Kamilowi Durczokowi grozi 8 lat więzienia. Szczegóły aktu oskarżenia

Połknął leki powodujące senność, a w jego żyłach buzowało aż 2,6 promila alkoholu. Prokurator wystawił Kamilowi Durczokowi (52 l.) wysoki rachunek za ubiegłoroczny pijacki rajd, który znany dziennikarz może przypłacić 8 latami życia w więzieniu. Fakt dotarł do szczegółów aktu oskarżenia. Tylko cud sprawił, że na krajowej jedynce pod Piotrkowem Trybunalskim nikt wtedy nie zginął…

W lipcu ubiegłego roku Durczok wjechał swoim bmw x6 w słupki odgradzające pasy jezdni z powodu robót drogowych. Jeden z nich uderzył w nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Jak się okazało, dziennikarz miał 2,6 promila alkoholu. Został zatrzymany i usłyszał zarzuty. Od początku przyznawał się do prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, ale nie do spowodowania zagrożenia katastrofy w ruchu lądowym.

– Z dopuszczonych w toku postępowania trzech opinii biegłych dwie wskazują, że nie ma podstaw do postawienia takiego zarzutu – mówi Faktowi jego pełnomocnik, mec. Łukasz Isenko. Prokuratura jest innego zdania. – Oskarżony jechał latem na zimowych oponach. Przejechał około 370 km ze średnią prędkością 140 km/h, a w momencie utraty panowania nad pojazdem 96 km/h, w miejscu, gdzie z powodu remontu obowiązywało ograniczenie do 70. Ruch był bardzo duży. W ciągu godziny na tym odcinku przejechało 1100 samochodów, a w ciągu doby 40 tysięcy – wylicza Witold Błaszczyk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim.

Inni kierowcy mieli sporo szczęścia, że bmw Durczoka, które waży ponad 2200 kg, nie uderzyło w żadne inne auto. Wtedy potężny SUV taranowałby wszystko jak czołg. Śledczy uważają również, że postrzeganie dziennikarza, mogło być zaburzone na skutek zażytych leków zmieszanych z alkoholem.

– Biegli ustalili, że same w sobie obniżają koncentrację i zdolność reakcji. Nie powinno się prowadzić po nich auta przez 24 godziny – tłumaczy Faktowi prok. Witold Błaszczyk. Sąd nie aresztował Durczoka po wypadku, ale zastosował wobec niego dozór policji, poręczenie majątkowe w wysokości 15 tys. zł oraz zakaz opuszczania kraju. Po wyjściu z sądu Kamil Durczok przeprosił wszystkich za to, co zrobił. Przyznał, że było to karygodne. Grozi mu do 8 lat więzienia

Zła passa Kamila Durczoka

To nie jedyne problemy z prawem dziennikarza. Pod koniec ub. roku katowicka Prokuratura Regionalna postawiła mu zarzuty podrobienia dokumentów umożliwiających uzyskanie kredytu i przedłożenia ich w banku oraz doprowadzenia banku do niekorzystnego rozporządzenia mieniem wielkiej wartości.

Sprawa dotyczy podrobienia weksla i dokumentów towarzyszących zabezpieczeniu kredytu hipotecznego na blisko 3 mln zł z sierpnia 2008 roku. Prokuratura zarzuca dziennikarzowi oszustwo oraz przestępstwo dotyczące m.in. podrobienia papieru wartościowego, jakim jest weksel. Może za to grozić kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo kara 25 lat.

Śledczy wnioskowali w tej sprawie o areszt, sąd się do niego tego nie przychylił. – Śledztwo w tej sprawie wciąż jest w toku. Zarzuty wobec podejrzanego nie zmieniły się – poinformowała Fakt prok. Katarzyna Żołna, z zespołu prasowego Prokuratury Regionalnej w Katowicach.
Źródło info i foto: Fakt.pl

25 lat grozi ośmiu „vatsterom”. Wyłudzili ponad 20 milionów złotych

Nawet 25 lat więzienia grozi ośmiu członkom gangu wyłudzającym zwrot VAT na fikcyjnym, tzw. karuzelowym obrocie towarami spożywczymi. Z aktu oskarżenia, które lubelskie „pezety” skierowały do sądu wynika, że przestępcy narazili Skarb Państwa na uszczuplenie podatków w kwocie co najmniej 20 milionów złotych. Rozbicie gangu „vatsterów” było możliwe m.in. dzięki powołaniu międzynarodowego zespołu śledczego.

