 5 mln

Jak na razie poleciały pierwsze głowy. W czwartek szef CBA zwolnił szefa pionu finansowego oraz szefa pionu bezpieczeństwa wewnętrznego. Dymisje świadczą o wadze sprawy i powadze sytuacji. Obydwaj dyrektorzy to ważne postacie CBA i bliscy współpracownicy Ernesta Bejdy.

Z naszych informacji wynika, że sprawy zaszły tak daleko, iż poświęcono ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za brak nadzoru oraz przeoczenie przestępczego procederu, licząc że to przetnie trudny temat. Nie wystarczyło. W piątek kolejne media (najpierw Onet, potem Polska The Times) zaczęły pisać o manku w CBA i o sprawie zrobiło się głośno.

Nasze źródła twierdzą, że najnowsze ustalenia kontrolne wskazują na znacznie większą lukę w finansach niż pierwotnie się wydawało. Możliwe, że skala malwersacji jest prawie dwukrotnie większa i wynosi około 10 mln zł. Takie mają być wnioski z audytu finansowego przeprowadzonego w biurze po ujawnieniu manka w kasie. Przy czym połowa tej kwoty to gotówką, która zniknęła z funduszu operacyjnego. Druga połowa to nieprawidłowości do jakich mało dojść we wcześniejszym okresie.

W świetle tych ustaleń Ernest Bejda, jak twierdzą nasze źródła, miał złożyć dymisję na ręce Mariusza Kamińskiego, ministra spraw wewnętrznych. Rezygnacja nie została przyjęta.

Nie udało nam się uzyskać żadnej odpowiedzi na szereg pytań zadach w tej sprawie od biura prasowego CBA.
Źródło info i foto: pb.pl

Afera SKOK Wołomin. Gotowy akt oskarżenia w sprawie prania pieniędzy

Prokuratura Okręgowa w Gorzowie Wlkp. skierowała do Sądu Okręgowego w Gorzowie akt oskarżenia przeciwko byłemu oficerowi WSI Piotrowi P. sprawa dotyczy prania brudnych pieniędzy, jednego z wątków afery SKOK Wołomin. Śledczy ustalili, że grupa przestępcza, którą kierował, wyprała ponad 350 mln zł.

Liczący przeszło 700 stron akt oskarżenia to wynik współpracy Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wlkp. z Warszawską Delegaturą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Według śledczych Piotr P. (były oficer WSI, w okresie PRL służył w kontrwywiadzie wojskowym) kierował grupą przestępczą, której był założycielem, a która od 2007 roku zajmowała się uzyskiwaniem wielomilionowych pożyczek pieniężnych ze SKOK w Wołominie.

P. miał we współpracy z innymi ustalonymi i nieustalonymi osobami doprowadzić do zawarcia co najmniej 911 umów pożyczkowych/kredytowych. W tym zakresie Prokuratura Okręgowa w Gorzowie prowadzi odrębne postępowanie.

Podejrzany miał podejmować również różnego rodzaju działania mające ukryć przestępne pochodzenie pieniędzy w kwocie ponad 350 mln zł. Polegały one na tym, że na rachunek swój i innych członków SKOK Wołomin, do których posiadał pełnomocnictwa, przyjmował lub polecał przyjmować róże kwoty pieniężne, wpłacane zarówno w gotówce, jak i przelewem. Kwoty te pochodziły z korzyści związanych z wyłudzeniami pożyczek i kredytów ze SKOK w Wołominie.

Pieniądze te były transferowane dalej. Dla nadania tym działaniom pozorów legalności zawierano fikcyjne umowy pożyczek, umowy przejęcia wierzytelności, umowy inwestycyjne, związane z działalnością podmiotów gospodarczych itp. Żadne z tych aktywności nie miały jednak odzwierciedlenia w zdarzeniach gospodarczych. Celem było wyłącznie ukrycie i dalsze przeniesienie własności środków pieniężnych z jednoczesnym ich lokowaniem w zakup mienia ruchomego i nieruchomości na terenie Polski i za granicą – przekazała prokuratura.

