Kolejny list z bombą w Holandii

W biurze banku ING w Amsterdamie doszło w czwartek do „niewielkiej eksplozji” listu z materiałami wybuchowymi. Nikt nie odniósł obrażeń – poinformowała rzeczniczka placówki. Policja oświadczyła, że w ramach środków ostrożności do budynku banku wysłano karetkę pogotowia, gdyż jedna osoba miała kontakt z dymem z płonącej przesyłki.

W ostatnich dniach do różnych miast w Holandii trafiły listy z materiałami wybuchowymi. W czwartek policja poinformowała o rozbrojeniu ładunku, który trafił do jednej z firm technologicznych w miejscowości Leusden niedaleko Utrechtu. Z kolei w środę doszło do dwóch niewielkich eksplozji w pomieszczeniach do sortowania poczty w firmach w Amsterdamie i w położonym na południowym wschodzie kraju Kerkrade.

Funkcjonariusze sił bezpieczeństwa podejrzewają, że wszystkie incydenty z przesyłkami są ze sobą powiązane. Poinformowali, że nadawca listów to szantażysta, który domaga się zapłaty w bitcoinach. Policja prowadzi śledztwo w sprawie listów z materiałami wybuchowymi od 3 stycznia. Przechwycono wówczas przesyłki, które zostały nadane do kilku firm, m.in. hotelu, stacji paliw i warsztatu samochodowego.
Źródło info i foto: interia.pl

Prezes NIK odpowiedział na zastrzeżenia CBA

Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś odniósł się do zastrzeżeń po kontroli jego oświadczeń majątkowych przez CBA. Stanowisko zostało skierowane do Biura w środę – poinformował szef wydziału prasowego NIK Zbigniew Matwiej, cytowany przez „Rzeczpospolitą”. We wrześniu TVN podał, że Banaś, były minister finansów i szef Służby Celnej, zaniżył w oświadczeniach dochody z wynajmu kamienicy. Mowa była także o powiązaniach Banasia ze stręczycielami.

Według TVN Banaś wpisał do oświadczenia majątkowego m.in. kamienicę w Krakowie, gdzie mieścił się pensjonat oferujący pokoje na godziny i że wynajem kamienicy o powierzchni 400 m kw. i dwóch mniejszych miał przynosić rocznie 65,7 tys. zł dochodu.

Pod koniec września Banaś udał się na urlop bezpłatny do czasu zakończenia postępowania kontrolnego CBA w sprawie jego oświadczeń majątkowych. Szef NIK oświadczył, że nie zarządzał pokazanym w materiale TVN hotelem, nie jest już teraz nawet właścicielem nieruchomości, a materiał TVN odbiera „jako próbę manipulacji, szkalowania i podważania dobrego imienia”. Pozwał TVN SA i autora materiału Bertolda Kittela, żądając przeprosin, sprostowania i wpłaty na cel społeczny.

Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało w 16 października, że zakończyło trwającą od kwietnia kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia, który ma siedem dni na zgłoszenie uwag. Rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn powiedział, że nie może udzielać informacji o ustaleniach kontroli, w tym o zastrzeżeniach CBA. Jak dodał, Banaś „ma prawo do tych zastrzeżeń odnieść się, ma prawo złożyć wyjaśnienia czy uwagi do tych zastrzeżeń, które muszą być później analizowane”.

Dzień później prezes NIK poinformował, że 16 października zakończył urlop bezpłatny i w czwartek przystąpił do wykonywania obowiązków w Najwyższej Izbie Kontroli.

Zgodnie z ustawą o NIK prezesa Izby – na wniosek marszałka Sejmu lub grupy co najmniej 35 posłów – powołuje Sejm bezwzględną większością głosów za zgodą Senatu. Kadencja prezesa NIK trwa sześć lat. Sejm odwołuje prezesa NIK, jeżeli: zrzekł się on stanowiska; uzna, że stał się on trwale niezdolny do pełnienia obowiązków na skutek choroby; został skazany prawomocnym wyrokiem sądu za popełnienie przestępstwa; złożył niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, stwierdzone prawomocnym orzeczeniem sądu; Trybunał Stanu orzekł w stosunku do niego zakaz zajmowania kierowniczych stanowisk lub pełnienia funkcji związanych ze szczególną odpowiedzialnością w organach państwowych.
Źródło info i foto: TVP.info

Napis „PZPR+” na biurze PiS w Warszawie. Policja zna już wizerunek sprawców

To już kolejny atak wandali na Biuro Zarządu Okręgowego PiS w Warszawie – poinformował w niedzielę sekretarz Zarządu Okręgowego PiS w Warszawie Michał Prószyński, odnosząc się do dewastacji budynku, w którym m.in znajdują się biura poselskie Jarosława Krajewskiego i ministra Mariusza Kamińskiego.

