Były dyrektor ds. kredytów w Plus Banku aresztowany

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Pragi Północ zdecydował o tymczasowym, trzymiesięcznym areszcie dla Marka W., byłego dyrektora ds. kredytów w Plus Banku. To areszt warunkowy – W. po wpłaceniu 150 tys. złotych zabezpieczania, będzie mógł przebywać na wolności.

Marek W., nawet w przypadku wpłacenia 150 tys. złotych, będzie miał zakaz opuszczania kraju. – Zdaniem prokuratury sąd nie powinien podjąć tak łagodnej decyzji względem Marka W. To jedna z kluczowych osób w śledztwie dot. narażenia na szkodę Plus Banku, a także wyłudzenia pieniędzy ze Skarbu Państwa w postaci nienależnego zwrotu podatku VAT – informuje reporter Polsat News Piotr Witkowski.

Zdaniem prokuratorów, Marek W. nie współpracował podczas przesłuchania. Miał też unikać odpowiedzi na „kluczowe pytania”. Prokuratura zapowiada zażalenie na decyzję sądu.

– Poręcznie majątkowe w kwocie 150 tys. złotych nie jest wystarczające, żeby zachować prawidłowy tok postepowania. Będziemy się domagać środka izolacyjnego – zapewnił rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Marcin Saduś.

Obrona również zapowiada odwołanie od decyzji. – Sąd nie uwzględnił w pełnym zakresie wniosku prokuratury, podzielił też częściowo argumentacje obrony – poinformował obrońca Marka W. Adrian Borkowski.

„Co najmniej 50 mln złotych szkody majątkowej”

Śledztwo prowadzone przez Centralne Biuro Antykorupcyjne dotyczy podejrzenia wyrządzenia szkody majątkowej w wysokości co najmniej 50 mln zł w mieniu banku, w związku z udzieleniem kredytu na zakup centrum wystawowego w Opolu. Następnie odraczano terminy spłaty należności poprzez aneksowanie umowy kredytowej ukrywając tym samym straty banku. Dodatkowa kwota wyłudzeń dotyczy VAT i działania na szkodę Skarbu Państwa przez przedstawicieli mazowieckiej spółki i miała sięgnąć 23 mln zł.

Wśród zatrzymanych wcześniej przez CBA byli prezesi i członkowie zarządu, dyrektor oraz pracownicy banku komercyjnego – Plus Banku, a także byli i obecni prezesi spółek z woj. mazowieckiego – z Warszawy i Radzymina.

50 mln zł kredytu udzielono najprawdopodobniej pomimo braku zdolności kredytowej i bez ustanowienia szczególnej formy zabezpieczenia jego spłaty.

W związku z pozorną transakcją nabycia nieruchomości w Opolu postępowanie obejmuje także działanie na szkodę Skarbu Państwa przez przedstawicieli mazowieckiej spółki. Chcieli oni w ten sposób uzyskać nienależny VAT w wysokości 23 mln zł – podał w środę naczelnik wydziału komunikacji społecznej CBA Temistokles Brodowski. – Sprawa ma wiele wątków i rozwija się – dodał.

Areszty i poręczenia majątkowe

W śledztwie dotyczącym udzielenia kredytu i próby wyłudzenia VAT CBA zatrzymało we wtorek, 8 lipca osiem osób. Wśród nich znaleźli się prezesi i członkowie zarządu, dyrektor, pracownicy Plus Banku oraz byli i obecni prezesi spółek z woj. mazowieckiego. Prokuratura postawiła im zarzuty.

11 lipca Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ zdecydował o areszcie dla Adama K., byłego prezesa spółki, która zaciągnęła kredyt w Plus Banku na budowę centrum konferencyjno-handlowego DomExpo w Opolu. Sąd zastosował też środki zapobiegawcze względem 5 innych zatrzymanych w tej sprawie osób.