Piotrowi P. zarzucono popełnienie 227 czynów kwalifikowanych. Grozi mu za nie kara do 15 lat pozbawienia wolności. Oskarżony jest tymczasowo aresztowany.
Źródło info i foto: TVP.info

Adwokat Marcin Dubieniecki trafi do aresztu. Jest decyzja szczecińskiego sądu

Sąd Rejonowy w Szczecinie zdecydował w środę o dalszych losach Marcina Dubienieckiego. Były mąż Marty Kaczyńskiej spędzi najbliższe dwa miesiące w areszcie. Drugi zatrzymany w tej sprawie, były wiceminister skarbu Przemysław Morysiak nie został aresztowany.

Chodzi o tzw. aferę w SKOK Wołomin. Zarówno Marcin Dubieniecki jak i Przemysław Morysiak usłyszeli zarzut płatnej protekcji, powoływania się na wpływy w instytucji państwowej i przyjmowania korzyści majątkowej w zamian za pośrednictwo w załatwieniu sprawy. Mężczyznom może grozić nawet do ośmiu lat więzienia.

Trzecim zatrzymanym w tej sprawie jest warszawski biznesmen Krzysztof B., który usłyszał zarzut wręczania korzyści majątkowej. Wobec niego sąd zastosował wolnościowe środki zapobiegawcze, w tym poręczenie majątkowe i dozór policji.

Marcin Dubieniecki i Przemysław Morysiak wyrazili zgody na publikowanie ich nazwisk i wizerunków.
Źródło info i foto: se.pl

Afera Huawei: Funkcjonariusz ABW podejrzany o szpiegostwo na rzecz Chin wyszedł z aresztu

Dalszy ciąg afery Huawei. W styczniu aresztowano Weijinga W., jednego z dyrektorów polskiego oddziału firmy i Piotra D., byłego oficera ABW. Polak opuścił areszt za kaucją – podaje RMF FM. Onet pisał o aferze Huawei w styczniu 2019 roku. Weijing W. i Piotr D. zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Chin.

– Nigdy świadomie nie miałem kontaktu, a już na pewno nie współpracowałem z jakimkolwiek wywiadem, w szczególności z wywiadem chińskim – podkreślał w oświadczeniu Weijing W.

Po zatrzymaniu zabezpieczono materiały dowodowe, np. telefony i komputery. Warszawski sąd uznał, że Piotr D. raczej nie będzie mataczył, ale prokuratura obawiała się utrudniania śledztwa i wniosła zażalenie. Sąd odrzucił te wnioski i w efekcie umożliwił Piotrowi D. wyjście na wolność za kaucją w wysokości 120 tys. złotych. Weijing W. pozostanie w areszcie do października.

W 2016 roku – za czasów rządu Beaty Szydło – Piotr D. miał być konsultantem w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Do sprawy odniosła się na Twitterze była premier. „Przecinam medialne sensacje – zatrzymany nie był konsultantem u Szydło! Nie doradzał Szydło i nie pracował dla Szydło. Był natomiast przedstawicielem UKE w zespole przygotowującym wizytę Papieża Franciszka podczas ŚDM” – napisała.
Źródło info i foto: onet.pl

W przyszłą środę będzie gotowy raport z pracy komisji ds. Amber Gold

W przyszłą środę na posiedzeniu komisji zostanie posłom udostępniony raport końcowy – poinformowała w czwartek PAP przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold Małgorzata Wassermann (PiS). W raporcie tylko dwie instytucje państwowe oceniono pozytywnie – KNF i Ministerstwo Gospodarki – dodała.

Podczas posiedzenia komisji raport zostanie udostępniony, a potem posłowie dostaną czas na zapoznanie się z nim – powiedziała Wassermann.

Raport na ten moment, a cały czas jeszcze coś dopisujemy, ma 633 strony, więc dam członkom komisji około miesiąca na zapoznanie się, sformułowanie uwag, potem będzie dyskusja, głosowanie, no i kończymy pracę – dodała szefowa komisji.

