Aleksiej Nawalny wyszedł ze szpitala

Aleksiej Nawalny opuścił w środę klinikę Charité w Berlinie. Spędził w szpitalu 32 dni, a przez 24 był na intensywnej terapii, podłączony do respiratora – informuje korespondent Polsat News w Berlinie Tomasz Lejman. Lider antykremlowskiej opozycji Aleksiej Nawalny przebywał na leczeniu w Charite po próbie zamordowania go chemicznym środkiem bojowym z grupy Nowiczok.

„Stan pacjenta poprawił się na tyle, że został on wypisany ze stacjonarnej opieki szpitalnej” – napisano w oświadczeniu Charite.

„Na podstawie tego, że pacjent poczuł się lepiej oraz (na podstawie) jego obecnego stanu lekarze uważają, że całkowite wyzdrowienie jest możliwe. Jednak jest jeszcze zbyt wcześnie, by ocenić potencjalne długoterminowe skutki jego ciężkiego zatrucia” – wskazano.

Tomasz Lejman, korespondent Polsat News w Berlinie, przypomina, że Nawalny przebywał w szpitalu 32 dni, natomiast przez 24 dni był na oddziale intensywnej terapii.

Rosja: nie ma dowodów

O tym, że polityk trafił do szpitala w Rosji, informowała 20 sierpnia w mediach społecznościowych jego rzeczniczka Kira Jarmysz. „Dziś rano Nawalny wracał do Moskwy z Tomska. W trakcie lotu poczuł się źle. Samolot wylądował awaryjnie w Omsku. Aleksiej doznał zatrucia toksynami” – przekazała Jarmysz.

Bliscy i współpracownicy Nawalnego po kilku dniach podjęli decyzję o transporcie mężczyzny do szpitala w Berlinie. Jego stan został ustabilizowany. Opozycjonista został wybudzony ze śpiączki 7 września.

W ubiegły czwartek zespół Nawalnego poinformował, że opozycjonista został otruty prawdopodobnie nie na lotnisku, ale w pokoju hotelu Xander w Tomsku tego samego dnia. Niemieckie laboratorium miało znaleźć ślady środka bojowego Nowiczok w pustej butelce po wodzie mineralnej, którą współpracownicy mężczyzny zabrali z hotelu.

Rosja twierdzi, że nie ma dowodów na otrucie Nawalnego. Władze przeprowadziły postępowanie przygotowawcze, ale stwierdziły, że potrzebują więcej analiz medycznych, zanim będzie można wszcząć formalne śledztwo. Rosja zapewniła, że bez materiałów z Niemiec – m.in. wszystkich wyników badań Nawalnego – nie może wszcząć sprawy karnej.

„Środek bojowy silniejszy niż jego wcześniejsze formy”

„Środek bojowy z grupy Nowiczok, użyty do otrucia Nawalnego, był silniejszy niż jego wcześniejsze formy” – miał wyjawić półtora tygodnia temu szef niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) Bruno Kahl, a poinformował o tym tygodnik „Der Spiegel”.

O tym, jak silne działanie miała trucizna, Kahl poinformował podczas „tajnego spotkania” – napisał „Der Spiegel”, nie podając szczegółów dotyczących tych rozmów. Tygodnik dodał, że delegacja Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) podobno odwiedziła berliński szpital, w którym przebywa Nawalny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Stan zdrowia Nawalnego poprawia się

Aleksiej Nawalny został odłączony od respiratora i jest w stanie oddychać samodzielnie, a także samodzielnie wstawać – przekazała klinika Charite w Berlinie, do której trafił rosyjski opozycjonista. Jednocześnie kolejne badania potwierdzają, że Nawalny został otruty nowiczokiem.

„Stan Aleksieja Nawalnego poprawia się – został pomyślnie odłączony od respiratora i jest w trakcie rehabilitacji. Jest już w stanie wstać w łóżka” – czytamy w komunikacie przekazanym przez berlińską klinikę Charite, do której trafił Nawalny po tym, jak zezwolono na jego transport z Rosji.