Tym razem na elewacji budynku przy ul. Koszykowej pojawił się na napis „PZPR+”. W zeszłym tygodniu po protestach KOD, Obywateli RP i partii na tym samym budynku pojawił się napis „Se możecie wy…ać”. Jak poinformował na Twitterze rzecznik prasowy warszawskiego okręgu Prawa i Sprawiedliwości Michał Szpądrowski, wizerunek sprawców jest znany: „Szczęśliwie tym razem sprawczyni, młoda kobieta w dresikach oraz jej starszy pomagier nie założyli na głowę pończochy i Policja zna już wizerunek sprawców”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sebastian K. podpalił biuro Beaty Kempy. Trafi do szpitala psychiatrycznego

Sebastian K., podejrzany o to, że 12 grudnia zeszłego roku podpalił biuro poseł Beaty Kempy w Sycowie, trafi do szpitala psychiatrycznego. Wrocławski sąd pozytywnie rozpatrzył wniosek prokuratury i umorzył postępowanie prowadzone przeciwko mężczyźnie.

Posiedzenie sądu, na którym rozpatrywano wniosek prokuratury, było niejawne. Sąd w pełni przychylił się do wniosku prokuratury o umorzenie tego postępowania i zastosowanie środka zabezpieczającego wobec K., polegającego na umieszczeniu go w zakładzie psychiatrycznym celem dalszego leczenia – powiedział dziennikarzom po posiedzeniu sądu prok. Tomasz Krzesiewicz z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.

40-letniemu Sebastianowi K. zarzucono sprowadzenie niebezpieczeństwa na życie i zdrowie wielu osób oraz mienie w wielkich rozmiarach, czyli o czyn o charakterze terrorystycznym. Jak podawała prokuratura, z wyjaśnień Sebastiana K. wynikało, że działał z powodu przynależności politycznej poseł Beaty Kempy do partii, która współtworzy koalicję rządową.

W toku postępowania przygotowawczego powołani przez prokuratora biegli psychiatrzy i biegły psycholog, którzy prowadzili obserwację podejrzanego przez osiem tygodni wskazali, że w czasie popełnienia zarzucanych mu czynów miał zniesioną zdolność rozpoznania ich znaczenia i pokierowania swoim postępowaniem.

Wobec stwierdzenia niepoczytalności K. i w konsekwencji ustalenia, że nie popełnił on przestępstwa, prokurator Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej zdecydował o skierowaniu wniosku do sądu o umorzenie postępowania prowadzonego przeciwko K. oraz orzeczenie wobec niego środka zabezpieczającego w postaci pobytu w zakładzie psychiatrycznym.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Polityczne bitwy w CBA

Paweł D. – funkcjonariusz z długim stażem i wieloma sukcesami, trzy lata temu złapał i doprowadził do zwolnienia z Centralnego Biura Antykorupcyjnego agenta, który miał wynosić z Biura tajne dokumenty. Dziś Paweł D. jest bez pracy, a złapany przez niego agent wraz z ludźmi PiS wrócił do służby. Materiał programu „Czarno na białym”. Na początku 2015 roku wszystkie polskie służby zajmowały się aferą podsłuchową, ale Centralne Biuro Antykorupcyjne miało też inny problem – problem z tak zwanym kretem w swoich szeregach, czyli człowiekiem, który wynosił z biura tajne dokumenty i informacje.

11 lutego 2015 roku Telewizja Republika opublikowała tajne dokumenty wprost wydrukowane z systemów CBA. To opisy i treść rozmów oficerów operacyjnych CBA z Markiem Falentą, który zlecił nielegalne nagrywanie rozmów polityków w restauracji „Sowa i przyjaciele” i później został za to skazany.

TV Republika podaje tajne kryptonimy współpracowników służb, w studiu jest Ernest Bejda, adwokat, który za pierwszych rządów PiS był wiceszefem CBA. Bejda zwraca uwagę, jak bardzo wrażliwe informacje zawierają ujawnione dokumenty.

Jak mówi „Czarno na białym” Paweł D. – były funkcjonariusz, który prowadził sprawę przecieków w CBA – szybko udało się znaleźć odpowiedzialnego za wyciek informacji. Jego zdaniem, był to Artur C. Artur C. został zwolniony ze służby. – Podejmując decyzje o zwolnieniu ze służby z uwagi na oczywistość czynu, czy oczywistość domniemanego przestępstwa, miałem ku temu istotne przesłanki – mówi Paweł Wojtunik, ówczesny szef CBA. Wojtunik przekazuje sprawę do prokuratury, która wszczyna śledztwo.

