„Król dopalaczy” Jan S. niebawem przed sądem. Akt oskarżenia jest już gotowy

„Król dopalaczy” Jan S. wkrótce zasiądzie na ławie oskarżonych. Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga Północ oskarżyła go o kierowanie gangiem handlującym dopalaczami, narażanie życia i zdrowia ponad 16 tys. osób, z czego pięć osób zmarło. Jego sklep przez ponad rok wygenerował 17 mln zł zysku.

Jak poinformował w piątek (18 września) Dział Prasowy Prokuratury Krajowej, akt oskarżenia przeciwko Janowi S. został skierowany do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga w środę (16 września). Śledztwo dotyczyło nie tylko „króla dopalaczy”, ale również jego ojca, partnerki i człowieka, który prał dla gangu pieniądze za granicą.

Prokurator zarzucił Janowi S. popełnienie 17 przestępstw, w tym kierowanie w latach 2014-2020 zorganizowaną grupą przestępczą produkującą dopalacze, udzielającą środków psychoaktywnych i handlującą nimi, głównie przez internet.

„Jan S. odpowie za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia ponad 16 tys. osób poprzez wprowadzenie do obrotu ponad 350 kg dopalaczy” – podał Dział Prasowy PK. „Królowi dopalaczy” zarzuca się także pranie brudnych pieniędzy, werbowanie ludzi do obrotu dopalaczami, a także zmuszanie do posługiwania się fałszywymi dokumentami tożsamości.

Bliscy zaangażowani

Według Prokuratury Rejonowej Warszawa-Praga Północ życiowa partnerka Jana S. przez cztery lata brała udział w procederze handlu dopalaczami i praniu pieniędzy. 28-latka była w stałym kontakcie z partnerem, nawet gdy ukrywał się przed organami ścigania.

W legalizowanie zysków ze sprzedaży dopalaczy miał być zaangażowany także ojciec „króla dopalaczy”, z zawodu adwokat. Ostatnim z oskarżonych jest mężczyzna, który udostępniał gangowi swoje rachunki bankowe. „Oskarżony utworzył także w Słowacji spółkę handlową, której operacje finansowe miały ukryć stwierdzenie przestępczego pochodzenia środków pieniężnych” – wyjaśnia prokuratura.

Przesłuchiwany w prokuraturze Jan S., podobnie jak pozostali oskarżeni, nie przyznał się do popełnienia żadnego z zarzucanych mu czynów i przedstawiał wersje zdarzeń odbiegającą od zgromadzonych w śledztwie dowodów. Z ustaleń śledztwa wynika, że dopalacze były importowane zagranicy.

„Tylko przez 14 miesięcy sklep ten wygenerował przychód w wysokości blisko 17 mln zł” – podała prokuratura. Do marca 2018 roku dopalaczowy gang sprowadził z Holandii ponad 800 kg niebezpiecznych substancji, a z Chin każdego miesiąca zamawiano 100 kg prekursorów do tworzenia dopalaczy.
Źródło info i foto: interia.pl

Trwa proces dotyczący kradzieży 884 świń

Marian C. i jego córka Urszula zostali oskarżeni o przywłaszczenie dokładnie 884 świń o łącznej wartości ponad pół miliona złotych. Przed sądem w Opolu rozpoczął się ich proces.

Według ustaleń śledztwa, do zdarzenia objętego aktem oskarżenia miało dojść latem 2018 roku w jednej z miejscowości pod Otmuchowem. Prowadzący gospodarstwo Marian C. miał przyjąć sprowadzone z Danii świnie do utuczenia od przedsiębiorcy Jarosława T.

Kiedy właściciel zgłosił się po odbiór odchowanych zwierząt, usłyszał, że świń nie ma. Według tłumaczeń rolnika, część z nich padła, a część uciekła w niewiadomym kierunku. Właściciel powiadomił prokuraturę, a ta po przeprowadzeniu dochodzenia, skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko rolnikowi.

Co się stało z tucznikami?