– Wobec byłego prezesa banku Tomasza K. zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy, ale z możliwością jego zamiany na poręczenie majątkowe w wysokości 250 tys. zł łącznie z zakazem opuszczania kraju. Wobec Przemysława S. także zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania z możliwością jego zamiany na poręczenie majątkowe w wysokości 100 tys. zł i także z zakazem opuszczania kraju. Wobec Bartłomieja S. zastosowano poręczenie majątkowe w wysokości 100 tys. zł, wobec Marka Z. poręczenie w wysokości 50 tys. zł, a wobec Ewy S. poręczenie w wysokości 20 tys. zł – poinformował Marcin Kołakowski, rzecznik Sądu Okręgowego Warszawa-Praga.

Szereg skrajnie niekorzystnych umów

Spółka potrzebowała kredytów na budowę centrum konferencyjno-handlowego DomExpo w Opolu. Prezes spółki, do której należy centrum zawarł szereg skrajnie niekorzystnych dla niej umów. Między innymi dlatego centrum znalazło się w trudnej sytuacji finansowej.

Gdy bank, który nie otrzymywał spłat swoich kredytów, zaczął starać się o licytacje obiektu, prezes spółki złożył wniosek o ogłoszenie upadłości. W ten sposób utrudnił odzyskanie pieniędzy przez bank. Upadłość pozwoli jednak nadal kontrolować nieruchomość przez tych samych ludzi, którzy doprowadzili do jej finansowej zapaści.

Centrum podpisało umowy najmu lub dzierżawy ważne nawet do 2037 roku ze spółkami, które były osobowo i kapitałowo powiązane ze spółką będącą właścicielem DomExpo. Dzięki upadłości ludzie, którzy zarządzają spółką, nadal będą czerpać z niej korzyści. „Państwo w Państwie” ustaliło, że syndyk może zarobić w tym postępowaniu upadłościowym około 450 tys. zł.

Teraz bank zamiast odzyskać swoje należności w drodze licytacji, będzie musiał czekać na koniec upadłości.

Ekipa „Państwa w Państwie” była w siedzibie firmy księgowej, aby porozmawiać z Adamem K., który był prezesem spółki. Zdenerwowany mężczyzna, który przebywał w pomieszczeniach firmy księgowej wypychał reporterów z biura.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

„Masa” aresztowany na 3 miesiące

Jarosław S. ps. Masa trafi na trzy miesiące do aresztu – zdecydował w piątek Sąd Rejonowy w Lublinie. Jak dowiedział się portal tvp.info, najsłynniejszy świadek koronny zostanie odizolowany od innych osadzonych w areszcie w Opolu Lubelskim. Usłyszał zarzuty wyłudzenia kredytów bankowych, łapownictwa i powoływania się na wpływy w policji.

Jak informowaliśmy, „Masa” został zatrzymany w środę przez funkcjonariuszy łódzkiego Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Śledztwo prowadzone przez Lubelski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej dotyczy m.in.: wyłudzania kredytów i pożyczek oraz korupcji np. w związku z obietnicą załatwienia pracy w policji.

W środę rano funkcjonariusze BSW zatrzymali także pięć innych osób, w tym Zbigniewa G., naczelnika Wydziału Wywiadu Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi podejrzanego o przyjmowanie od „Masy” łapówek i ujawnianie mu informacji. Sąd zdecydował w piątek, że policjant trafi warunkowo do aresztu na jeden miesiąc. Jeśli do 18 czerwca wpłaci kaucję w wysokości 100 tys. zł, będzie mógł wyjść na wolność.

Lubelska prokuratura zapowiada odwołanie od tej decyzji. Śledczy argumentują, że oficer policji miał dostęp do baz danych, a ponadto z powodu swoich znajomości w środowisku przestępczym mógłby mataczyć. Prokuratorzy dają do zrozumienia, że śledztwo jest rozwojowe. Jak informują, podczas przeszukań kilkunastu domów, mieszkań i biur na terenie województw: mazowieckiego, łódzkiego i opolskiego znaleziono setki dokumentów mogące świadczyć o kryminalnej działalności zatrzymanych.
Źródło info i foto: TVP.info

Areszty dla wspólników bandyty, który w Wiszni Małej zastrzelił antyterrorystę

Na trzy miesiące trafią do aresztu Jacek S. i Grzegorz K. zatrzymani po tragicznej w skutkach strzelaninie w Wiszni Małej na Dolnym Śląsku. Przypomnijmy, do wymiany ognia doszło w nocy z soboty na niedzielę między wspólnikiem mężczyzn, który usiłował włamać się do bankomatu, a siłami policji. W strzelaninie zginął 41-letni antyterrorysta, trzech innych policjantów zostało rannych. Zastrzelony został napastnik.

