Francja: Turystki oblane kwasem na dworcu w Marsylii

Atak kwasem solnym na głównym dworcu kolejowym Marsylii Saint-Charles. Poszkodowane zostały cztery amerykańskie turystki.

Kilka dni po ataku w londyńskim metrze, doszło do ataku na francuskim dworcu kolejowym w Marsylii. Do zdarzenia doszło w niedzielę 17 września. Cztery młode amerykańskie turystki zostały oblane kwasem solnym przez 41-letnią kobietę na głównym dworcu kolejowym Saint-Charles. O ataku informuje lokalny dziennik „La Provence”. Według źródeł policyjnych, na które powołują się dziennikarze, sprawczyni ataku to osoba niezrównoważona psychicznie, a incydent nie ma podłoża terrorystycznego. Po ataku 41-latka pozostała na miejscu; zatrzymali ją interweniujący policjanci.
Źródło info i foto: se.pl

Stany Zjednoczone nie radzą sobie z nielegalnymi migrantami

Mniej niż jeden procent osób, które nie wyjeżdżają z USA po wygaśnięciu ważności ich wiz, zatrzymują amerykańskie służby. Takie dane przedstawiono po audycie biura inspektora generalnego w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego. W raporcie przedstawiono dane z 2015 roku. Odnotowano wówczas ponad 527 tys. przypadków nielegalnego przedłużenia pobytu, ale w związku z tym aresztowano tylko 3402 osoby – czyli co 150.

Analitycy wskazują, że procedura monitorowania naruszeń systemu wizowego nie jest skuteczna między innymi dlatego, że posługuje się aż 27 różnymi systemami komputerowymi. Uzyskiwane przez nie dane są często nieścisłe: sugerują, że osoby, które nadal przebywają w USA opuściły już ich terytorium lub też odwrotnie – że ci, którzy w rzeczywistości wyjechali, nadal korzystają z nielegalnego pobytu. Konieczność weryfikowania tych danych znacznie komplikuje działania służb deportacyjnych.

„Takie fałszywe informacje o wyjeździe powodują umarzanie dochodzeń w sprawie nielegalnego przedłużania pobytu przez osoby niebezpieczne, jak podejrzani o popełnienie przestępstw, którzy faktycznie są nadal w Stanach Zjednoczonych. Na przykład podaje się, że objęty dochodzeniem podejrzany opuścił kraj, ale w rzeczywistości oddał on swój bilet członkowi rodziny i wciąż przebywa w USA” – napisano w dokumencie.

Komisja badająca zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku ustaliła, że dwaj ze sprawców tych ataków nielegalnie przedłużyli swój pobyt w USA i dlatego poleciła władzom federalnym śledzenie wszystkich wjazdów i wyjazdów obcokrajowców.
Źródło info i foto: TVP.info

Marsze i protesty po dekrecie Donalda Trumpa

Dziesiątki tysięcy ludzi zgromadziły się w niedzielę w amerykańskich miastach i na lotniskach, by wyrazić swoje oburzenie dekretem prezydenta USA Donalda Trumpa ograniczającym imigrację z siedmiu krajów z większością muzułmańską. Podpisany przez prezydenta USA Donalda Trumpa w piątek dekret wywołał zamęt i zamieszanie na całym świecie, bowiem podróżni udający się do USA nie są pewni, czy będą w stanie przekroczyć amerykańską granicę. Dekret przewiduje wstrzymanie przez okres 90 dni wydawania amerykańskich wiz obywatelom krajów muzułmańskich mających problemy z terroryzmem.

Coraz więcej ludzi

Demonstracje odbyły się m.in. w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Bostonie. Jeden z największych niedzielnych protestów miał miejsce w Battery Park na dolnym Manhattanie. Mogło tam zgromadzić się nawet 10 tys. ludzi. Senator demokratów Charles Schumer powiedział protestującym, że dekret Trumpa jest „nieamerykański” i jest wbrew podstawowym wartościom wyznawanym przez Amerykanów. – Nie spocznę, dopóki ten okropny dekret nie zostanie uchylony – zapowiedział. Przemawiała też demokratyczna senator Elizabeth Warren z Massachusetts. W pikiecie wzięły udział dziesiątki muzułmanów, z których wielu klęczało na znak protestu. Inni modlili się na dywanach rozłożonych na trawniku.