Pytana o główną tezę raportu Wassermann zwróciła uwagę, że „obowiązkiem komisji było badanie instytucji państwowych, które podlegały kontroli Sejmu”. Podkreśliła, że komisja nie miała za zadanie np. ustalać, gdzie jest przechowywane złoto Amber Gold albo gdzie zostały przekazane pieniądze.

Komisja tylko i wyłącznie miała za zadanie analizę postępowania tych funkcjonariuszy publicznych, którzy podlegają kontroli Sejmu – zaznaczyła Wassermann.

Przyznała też, że z powodów prawnych zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa komisja przekazywała na bieżąco, a nie zostawiała sobie na koniec prac.

Gdy zobaczyłam w roku 2016 dokumenty, zorientowałam się, że w przypadku dużej części przestępstw jesteśmy na granicy przedawnienia, nie możemy więc czekać, tylko musimy te zawiadomienia przesyłać na bieżąco – wyjaśniła.

Jak dodała, zawiadomienia zostały więc przekazane i „postępowania się toczą, nawet z efektami”. – Pokażę wyniki pracy prokuratury, na tyle ile mogę, żeby nie utrudnić postępowania – zapowiedziała. We wnioskach końcowych, związanych z raportem, wniosków do prokuratury już jednak nie będzie – przyznała.

Szefowa komisji dodała, że ocena instytucji państwowych, zawarta w raporcie „jest w największej części krytyczna”. – Są tylko dwie instytucje, które możemy ocenić pozytywnie lub pozytywnie z pewnymi uwagami, natomiast większość z tych ocen jest bardzo zła – powiedziała.

Te dwie instytucje ocenione pozytywnie to Ministerstwo Gospodarki oraz Komisja Nadzoru Finansowego. Pozostałe, jak dodała, działały „w sposób zły albo nawet krytyczny”. Do instytucji najgorzej ocenionych należy np. prokuratura – poinformowała szefowa komisji.

Zgodnie z ustawą o sejmowej komisji śledczej, jej przewodniczący przygotowuje i przedstawia komisji projekt stanowiska w badanej przez komisję sprawie. Do tego stanowiska członkowie komisji mogą zgłaszać poprawki. Ostatecznie swój końcowy raport komisja przyjmuje w drodze uchwały.

Celem powołanej w lipcu 2016 r. komisji śledczej było zbadanie i ocena prawidłowości i legalności działań podejmowanych wobec Amber Gold przez rząd, w szczególności ministrów: finansów, gospodarki, infrastruktury, spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i podległych im funkcjonariuszy publicznych. Od początku funkcjonowania komisja przesłuchała 150 świadków, zapoznała się też z dokumentami.

Do zadań komisji należało też zbadanie działań, jakie podejmowali w sprawie spółki: prezes UOKiK, Generalny Inspektor Informacji Finansowej, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego, a także prokuratura oraz organy powołane do ścigania przestępstw, w szczególności szefowie ABW i CBA oraz Komendant Główny Policji i podlegli im funkcjonariusze publiczni. Komisja śledcza miała także zbadać działania podejmowane ws. Amber Gold przez Komisję Nadzoru Finansowego.

Ostatnim przesłuchiwanym świadkiem, w listopadzie 2018 roku, był były premier Donald Tusk. Poza nim w 2018 roku zeznania przed komisją złożyli m.in. b. szef resortu finansów Jan Vincent-Rostowski, b. wiceszef MF Andrzej Parafianowicz, oraz b. szefowie: KPRM Tomasz Arabski, MSW – Jacek Cichocki, CBA – Paweł Wojtunik, ABW – Krzysztof Bondaryk, BOR – gen. Marian Janicki, a także syndyk masy upadłości Amber Gold Józef Dębiński.

We wrześniu ub. roku komisja zdecydowała, że m.in. wobec Parafianowicza złoży zawiadomienie do prokuratury „za szereg elementów składających się na niedopełnienie obowiązków po jego stronie” w związku ze sprawą Amber Gold.

Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W połowie 2011 r. spółka przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express.