W poniedziałek rano wrocławska prokuratura postawiła 41-letniemu Jackowi S. – który w trakcie napadu w Wiszni Małej czekał na wspólnika w zaparkowanym w pobliżu bankomatu samochodzie – zarzut usiłowania kradzieży kilkudziesięciu tysięcy złotych z włamaniem do bankomatu.

Później jednak rzecznik wrocławskiej prokuratury okręgowej Małgorzata Klaus poinformowała, że zebrane dowody pozwoliły na rozszerzenie zarzutów: obecnie Jacek S. jest podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym, która zajmowała się włamaniami do bankomatów.

Ten sam zarzut usłyszał drugi z zatrzymanych w tej sprawie mężczyzn: Grzegorz K. Został on zatrzymany nie na miejscu napadu, lecz w Legionowie na Mazowszu.

Grupa miała działać od wiosny tego roku. Zdaniem prokuratury, obaj mężczyźni uczestniczyli również w sierpniowym włamaniu do bankomatu na terenie Wielkopolski: zrabowano wówczas ponad 200 tysięcy złotych.

Podejrzanym grozi do 10 lat więzienia.

Dzisiaj sąd we Wrocławiu przychylił się do wniosków prokuratury i zdecydował o trzymiesięcznych aresztach dla obu podejrzanych.

W ocenie sądu zebrany w sprawie materiał wskazuje na duże prawdopodobieństwo popełnienia przez nich zarzucanych im czynów. W ocenie sądu tylko ten środek zapobiegawczy pozwoli na obecnym etapie na prawidłowe zabezpieczenie toku postępowania: uniemożliwi próbę matactwa ze strony obu podejrzanych – poinformował prok. Bartosz Kupniewski.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Fala niewyjaśnionych zgonów na Wyspach

Policjanci nie mają sobie nic do zarzucenia, jednak rodziny osób zmarłych w aresztach mówią wprost – okoliczności śmierci naszych bliskich muszą zostać wyjaśnione. Wtóruje im minister spraw wewnętrznych Theresa May, zapowiadając niezależne dochodzenie w tej sprawie – pisze z Londynu Piotr Gulbicki, korespondent Wirtualnej Polski.

Siedemnaście – tyle osób w ciągu ostatniego roku zmarło w czasie bądź krótko po zatrzymaniu przez policję. To najwyższy wskaźnik od pięciu lat. Dane obejmujące Anglię i Walię, opublikowane przez Independent Police Complaints Commission, wskazują, że połowa zmarłych miała zaburzenia psychiczne, a 16 spożywało alkohol bądź narkotyki. W tej grupie jest 14 mężczyzn i 3 kobiety, w wieku 22-57 lat. Niepokój budzi również liczba samobójstw. W ubiegłym roku w ciągu dwóch dni od aresztowania na własne życie targnęło się 69 osób.

Był utalentowanym muzykiem i producentem muzycznym, mimo że przez 20 lat chorował na schizofrenię. W czasie, kiedy przerywał leczenie, Sean Rigg wielokrotnie popadał w konflikt prawem – również za granicą, gdzie często podróżował. Za zakłócanie porządku trafiał za kratki w Tajlandii, Szwajcarii i Francji, ale za każdym razem szybko wypuszczano go na wolność i odsyłano do Wielkiej Brytanii.

21 sierpnia 2008 roku policja otrzymała zgłoszenie o dziwnym zachowaniu mężczyzny, który zaczepiał przechodniów na ulicy w londyńskiej dzielnicy Balham. Agresywnego 40-latka, którym okazał się Rigg, obezwładniło czterech funkcjonariuszy. Został skuty kajdankami, przewieziony na posterunek w Brixton i umieszczony w tamtejszym areszcie. Niedługo potem stracił przytomność, a po przetransportowaniu ambulansem do King’s College Hospital lekarze stwierdzili zgon, którego przyczyną było zatrzymanie akcji serca. Trwające 18 miesięcy dochodzenie nie wykazało nieprawidłowości, zdaniem śledczych policja postępowała właściwie i adekwatnie do sytuacji.