Lubelski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie akt oskarżenia przeciwko ośmiu osobom. Odpowiedzą one za szereg przestępstw związanych z fikcyjnym karuzelowym obrotem towarami spożywczymi z grupy FMCG, tzw. szybko zbywalnymi jak np. napoje energetyczne czy kawa.

Grupa działała na terenie Polski oraz kilku państw Unii Europejskiej w latach 2015-2017. W jej skład wchodziły osoby kontrolujące sieć firm uczestniczących w wirtualnym handlu. Polskie przedsiębiorstwa wykazywały wewnątrzwspólnotową dostawę towarów do innych krajów Unii, uzyskując z tego tytułu prawo do odliczenia podatku VAT. Najpierw towar miał być sprowadzony do naszego kraju bez zgłoszenia tego fiskusowi. Potem wędrował między spółkami kontrolowanymi przez „vatsterów”, by w końcu ponownie trafić do krajów UE. Przynajmniej na papierze. Oskarżeni podszywali się m.in. pod istniejące już przedsiębiorstwa.

Śledczy z lubelskich „pezetów” ustalili, że „vatsterzy” wyłudzili oraz usiłowali wyłudzić podatek VAT w kwocie co najmniej 20 milionów złotych, a także narazili Skarb Państwa na uszczuplenie należności publicznoprawne o wartości przeszło 20 milionów złotych. Prokuratorom udało się zabezpieczyć mienie przestępców oszacowane na prawie dwa miliony złotych. Za tzw. zbrodnię vatowską oskarżonym grozi kara nawet 25 lat więzienia.

Rozbicie gangu było możliwe m.in. dzięki współpracy z organami ścigania państw Unii Europejskiej i wymianie informacji w ramach powołanego w tej sprawie międzynarodowego zespołu śledczego. Prokuratura zapowiada kolejne akty oskarżenia przeciwko kooperantom oskarżonych.
Źródło info i foto: TVP.info

Krzysztof I. wyszedł z więzienia i zabił swoją partnerkę

Krzysztof I. (35 l.) z Łodzi niczego się nie nauczył! Ledwo opuścił mury więzienia za pobicie swojej ukochanej Joanny (†38 l.). Wystarczyły dwa miesiące po wyjściu zza krat, by znów ją pobił. Tym razem tak dotkliwie, że zadane ciosy okazały się śmiertelne.

Prokuratura zarzuca mężczyźnie pobicie ze skutkiem śmiertelnym. – Uderzając pięściami i kopiąc obutymi stopami spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu pokrzywdzonej w postaci rozlanego zapalenia otrzewnej, stłuczenia i rozerwania jelita cienkiego, co stanowiło chorobę realnie zagrażającą życiu, której następstwem była śmierć pokrzywdzonej – mówiła prokurator Kamila Faliszewska podczas odczytywania aktu oskarżenia.

Do tragedii doszło 20 czerwca 2019 r. Zmaltretowana kobieta uciekła z mieszkania, które dzieliła z Krzysztofem I. i jego ciotką w kamienicy przy Limanowskiego. Obrażenia były tak duże, że po czterech dniach kobieta zmarła w szpitalu.

Jej oprawca w sądzie nie przyznał się do winy i podkreślał, że tego dnia przez większość czasu nie było go w mieszkaniu. – Powiedziałem jej: kochanie, będę wieczorem. I wychodząc klepnąłem ją w pośladek – podkreślał przed sądem.

Podczas procesu mówił też o wypadku, który jego kobieta miała mieć w domu. – Dwa tygodnie wcześniej Joanna wpadła na miskę i rozwaliła ją w drobny mak. Przez tą sytuację cały czas leżała w łóżku. Nie chciała ze mną uprawiać seksu. Mówiła, że bolał ją brzuch. Kilka dni wcześniej ktoś ją napadł w przejściu podziemnym, ale nie zgłosiła tego policji – twierdził w sądzie oskarżony.