Linie OLT Express upadłość ogłosiły pod koniec lipca 2012 r. Z kolei Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r., a tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich. Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. swoich klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Seksafera na Podkarpaciu. Nowe szczegóły śledztwa

Prokuratura Regionalna w Warszawie potwierdziła, że otrzymała złożone przez CBA zawiadomienie o popełnieniu przestępstw przez b. agenta biura Wojciecha J. Chodzi o tzw. aferę podkarpacką. B. agent CBA twierdzi, że jego przełożeni mieli tuszować skandal obyczajowy z udziałem ważnego polityka PiS. Zdaniem Biura, przestępstwa nie było. Rzeczniczka prasowa Prokuraty Regionalnej Agnieszka Zabłocka-Konopka nie chciała jednak powiedzieć, jakich przestępstw dotyczy złożone przez CBA zawiadomienie – informuje interia.pl za PAP.

W czwartek wieczorem CBA poinformowało na Twitterze, że dotyczyło ono poświadczenia nieprawdy i złożenia zawiadomienia o niepopełnionym przestępstwie.

„Fałszował dokumenty”

Do sensacyjnych twierdzeń byłego agenta CBA odniósł się w czwartek w Sejmie zastępca ministra koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik.

– Moja ocena jest taka, że nigdy żadnego nagrania nie było. Zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby [w CBA – red.], w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny – powiedział Wąsik.

Zastępca Mariusza Kamińskiego powiedział, że „Wojciech J. fałszował dokumentację służbową” i CBA przygotowywało zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie.

Tuszowali skandal?

W marcu Radio Zet podało, że do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry i premiera Mateusza Morawieckiego wpłynęło zawiadomienie dotyczące przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez szefa CBA Ernesta Bejdę. Miał je złożyć były agent CBA, który twierdzi, że jego przełożeni i koledzy tuszowali skandal obyczajowy z udziałem ważnego polityka PiS z Podkarpacia. Media informowały, że tym politykiem miał być marszałek Sejmu Marek Kuchciński, a sprawa miała dotyczyć seksu z nieletnią prostytutką z Ukrainy.

Wirtualna Polska informowała również, że CBA – zdaniem J. – miało nie tylko zatuszować ujawniony przez Radio Zet obyczajowy skandal z udziałem ważnego polityka PiS, który wstrząsnął opinią publiczną. Biuro miało także zignorować informacje m.in. o domniemanej korupcji w sądzie w Szczecinie czy łapówkach przyjmowanych przez funkcjonariuszy publicznych.

O to pytali w czwartek w Sejmie posłowie PO-KO Macieja Wąsika. Ten stwierdził, że Wojciech J. podczas swojej służby od maja 2016 r. do maja 2018 r. nigdy nie zarejestrował żadnych materiałów w formie elektronicznej, w formie płyt.
– Nie ma żadnego dokumentu i dowodu na to, że pozyskał jakiekolwiek nagrania i że je zarejestrował, jako materiały niejawne CBA – powiedział Wąsik.

Zastępca koordynatora służb specjalnych poinformował, że w sierpniu 2017 r. wobec Wojciecha J. CBA wszczęło postępowanie sprawdzające, przez co utracił on na jakiś czas dostęp do informacji niejawnych. Jak twierdzi, postępowanie zostało wszczęte, gdy Wojciech J. „zataił w procesie rekrutacji fakt, że leczył się psychiatrycznie między 2012 a 2016 r. Miał też korzystać ze zwolnienia od psychiatry.

W kwietniu 2018 r. Wojciech J. napisał notatkę, w której sugeruje, że złożono mu propozycję korupcyjną w zamian za nieujawnianie materiałów kompromitujących pewnego polityka.

– Wtedy było przesądzone, że nie uzyska on poświadczenia bezpieczeństwa, że nie będzie miał dostępu do informacji niejawnych i odejdzie ze służby – powiedział Wąsik. Jego zdaniem, notatka była „swoistym szantażem wobec szefa CBA”.

Wojciech J. zaprzecza

W związku z wystąpieniem ministra Wąsika, pełnomocniczka Wojciecha J. Beata Bosak-Kruczek wydała oświadczenie.