Lekarze podkreślają, że decyzja o podaniu szczegółów stanu zdrowia Nawalnego została podjęta po konsultacji z nim i z jego żoną. Już w ubiegłym tygodniu pojawiały się doniesienia, że stan rosyjskiego opozycjonisty poprawia się, a – zdaniem niektórych mediów – pamięta on „wszystko sprzed momentu otrucia”. Według portali śledczych The Insider i Bellingcat klinika Charite wzmocniła ochronę, by zapobiec ewentualnym, kolejnym zamachom na życie opozycjonisty. Tymczasem dwa kolejne laboratoria – z Francji i Szwecji – potwierdziły wstępne wyniki niemieckich toksykologów, które wskazywały, że Nawalny został otruty przy użyciu środka bojowego typu nowiczok.

Rzecznik niemieckiego rządu federalnego poinformował, że Berlin pozostaje w kontakcie ze swoimi europejskimi partnerami w sprawie podjęcia dalszych kroków w tej sprawie. Jak dodał, próbki pobrane od Aleksieja Nawalnego trafiły też do Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej, która prowadzi niezależne śledztwo w sprawie otrucia. Niemcy wezwały powtórnie Rosję do wyjaśnienia okoliczności tej sprawy.

Tymczasem coraz więcej polityków w Unii w związku z sytuacją domaga się zawieszenia projektu Nord Stream 2. – Co jeszcze musi się wydarzyć, by wreszcie dostrzec, że dzisiejsza Rosja zagraża Europie i jej wartościom? – pytał premier Łotwy Krisjanis Karins w rozmowie z telewizją ARD. Wcześniej podobne zdanie wyraził w niemieckich mediach między innymi szef polskiego rządu Mateusz Morawiecki. „Sytuacja na Białorusi i zamach na Nawalnego to być może ostatnie przestrogi dla Zachodu” – pisał premier na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Stan zdrowia Nawalnego poprawia się

Jak poinformowała agencja Reutera, powołując się na przedstawicieli berlińskiego szpitala Charite, stan Aleksieja Nawalnego uległ poprawie. Rosyjski opozycjonista został odłączony od respiratora. Berliński szpital poinformował w poniedziałek (7 września), że rosyjski opozycjonista został wybudzony ze śpiączki farmakologicznej, odłączony od respiratora i reaguje na mowę, a jego ogólny stan się polepszył.

Przedstawiciele szpitala podkreślają jednak, ze nie można wykluczyć długotrwałych i poważnych skutków wywołanych przez truciznę, jaka została wprowadzona do jego organizmu. Nawalny przebywał w stanie śpiączki w szpitalu Charite w Berlinie, dokąd na żądanie rodziny został przewieziony z Rosji. Polityk został hospitalizowany 20 sierpnia w Omsku na Syberii. Poczuł się źle na pokładzie samolotu, lecącego z Tomska do Moskwy, i stracił przytomność.

Według rządu Niemiec istnieją „jednoznaczne dowody” na próbę otrucia opozycjonisty środkiem bojowym z grupy nowiczok.
Źródło info i foto: interia.pl

Niemcy: Kobiety w metropoliach boją się wychodzić na ulicę. Czują się obserwowane i zagrożone

Berlin, Hamburg, Kolonia albo Monachium – w żadnym z tych miast dziewczęta i kobiety nie czują się bezpieczne. Badanie wykazało, że co piąta była już przynajmniej raz molestowana, czuła się obserwowana lub zagrożona. Dziewczęta i kobiety nie zawsze czują się bezpieczne w dużych miastach takich jak Berlin, Hamburg, Kolonia lub Monachium – wykazało badanie organizacji pozarządowej „Kinderhilfswerk Plan” oparte na sondażu online.

– Nasze badanie wyraźnie pokazało, że dziewczęta i młode kobiety także w dużych, niemieckich miastach są molestowane seksualnie, czują się śledzone i zagrożone, są obrażane – powiedziała szefowa organizacji Maike Röttger. Jak dodała, jest to sytuacja, w której odmawia się im prawa do bezpiecznego i swobodnego poruszania się po mieście, by dotrzeć do pracy lub do szkoły, spotkać się z przyjaciółkami czy po prostu wyjść na spacer.