Oskarżeni nie przyznają się do winy. Przed sądem odmówili składania wyjaśnień i nie chcieli odpowiadać na pytania. Z zeznań złożonych w trakcie śledztwa i odczytanych na sali przez sąd wynika, że nie wiedzą, co stało się z 884 tucznikami, które zniknęły z ich gospodarstwa. Jedną z tez zgłaszanych przez oskarżonego śledczym, była możliwość ucieczki tuczników do lasu.

Innego zdania jest pokrzywdzony przedsiębiorca. W niego oskarżeni najprawdopodobniej sprzedali należące do niego tuczniki innemu rolnikowi lub ubojni, a ich wyjaśnienia są jedynie próbą uniknięcia odpowiedzialności za popełnione przestępstwo. Za zarzucane czyny obojgu oskarżonym grozi do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zabójstwo Dżamala Chaszodżdżiego w saudyjskim konsulacie w Stambule. Turcja niezadowolona z wyroku

„Ostateczny werdykt sądu w Rijadzie w sprawie zabójstwa Dżamala Chaszodżdżiego w saudyjskim konsulacie w Stambule nie spełnił oczekiwań Turcji i społeczności międzynarodowej” – napisał na Twitterze rzecznik prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana.

„Nadal nie wiemy, gdzie jest ciało Chaszodżdżiego, kto chciał go zabić lub kim byli ludzie, którzy na miejscu pomagali zabójcom – to podważa wiarygodność postępowania sądowego w Arabii Saudyjskiej” – podkreślił Fahrettin Altun. Wezwał też saudyjskie władze do współpracy w śledztwie prowadzonym w Turcji.

W poniedziałek sąd II instancji w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, skazał na kary po 20 lat więzienia pięciu oskarżonych o zabicie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego. Oznacza to zmianę wyroku sądu I instancji, który w grudniu ubiegłego roku orzekł wobec całej piątki kary śmierci.

Proces był szeroko krytykowany przez organizacje praw człowieka, według których żaden wyższy rangą saudyjski urzędnik ani nikt podejrzany o zlecenie zabójstwa nie został uznany za winnego. Podważono także niezależność saudyjskiego sądu, natomiast sprawozdawczyni ONZ Agnes Callamard nazwała wyrok „farsą”.

Na początku lipca w Stambule rozpoczął się zaoczny proces dwóch byłych doradców saudyjskiego następcy tronu oraz 18 innych Saudyjczyków w związku z zabójstwem Chaszodżdżiego. Sauda al-Kataniego i Ahmeda al-Asiriego, oskarżono o „podżeganie do morderstwa z premedytacją z zamiarem dręczenia (…)”. 18 pozostałym podsądnym postawiono zarzut „dokonania morderstwa z premedytacją z zamiarem dręczenia”.

Rijad odmawia Turcji wydania podejrzanych, uważając, że to saudyjskie sądy są właściwe do sądzenia obywateli tego kraju.

Współpracujący jako komentator z amerykańskim dziennikiem „Washington Post” Chaszodżdżi był krytykiem panujących w Arabii Saudyjskiej stosunków politycznych. W październiku 2018 roku wszedł do saudyjskiego konsulatu w Stambule w celu odebrania dokumentów potrzebnych mu do zawarcia małżeństwa i od tej pory nikt go więcej nie widział.

Zebrany w ramach międzynarodowego niezależnego dochodzenia materiał dowodowy wskazuje, iż Chaszodżdżiego zamordowali obecni w konsulacie agenci saudyjskich służb specjalnych, którzy następnie wywieźli z Turcji jego pokawałkowane zwłoki. Władze Arabii Saudyjskiej konsekwentnie twierdzą, że nie miały nic wspólnego z tą zbrodnią.
Źródło info i foto: TVP.info

Dożywocie grozi 65-letniemu Andrzejowi K.

Dożywotnie więzienie grozi 65-letniemu Andrzejowi K., który przed rokiem, w czasie inspekcji budowlanej na warszawskim Bródnie, postrzelił sąsiadkę, a następnie próbował zabić jej syna i wysadzić budynek przy użyciu materiałów wybuchowych. Prokuratura z Warszawy Pragi przygotowała akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. W zeznaniach przyznał, że do tragedii przyczynił się ciągnący się konflikt sąsiedzki.