„Nie jest prawdą, że po odebraniu poświadczenia bezpieczeństwa b. funkcjonariusz CBA Wojciech J. był zmuszony do odejścia ze służby oraz że szantażował szefa CBA” – napisała radca prawna.

Bosak-Kruczek zaprzecza, że Wojciech J. „kiedykolwiek szantażował szefa CBA ujawnieniem kompromitujących materiałów jednego z polityków Prawa i Sprawiedliwości”. „Przeciwnie, raportem służbowym Wojciech J. poinformował o ustaleniach dokonanych w czasie pełnienie służby, które poczynione zostały na polecenie CBA” – pisze. „O każdej możliwości popełnienia przestępstwa funkcjonariusz zawsze meldował przełożonym, zarówno w CBA jak i wcześniej” – podkreśla.
Źródło info i foto: wp.pl

Były szef KNF w rękach CBA

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. – Mężczyzna trafi do prokuratury w Katowicach, gdzie usłyszy zarzuty korupcyjne – poinformował Temisitokles Brodowski z wydziału komunikacji społecznej Biura.

– Dzięki intensywnej pracy agentów CBA w ubiegłym tygodniu, w tym przeszukaniom prowadzonym przez funkcjonariuszy Biura, przesłuchaniom świadków, zabezpieczeniu dokumentacji, a także sprzętu elektronicznego oraz nośników danych udało się w szybkim tempie dokonać zatrzymania Marka Ch. w celu postawienia mu zarzutów – oświadczył dziś rano Brodowski. Działania te są wynikiem afery KNF, której początek dała publikacja dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Według śledczych ekspertyza wykonana przez ABW miała kluczowe znaczenie dla oceny prawno-karnej materiału przekazanego przez Czarneckiego.

Śledztwo ws. afery KNF nadzoruje śląski wydział zamiejscowy departamentu ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej, który przekazał je do prowadzenia CBA.

Afera KNF

„Gazeta Wyborcza” informowała 13 listopada, że w marcu 2018 r. ówczesny przewodniczący KNF zaoferował Leszkowi Czarneckiemu przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 mln zł – miało to być wynagrodzenie dla wskazanego przez szefa KNF prawnika. Brytyjski „Financial Times”, pisząc o sprawie, podawał z kolei 13,6 miliona. Po artykule w „GW” Chrzanowski złożył dymisję, a premier ją przyjął.

Śledztwo w tej sprawie wszczęto 14 listopada. Jako wstępną kwalifikację prawną przyjęto z art. 231 par. 2 Kodeksu karnego – przekroczenie przez funkcjonariusza publicznego uprawnień celem osiągnięcia korzyści majątkowej przez osobę trzecią. Śledztwo prowadzi śląski wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej, zostało ono powierzone do prowadzenia przez CBA.

Funkcjonariusze Biura 14 listopada przeszukali siedzibę KNF, a także miejsca zamieszkania Marka Chrzanowskiego. Agenci zabezpieczyli wtedy dokumentację, a także sprzęt elektroniczny i nośniki elektroniczne, których używał b. przewodniczący KNF. W śledztwie zabezpieczono też dokumenty: protokoły i nagrania posiedzeń KNF dotyczące sprawy.

– Samo złożenie oferty zatrudnienia konkretnego człowieka można uznać za korupcję (…) Wskazanie jednego procenta to tylko jej dopełnienie – komentował sprawę pełnomocnik Czarneckiego, Roman Giertych. – Przestępstwo korupcyjne nie wymaga określenia konkretnej wartości – podkreślał. Odniósł się w ten sposób do „relacji medialnych”, według których wartość 1 proc. wartości banku była zapisana na kartce, ale nie pojawia się ona w rozmowach.

– Nawet gdyby ten jeden procent nie padł, to i tak korupcja byłaby ewidentna (…) Ale skoro ta wartość padła, to możemy mówić o dopełnieniu oferty korupcyjnej – wskazywał Giertych.