Najbardziej niepewna jest „ulica”
W sondażu przeprowadzonym między styczniem a marcem 2020 roku uczestniczyło tysiąc dziewcząt i kobiet w wieku od 16 do 71 lat. Na interaktywnej mapie zaznaczyły one tzw. „pins”, miejsca, które odebrały za bezpieczne lub niebezpieczne dla siebie.

Najbardziej niepewnie dziewczęta i kobiety czują się „na ulicy”. Z dużym odstępem kolejnymi, ryzykownymi miejscami są dla nich środki komunikacji publicznej i tereny zielone. Powodem poczucia niepewności są przede wszystkim spotkania po drodze z grupami osób będących pod wpływem alkoholu lub narkotyków, ponadto źle oświetlone drogi i parki, wreszcie opuszczone okolice, gdzie w razie potrzeby nie można się spodziewać nadejścia pomocy.

W Hamburgu dziewczęta i kobiety najbardziej niepewnie czują się na dworcu głównym i na Reeperbahn, w Kolonii najwięcej negatywnych „pins” otrzymało śródmieście, w tym np. Neumarkt. Na mapie Berlina ani razu uczestniczki badanie nie zaznaczyły dworca głównego Hauptbahnhof, za to niezliczone negatywne oceny przypadły miejscom, gdzie gromadzą się turyści – np. Alexanderplatz czy ulice Friedrichshain. W Monachium za niepewne panie uznały parki, w tym Ogród Angielski.

Wiele dziewcząt i kobiet nie składa doniesienia na policję. Ze wstydu

Analiza zebranych danych wykazała, że co piąta uczestniczka badania padła już raz ofiarą gwałtu, była śledzona lub zagrożona. – Wiele dziewcząt i kobiet ze wstydu nie składa w takich przypadkach doniesienia na policję – mówi Mirko Streiber, szef Krajowego Urzędu Kryminalnego w Hamburgu. Wprawdzie ruch #metoo sprawił, że sytuacja nieco się poprawiła, ale mogłaby być jeszcze znacznie lepsza.

– Sondaż pokazał, że potrzeba działania jest jeszcze duża – podkreśla Maike Röttger. Każda dziewczyna i każda kobieta ma prawo poruszać się po mieście swobodnie i bez strachu.

Maike Röttger domaga się od władz miast podjęcia koniecznych kroków, w tym np. więcej lub lepszego oświetlenia czy zlikwidowania w parkach mrocznych kątów.

– Ale równie ważne jest odejście od ról przypisanych każdej płci, które ciągle jeszcze sugerują wielu chłopcom i mężczyznom, że molestowanie kobiet jest całkowicie w porządku – argumentuje. Stereotypy i dyskryminacja to głęboko jeszcze tkwiące w ogólnej świadomości przyczyny, dlaczego dziewczęta i kobiety nie mogą się czuć bezpiecznie.

Autorzy badania zaznaczają, że jego wyniki nie są reprezentatywne. Jego celem było raczej pokazanie „subiektywnego poczucia bezpieczeństwa w dużych miastach”. Ale dzięki wysokiej liczbie uczestniczek badania można wyciągać z niego także ogólne wnioski.
Źródło info i foto: interia.pl

Marsz neonazistowskich grup w Berlinie. 100 osób zatrzymanych, 45 policjantów rannych

Marsz wspierany przez grupy neonazistowskie przyciągnął w sobotę w Berlinie ponad 20 tys. protestujących. Domagali się oni zniesienia ograniczeń w związku z pandemią koronawirusa. Jak informuje Jewish Telegraphic Agency, w trakcie marszu doszło do wielu przypadków antysemityzmu.

Marsz został nazwany Dniem Wolności, co nawiązuje do filmu dokumentalnego o nazistowskiej armii z 1935 r., napisanego przez Leni Riefenstahl, ulubioną reżyserkę Adolfa Hitlera. Niektórzy uczestnicy prezentowali antysemickie hasła, inni porównywali niemieckie zasady mające na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się koronawirusa do przepisów nazistowskich.

– Ta demonstracja potwierdziła wiele naszych obaw – powiedział JTA Sigmount Koenigsberg, komisarz ds. Antysemityzmu w gminie żydowskiej w Berlinie. – Zagłada była wielokrotnie relatywizowana, a antysemickie mity spiskowe były częścią standardowego repertuaru – dodał.