„Bez nienawiści, bez strachu”

Protesty miały miejsce także przy lotnisku w północnej Wirginii niedaleko stolicy USA. Podobnie było w Los Angeles oraz w Houston, gdzie około 500 osób przemaszerowało przez centrum miasta. W Waszyngtonie tysiące ludzi zebrały się nieopodal Lafayette Square, naprzeciwko Białego Domu, skandując: „Bez nienawiści, bez strachu, imigranci są tu mile widziani”. Następnie maszerowali wzdłuż Pennsylvania Avenue, zatrzymując się przed Trump International Hotel, gdzie skandowali: „Wstyd, wstyd, wstyd!”. Kiedy protestujący mijali ambasadę Kanady, skandowali: „Hej, hej, ho, ho, chcielibyśmy, by naszym przywódcą był Trudeau”. Było to nawiązanie do sobotniej deklaracji kanadyjskiego premiera, że Kanada pozostanie państwem otwartym dla uchodźców.

Około 8-tysięczny tłum przemieścił w końcu przed Kapitol, do którego dostępu bronili umundurowani funkcjonariusze policji. Około 200 protestujących zebrało się w niedzielę przed lotniskiem Washington Dulles w Virginii. Mniej więcej tyle samo osób pikietowało na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Na międzynarodowym lotnisku w Los Angeles zebrało się ok. 4 tys. protestujących. W hali przylotów skandowali, że „uchodźcy są mile widziani”. W Houston przez centrum miasta przeszło ponad pół tysiąca ludzi.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Amerykańskie miasta wspierają nielegalnych imigrantów

Władze Los Angeles zapowiedziały stworzenie funduszu na pomoc prawną nielegalnym imigrantom, którym grozi deportacja. Z podobną inicjatywą wystąpiło Chicago. Nowy Jork ma opinię miasta, które może być pod tym względem wzorem dla innych. Zdaniem orędowników imigrantów zapewnienie usług prawnych dla osób mieszkających bez ważnych dokumentów jest palącym problemem z nadejściem administracji Donalda Trumpa. Mówił on najpierw o planach deportacji 11 milionów nielegalnych imigrantów, a następnie trzech milionów tych, którzy weszli w konflikt z prawem.

Szczególne powody do niepokoju ma społeczność imigrantów nielegalnie mieszkających w Kalifornii – jest ich tam najwięcej, ponad trzy miliony. Obawiają się oni powtórzenia „Operacji Wetback” z 1954 roku, kiedy to prezydent Dwight D. Eisenhower zarządził usunięcie ze Stanów Zjednoczonych setek tysięcy Meksykanów.

Władze Los Angeles zadeklarowały w poniedziałek podjęcie prac nad ustanowieniem wraz z prywatnymi fundacjami funduszu na pomoc prawną nielegalnym imigrantom w wysokości 10 mln dolarów. Osobom nie mającym obywatelstwa USA, którym grozi deportacja, sądy imigracyjne nie gwarantują bezpłatnej opieki prawnej. Wrześniowy raport American Immigration Council wskazuje, że korzystało z niej tylko około 37 proc. objętych postępowaniem deportacyjnym.

Według Angeliki Salas, dyrektor Humane Immigrant Rights of Los Angeles wiele osób nie może skutecznie walczyć w sądach o swoje losy. Albo nie stać ich na adwokatów, albo padają ofiarą hochsztaplerów.

W Chicago burmistrz Rahm Emanuel ogłosił w tym miesiącu utworzenie z National Immigrant Justice Center funduszu ochrony prawnej wielkości 1,3 miliona dolarów. Ma być on rozdzielony między dwie organizacje non profit.

Jedna skoncentruje się na biednych imigrantach, którym grozi deportacja. Natomiast druga zatrudni 200 konsultantów, którzy poprzez sieć kościołów, szkół itp. będą docierać do nielegalnych imigrantów, informować o ewentualnych szansach na zalegalizowanie pobytu oraz przestrzegać przed usługami składających takie obietnice oszustów.