Zobacz także – KNF: informacje, które pojawiły się w „GW”, są nieprawdziwe

W sprawie afery KNF po pierwszej publikacji „Gazety Wyborczej” pojawiały się kolejne doniesienia mediów na jej temat. „Rzeczpospolita” 23 listopada informowała, że „Chrzanowski za pomocą nieznanych w Polsce obligacji hybrydowych miał podeprzeć ofertę korupcyjną dla Leszka Czarneckiego. To za ich wprowadzenie mógł zażądać 1 proc. skapitalizowanej wartości banku biznesmena”.
Źródło info i foto: onet.pl

Nie żyje ukraińska aktywistka poparzona kwasem. Pisała o aferach i nadużyciach władz

Chersońska aktywistka Kateryna Handziuk, oblana kwasem siarkowym przez nieznanych sprawców, umarła w niedzielę rano w szpitalu. – To mogło spotkać każdego z nas – mówią ukraińscy obrońcy praw człowieka.

30-letnia Handziuk, aktywistka, dziennikarka oraz doradczyni mera miasta Chersoń, 31 lipca została zaatakowana kwasem w bramie swojego domu. Substancja ciężko poparzyła 40 proc. ciała kobiety. Handziuk była leczona w kijowskim szpitalu, gdzie przeszła kilka operacji.

Opisywała afery i nadużycia władz

Bliscy kobiety twierdzą, że przyczyną napadu było to, że opisywała na Facebooku powiązania między władzami Chersonia a prorosyjskimi separatystami, nadużycia policji oraz afery korupcyjne na południu Ukrainy.

Atak na Handziuk wywołał ogromne poruszenie wśród Ukraińców. Jej znajomi założyli wraz z ukraińskimi obrońcami praw człowieka stronę „Kto zlecił Katię”, poprzez którą zorganizowali szereg protestów przeciwko bezradności policji.

Po informacji o śmierci kobiety aktywiści zapowiedzieli na niedzielę wieczór akcje przed MSW i na placach najważniejszych ukraińskich miast. Planują zapalić znicze i demonstrować tam z plakatami przedstawiającymi zdjęcie Handziuk i napis „Zamordowano ją”.

„Zabójstwa, pobicia, niszczenie mienia”

– Reakcje opinii publicznej i międzynarodowych organizacji to jedyne, co może zmusić ukraińską policję do działań. Niedawno przez Ukrainę przetoczyła się cała fala ataków na aktywistów. Są to zarówno zabójstwa i pobicia, jak i zniszczenia własności działaczy – palenie samochodów, biur czy rzucanie granatów. Ofiarami są w większości ludzie, którzy sprzeciwiają się korupcji oraz przestępczości zorganizowanej, ekolodzy i obrońcy praw człowieka – mówi PAP Tetiana Peczonczyk, szefowa ukraińskiego Centrum Informacji o Prawach Człowieka.

– Przyczyną ataków jest brak reformy organów ścigania. Zleceniodawcy pozostają bezkarni. Niektórzy aktywiści byli atakowani już kilka razy, a mimo to nie objęto ich żadną ochroną – opowiada.

– Oprócz wyraźnej nieudolności policji i prokuratury w niektórych przypadkach podejrzewamy, że funkcjonariusze celowo sabotują dochodzenia, bo sami są powiązani ze skorumpowanymi władzami lokalnymi. Tak może być i w przypadku Handziuk, ponieważ Kateryna zajmowała się właśnie korupcją w chersońskiej policji – zauważa.

„Jeden z aresztowanych jest ewidentnie niewinny”

Zatrzymano pięciu podejrzanych o napad na Handziuk, jednak wciąż nie ustalono, kto był jego zleceniodawcą.

– Pierwszy z aresztowanych jest ewidentnie niewinny. Przebywał wtedy w innym mieście. Policja złapała go, by uspokoić opinię publiczną i odwrócić uwagę od realnych sprawców – wyjaśnia Peczonczyk.