Jak podkreślił, ostatecznie interwencja grup żydowskich dzień przed marszem doprowadziła władze do zmiany planowanej trasy, która przebiegałaby obok głównej miejskiej synagogi, w której odbywały się nabożeństwa szabatowe.

Według niemieckich mediów, berlińska policja przerwała demonstrację kilka godzin po jej rozpoczęciu, usuwając niektórych mówców ze sceny. Zatrzymano ponad 100 osób, około 45 funkcjonariuszy policji zostało rannych w zamieszkach po głównej demonstracji. Berlińska policja stawia organizatorom zarzuty za brak maseczek i zachowania dystansu; bada użycie symboli organizacji uznanych w Niemczech za niekonstytucyjne, w tym partii nazistowskiej.
Źródło info i foto: TVP.info

Berlin: Samochód wjechał w grupę ludzi. 7 osób rannych

Rano w Berlinie w okolicach dworca kolejowego ZOO samochód wjechał w grupę ludzi. Siedem osób zostało rannych, z czego pięć ciężko. Poszkodowany jest też kierowca samochodu, który został zatrzymany. Na razie policja nie podaje, czy było to celowo działanie.

Do zdarzenia doszło rano po godzinie siódmej na Hardenbergplatz w centrum Berlina. Samochód marki mercedes typu SUV z niewyjaśnionych dotąd przyczyn wjechał w grupę ludzi. Co najmniej siedem osób zostało rannych, z czego pięć ciężko. Ratownicy musieli użyć specjalistycznych narzędzi, by spod samochodu wyciągnąć jedną osobę. Jak podaje berlińska straż pożarna na Twitterze, na miejsce wysłano helikopter ratunkowy.

Policja szybko odgrodziła miejsce tragedii. Na miejscu pracują ratownicy, śledczy oraz funkcjonariusze z psami, które wykrywają ślady ładunków wybuchowych. Na razie policja nie podaje szczegółów zdarzenia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wspólna akcja policji i prokuratury w Berlinie w związku z podejrzeniem o terroryzm

Śledczy z berlińskiej prokuratury we współpracy z policją przeprowadzili operację w stolicy Niemiec w związku z podejrzeniem o między innymi o finansowanie terroryzmu islamskiego – poinformowało w środę (15 lipca) na Twitterze biuro prasowe berlińskiej prokuratury. Według agencji dpa do udziału w operacji oddelegowanych zostało około 450 funkcjonariuszy.

Berlińska prokuratura podała na Twitterze, że wydano 20 nakazów przeszukania dotyczących 12 podejrzanych o „przynależność do sceny islamistycznej” oraz „podejrzanych o różne przestępstwa, w tym finansowanie terroryzmu”. Rajdów dokonano w dzielnicach Reinickendorf, Charlottenburg-Wilmersdorf, Friedrichshain-Kreuzberg oraz Tempelhof-Schöneber. Jak informuje Deutsche Welle, w większości przeszukane zostały mieszkania i pomieszczenia magazynowe.

Na razie więcej informacji nie ujawniono.
Źródło info i foto: interia.pl

Berlin: 57-letni Gregor Sch. skazany na 12 lat pozbawienia wolności i pobyt w szpitalu za zabicie syna byłego prezydenta Niemiec

57-letni Gregor Sch. został w środę skazany przez berliński sąd na 12 lat pozbawienia wolności i pobyt w szpitalu psychiatrycznym za zamordowanie Fritza von Weizsaeckera, syna byłego prezydenta Niemiec Richarda von Weizsaeckera. Do zabójstwa doszło w listopadzie 2019 roku.

Dr Fritz von Weizsaecker został śmiertelnie dźgnięty nożem podczas wykładu, który wygłaszał w szpitalu w Berlinie. Ciężko ranny został też policjant, który był jednym ze słuchaczy wykładu i próbował zatrzymać sprawcę. Publiczności udało się obezwładnić i przekazać zabójcę w ręce policji.

Ze względu na ograniczoną poczytalność z powodu zaburzeń psychicznych oskarżony nie został skazany na dożywocie. Uznano go jednak za winnego również próby zamordowania policjanta. Wyrok nie jest prawomocny.