Podczas kontroli Andrzej K. sięgnął po broń i oddał kilka strzałów do Agnieszki G. Rany okazały się śmiertelne. Chwilę później mężczyzna wycelował broń w kierunku jej syna, jednak nie wypaliła. Wówczas próbował ugodzić go nożem w okolice żeber.

Zabójstwo na Bródnie. Z nożem, bronią palną i koktajlami mołotowa zemścił się na sąsiadach

Nie udało mu się, więc pospieszył do pobliskiej altany, w której znajdowały się rzeczy pokrzywdzonych. Używając benzyny chciał podpalić budynek. Całość makabrycznej historii widział inspektor budowlany.

Dziś w sprawie pojawił się akt oskarżenia. Informację przekazał rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

„Andrzej K. został oskarżony o zabójstwo Agnieszki G. poprzez oddanie do niej strzałów z broni palnej. Mężczyzna spowodował u pokrzywdzonej pięć ran postrzałowych. Oskarżony jest także o usiłowanie pozbawienia życia Adriana G., syna pokrzywdzonej” – wymienił prokurator Marcin Saduś.

65-latek odpowie także za zniszczenie w wyniku pożaru mienia, a także za przetwarzanie materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia. Oskarżony przyznał się do winy, złożył w sprawie obszerne wyjaśnienia.

Tłem w tej tragicznej historii był niekończący się konflikt sąsiedzki. K. był skłócony z rodziną Agnieszki G. Oskarżony tłumaczył, że próbowano mu ograniczać prawo do zarządzania nieruchomością, mimo że był współwłaścicielem budynku. Dodał, że gdy wrócił po kilku tygodniach nieobecności, to zastał rozebrane budynki gospodarcze.

Za zabójstwo sąsiadki i usiłowanie pozbawienia życia jej syna grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Jest akt oskarżenia ws. brutalnego gwałtu na 15-miesięcznej dziewczynce

Młody mężczyzna został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem 15-miesięcznej dziewczynki i znęcanie się nad nią. Mężczyzna przyznaje się jedynie do spowodowania obrażeń u dziecka. Grozi mu do 12 lat więzienia.

O sprawie gwałtu na niemowlęciu mówiła cała Polska. Do makabrycznych wydarzeń doszło w październiku ubiegłego roku w jednym z bloków przy ul. Polowej w Łomży. 22-letni wówczas mężczyzna, wujek dziewczynki, został poproszony przez swoją kuzynkę o opiekę nad dzieckiem podczas jej nieobecności.

W nocy z soboty na niedzielę rodzice przewieźli swoją córkę do szpitala w Łomży, a stamtąd do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Dziewczynka była hospitalizowana z urazami głowy, kończyn i okolic intymnych.

Personel szpitala po oględzinach dziecka natychmiast zawiadomił policję. Mężczyzna, który miał opiekować się dziewczynką, w chwili zatrzymania był nietrzeźwy. Od tamtego czasu przebywa w areszcie.

Aleksandrosowi M. zarzucono, że „działając ze szczególnym okrucieństwem, znęcał się fizycznie i psychicznie nad piętnastomiesięczną małoletnią w ten sposób, że uderzał wymienioną po całym ciele, przypalał żarem papierosa, a następnie doprowadził małoletnią do poddania się innej czynności seksualnej, w wyniku czego pokrzywdzona doznała obrażeń ciała stanowiących naruszenie czynności narządu ciała na okres poniżej siedmiu dni” – podawało wówczas Polskie Radio Białystok.

27 października 2019 wszczęto śledztwo w tej sprawie. W jego trakcie zlecono kilkutygodniową szpitalną obserwację ówczesnego podejrzanego, by ocenić stan jego poczytalności. Jak poinformował w czwartek rzecznik łomżyńskiej prokuratury okręgowej Rafał Kaczyński, biegli nie stwierdzili w tym przypadku choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego bądź „organicznego uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego”.

„Oskarżony w czasie popełnienia czynu miał zachowaną zdolność rozumienia znaczenia czynu i zachowaną zdolność pokierowania swoim postępowaniem” – dodał prokurator.