Inne zdanie na ten temat od początku miała rodzina Rigga, dzięki której w 2013 roku ponownie wzięto sprawę pod lupę. Tym razem komisja wskazała na błędy i uchybienia podczas poprzedniego postępowania, niemniej konkretnych zarzutów o przekroczenie uprawnień nikomu nie postawiono.

– Po śmierci Seana od policji usłyszeliśmy tylko, że nagle upadł i zmarł. Nic więcej. Oni zupełnie nie rozumieli naszego cierpienia, cały czas nas zbywali – mówi siostra zmarłego muzyka Marcia Rigg-Samuel, która zapoczątkowała kampanię mającą na celu wyjaśnienie okoliczności śmierci nie tylko brata, ale również innych zgonów związanych z policyjnymi zatrzymaniami.

W ataku szału

Zapowiadał się na dobrego informatyka, był świeżo upieczonym absolwentem Kingston University. Jednak, jako że rodzinę zaniepokoiło jego dziwne zachowanie, Olaseni Lewis zgłosił się na badania do londyńskiego szpitala psychiatrycznego Bethlam, gdzie rozpoczął leczenie. 4 września 2010 roku 23-latek dostał ataku szału. Ponieważ personel nie mógł sobie z nim poradzić, na pomoc wezwano policję. Funkcjonariusze użyli pałek i kajdanek, a po ich interwencji pacjent zapadł w śpiączkę i zmarł cztery dni później.

Zdarzenie było badane przez różne instytucje, które wydawały sprzeczne opinie. Ostatnio, pod koniec czerwca bieżącego roku, Crown Prosecution Service orzekł, że nie ma przesłanek by twierdzić, iż policjanci postępowali niezgodnie z prawem i nadużyli swoich uprawnień.

To jednak nie koniec sprawy. – Każda tego typu śmierć jest ciosem, który w dramatyczny sposób może nadwyrężyć zaufanie społeczeństwa do policji – stwierdziła minister spraw wewnętrznych Theresa May, ogłaszając wszczęcie niezależnego dochodzenia w kwestii zgonów, do jakich doszło w następstwie policyjnych interwencji w Anglii i Walii.

Szefowa MSW przyznała, że w ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie spotkała się z rodzinami Seana Rigga i Olaseni Lewisa, które przybliżyły jej swoje doświadczenia i zaniedbania wymiaru sprawiedliwości. Jak podkreśliła, była wstrząśnięta traumą przez jaką przeszli najbliżsi zmarłych.

Dochodzenie ma również oszacować na ile policjanci potrafią postępować z osobami mającymi zaburzenia psychiczne, czy są w stanie zapewnić bezpieczeństwo zatrzymanym, a także jak radzą sobie z użyciem technik przymusu bezpośredniego. Jednocześnie chodzi o uczulenie stróżów prawa na zwiększone ryzyko samobójstw w pierwszych 48 godzinach po zatrzymaniu.

W dniu ogłoszenia przez Theresę May informacji o podjęciu powyższych działań w policyjnym areszcie w Newcastle zmarł kolejny mężczyzna. Kilka godzin wcześniej został zatrzymany, po czym źle się poczuł i stracił przytomność, której już nie odzyskał.

Pięć godzin rozruchów

Brytyjskie władze zapowiadają podjęcie zdecydowanych kroków, by maksymalnie ograniczyć problem. Ten jednak bynajmniej nie jest nowy. 13 grudnia 1995 roku w policyjnym areszcie w Brixton zmarł 26-letni Wayne Douglas, zatrzymany w związku z udziałem w napadzie rabunkowym.

Jego śmierć stała się zarzewiem zamieszek. Zaczęło się od pokojowego protestu demonstrantów przed posterunkiem policji w Brixton, który szybko przerodził się w niszczenie samochodów i okolicznych posesji. W trwających ponad pięć godzin rozruchach uczestniczyło kilkaset osób. 22 z nich aresztowano, po czym stanęły przed sądem pod zarzutem kradzieży i niszczenia publicznego mienia.
Żródło info i foto: wp.pl

Medyczna marihuana będzie legalna?