Chicago, zgodnie z szacunkami, zamieszkuje 150 tys. nieudokumentowanych imigrantów (w całym stanie Illinois 519 tys.). Rodzą się w związku z tym wątpliwości, czy fundusz wystarczy, aby sprostać potrzebom.

Nowy Jork już w 2013 r. powoływał obrońców z urzędu dla zatrzymanych imigrantów. Pilotażowy program, nazywany modelowym dla całego kraju i zainicjowany kosztem pół miliona dolarów, rozrósł się do sześciu milionów. Adwokaci reprezentowali od 2013 r. do końca ubiegłego roku łącznie ponad 1500 imigrantów. Zgodnie z non profitowym Vera Institute of Justice wygrali ok. 70 proc. prowadzonych spraw.

Ocenia się, że populacja nielegalnych imigrantów w mieście Nowy Jork sięga 750 tys., a w całym stanie 867 tys. Burmistrz Bill de Blasio stanowczo wypowiadał się przeciw zakusom masowych deportacji przez Trumpa. Skrytykował jego plany likwidacji programów federalnych prowadzonych przez prezydenta Obamę.

– Będziemy wykorzystywać wszystkie narzędzia, jakie mamy do dyspozycji, aby stanąć w obronie ludzi – zapewniał de Blasio. Powiedział też, że aby utrudnić identyfikację zagrożonych osób i proces deportacji, miasto usunie z bazy danych nazwiska setek tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy otrzymali wydawane im przez miasto karty tożsamości.

Metody finansowania usług prawnych dla imigrantów rozważa także San Francisco.

Zwolennicy imigrantów nazywają ich obronę kwestią sprawiedliwości, ale też korzyści dla gospodarki. Niezależnie od statusu prawnego płacą oni bowiem podatki. Zasilają fundusz ubezpieczeń społecznych kwotą 12 mld dolarów. Antyimigracyjni aktywiści także przedstawiają swoje argumenty. Są przeciwni wykorzystaniu pieniędzy podatników na fundusz na pomoc prawną nielegalnym imigrantom w sytuacji, kiedy nie są zaspokojone potrzeby wielu Amerykanów. Szydzą też z przedstawicieli obydwu partii, którzy przestrzegali, że bez zmiany postawy wobec imigrantów i gruntownej reformy Republikanie nie wygrają prezydentury.
Żródło info i foto: onet.pl

USA: Seryjny zabójca w mieście Phoenix

W amerykańskim mieście Phoenix grasuje seryjny zabójca. W wyborze ofiar zabójca kieruje się przypadkowością. Podchodzi do nich znienacka w nocy i strzela z broni półautomatycznej. Zanim śledczy ustalili, że chodzi o tego samego mężczyznę, który zabił siedem osób, minęło kilka tygodni. Od marca tego roku zabójca atakował dziewięciokrotnie. Dwukrotnie zabójca brał na celownik dzieci – jedną z ofiar jest 11-letnia Maleah Ellis, która zginęła zastrzelona przez napastnika, gdy słuchała muzyki w samochodzie.

Policja zwiększyła kwotę nagrody do 50 tysięcy dolarów, a także opublikowała portret pamięciowy mężczyzny, który najprawdopodobniej jest 20-letnim Latynosem – stosunkowo szczupłym i wysokim. Według policyjnego profilera zabójca jest narcystycznym psychopatą.

Jednocześnie zabójca nie był w żaden sposób związany z żadną z ofiar. Jednak w jego działaniach pojawia się jakaś regularność – niektóre zbrodnie miały miejsce we wschodniej części Phoenix, w tym ostatnia. Jednak zdecydowana większość ataków miała miejsce w roboczej, zachodniej dzielnicy Maryvale.
Żródło info i foto: onet.pl

Iracka armia odbija Faludżę kontrolowaną przez IS

Iracka armia, wspierana przez amerykańskie lotnictwo, rozpoczęła operację, której celem jest odbicie Faludży, znajdującej się pod kontrolą Państwa Islamskiego – ogłosił w nocy z niedzieli na poniedziałek premier Iraku Hajder al-Abadi. -Rozpoczynamy operację wyzwolenia Faludży – powiedział szef irackiego rządu w wystąpieniu telewizyjnym. Faludża, położona około 50 na zachód od stolicy kraju, Bagdadu, jest jednym z najważniejszych bastionów Państwa Islamskiego (IS) w zachodnim Iraku. Dżihadyści zajęli miasto na początku 2014 roku.