Stawiając zarzuty, śledczy zastosowali kwalifikację prawną m.in. z art. 197 par. 1, 197 par. 3 pkt 2 oraz art. 197 par. 4 Kodeksu karnego; mowa jest w nich o gwałcie wobec osoby małoletniej poniżej 15 roku życia oraz o działaniu ze szczególnym okrucieństwem. Zarzuty obejmują też znęcanie się fizyczne i psychiczne nad małym dzieckiem nieporadnym ze względu na wiek (w opisie czynu jest mowa o biciu i przypalaniu papierosem), oraz naruszenie – wskutek tych obrażeń – czynności jego ciała.

W czwartek do Sądu Okręgowego w Łomży trafił akt oskarżenia. Mężczyźnie grozi od 5 do 12 lat więzienia. Aleksandros M. przyznał się do spowodowania obrażeń ciała u dziecka, ale nie do przestępstwa na tle seksualnym.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Były detektyw Krzysztof R. stanie przed sądem. Odpowie za działalność bez licencji

Były detektyw Krzysztof R. stanie przed łódzkim sądem. Prokuratura Łódź Polesie zamierza oskarżyć popularnego śledczego o prowadzenie działalności detektywistycznej bez wymaganej licencji. Grozi mu kara do dwóch lat więzienia. R. utrzymuje, że jest niewinny i że nie obawia się procesu.

Jak poinformował w czwartek Tomasz Szczepanek z Prokuratury Okręgowej w Łodzi, byłemu detektywowi zarzut dotyczy prowadzenia działalności bez licencji w jednej sprawie, którą objęte było postępowanie. Rozprawa będzie toczyła się przed Sądem Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia.

„Prokuratura Rejonowa Łódź Polesie skierowała do sądu akt oskarżenie przeciwko Krzysztofowi R. za czyn z art. 46 ust. 2 ustawy o usługach detektywistycznych. Konkretnie o prowadzenie działalności detektywistycznej bez wymaganej licencji, za co grozi kara pozbawienia wolności do lat dwóch” – czytamy.

Jak donosi „Dziennik Łódzki”, chodzi o sprawę śledzenia w Łodzi oszustki podającej się za sędzię. W kwietniu ubiegłego roku R. doprowadził do zatrzymania na jednym z łódzkich osiedli 41-letniej łodzianki, która według byłego detektywa wyłudzała pieniądze od swoich ofiar podając się za sędzię oraz powołując na wpływy w urzędach. 

Detektyw utrzymuje, że jest niewinny i że nie obawia się procesu. Mówi też, że nie złamał przepisów. W cytowanej wypowiedzi b. detektyw tłumaczy, że w czasie akcji, która doprowadziła do zatrzymania kobiety, jadąc za nią autem znajdował się w gronie osób mających licencje detektywistyczne. O prowadzonym pościgu miał też na bieżąco informować policję i – jak przekonuje – działał pro publico bono. „Moim zdaniem śledczy w tej sprawie zachowali się żenująco i nieprofesjonalnie” – podkreślił w rozmowie z „Dziennikiem Łódzkim”.

Śledczy w toku postępowania ustalili, że wszystkie czynności w tej sprawie były nadzorowane i zlecone przez R. W ich opinii nie doszło do obywatelskiego zatrzymania, a kobieta była przez R. śledzona, czego bez wymaganej licencji robić nie wolno.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe informacje o sprawcy wybuchu w Białymstoku

Mężczyzna, który prawdopodobnie dokonał tzw. rozszerzonego samobójstwa w Białymstoku, miał w związku z zarzutami znęcania się nad bliskimi m.in. czasowy nakaz opuszczenia domu. W białostockim sądzie jest akt oskarżenia; proces miał rozpocząć się pod koniec listopada.

Prokuratura Okręgowa w Białymstoku będzie prowadziła śledztwo dotyczące okoliczności śmierci czterech osób i eksplozji, do której doszło w poniedziałek w jednym z domów jednorodzinnych w mieście. Ofiary, to 10-letnia dziewczynka, jej rodzice w wieku 40 lat (matka) i 47 lat (ojciec) oraz 72-letnia babcia, matka mężczyzny. Pierwsze informacje wskazywały na to, że są to ofiary eksplozji, najprawdopodobniej gazu. Po wstępnych oględzinach zwłok okazało się jednak, że dziewczynka i dwie kobiety mają na ciele rany zadane ostrym narzędziem i ślady wskazujące na to, że się broniły przed atakiem; mężczyzna zaś miał na szyi pętlę.