Medyczna marihuana: czas na reakcję ustawodawcy – apeluje Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Kilka dni temu na trzy miesiące zatrzymano parę 50-latków, którzy przewozili olej konopny dla chorej na raka matki.

„Brak leczenia bólu może być uznany za naruszenie standardów praw człowieka, a w szczególności zakazu poniżającego i nieludzkiego traktowania” – pisze w analizie „Medyczna marihuana – czas na reakcję ustawodawcy” Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Jest kolejny pretekst, by powrócić do zagadnienia. Kilka dni temu aresztowano państwa Ewę i Dariusza Dołeckich, którzy przewozili olej konopny dla chorej na raka matki.

Rodziców Andrzeja Dołeckiego, prezesa stowarzyszenia „Wolne Konopie”, zatrzymano podczas kontroli granicznej. – Funkcjonariusze znaleźli w aucie pojemniki ciemną cieczą. Wyniki narkotestu wykazały, że w cieczy zawarta jest substancja psychotropowa THC. Funkcjonariusze zdecydowali, że zatrzymają obie osoby podróżujące samochodem – tłumaczyła reporterowi TVN24 mjr Irena Skuliniec ze straży granicznej. Sąd zadecydował o tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące.

Kobieta, dla której przemycano olej RSO o wysokim stężeniu substancji aktywnej THC, cierpi na raka trzustki. – Medycyna nie zostawia jej obecnie żadnej szansy. To jest dla niej jedyna możliwa forma terapii – powiedział Andrzej Dołecki w rozmowie z TVN24. I dodał, że nie rozumie dlaczego wobec rodziców zastosowano tak restrykcyjne środki zapobiegawcze. – Wszyscy wiedzą, że rodzicie Andrzeja Dołeckiego są rodzicami działacza „Wolnych Konopi” a nie dilerami zajmującymi się handlem olejem czy narkotykami – bronił aresztowanych Janusz Palikot. Także były prezydent Aleksander Kwaśniewski zapytany o to, jak postąpiłby w sytuacji, gdyby ktoś z jego bliskich wymagał leczenia marihuaną odpowiedział, że postąpiłby tak samo i sprowadził nielegalnie olej do Polski w celu ratowania życia chorego.

W Polsce toczy się już kilka procesów przeciwko osobom leczącym się marihuaną. Wszyscy, tak jak 33-leni Karol cierpiący na Leśniowskiego-Crohna, mówią: – Nie chcę zasilać kieszeni przestępców. Chciałbym móc legalnie leczyć się nikomu nie szkodząc. Lecznicza marihuana pomaga mu uśmierzyć ból i ograniczyć skutki choroby jelit. Choć nie udowodniono mu handlu narkotykami, za uprawianie konopi grozi Karolowi nawet 10 lat więzienia. Głośna jest także sprawa Jakuba Gajewskiego, któremu grozi 15 lat więzienia za import 900 gramów olejku z konopi.
Żródło info i foto: Newsweek.pl

Zatrzymani w ZUS-ie nie trafią do aresztu

Tylko poręczenia majątkowe wobec wszystkich 14 zatrzymanych wczoraj osób w aferze dotyczącej ustawiania przetargów w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych zastosowała warszawska prokuratura – dowiedział się reporter RMF FM Krzysztof Zasada. Prokuratura zdecydowała, że takie środki zapobiegawcze wystarczą. Decyzja zapadła po przesłuchaniach wszystkich z 14 zatrzymanych osób. Według śledczych, złożone przez nich wyjaśnienia są wystarczające i nie ma obawy, że na wolności będą wpływać na toczące się śledztwo.

Prokuratura nie chce jednak ujawniać wysokości poszczególnych kaucji. Teraz szczegóły poznają podejrzani. Jak usłyszał reporter RMF FM, wysokość poręczeń jest dostosowana do ich możliwości finansowych. Wczoraj Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało 14 osób w związku z tą sprawą. Prokuratura postawiła zatrzymanym zarzut zmowy przetargowej w związku ze śledztwem dotyczącym przetargu na drukarki dla ZUS.