Przed rozpoczęciem ofensywy irackie władze wezwały mieszkańców Faludży by „bezpiecznymi drogami” opuścili miasto. Rodziny, które nie są w stanie tego uczynić, mają wywiesić na domach białe flagi. Według irackich mediów w poniedziałek nad ranem Faludża była pod silnym ostrzałem artyleryjskim irackiej armii. Już w niedzielę irackie lotnictwo zaatakowało cele Państwa Islamskiego w mieście i jego okolicach, zabijając kilkudziesięciu dżihadystów.

Kilka dni temu iracka armia wyparła siły Państwa Islamskiego z miasta Rutba na zachodzie kraju. Dżihadyści nadal jednak kontrolują znaczne obszary Iraku, w tym miasto Mosul na północy.
Żródło info i foto: onet.pl

Osama bin Laden w testamencie zapisał miliony „na dżihad i na rzecz Allaha”

Wywiad USA opublikował we wtorek kolejne dokumenty znalezione przez amerykańskie siły specjalne w 2011 r. w domu Osamy bin Ladena w Pakistanie. Jest wśród nich testament, w którym przywódca Al-Kaidy przekazuje swój majątek. W napisanym odręcznie testamencie bin Laden utrzymuje, że posiada różne dobra osobiste o wartości 29 mln dolarów, które chce częściowo podzielić między krewnych, ale większość fortuny przeznaczyć „na dżihad i na rzecz Allaha”, czyli wspieranie działalności terrorystycznej.

W sumie wywiad USA opublikował ponad 100 dokumentów, które – jak poinformowano – zostały znalezione podczas ataku sił specjalnych USA w 2011 roku na dom Osamy bin Ladena w Pakistanie, w trakcie którego komandosi zabili przywódcę Al-Kaidy.

Opublikowany materiał – jak opisuje agencja Associated Press – obejmuje też dokumenty świadczące o zaniepokojeniu bin Ladena tarciami między Al-Kaidą a jej filią iracką, która potem przekształciła się w Państwo Islamskie. Jest też list do żony, w którym apeluje, by odwołała wizytę u dentysty w Iranie, gdyż mogą jej wówczas zainstalować chip, za pomocą którego będą ją śledzić. W innym liście z 2010 roku, zaadresowanym ogólnie „do islamskiej wspólnoty”, przywódca Al-Kaidy pisze o postępach w prowadzonej z USA świętej wojnie i o porażkach Amerykanów w Afganistanie.

„Myśleli, że wojna będzie łatwa i osiągną swe cele w kilka dni lub tygodni, a nie przygotowali się do tego finansowo i nie mają poparcia społecznego, które umożliwiłoby im prowadzenie tej wojny przez dekadę lub dłużej” – pisał bin Laden.

W jeszcze innym liście porównał kampanię wojskową USA w Afganistanie do ostatnich lat radzieckiej wojny w tym kraju w latach 80. „Musimy być jeszcze trochę cierpliwi. Z cierpliwością przyjedzie zwycięstwo!” – pisał.

Wywiad USA już latem ubiegłego roku rozpoczął publikację kilkudziesięciu odtajnionych dokumentów spośród kilkudziesięciu tysięcy stron znalezionych w domu bin Ladena, w tym spis książek, a także listy, z których wynikało, że jeszcze w 2010 roku bin Laden był bardzo zdeterminowany, by Al-Kaida dalej atakowała USA.