Stąd wstępna ocena śledczych, że doszło do tzw. rozszerzonego samobójstwa, czyli sytuacji, gdy najpierw dochodzi do zabójstwa (lub zabójstw), a potem ich sprawca sam odbiera sobie życie.

Rodzina miała założoną w maju tzw. niebieską kartę (związaną z przypadkami przemocy domowej). Funkcjonariusze zostali wtedy raz wezwani do przypadku przemocy mężczyzny wobec rodziny, napastnik został zatrzymany; sprawa zakończyła się zarzutami i aktem oskarżenia.

Jak poinformowało biuro prasowe Sądu Rejonowego w Białymstoku, mężczyzna został oskarżony o dwa przestępstwa: znęcanie się psychiczne i fizyczne nad żoną i znęcanie się psychiczne nad małoletnią córką oraz kierowanie gróźb karalnych wobec matki. Sprawa miała być rozpoznana przez sąd 24 listopada.

W ramach postępowania przygotowawczego Prokuratura Rejonowa Białystok-Południe stosowała wobec niego środki zapobiegawcze: dozór policji połączony z obowiązkiem stawiennictwa na komisariacie raz w tygodniu (według policji, mężczyzna bez zarzutu wywiązywał się z tego nakazu), ale też zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania się do nich na odległość 3 metrów oraz nakaz opuszczenia lokalu mieszkalnego, zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonymi.

Jak powiedział zastępca szefa Prokuratury Regionalnej w Białymstoku Paweł Sawoń (prokuratura ta kontroluje akta tej sprawy), nakaz opuszczenia lokalu miał obowiązywać w okresie od 1 czerwca do 1 września 2020 roku.

25 sierpnia Sąd Rejonowy w Białymstoku stwierdził brak podstaw do przedłużenia środka zapobiegawczego w postaci nakazu opuszczenia lokalu. Spotkało się to z reakcją prokuratury w postaci zażalenia na to postanowienie. Naszym zdaniem, sąd zupełnie bezpodstawnie stwierdził, że nie zachodzą podstawy do przedłużenia tego środka zapobiegawczego – dodał prok. Sawoń. Zażalenie nie było jeszcze rozpoznane.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nowy akt oskarżenia w aferze podkarpackiej

Policjant Daniel Ś. w hotelu prowadzonym przez sutenerów miał dostać do dyspozycji dwupoziomowy „biały apartament” do imprez z prostytutkami i striptizerkami, z którego latami korzystał za darmo. „Rzeczpospolita” dotarła do zarzutów i głównych tez aktu oskarżenia przeciwko byłym policjantom.

„Biały apartament” do dyspozycji w agencji towarzyskiej sutenerów z Ukrainy, darmowe usługi prostytutek, tańce striptizerek, imprezy i whisky – takie korzyści przyjmowali za łapówki policjanci z „elitarnego” Centralnego Biura Śledczego Policji na Podkarpaciu. Obecnie to byli funkcjonariusze.

Na ławie oskarżonych zasiądą: Krzysztof B. (były szef zarządu CBŚP w Rzeszowie), pracujący tam Daniel Ś. (były naczelnik wydziału do zwalczania przestępczości ekonomicznej), Damian W. (naczelnik wydziału do zwalczania przestępczości narkotykowej) i Piotr J. (były naczelnik wydziału w Przemyślu), Ryszard J. (szef policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie) oraz wywodzący się z policji Robert P. (ostatnio kierujący delegaturą CBA w Rzeszowie).

Jak donosi „Rzeczpospolita” na podstawie aktu oskarżenia – policjant Daniel Ś. miał u sutenerów największe „chody”. Oprócz „białego apartamentu” nr 27 (salon, sypialnie i łazienka z okrągłą wanną) do imprez z prostytutkami, miał przyjąć od braci co najmniej 40 korzyści majątkowych. Miał też zdradzać służbowe tajemnice i jako łapówkę przyjąć też pięć sztuk urządzeń do wypieku naleśników.