Wśród zatrzymanych są trzy osoby pracujące w departamencie zarządzania systemami informatycznymi ZUS i b. członek zarządu Zakładu oraz pracownicy czterech firm komputerowych. Zmowa przetargowa zagrożona jest karą do 3 lat więzienia.
Rozpisany w kwietniu przetarg na drukarki i urządzenia wielofunkcyjne jeszcze formalnie się nie zakończył i dlatego nie można podać kwoty szkody, która mogli spowodować podejrzani. Zakład w przetargu ogłoszonym w kwietniu zamówił 3 tys. 320 sztuk urządzeń – 1 tys. 179 drukarek trzech typów i 2 tys. 141 urządzeń wielofunkcyjnych czterech typów wraz serwisem na 45 miesięcy. Przetarg obejmował też oprogramowanie.

Do Krajowej Izby Odwoławczej wyniki przetargu zaskarżyło kilka firm z branży, które twierdziły, że warunki określone w specyfikacji przygotowanej w ZUS spełniają tylko produkty jednego producenta. ZUS zaprzeczał i uważał, że mogą to być urządzenia kilku firm, ale KIO uwzględniła odwołania i nakazała powtórzenie oceny ofert. ZUS poinformował dziś, że zawarcia umowy zakazał warszawski sąd okręgowy, który bada sprawę na wniosek jednego z uczestników przetargu. Rozprawa w tej sprawie odbędzie się 10 grudnia.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Specjaliści od kradzieży aut wychodzą na wolność

Więcej samochodów ginie w Warszawie. Z więzień wychodzą specjaliści w tej dziedzinie. Odżywają rodzinne złodziejskie interesy. Dziennik.pl publikuje najnowsze dane o modelach najczęściej kradzionych w stolicy. 1941 – tyle samochodów ukradli w Warszawie złodzieje od stycznia do końca września 2014 roku. W tym samym okresie 2013 roku zniknęły w stolicy 1842 samochody. To oznacza wzrost o 99 sztuk. Dlaczego tak się stało?

– Zmiana sytuacji wynika z aktywności złodziei – mówi w rozmowie z dziennik.pl st. asp. Mariusz Mrozek z Komendy Stołecznej Policji. – Części z nich kończą się wyroki. Oni wychodzą na wolność i wracają do swojego procederu, który traktują jako stałe źródło utrzymania – wyjaśnia Mrozek.

Policjant podkreśla, że złodziej samochodów pracuje w cyklach – kiedy nakradnie już odpowiednio dużo, wówczas robi sobie przerwę. Choć zdarzają się wyjątki…

– Mieliśmy sytuację, kiedy jeden z przestępców po zakończeniu aresztu tymczasowego wrócił do procederu pomimo tego, że wyrok w sprawie wcześniejszych kradzieży jeszcze nie zapadł – opowiada przedstawiciel KSP.
Oryginalne turbo z… auta sąsiada

Pauza wcale nie oznacza, że złodziej siedzi z założonymi rękami. Skradziony samochód trafia do dziupli i tam jest rozbierany na części. Złodziej w tym czasie zajmuje się już wyszukiwaniem kolejnych aut – często robi to na zlecenie pasera, który z kolei ma zamówienie na konkretne części.

Mrozek zaznacza, że 99 proc. skradzionych samochodów jest rozbieranych na części, a te są „upłynniane” na aukcjach internetowych, różnego rodzaju giełdach i… w serwisach samochodowych. Dodaje, że kradzież auta z przeznaczeniem na części jest dla przestępców bardziej opłacalna, niż kradzież pojazdu, który potem ma być wprowadzony na rynek w całości.

– Zdarzały się przypadki, kiedy paser kradzione części wprowadzał do obiegu przez zaprzyjaźnione warsztaty samochodowe – mówi policjant i dodaje, że kradzieżach samochodów popyt generuje podaż.