Według relacji Krzysztofa, w dniu pobicia, kiedy nie było go w domu, Joanna spakowała część rzeczy, wzięła taksówkę i wyniosła się z domu. To miało go zszokować i próbował do niej zadzwonić, by wyjaśnić co się stało. Kobieta nie odebrała już jednak od niego telefonu.

Recydywiście grozi teraz nawet dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

„Król dopalaczy” oskarżony o podżeganie do zabójstwa Zbigniewa Ziobry

Śledczy skierowali do sądu akt oskarżenia przeciwko znanemu handlarzowi dopalaczami Janowi S. – dowiedziała się Polska Agencja Prasowa w Prokuraturze Krajowej. Mężczyzna jest oskarżony m.in. o podżeganie do zabójstwa Zbigniewa Ziobry, prokuratora i policjantów, którzy rozbili grupę handlującą dopalaczami.

Jan S., tzw. „król dopalaczy”, oprócz podżegania do zabójstwa został oskarżony także o nakłanianie do nękania funkcjonariuszy i usiłowanie wręczenia łapówek. W sumie usłyszał 14 zarzutów. Zarzucane mu czyny zagrożone są karą nawet dożywotniego więzienia. Akt oskarżenia w tej sprawie skierowany został do Sądu Okręgowego w Warszawie przez dolnośląski wydział Prokuratury Krajowej.

Oferował 100 tys. złotych

Jak przekazali PAP śledczy, za zabójstwo ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego Jan S. oferował 100 tys. zł. Według prokuratury, mężczyzna chciał w ten sposób doprowadzić do zaniechania prac nad zaostrzeniem kar za produkcję i handel dopalaczami, a samego Ziobrę oskarżał o to, że „zepsuł mu interes”.

Mężczyzna planował zabójstwo ministra przy użyciu m.in. materiału wybuchowego, trucizny albo pierwiastka radioaktywnego. Do przyjęcia zlecenia nakłaniał osobę, która, jego zdaniem, potrafiła skonstruować ładunek wybuchowy.

Z ustaleń śledczych wynika też, że Jan S. podżegał również do zabójstwa prokuratora, który prowadził przeciwko niemu postępowanie dotyczące handlu dopalaczami. Planował zabicie go przy użyciu broni palnej, substancji powodującej zawał serca i zapaść krążeniową albo zakażenie wirusem HIV. Nakłaniał przy tym do tworzenia fikcyjnych zdjęć i filmów, które miały służyć zdyskredytowaniu śledczego.

Jan S. jest też oskarżony o podżeganie do zabicia funkcjonariuszy z wydziału narkotykowego Komendy Stołecznej Policji, którzy rozpracowywali grupę przestępczą handlującą dopalaczami. Według prokuratury, miał też nakłaniać do nękania policjantów, podszywając się pod nich na portalach internetowych i zamieszczając w ich imieniu fikcyjne ogłoszenia.

Zatrzymany w styczniu

Mężczyzna był poszukiwany dwoma listami gończymi, dwoma europejskimi nakazami aresztowania i tzw. czerwoną notą Interpolu. Ostatecznie został zatrzymany na początku stycznia w Milanówku pod Warszawą.

Jak przekazała PAP prokuratura, już podczas pobytu w areszcie w Wołowie handlarz dopalaczami zaproponował strażnikowi więziennemu 20 tys. zł. w zamian za dostarczenie telefonu komórkowego. Z kolei w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce Jan S. chciał przekupić psychologa więziennego, w celu skierowania na konsultację psychiatryczną, umieszczenia w zakładzie psychiatrycznymi, a w konsekwencji uznania za niepoczytalnego.

Zmarło kilka osób

Przeciwko Janowi S. prowadzone jest też odrębne postępowanie przez prokuraturę rejonową. Mężczyzna usłyszał w nim zarzuty dotyczące kierowania zorganizowaną grupą przestępczą zajmującą się handlem dopalaczami i narkotykami oraz ich przemytem, prania brudnych pieniędzy, a także narażenia ponad 16 tys. osób na niebezpieczeństwo utraty życia poprzez wprowadzenie do obrotu szczególnie toksycznych dopalaczy.