Jak tłumaczył wówczas Dyrektor Wywiadu Narodowego, publikacja dokumentów to odpowiedź na „wezwanie prezydenta USA do większej przejrzystości” w działaniach amerykańskich służb. Podkreślono też, że zgodnie z ustawą o wywiadzie z 2014 roku (Intelligence Authorization Act) wywiad był zobowiązany do dokonania przeglądu dokumentów przed ich publikacją.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe szczegóły śledztwa dotyczące zamachowców z San Bernandino

Przeszłość zamachowczyni z San Bernardino Tashfeen Malik była trzykrotnie prześwietlana przez amerykańskie służby imigracyjne – podaje „New York Times”. Nic nie wzbudziło zaniepokojenia władz, choć sama terrorystka nie ukrywała swoich poglądów w mediach społecznościowych. Malik otwarcie pisała w mediach społecznościowych, że popiera dżihad i chce być jego częścią. Wpisy pochodzą sprzed kilku lat. Ostatnio odkryli je śledczy, którzy próbują ustalić motyw ataku w San Bernardino w Kalifornii z 2 grudnia, w którym zginęło 14 osób.

Służby imigracyjne – jak podaje „New York Times” – trzykrotnie dokonały tzw. background check, czyli sprawdziły przeszłość Malik. Nie znalazły niczego, co wzbudziłoby ich podejrzenia. Urzędnicy w czasie background checks nie sprawdzają jednak profili społecznościowych osób, które aplikują o wizę. „New York Times” informuje, że w Departamencie Bezpieczeństwa Wewnętrznego toczy się dyskusja, czy w ogóle jest to właściwe. Sekretarz Bezpieczeństwa Jeh Johnson powiedział w rozmowie z dziennikiem, że administracja Obamy dokona przeglądu procedur. Na razie nie wiadomo, jakie zmiany zostałyby wprowadzone. Zdaniem Johnsona, na razie jest zbyt wcześnie, by przesądzać, czy Malik była zradykalizowana, nim wystąpiła o amerykańską wizę.

Wiza K-1

Malik przyjechała do USA, korzystając z wizy K-1. To mało popularne wizy narzeczeńskie, których w 2014 roku wydano zaledwie niespełna 36 tys. Stanowią zaledwie 0,3 proc. wszystkich wydawanych wiz amerykańskich. Urzędnicy – jak pisze „New York Times” – skupiają się bardziej na tym, by wykluczyć oszustwo i fałszywe małżeństwa. Procedura polega na wywiadzie, pobraniu odcisków palców, sprawdzeniu, czy osoba nie figuruje na „czarnej liście”, przeanalizowaniu historii podróży i miejsc zamieszkania. Bardzo rzadko sprawdza się media społecznościowe. Osoby pochodzące z krajów uznanych za przystanie ekstremistów, jak Pakistan, są sprawdzane dodatkowo. Nie wiadomo, czy Malik była kontrolowana w rozszerzony sposób. Wiadomo jednak, że mieszkała w Pakistanie, podróżowała do Arabii Saudyjskiej. Zamieszkała u mężczyzny, Sayeda Rizwana Farooka, którego rodzice pochodzą z Pakistanu.

Trzykrotne background check

Trzykrotnie – jak dowiedział się dziennik – służby prześwietlały przeszłość Malik. Najpierw Departament Spraw Wewnętrznych i dwukrotnie przez Departament Stanu. Mimo tego pozytywnie przeszła weryfikację i przeniosła się do USA w lipcu 2014 roku.

Zamach w San Bernardino

FBI przyznało w piątek, że śledztwo ws. strzelaniny w San Bernardino w Kalifornii prowadzi tak samo, jak w przypadku aktu terroryzmu. Dyrektor James Comey podkreślił jednak, że nie ma wskazówek, by zabójcy byli częścią komórki lub organizacji terrorystycznej. 29-letnia Tashfeen Malik i jej mąż 28-letni Syed Rizwan Farook 2 grudnia zastrzelili 14 osób i ranili 21 w ośrodku pomocy niepełnosprawnym. Oboje zostali potem zabici w policyjnej obławie. Amerykańscy śledczy są coraz bardziej przekonani, że sprawcy masakry w kalifornijskim mieście San Bernardino mogli planować więcej ataków. Wskazuje na to ilość broni, jaką posiadali. Przedstawiciele tzw. Państwa Islamskiego (IS) przyznali na antenie swej rozgłośni al-Bajan, że sprawcy strzelaniny to jego zwolennicy.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Pięciu więźniów z Guantanamo zostało przekazanych władzom Zjednoczonych Emiratów Arabskich