„Biały apartament” Daniel Ś. załatwił szefowi Krzysztofowi B., który miał sześciokrotnie przyjąć od braci korzyści w postaci darmowych usług prostytutek, tańców erotycznych i alkoholu.

W akcie oskarżenia są też opisane konkretne skandaliczne sytuacje. W grudniu 2014 r. Krzysztof B. ze szkolenia w Zakopanem kazał zawieźć służbowym autem siebie i towarzyszące mu osoby do agencji braci R. w Tarnowie na imprezę z udziałem prostytutek.

Ryszard J. miał z kolei przekazywać Danielowi Ś. obciążające go anonimy i ukryć informacje o bliskich kontaktach Ś. z osobą poszukiwaną 15 lat listem gończym.

Jak donosi dziennik, z darmowego seksu, trunków, posiłków mieli korzystać też Damian W. (16-krotne przyjęcie korzyści) i Piotr J. (pięciokrotne).

Afera podkarpacka

Głównymi bohaterami afery podkarpackiej są ukraińscy gangsterzy i zarazem bracia Aleksiej i Jewgenij R. Już w latach 90. zaczęli tworzyć na Podkarpaciu sieć ekskluzywnych agencji towarzyskich, do których ściągali m.in. kobiety z Ukrainy. W kilka lat stali się praktycznie monopolistami, jeśli chodzi o rynek agencji towarzyskich w regionie.

Według prokuratury Centralne Biuro Śledcze w Rzeszowie roztoczyło nad braćmi „parasol ochronny”. Dzięki układowi z policją sutenerzy i ich biznes byli nietykalni przez 16 lat – aż do 2017 r. Bracia R. zostali dwukrotnie skazani za sutenerstwo i dwa razy dostali zaskakująco niskie wyroki.

W 2019 r. były agent CBŚ powiedział mediom, że z agencji braci R. korzystało – i było w nich nagrywanych – wiele wpływowych osób, w tym ówczesny marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Płyta z tym nagraniem miała zostać skradziona z jego służbowej szafki. Nikt nie znalazł do tej pory rzekomych nagrań z agencji braci R.
Źródło info i foto: onet.pl

Jest akt oskarżenia przeciwko byłemu zarządowi Enea Wytwarzanie

Prokuratura Regionalna w Warszawie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko byłemu prezesowi zarządu i dwóm byłym wiceprezesom zarządu spółki Enea Wytwarzanie. Według prokuratury i CBA, oskarżeni wyrządzili szkodę majątkową spółki, której wysokość w akcie oskarżenia określono na ponad 76 milionów złotych.

Jak poinformowała rzecznik Prokuratury Regionalnej w Warszawie Agnieszka Zabłocka-Konopka, akt oskarżenia przeciwko byłemu prezesowi zarządu oraz dwóm byłym wiceprezesom spółki ţ ds. Energii Odnawialnej i ds. Ekonomiczno-Finansowych – został skierowany do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli.

– Zarzuty stawiane oskarżonym dotyczą niedopełnienia ciążących na nich obowiązków starannego zajmowania się sprawami majątkowymi reprezentowanej spółki, wynikających z przepisów ustawy z dnia 15 września 2000 roku Kodeks spółek handlowych, w związku z zawarciem w dniu 7 sierpnia 2015 roku w Warszawie, warunkowej umowy przedwstępnej nabycia od ustalonego podmiotu gospodarczego udziałów innej ustalonej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – wyjaśniła prokurator

. Rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Warszawie wskazała, że finalna kwota nabycia udziałów, uznana została za nieuzasadnioną ekonomicznie z uwagi na „realną wartość firmy, której udziały stanowiły przedmiot umowy nabycia zgodnie z warunkową umową przedwstępną”. – Działanie oskarżonych sprowadziło bezpośrednie niebezpieczeństwo wyrządzenia reprezentowanej przez nich spółce znacznej szkody majątkowej, której wysokość w akcie oskarżenia określono na kwotę nie niższą niż 76 mln 699 tys. zł – zaznaczyła.