Jak poinformował PK, substancje wprowadzane na rynek przez oskarżonego doprowadziły do śmierci kilka osób, w tym nieletnich. Grupa Jana S. działała co najmniej od 2015 r., oferując dopalacze za pośrednictwem sklepów internetowych. Tylko jeden sklep prowadzony przez tę grupę dał w ciągu 14 miesięcy przychód w wysokości prawie 17 mln zł.
Źródło info i foto: interia.pl

Meksyk: Wpłynął akt oskarżenia przeciwko polskiemu kapitanowi

Pod koniec lipca minie rok, od kiedy polski kapitan Andrzej Lasota został zatrzymany wraz dowodzoną przez siebie załogą przez meksykańskie służby. Dopiero po 10 miesiącach od tego momentu tamtejsza prokuratura wniosła do sądu akt oskarżenia przeciwko Polakowi.

Śledczy zarzucają mu nielegalne wprowadzenie kokainy na terytorium Meksyku. Nie biorą przy tym pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, nie mają też żadnych twardych dowodów. Nasz rodak odpowie przed sądem jako bezpośredni sprawca nielegalnego przemytu, wyłącznie na podstawie zeznań przesłuchanych do tej pory osób.

Podstawę aktu oskarżenia stanowi art. 194, cz. II Federalnego Kodeksu Karnego. Przepis ten traktuje oskarżonego jako bezpośredniego sprawcę przestępstwa, który działa w sposób umyślny. Jako główny dowód aktu oskarżenia, Biuro Prokuratora Generalnego przedstawia wyłącznie zeznania świadków potwierdzające, że na statku znaleziono narkotyki.

Frankowicze zszokowani kursem CHF

Według ustaleń RMF FM, śledczy nie biorą jednak pod uwagę, że większość z osób, które składały swoje zeznania – w tym ponad 20 członków załogi – podtrzymuje, że nielegalne substancje znalazły się na statku podczas załadunku kruszywa, bez wiedzy załogi.

Podstawą aktu oskarżenia jest zatem wyłącznie fakt, że narkotyki znajdowały się na pokładzie UBC Savannah. Śledztwo nie wyjaśniło jednak, w jaki sposób się tam znalazły. Meksykańska prokuratura, uznając, że to polski kapitan statku Andrzej Lastoa odpowiada za przemyt, wniosła do sądu o karę nie niższą niż 10 lat więzienia, karę grzywny oraz zawieszenie praw obywatelskich na czas odbywania kary.

Obrońca nie może spotkać się ze swoim klientem

Przed meksykańskim sądem formalnie rusza więc proces przeciwko osadzonemu w więzieniu w Tepic Polakowi. Jego obrońcy wynajęci przez firmę, która zarządza statkiem podtrzymują, że zarzuty stawiane kapitanowi są bezpodstawne.

Pierwszą rozprawę zaplanowano zdalnie, w formie wideokonferencji. W sądzie w Ciudad Victoria, przed którym ma się toczyć proces, zasiądą obrońcy oraz prokurator. Kapitan będzie łączył się z salą rozpraw z sądu w Tepic.

Z Ministerstwa Sprawiedliwości w Mexico City będą się łączyć natomiast przedstawiciele naszej ambasady. Prośba obrony, by podczas zeznań mecenasi mogli przebywać w Tepic wraz z kpt. Lasotą, została odrzucona. Władze więzienia tłumaczą to potencjalnym zagrożeniem COVID-19.

To kapitan Lasota wezwał meksykańską policję na statek

Do aresztowania załogi statku UBC Savannah doszło pod koniec lipca minionego roku, po kilkunastu dniach od kiedy pływająca pod cypryjską banderą UBC Savannah weszła do portu w meksykańskiej Altamirze.

Statek transportował z Branquilli w Kolumbii tzw. met-coke czyli koks metalurgiczny. To sypkie kruszywo zgromadzone w kilku ładowniach. Podczas rozładunku jednej z nich załoga zauważyła podejrzane pakunki. Marynarze najpierw zawiadomili o sprawie drugiego oficera, który wezwał na pokład kapitana. Andrzej Lasota natychmiast podjął wówczas decyzję o przerwaniu pracy, po czym zawiadomił kapitanat portu i miejscową policję.

Kilka godzin później na miejscu pracował już prokurator federalny.