– Kiedy ktoś w serwisie oferuje nam np. skrzynię biegów wartą kilka tysięcy złotych za 1000 zł, wówczas warto zastanowić się, skąd pochodzi ten element – przestrzega mundurowy.
Japończyk lepszy niż niemiecki? Przynajmniej w Warszawie

W pierwszych trzech kwartałach 2014 roku co piąte auto zostało skradzione w Warszawie. Stolica to jednak na mapie Polski szczególny przypadek – tu najbardziej pożądane przez złodziei są marki japońskie. Inaczej niż w reszcie kraju, gdzie najczęściej giną auta niemieckie (Volkswageny i Audi).

– Trend widoczny w Warszawie to głównie marki Toyota, Honda i Mazda – mówi nam Mrozek z KSP. – Dzieje się tak m.in. ze względu na tzw. warszawską szkołę złodziejską – przestępcy działający w stolicy są specjalistami właśnie od takich samochodów – opowiada Mariusz Mrozek z KSP. Nawet specjalny zespół, stworzony w Komendzie Stołecznej Policji, zajmujący się rozpracowywaniem złodziei aut, nazwano TOKIO.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Oszuści wyłudzali mieszkania

Policjanci z łódzkiego zarządu Centralnego Biura Śledczego we współpracy z Prokuratur Rejonową Łódź- Bałuty zatrzymali 8 osób związanych z biurem obrotu nieruchomościami , które zajmowało się m.in. procederem wyłudzania mieszkań od osób starszych, zniedołężniałych czy też schorowanych, znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Wstępne zarzuty dotyczą 13 pokrzywdzonych i ich lokali o łącznej wartości co najmniej miliona złotych. Za oszustwo grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności. Wobec 5 osób , w tym kierowników zorganizowanej grupy przestępczej ,skierowano wnioski o tymczasowe areszty. Dzisiaj sąd podejmie decyzje.

Policjanci z łódzkiego zarządu Centralnego Biura Śledczego w marcu 2014 roku przejęli do prowadzenia sprawy dotyczące spółki zajmującej się skupowaniem zadłużonych mieszkań. W efekcie żmudnej pracy prowadzonej przez ostatnie miesiące ,16 września 2014 roku w godzinach porannych na terenie Łodzi, Aleksandrowa Łódzkiego i Łęczycy funkcjonariusze zatrzymali ośmiu członków zorganizowanej grupy przestępczej, którzy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadzali starsze, niezamożne, schorowane osoby do niekorzystnego rozporządzania własnymi mieszkaniami. Jak wynika z dotychczasowych ustaleń nieuczciwy proceder trwał co najmniej od stycznia 2012 roku na terenie Łodzi. Mechanizm zawsze wyglądał podobnie.

Osoby reprezentujące i współpracujące z łódzką firmą wyszukiwały za pośrednictwem spółdzielni mieszkaniowych czy też ośrodków pomocy społecznej zadłużone lokale, których właściciele znajdowali się w trudnej sytuacji życiowej i finansowej. Zdesperowani i przytłoczeni perspektywą eksmisji bardzo łatwo zawierzali obietnicom pomocy polegającej na spłacie zadłużenia i zapewnieniu innego tańszego lokum. Bezwarunkowo podpisywali w obecności notariusza pełne pełnomocnictwa do dalszych działań w ich imieniu zupełnie obcym sobie osobom podstawionym przez spółkę. Tym samym tracili jakikolwiek wpływ na to co działo się dalej z ich mieszkaniem. Po fakcie dowiadywali się, że zostali wymeldowani i już nie mają domu. Pozornie wszystko odbywało się zgodnie z prawem.

Oszuści nie wywiązywali się niestety ze zobowiązań finansowych w konsekwencji czego pokrzywdzeni stawali się bezdomnymi bez środków do życia.

Działalność przestępcza prowadzona była na bardzo dużą skalę, a sprawcy mimo wiedzy o toczącym się śledztwie nie zaprzestali procederu aż do chwili zatrzymania przez CBŚ. Jak ustalili policjanci i prokuratorzy, w okresie od stycznia 2012 roku, oszuści wyłudzili co najmniej 13 mieszkań o łącznej wartości nie mniejszej niż 1 000 000 złotych. Pieniądze uzyskiwane z przestępczego procederu legalizowane były przez podmioty gospodarcze prowadzone przez niektórych członków grupy.