– Atak na Katerynę Handziuk to cios w całe społeczeństwo obywatelskie Ukrainy. Dopóki sprawcy i zleceniodawcy nie zostaną przykładnie ukarani, żaden ukraiński aktywista nie może czuć się bezpiecznie. Domagamy się, by podali się do dymisji minister spraw wewnętrznych (Arsen Awakow) oraz prokurator generalny Ukrainy (Jurij Łucenko), ponieważ sabotowali oni reformę organów ścigania. Mamy świadomość, że to, co spotkało Katerynę, może spotkać każdego z nas – podkreśla szefowa ukraińskiego Centrum Informacji o Prawach Człowieka.

Wyrazy współczucia rodzinie Handziuk złożył na Facebooku prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Zaznaczył, że śmierć Handziuk jest straszną tragedią, i zwrócił się do organów ścigania o jak najszybsze wykrycie sprawców.

Zabójstwo „ze szczególnym okrucieństwem”

Tymczasem Narodowa Policja Ukrainy umieściła na swojej stronie internetowej informację, że będzie rozpatrywać napad na Handziuk jako „zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem”.

Międzynarodowe organizacje Amnesty International, Human Rights Watch, Freedom House i Frontline Defenders wystosowały w październiku wspólną odezwę do władz Ukrainy w sprawie ataków na działaczy.

„W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy 2018 roku naliczyliśmy ponad 50 napadów. Nie ustalono ani jednego zleceniodawcy. Władze Ukrainy powinny publicznie potępić wszelkie groźby pod adresem obrońców praw człowieka. Urzędnicy muszą natychmiast podjąć zdecydowane działania, aby zapewnić aktywistom pracę w bezpiecznym środowisku oraz bezpieczne korzystanie z przysługujących im praw do wolności słowa i zgromadzeń, a także do pracy bez zagrożenia atakami” – napisano w dokumencie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Kolejne zatrzymania w sprawie afery GetBack

Kolejne sześć osób w środę rano zostało zatrzymanych w śledztwie dotyczącym spółki GetBack, wśród nich jest były wiceprezes zarządu tej spółki – poinformowała Prokuratura Regionalna w Warszawie.

– Dziś na polecenie Prokuratury Regionalnej w Warszawie doszło w godzinach rannych do zatrzymania kolejnych sześciu osób, które mają związek z przestępstwami popełnionymi na szkodę spółki GetBack S.A. – powiedziała w środę rano rzeczniczka prasowa Prokuratury Regionalnej w Warszawie prok. Agnieszka Zabłocka-Konopka.

Jak dodała „wśród tych zatrzymanych jest m.in. były wiceprezes zarządu spółki GetBack S.A. oraz dwóch byłych dyrektorów spółki, a także były asesor komorniczy i były komornik sądowy”.

– Zatrzymanym osobom prokuratorzy ogłoszą postanowienia o przedstawieniu zarzutów dotyczące m.in. popełnienia przestępstwa nadużycia zaufania w obrocie gospodarczym, które doprowadziły do wyrządzenia GetBack S.A. szkody majątkowej w wielkich rozmiarach – powiedziała prok. Zabłocka-Konopka.

Jak zaznaczyła zatrzymania nastąpiły w ramach śledztwa prowadzonego przez prokuraturę regionalną, które dotyczy działalności GetBack. – Postępowanie jest prowadzone w wydziale I ds. przestępczości gospodarczej PR w Warszawie przez zespół prokuratorów powołany przez prokuratora krajowego – dodała.

Zaznaczyła, że dalsze informacje w sprawie prokuratura przekaże zapewne w ciągu dnia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Biznesmen Radosław K. zatrzymany przez CBA w sprawie afery GetBack

W sprawie afery GetBack została zatrzymana kolejna osoba. To Radosław K., który został zatrzymany przez CBA na zlecenie prokuratury w Warszawie. Według prokuratury zatrzymany mężczyzna miał działać w celu osiągnięcia korzyści majątkowej m.in. wspólnie z b. prezesem GetBack oraz jej b. członkiem zarządu – dyrektorem zarządzającym spółki. Rzeczniczka podała, że we wtorek 10 lipca w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie przedstawiono mu zarzuty płatnej protekcji.

Według nieoficjalnych informacji PAP zatrzymany to biznesmen Radosław K. Jego działalność w tej sprawie dotyczy I połowy tego roku.