Po zabezpieczeniu pakunków (okazało się, że znajduje się w nich ok. 200 kg kokainy) i przesłuchaniach załogi, zapadła decyzja o zatrzymaniu wszystkich 22 jej członków – 19 Filipińczyków i trzech Polaków.

Po kilkunastu dniach w meksykańskim areszcie, załogę zwolniono. Pozostał w nim tylko kapitan statku Andrzej Lasota.

Rodzina kapitana Lasoty apelowała o reakcję polskich władz

Jesienią ubiegłego roku bliscy kpt. Lasoty na zorganizowanej przez siebie konferencji, zaapelowali o stanowczą reakcję do polskich władz.

Do Kancelarii Prezydenta RP złożyli też petycję. W jej opisie można było przeczytać: Zwracamy się do Pana Prezydenta z gorącym apelem, aby Pan Prezydent dołożył wszelkich starań, aby nawiązać dialog z Prezydentem Republiki Meksyku, aby swoim programem objął również Kapitana Andrzeja Lasotę. Wszyscy głęboko wierzymy, iż Pan Prezydent mógłby wspomóc nasze starania, a zwłaszcza pomóc Kapitanowi w szczęśliwym powrocie do rodziny.(…)

Państwo Polskie powinno dołożyć wszelkich starań, aby jego obywatel, który nie dopuścił się żadnego przestępstwa, był godnie traktowany przez inne Państwo, z którym utrzymujemy stosunki dyplomatyczne. Wszyscy znający szczegóły tej sprawy zdają sobie sprawę, iż Kapitan Lasota został nieświadomie wciągnięty do brudnej gry, jest zupełnie niewinny, postępował zgodnie z procedurami, spędził na morzu w sumie kilkadziesiąt lat, wykształcił wielu oficerów, kapitanów, nigdy nie zaniedbywał swoich obowiązków, jest przykładem wspaniałych polskich, cenionych na całym świecie, wysoko wykwalifikowanych nawigatorów.

Po publikacji tych słów i nagłośnieniu sprawy przez media, szef gabinetu prezydenta RP Krzysztof Szczerski zapewniał na Twitterze: (…)współpracujemy ze służbami konsularnymi, sytuacja prawna jest trudna, działamy wielotorowo, będziemy informować o efektach.

Wiosną tego roku rodzina Polaka skierowała kolejny list do Kancelarii Prezydenta RP, z prośbą o zainteresowanie się sprawą i reakcję.

„Albo przemytnicy testują nowy sposób przerzutu narkotyków, albo meksykańskie służby próbują podnieść swoje statystki”

W ubiegłym roku na wschodnim wybrzeżu Meksyku identyczny los spotkał załogi w sumie trzech statków.

Oprócz podejrzanych pakunków na UBC Savannah ujawniono je także na UBC Tokyo oraz Delphi Ranger. We wszystkich trzech przypadkach statki były ładowane w tym samym porcie i płynęły do Altamiry.

Transportowały niemal identyczny sypki ładunek. O podejrzanych pakunkach załoga dowiadywała się w każdym przypadku na miejscu, podczas rozładunku. W biuletynie marynistycznym rozsyłanym do załóg statków na całym świecie już 8 września 2019, po zatrzymaniu UBC Tokyo pojawił się wiele mówiący o sprawie wpis: Albo przemytnicy próbują testować nowy sposób przerzutu narkotyków, albo meksykańskie służby próbują podnieść swoje statystki.
Źródło info i foto: interia.pl

Gotowy akt oskarżenia przeciwko Markowi S. Sprawa dotyczy podżegania do zabójstwa swojej żony

Foto: Mateusz Jagielski/East News Warszawa, 11.02.2019. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner przybyl do warszawskiej prokuratury okregowej na przesluchanie ws. spolki Srebrna.

Do sądu trafił akt oskarżenia skierowany przeciwko Markowi S., który miał podżegać do zabójstwa swojej żony Izabelli S. Grozi mu dożywocie. 

Mirosława Chyr, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformowała, że do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Markowi S. Zarzuca mu się, że w okresie od kwietnia 2018 roku do lipca 2019 roku podżegał Krzysztofa M. do zabójstwa żony. „Motywacja oskarżonego wynikała z niechęci do usposobienia żony” – poinformowała Chyr.