W maju Gregor Sch. zeznał, że „nigdy nie żałował” swojego czynu, twierdząc, że nienawidzi prezydenta Weizsaeckera, ponieważ zasiadał w zarządzie firmy dostarczającej roślinobójcze środki chemiczne, używane przez siły amerykańskie podczas wojny w Wietnamie.

Według prokuratury nie było to jednak morderstwo polityczne. – To był bezsensowny czyn człowieka z zaburzeniami psychicznymi – powiedział prokurator Silke van Sweringen, dodając że poprzez ten akt oskarżony chciał „wyciągnąć się z bagna swojego codziennego życia”.
Źródło info i foto: TVP.info

Niemieccy prokuratorzy federalni twierdzą, że to Kreml zlecił morderstwo Czeczena w Berlinie

Niemieccy prokuratorzy federalni poinformowali w czwartek, że zgromadzili wystarczające dowody, aby podejrzewać obywatela Rosji o zamordowanie w lecie 2019 r. w Berlinie pochodzącego z Gruzji Czeczena. Dodali, że zabójstwo zostało zlecone przez rosyjskie władze. Podejrzany o zabójstwo Rosjanin, zidentyfikowany jako Wadim Krasikow, jest oskarżony o morderstwo i nielegalne posiadanie broni – podali prokuratorzy federalni w oświadczeniu.

W związku ze sprawą Niemcy wydaliły w grudniu ubiegłego roku dwóch rosyjskich dyplomatów, powołując się na brak współpracy w śledztwie w sprawie zabójstwa z 23 sierpnia 2019 r. W czwartek ambasador Rosji został ponownie wezwany do ministerstwa spraw zagranicznych w Berlinie.

Ambasador Rosji zaproszony na spotkanie w MSZ

Rozmawiając tego dnia z dziennikarzami w Wiedniu, po oświadczeniu prokuratorów, szef MSZ Niemiec Heiko Maas powiedział: – Jeszcze raz zaprosiliśmy ambasadora Rosji na spotkanie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, aby ponownie jednoznacznie wyjaśnić nasze stanowisko stronie rosyjskiej; rząd niemiecki zdecydowanie zastrzega sobie prawo do podjęcia dalszych działań w tej sprawie.

Rzecznik niemieckiego rządu przekazał tego samego dnia, że rząd bardzo poważnie podchodzi do oświadczenia prokuratorów federalnych, iż zabicie Gruzina w Berlinie zostało nakazane przez rosyjskie władze.

Rzecznik przypomniał, że w związku ze sprawą rząd Niemiec wydalił dwóch członków rosyjskiej ambasady w grudniu 2019 r. Dodał też, że rząd zaczął ostatnio podejmować także kroki przeciwko Rosji w związku z atakiem hakerskim w niemieckim parlamencie. – Niemiecki rząd zastrzega sobie prawo do podjęcia dalszych kroków – oświadczył rzecznik.

Zamordowany służył w oddziale Szamila Basajewa

23 sierpnia ub.r. w Berlinie zamordowany został Zelimchan Changoszwili, który brał czynny udział w drugiej wojnie czeczeńskiej w oddziale dowódcy polowego Szamila Basajewa. Podczas rosyjskiej agresji na Gruzję w 2008 r. zorganizował oddział 200 ochotników do walki z siłami Kremla. Dwukrotnie uchodził z życiem przed zamachowcami – w 2009 i 2015 roku. Od 2017 roku starał się o azyl w Niemczech, ale jego wniosek został odrzucony. Changoszwili był uważany przez Urząd Ochrony Konstytucji (kontrwywiad) za niebezpiecznego islamistę.

Już w grudniu ub.r. Niemiecka Federalna Prokuratura Generalna (GBA) zakładała, że Krasikow nie działał sam; musiał mieć co najmniej jednego pomocnika. Zdaniem GBA, nie jest możliwe, by morderca, który przyjechał do Berlina dzień przed dokonaniem zabójstwa sam śledził swoją ofiarę, ustalił, jakie są jej zwyczaje i opracował plan ucieczki. Ktoś musiał mu też dostarczyć broń.