Po wykonaniu czynności procesowych z podejrzanym i analizie złożonych przez niego wyjaśnień, prokuratorzy podejmą decyzję w przedmiocie środka zapobiegawczego wobec jego osoby – powiedziała PAP Zabłocka-Konopka.

Zarzucono mu płatną protekcję – powoływanie się na wpływy w polskich służbach specjalnych; deklarował też doprowadzenie do przeszukań w siedzibie większościowego akcjonariusza spółki GetBack. Miał też rozpowszechnić w mediach informacje kompromitujące większościowych akcjonariuszy GetBack. W zamian za to miał otrzymać nie mniej niż 3 mln zł w gotówce – podała rzeczniczka.

Prok. Zabłocka-Konopka wyjaśniła, że dla wypłaty takiej kwoty przez władze GetBack zawarta została pozorna umowa o świadczeniu usług z kobietą, której GetBack zobowiązał się zapłacić ponad 4,3 mln zł. Kobieta (Kinga M.-P. – PAP) została już wcześniej zatrzymana przez CBA i po postawieniu zarzutów aresztowana na trzy miesiące.

Podejrzanemu zarzuca się również sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia GetBack znacznej szkody majątkowej w wysokości ponad 1 mln zł – dodała.

Przestępstwa, które zarzucono zatrzymanemu przez CBA mężczyźnie, zagrożone są karą do 10 laty więzienia – zaznaczyła rzeczniczka.

9 osób zatrzymanych do tej pory w śledztwie dotyczącym GetBack
Do tej pory w śledztwie dotyczącym GetBack, CBA zatrzymało dziewięć osób. Wobec sześciu z nich, m.in. b. prezesa spółki Konrada K., wiceprezes Anny P. i Kingi M.-P. sąd zgodził się na trzymiesięczny areszt. Wobec dwu zezwolił na wpłacenie kaucji, ale prokuratura odwołała się od tej decyzji sądu i b. członkowie zarządu pozostają nadal w areszcie czekając na decyzję sądu drugiej instancji.

Wobec dziewiątej osoby – Dariusza S. – brata b. członkini zarządu GetBack Beaty S. prokuratura nie wniosła o areszt – zastosowała poręczenie majątkowe w wysokości 1 mln zł, zakaz opuszczania kraju i dozór policji.

Śledztwo dotyczące GetBack nadzoruje warszawska Prokuratura Regionalna. Zostało ono podjęte 24 kwietnia w ramach zespołu prokuratorów, który został powołany przez Prokuraturę Krajową po zawiadomieniach przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie GetBack. Postępowanie dotyczy wyrządzenia szkody majątkowej o wielkich rozmiarach, prowadzenia ksiąg rachunkowych wbrew przepisom i podawanie nieprawdziwych informacji.

KNF zarzuciła byłemu kierownictwu spółki przeprowadzanie operacji finansowych, mających na celu uniknięcie realnej wyceny posiadanych przez spółkę pakietów wierzytelności.

Spółka GetBack zajmuje się zarządzaniem wierzytelnościami. Powstała w 2012 r., a w lipcu 2017 r. jej akcje zadebiutowały na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie w ramach przeprowadzonej pierwszej oferty publicznej. W kwietniu GPW, na wniosek KNF, zawiesiła obrót akcjami GetBack. Stało się to po tym, gdy 16 kwietnia rano firma podała, że prowadzi negocjacje z PKO BP oraz Polskim Funduszem Rozwoju ws. finansowania o charakterze mieszanym kredytowo-inwestycyjnym w wysokości do 250 mln zł.

Z komunikatu spółki wynikało, że informację uzgodniono „ze wszystkimi zaangażowanymi stronami”, tymczasem PKO BP i PFR zdementowały informacje, że prowadzą takie rozmowy. To wywołało reakcję KNF. W efekcie rada nadzorcza GetBack odwołała ze skutkiem natychmiastowym Konrada K. ze stanowiska prezesa spółki.
Źródło info i foto: interia.pl