Marek S. oskarżony za podżeganie do zabójstwa swojej żony

Rzeczniczka prasowa dodała, że prokurator oskarżył także o ułatwienie popełnienia zabójstwa Izabelli S. Rafała D.

„Oskarżony Rafał D. skontaktował zleceniodawcę Marka S. z Krzysztofem M., udzielał Krzysztofowi M. wskazówek i informacji, co do sposobu dokonania zabójstwa, dostarczał mu pieniądze w kwocie 7500 zł na zakup przedmiotów potrzebnych do realizacji zamierzonej zbrodni” – podała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Jest akt oskarżenia ws. 55-letniego Jacka Ś. oskarżonego o gwałt na 3-latce

Akt oskarżenia, który właśnie skierowano do sądu, to obraz nieopisanego bestialstwa i zwyrodnienia. Wioskowy zbir Jacek Ś. (55 l.) w biały dzień porwał spod domu trzyletnią dziewczynkę, a potem wykorzystał ją seksualnie. Dla mieszkańców wioski pod Sztumem sprawiedliwy wyrok dla takiej potworności może być jeden: sprawca do końca swoich dni powinien pozostać w więzieniu. A na pewno nie zbliżać się do ich domów.

We wsi mówili na niego Jaca. Bali się go wszyscy. Gdy szedł ulicą, ludzie schodzili mu z drogi, opuszczali wzrok. Nigdy nie było wiadomo, kiedy wpadnie w furię.

– Nieraz walił ludziom w drzwi, skakał po samochodach. To że jest groźny, wiedzieliśmy od dawna, ale nikt nie spodziewał się, że skrzywdzi małe dziecko – mówią wstrząśnięci mieszkańcy miejscowości.

Do dramatu doszło wiosną zeszłego roku. Jaca zwabił do swojego domu bawiącą się nieopodal dziewczynkę. Posadził bezbronną małą na kolanach i zrealizował swój obrzydliwy plan. Matkę zaalarmował brat dziewczynki, który przybiegł do domu ze łzami w oczach. Kobieta natychmiast wezwała policję. Podczas zatrzymania mężczyzna próbował zaatakować policjantów. Szarpał się z nimi i wyzywał. Był kompletnie pijany.

Zwyrodnialec trafił do aresztu. Od tamtej pory siedzi w celi i czeka na wyrok, który może zapaść już niedługo. Prokuratura zakończyła bowiem śledztwo i skierowała do sądu akt oskarżenia. Jacy grozi do 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Upadła linia obrony Mamuki K. Brutalnie zamordował 27-letnią Paulinę D.

Jest podejrzany o potworną zbrodnię i robił wszystko, by nie trafić za kraty. Uciekł za granicę, a gdy już wpadł w ręce policji, starał się odwlec moment postawienia go przed sądem. Wygląda jednak na to, że już w czerwcu akt oskarżenia przeciwko Mamuce K. trafi do sądu. Brutalne zabójstwo pięknej łodzianki Pauliny D (†27 l.) wstrząsnęło całą Polską. W 2018 roku kobieta wyszła z dyskoteki i na swojej drodze spotkała 41-letniego Mamukę K., Gruzina, który pracował na łódzkiej budowie.

Ciało w torbie

Nie wiadomo, dlaczego poszła z nim do hostelu, w którym mieszkali także inni robotnicy. Tam została brutalnie pobita i zraniona nożem. Sześć dni później jej ciało zapakowane w turystyczną torbę znaleziono w okolicach Stawów Jana.

Po zabójstwie morderca uciekł na Ukrainę. Tam został schwytany i osadzony w areszcie. Udawał niepoczytalnego, okaleczając się, starał się o nadanie mu statusu uchodźcy, a nawet pisał odwołania, domagając się zwolnienia. I o mały włos wyszedłby na wolność, bo sąd w Kijowie uchylił mu areszt. Dopiero po interwencji prokuratora generalnego Ukrainy sąd zdecydował, że mężczyzna trafi do polskiego więzienia.