Pięciu osadzonych z więzienia Guantanamo na Kubie zwolniono i przekazano władzom Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) – poinformowało wczoraj amerykańskie ministerstwo obrony. Wszyscy zwolnieni to Jemeńczycy. Jak sprecyzował Pentagon, chodzi o następujących więźniów: Alego Ahmada Muhammada al-Razihiego, Chalida Abd-al-Dżabbara Muhammada Utmana al-Kadasiego, Adila Saida al-Hadżdż Ubajda al-Busajsa, Sulajmana Awada Bin Ukajla al-Nahdiego i Fahmiego Salema Saida al-Asaniego.

Pentagon tłumaczył, że Jemeńczycy zostali przekazani władzom ZEA, gdy amerykańskie władze stwierdziły, iż nie stanowią oni już zagrożenia dla bezpieczeństwa. Każdy z pięciu zwolnionych był przetrzymywany w Guantanamo przez ponad 13 lat. Żadnemu z nich nie przedstawiono zarzutów, ale przetrzymywano ich jako wrogich bojowników. Są to pierwsi więźniowie z Guantanamo, których przyjęły władze ZEA. Według resortu obrony USA w Guantanamo pozostało teraz 107 więźniów.

Prezydent USA Barack Obama obiecał podczas kampanii wyborczej 7 lat temu, że zamknie owiane złą sławą i krytykowane przez obrońców praw człowieka oraz państwa europejskie więzienie w Guantanamo. Administracja USA tłumaczyła wielokrotnie, że dotychczas mu się to nie udało, bo Kongres co roku blokuje postawienie więźniów przed sądami federalnymi i ich transfer do USA.

We wtorek kontrolowany przez Republikanów Kongres USA po raz kolejny podtrzymał zakaz przeniesienia do więzień federalnych podejrzanych o terroryzm osób przetrzymywanych w więzieniu w Guantanamo. Pierwszych więźniów zaczęto sprowadzać do wojskowej bazy USA w Zatoce Guantanamo na Kubie w 2002 r. w odpowiedzi na ataki na World Trade Center z 11 września 2001 r. Jak twierdziły ówczesne władze USA, zamknięci zostali tam najgroźniejsi terroryści na świecie – islamscy ekstremiści, talibowie i działacze Al-Kaidy. Ale spośród 779 osób, które przewinęły się przez więzienie w Guantanamo, większość wypuszczono jeszcze za prezydentury George’a W. Busha bez postawienia im formalnych zarzutów. Jak dotąd skazano tylko kilku więźniów, w tym kierowcę Osamy bin Ladena.

USA od lat prowadzą rozmowy z państwami trzecimi w sprawie przyjęcia przez nie części więźniów z Guantanamo. Ze 112 pozostających tam więźniów (jeszcze z uwzględnieniem tej piątki Jemeńczyków) 53 wytypowano do odesłania za granicę. Ponieważ w większości są to Jemeńczycy, nie można ich wysłać do kraju pochodzenia, gdzie od lat trwa islamska rebelia i jest ryzyko, że mogliby zostać szybko zwerbowani.

Z pozostałych 59 więźniów, którzy zdaniem USA nie nadają się do odesłania za granicę i których Obama chciałby przetransferować do więzień w USA, około 20 jest sądzonych przez komisje wojskowe w Guantanamo, ale przesłuchania i procesy przeciągają się. Pozostałych uznaje się za niebezpiecznych i zostali wytypowani do dalszego pozbawienia wolności bez wyroków, gdyż rządowi brakuje dowodów ich winy albo takie dowody zostały zdobyte nielegalnie.
Żródło info i foto: onet.pl

Lotniska w USA są bezpieczne?

Amerykanie mają powody do niepokoju – na ich lotniskach nie jest bezpiecznie. Do samolotów można wnieść niedozwolone narzędzia lub broń. Takie są wyniki kontroli służb bezpieczeństwa – w 67 na 70 przypadków odnotowano rażące błędy. Sygnał ostrzegawczy z Ameryki powinien być słyszany także w Polsce.
Żródło info i foto: tvn24.pl