Podejrzany miał brać udział w innych zabójstwach

Wkrótce po dokonaniu morderstwa berlińska policja zatrzymała obywatela Rosji Wadima Krasikowa, który posługiwał się fałszywym paszportem wystawionym na „Wadima Sokołowa”. Rosyjska „Nowaja Gazieta” ustaliła, że mężczyzna brał udział w zabójstwie dwóch rosyjskich biznesmenów w Karelii i Moskwie w 2007 i 2013 roku.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Władze Berlina przez 30 lat przekazywał dzieci pedofilom. Szokujące doniesienia o pewnym „eksperymencie”

Władze Berlina przez 30 lat celowo przekazywały bezdomne dzieci pod opiekę pedofilom w ramach tzw. eksperymentu Kentlera – wynika z raportu dotyczącego działalności seksuologa Helmuta Kentlera, przygotowanego przez Uniwersytet w Hildesheim.

Kentler w latach 70. świadomie kierował dzieci do opiekunów zastępczych ze skłonnościami pedofilskimi. Był przekonany, że kontakty seksualne między dziećmi i dorosłymi nie są szkodliwe. Dlatego dzieci odebrane patologicznym rodzinom lub żyjące na ulicach Berlina Zachodniego często trafiały pod opiekę samotnych rodziców zastępczych, mających już za sobą wyroki za przestępstwa seksualne.

Pedofile nie musieli szukać nowych ofiar

Pozornie wydawało się, że problemy dzieci zostały rozwiązane przez Urząd ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt) – nie mieszkały już na ulicy, nie trafiały do domów dziecka, a pedofile nie szukali nowych ofiar, ponieważ tolerowano fakt, że mogli znęcać się nad wychowankami w obrębie własnych domów – napisała gazeta „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Dodała, że Kentler przekonał do swego projektu urzędników berlińskiego Senatu. Twierdził, że opieka pedofili nad małoletnimi „umożliwia ich społeczną integrację”.

Te tzw. domy zastępcze zostały założone pod koniec lat 60. XX wieku i funkcjonowały do ok. 2003 roku. Koncepcja Kentlera, oparta na „wspólnym mieszkaniu dziecka i pedofila”, została zatwierdzona przez urzędników Senatu i, z kilkoma wyjątkami, zaakceptowana także przez okręgowe Jugendamty. Kilka lat temu dwie ofiary zgłosiły się i opowiedziały swoją historię, od tego czasu badacze z Uniwersytetu w Hildesheim przeszukiwali akta i przeprowadzili wywiady – poinformował serwis Deutsche Welle, odnosząc się do zaprezentowanego w poniedziałek raportu.

Bezkarność twórcy patologicznego „eksperymentu”

DW dodał, że Kentler był w stałym kontakcie z dziećmi i ich przybranymi ojcami. Nigdy nie został postawiony w stan oskarżenia: zanim jego ofiary się zgłosiły, przestępstwa uległy przedawnieniu. Do tej pory ofiary nie otrzymały jakiegokolwiek odszkodowania.

Berlińska senator ds. młodzieży i dzieci Sandra Scheeres (SPD) nazwała odkrycia autorów raportu „szokującymi i przerażającymi”.

Liczba sprawców i ofiar nie została do dziś określona. Wiadomo, że jednym ze sprawców był Fritz H. Pod jego opieką w ciągu kilkunastu lat znajdowało się co najmniej dziesięcioro dzieci, w tym jedno z wieloma niepełnosprawnościami, które zmarło, przebywając pod jego pieczą. Trzy z jego ofiar złożyły później zeznania.

„FAZ”: Pedofile pod ochroną Berlina

Jak napisała „FAZ”, wcześniej przez lata urzędy do spraw młodzieży ignorowały sygnały o zagrożeniach, a ich pracownikom nawet zdarzało się bronić pedofila opiekującego się dziećmi. Także urzędy okręgowe nie reagowały na listy od ofiar, które zgłaszały przypadki nadużyć oraz pornografii dziecięcej.

Działalność Kentlera, który pracował także jako psycholog policyjny w berlińskim Senacie, nie byłaby możliwa bez współpracy władz Berlina, urzędów ds. młodzieży, ale także instytucji edukacyjnych i naukowych – wskazuje „FAZ”.
Źródło info i foto: TVP.info