Jeszcze jedna opinia

– Mamy nadzieję, że już niebawem zakończymy śledztwo. Otrzymaliśmy opinię psychiatrów i psychologa, zebraliśmy niemal kompletny materiał dowodowy – tłumaczy Faktowi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

Do zakończenia śledztwa brakuje jeszcze tylko tzw. opinii biologicznej. – Specjaliści na podstawie śladów krwi znajdujących się na miejscu zbrodni, próbują odtworzyć to, co się wydarzyło w łódzkim hostelu – wyjaśnia Bartosz Tiutiunik, pełnomocnik rodziny zamordowanej Pauliny.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Sprawa zabójstwa 10-letniej Kristiny z Mrowin. Amerykanie pomogą w śledztwie

Mordercę 10-letniej Kristiny mogą pogrążyć rozmowy, które prowadził w internecie. Aby poznać ich treść, polscy śledczy wystąpili już z oficjalnym wnioskiem do Amerykanów. Wiele wskazuje na to, że Jakub A. (26 l.) korespondował w sieci również z mężczyzną, któremu początkowo chciał zlecić zabójstwo dziewczynki.

W czerwcu minie rok od brutalnego morderstwa Kristiny z Mrowin (Dolny Śląsk), a jej oprawca nadal nie stanął przed sądem. Śledczy wciąż kompletują akt oskarżenia, w którym znaczącą rolę odegra zapis internetowych rozmów prowadzonych przez Jakuba A. na Facebooku. Administratorem tych danych jest strona amerykańska, dlatego o dostęp do nich wystąpiła już Prokuratura Krajowa. Ale nie tylko profil Jakuba A. interesuje polskich śledczych.

– Wystąpiliśmy do strony amerykańskiej również o udostępnienie rozmów małej Kristiny, a także osoby, którą oskarżony podżegał do popełnienia przestępstwa – mówi Tomasz Orepuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Wszystko wskazuje na to, że Amerykanie pomogą w śledztwie.

– Otrzymaliśmy oficjalną informację, że strona amerykańska podjęła już kroki w celu ujawnienia danych – dodaje Orepuk.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zwieźli 55 tys. ton rakotwórczych odpadów, zarobili miliony. Jest akt oskarżenia wobec 41 osób

Do krakowskiego sądu okręgowego trafił akt oskarżenia wobec 41 osób; sprawa dotyczy nielegalnego obrotu niebezpiecznymi odpadami; ponad 55 tys. ton rakotwórczych substancji trafiło na nielegalne składowiska – poinformowała Prokuratura Krajowa. Grupa mogła zarobić na tym nawet 23 mln złotych.

Jak poinformowano, osoby objęte oskarżeniem są w wieku od 25 do 75 lat, 34 spośród nich zakwalifikowano jako członków zorganizowanej grupy przestępczej. Oprócz udziału w tej grupie oskarżonym zarzucono popełnienie przestępstw przeciwko środowisku, wiarygodności dokumentów, mieniu, bezpieczeństwo powszechnemu – za co grożą kary nawet do 25 lat więzienia. Tymczasowo aresztowane pozostają dwie osoby, w tym szef grupy.

Rakotwórcze odpady

Jednocześnie krakowska prokuratura okręgowa wystąpiła do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska z wnioskiem „o rozważenie systemowego określenia sposobu zabezpieczenia obiektów, w których składowane są odpady niebezpieczne”, czyli m.in. sporządzenia regulaminów dla magazynów, w których są składowane, zamknięcie obiektów i wyposażenie ich w alarmy.

– Zwrócono również uwagę, że koszty związane z unieszkodliwieniem odpadów są ogromne, co powoduje potrzebę zabezpieczenia również przez państwo środków pieniężnych na likwidacje nielegalnych składowisk – oceniła prokuratura.

Chodzi głównie o odpady przemysłu chemicznego, petrochemicznego, farbiarskiego, lakierniczego i motoryzacyjnego, o właściwościach wywołujących m.in. nowotwory, lub zwiększających na nie zachorowalność. – Wskazane związki mają silne właściwości rakotwórcze, ulegają bardzo powolnemu rozkładowi i są trudne do usunięcia. Są to szczególnie niebezpieczne substancje, które zgodnie z dyrektywą Parlamentu Europejskiego z końcem 2010 r. miały zostać usunięte z użytkowania – wskazała prokuratura.

Jak przekazała PK, postępowanie miało swój początek, gdy w styczniu 2019 r. Małopolski Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w związku działalności spółki Clif z siedzibą w Skawinie. – Miało ono polegać na składowaniu i usuwaniu odpadów niebezpiecznych zawierających PCB, czyli polichlorowane bifenyle, w sposób zagrażający środowisku oraz życiu i zdrowiu człowieka – przekazała prokuratura.