Zatrzymanym w wieku od 26 do 49 lat przedstawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej w związku z oszustwami i fałszowaniem dokumentów. Prokuratura Rejonowa Łódź-Bałuty wystąpiła z wnioskiem do Sądu Rejonowego dla Łodzi Śródmieścia o zastosowanie tymczasowego aresztowania wobec 5 najbardziej zaangażowanych w działalność przestępczą osób w tym ścisłego kierownictwa, którym była 26-latka i jej 48-letni ojciec. W stosunku do pozostałych zastosowano dozory policyjne, zakazy zbliżania się i zakazy opuszczania kraju. Funkcjonariusze CBŚ na poczet przyszłych kar i grzywien zabezpieczyli dwa samochody .o wartości co najmniej 80 tysięcy złotych. Według ustaleń śledczych w sprawie może być nawet kilkudziesięciu pokrzywdzonych. Wszystkie osoby, które padły ofiarą działalności łódzkiej firmy a z różnych względów nie powiadomiły o tym policji czy prokuratury proszone są o kontakt z Centralnym Biurem Śledczym tel. 42/ 665 12 90 lub kom. 502 692 815.
Żródło info i foto: Policja.pl

Cyfrowa rewolucja w szwedzkim więziennictwie

Służba Więzienna w Szwecji rozpoczyna cyfrową rewolucję. Podejrzani przebywający w szwedzkich aresztach otrzymają wkrótce multimedialne e-czytniki, które zastąpią tradycyjne dokumenty. Pierwszych 25 e-czytników trafi do aresztów w Sollentunie pod Sztokholmem, Goeteborgu i Vaexsjoe w środkowej Szwecji. Dzięki temu podejrzani za pomocą ekranu dotykowego będą mogli czytać dokumenty związane z policyjnym dochodzeniem w ich sprawie, oglądać nagrania wideo i odsłuchiwać dźwięki.

Według szefa administracji szwedzkiej Służby Więziennej Fredrika Wilhelmssona, wprowadzenie e-czytników ma pomóc w przypadku „trudnych logistycznie” dużych śledztw. „Czasami musimy dostarczyć do celi tonę dokumentów, a do tego jeszcze umożliwić odsłuchanie lub obejrzenie materiału dowodowego” – wyjaśnia Wilhelmsson dziennikowi „Dagens Nyheter”.

E-czytniki nie będą podłączone do internetu, a zainstalowane oprogramowanie ma usuwać z pamięci wykorzystane wcześniej pliki. Urządzenia mają umożliwić aresztowanemu także wypożyczenie e-książki lub złożenie wniosku o pozwolenie na rozmowę lub wysłanie e-maila. Szwedzkie więziennictwo planuje zakup 300 takich e-czytników w całym kraju kosztem 2,2 mln koron (około 1 mln złotych). W Szwecji jest 7 tysięcy cel dla aresztantów.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Są areszty w sprawie fabryki amfetaminy

Sąd Rejonowy w Nowym Dworze Mazowieckim aresztował na trzy miesiące dwóch mężczyzn podejrzanych w sprawie zlikwidowanej wytwórni amfetaminy. Mężczyznom grozi do 15 lat więzienia. Fabryka była zlokalizowana w gminie Czosnów, w powiecie nowodworskim. Laboratorium znajdowało się w budynkach gospodarczych i składało z czterech nowoczesnych linii produkcyjnych. Zatrzymani mężczyźni mają 42 i 52 lata; mogli oni wprowadzić na rynek pół tony narkotyku. „Zabezpieczyliśmy tysiąc litrów BMK – półproduktu, z którego można by było otrzymać 700 kg gotowego narkotyku i 20 kg amfetaminy przygotowanej już do wprowadzenia na rynek” – mówi rzecznik Komendy Stołecznej Policji Mariusz Mrozek. Policjanci zabezpieczyli również nowoczesny sprzęt służący do produkcji, odczynniki chemiczne, urządzenia elektroniczne służące do monitorowania posesji, broń palną i amunicję. Żródło info i foto: RMF24.pl