Oskarżeni wchodzili w skład zarządu spółki Enea Wytwarzanie, która zarządza elektrownią w Kozienicach produkującą energię elektryczną między innymi z węgla kamiennego oraz zajmuje się pozyskiwaniem energii z odnawialnych źródeł i energetyką cieplną. „Spółka, w której oskarżeni pełnili wskazane funkcje należy do spółki akcyjnej z siedzibą w Poznaniu, która jest jednym z polskich przedsiębiorstw branży energetycznej” – dodała.

Za zarzucane w akcie oskarżenia czyny byłemu prezesowi oraz dwóm byłym wiceprezesom spółki Enea Wytwarzanie może grozić do 3 lat więzienia. Czynności w tej sprawie wykonywali funkcjonariusze łódzkiej delegatury CBA.
Źródło info i foto: TVP.info

Zambrów: Rusza proces byłego proboszcza. Sprawa dotyczy przestępstw seksualnych wobec małoletniego

Przed Sądem Rejonowym w Zambrowie (Podlaskie) rozpoczął się w czwartek proces byłego proboszcza parafii katolickiej w Grądach-Woniecku (woj. podlaskie), oskarżonego o przestępstwa o charakterze seksualnym wobec małoletniego i rozpijanie go. Zarzuty dotyczą lat 2012-2015. Ze względu na charakter sprawy, proces odbywa się z wyłączeniem jawności, które objęło również akt oskarżenia. Sąd w Zambrowie potwierdza jedynie, że proces ruszył. Kolejny termin zaplanowano na koniec sierpnia.

Sprawę zgłosił pokrzywdzony

Prokuratura Okręgowa w Łomży podawała w swoich komunikatach, że oskarżony – nadużywając stosunku zależności i zaufania małoletniego – kilka razy doprowadził go do „poddania się innym czynnościom seksualnym”, za które udzielił tej osobie korzyści majątkowych. Drugi zarzut dotyczy rozpijania osoby małoletniej.

Śledztwo w sprawie trwało ponad rok i zostało wszczęte po zawiadomieniu osoby pokrzywdzonej.

W połowie października 2018 r. kuria diecezjalna w Łomży (w tej diecezji leży parafia Grądy-Woniecko) informowała w komunikacie, że do delegata biskupa łomżyńskiego ds. ochrony dzieci i młodzieży wpłynęło zgłoszenie dotyczące proboszcza tej parafii. Duchowny zrezygnował po tym z urzędu proboszcza, a jego rezygnacja została przyjęta.

Poprosił papieża o tzw. dyspensę

Z kolejnych komunikatów kurii wynikało, że księdzu nie został powierzony żaden inny urząd czy funkcja „o charakterze duszpasterskim” i miał on przebywać w ośrodku w Czerwonym Borze. Tam mógł jedynie prywatnie odprawiać mszę w kaplicy znajdującej się na terenie tego ośrodka. Kiedy jednak w mediach pojawiły się informacje, że duchowny pełni obowiązki kapłańskie we wskazanym przez biskupa miejscu pobytu, kuria podała, że w tej sytuacji wobec b. proboszcza z parafii w Grądach-Woniecku wprowadzony został zakaz pełnienia wszystkich funkcji kapłańskich oraz noszenia stroju duchownego.

Jesienią ub. roku rzecznik kurii potwierdził lokalnym mediom, że b. proboszcz poprosił papieża o tzw. dyspensę od pełnienia obowiązków wynikających z przyjęcia święceń kapłańskich i o przeniesienie do stanu świeckiego, a ta prośba została przez Watykan zaakceptowana.

Po postawieniu zarzutów ówczesny ksiądz złożył wyjaśnienia. Prokuratura stosowała wobec niego tzw. wolnościowe środki zapobiegawcze: zakaz opuszczania kraju, dozór policji połączony z zakazem kontaktowania się z pokrzywdzonym oraz z zakazem organizowania spotkań z udziałem małoletnich i uczestniczenia w takich spotkaniach.
Źródło info i foto: polsatnews.pl