Zamiary i cele

Grupa prowadziła działalność od 2017 r. do 2 kwietnia 2019 r., a kierujący nią Andrzej N. sprzedał usługi odbioru i zagospodarowania odpadów niebezpiecznych wielu podmiotom gospodarczym łącznie za ponad 23 mln zł. – Zamiarem było porzucenie odpadów, celem uniknięcia kosztów związanych z ich unieszkodliwieniem – ustalili śledczy.

– Sprawcy działali w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, czyniąc sobie z tego procederu stałe źródło dochodu. Jak ustalono, grupa obejmowała swoim działaniem województwa: małopolskie, śląskie, świętokrzyskie, wielkopolskie oraz podkarpackie. Odpady składowane były także w dwóch lokalizacjach na terenie Republiki Czeskiej – poinformowano.

Podczas śledztwa okazało się, że tylko około jednego procenta odpadów niebezpiecznych, czyli około 800 ton o wartości ponad 164 tys. zł, zostało odebranych przez uprawnione do tego podmioty. – W oparciu o dane księgowe ustalono, że spółka Clif odebrała od wytwórców 56 tys. ton odpadów niebezpiecznych, z czego zutylizowała 720 ton. Pozostałe 55 tys. 280 ton odpadów, co stanowi około 2 tys. 300 naczep samochodowych po 24 tony, trafiło w formie płynnej bądź zmieszanej na nielegalne składowiska lub zalegało w magazynie w Jaworznie i Skawinie – podała PK.

W beczkach i wykopkach ziemnych

Grupa przewoziła odpady płynne głównie w pojemnikach o pojemności 1000 litrów lub w beczkach o pojemności 200 lub 120 litrów i porzucała na terenie hal, bądź działek na otwartej przestrzeni. Natomiast odpady zmieszane zawierające dodatkowo odpady komunalne trafiały do wykopów ziemnych, następnie zasypywanych, bądź składowane były w hałdach. Takie mieszanki powstawały w siedzibie spółki Clif w dwóch betonowych silosach, skąd następnie ładowano je na wywrotki i przewożono do miejsc docelowych.

– Ich transport odbywał się pojazdami do tego nieprzeznaczonymi, bez wymaganych oznaczeń, po uprzednim usunięciu kodów odpadów i znaków ostrzegających o zagrożeniach dla zdrowia i środowiska – wskazują śledczy.

Ustalono, że dokumenty przewozowe też nie wskazywały na odpady niebezpieczne. – Brak stosownych oznaczeń towarzyszył również składowaniu odpadów. Pojemniki często posiadały uszkodzenia, ułożone były obok siebie piętrowo w budynkach nieprzystosowanych do magazynowania tego typu substancji, bez nadzoru, w pobliżu domostw, budynków użyteczności publicznej, zakładów pracy, terenów zielonych, rekreacyjnych, pól ornych, rzek. Te pozostawione w beczkach na zewnątrz budynków narażone były na działanie czynników atmosferycznych” – przekazano.

– Kierowcy otrzymywali podrobione, a także nierzetelne dokumenty przewozowe, wskazujące, że transport dotyczy produktu niepodlegającego uregulowaniom ADR (umowy dotyczącej międzynarodowego przewozu drogowego materiałów niebezpiecznych) lub odpadu innego niż niebezpieczny. Używano też podrobionych pieczęci firmowych. Dokumenty przewozowe nie wskazywały rzeczywistego miejsca odbioru odpadów – zaznaczyła PK.

Dodała, że również umowy z właścicielami nieruchomości „podpisywane były przy użyciu podrobionych dokumentów, na firmy tzw. słupy, by docelowo przenieść ogromne koszty utylizacji odpadów na te podmioty i utrudnić ustalenie rzeczywistego pochodzenia odpadów”.

Przy śledztwie w tej sprawie krakowska prokuratura współpracowała z wydziałem do walki z przestępczością gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, I Urzędem Skarbowym w Krakowie oraz Małopolskim Urzędem Celno-Skarbowym.
Źródło info i foto: polsatnews.pl