Artur C. przywrócony do służby

Pod koniec 2015 roku, kiedy władzę przejął PiS, zaczęły się kłopoty wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do wyrzucenia Artura C.. Pierwszy ze służbą pożegnał się szef delegatury CBA we Wrocławiu Zbigniew Stawarz. – Zarzucono mi zrobienie prowokacji w stosunku do podwładnego funkcjonariusza razem ze swoimi byłymi przełożonymi. Ten funkcjonariusz – jak się potem okazało – był bliskim znajomym nowego szefa CBA – mówi Stawarz. Twierdzi, że był zastraszany, dochodziły do niego informacje, że „jak się nie uspokoisz to coś ci tam wynajdziemy'”. Paweł D. twierdzi, że materiały obciążające Artura C. nie budziły żadnych wątpliwości. Ale gdy tylko Ernest Bejda wrócił do CBA i stanął na jego czele, przywrócił do służby Artura C. Bo według niego, „oczywiście nie wynosił” on informacji. Rzecznik CBA Temistokles Brodowski tłumaczy, że Artur C. nie mógł wynieść dokumentów, bo w czasie, kiedy pokazała je Telewizja Republika, nie miał do nich dostępu.

„Spotkanie z prostytutką”

Artur C. zasłynął w mediach już wcześniej. To on – według Zbigniewa Stawarza – podczas nocnej służby miał zaprosić do delegatury CBA prostytutkę. – Nie została wpisana do stosownych dokumentów. Przebywała przez kilka godzin w siedzibie instytucji, gdzie są dokumenty niejawne – mówi Stawarz, który nie ma żadnych wątpliwości, że była to prostytutka. Rzecznik CBA twierdzi, że „była to znajoma naszego funkcjonariusza”. Nie umie jednak określić celu takiej wizyty.

„Wobec mnie zaczęto stosować mobbing”

Paweł D. nadzorował największe sprawy w CBA. Za swoją pracę był kilkanaście razy nagradzany, między innymi przez prezydenta. Znalezienie tak zwanego kreta wśród oficerów CBA było jego ostatnim poważnym zadaniem. Z tego zadania postanowiło go rozliczyć nowe szefostwo. Bejda temu zaprzecza, ale Paweł D. twierdzi, że już w pierwszym tygodniu urzędowania poprosił go, żeby jak najszybciej przekazał mu materiały sprawy Artura C.

– Już wtedy wiedziałem, że będę miał problemy w związku z tą sprawa. Materiały przekazałem, oddałem wszystko. A ten funkcjonariusz w ciągu tygodnia, czy dwóch pojawił się z powrotem w biurze. Spotkałem go na korytarzu. Uśmiechał się do mnie szyderczo – mówi Paweł D.

– On święci triumfy, a wobec mnie zaczęto stosować mobbing, nie boję się tego powiedzieć. Podjęto szereg działań, które miały na celu upokorzenie mnie i doprowadzenie do tego, żeby mnie zwolnić ze służby. To jest kara za to, że dotknęliśmy człowieka, który gdzieś tam był powiązany politycznie – ocenia.

Sprawa umorzona

Gdy PiS przejął prokuraturę i jej czele stanął Zbigniew Ziobro, umorzono sprawę Artura C. i przecieku w CBA. Paweł D. mówi, że nie był nawet przesłuchany, choć prowadził tę sprawę. – Z tego co wiem, to żaden z prowadzących funkcjonariuszy nie był przesłuchiwany – dodał. Dariusz Korneluk, prokurator działający w stowarzyszeniu prokuratorów „Lex super omnia”, ocenia, że takie przesłuchanie „jest kluczowe”. Prokuratura nie jest w stanie powiedzieć, kto umorzył postępowanie, choć zdaniem Korneluka sprawdzenie tego zajęłoby prokuraturze nie więcej jak 15 sekund.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Przeciek o tajnej operacji CBA zatuszowany

W CBA zatuszowano przeciek o tajnej operacji Biura – twierdzi jeden z byłych szefów Biura. Do przecieku doszło, kiedy CBA rozpracowywało współpracownika znanej posłanki PiS. Dyrektor delegatury Biura w Lublinie po tym, jak wykrył i ujawnił przeciek, został zwolniony. To afera starachowicka bis – ocenia były szef CBA i wskazuje, że mogło dojść do zagrożenia życia prowadzących operację. CBA odpowiada Radiu ZET, że nie znalazło podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. Ujawniany efekt dziennikarskiego śledztwa Radia ZET.

Dziennikarz śledczy Radia ZET Mariusz Gierszewski ustalił, jak doszło do przecieku, dotarł też do listu potwierdzającego fakty, który były dyrektor lubelskiej delegatury Tomasz G. wysłał do Jarosława Kaczyńskiego.

„Nie jestem sfrustrowanym utratą stanowiska, zwolennikiem poprzedniej władzy. (…) W czasie, gdy pełniłem funkcję dyrektora (…), jedyną gazetą prenumerowaną przez tę instytucję, była „Gazeta Polska Codziennie”. Nie potrafię się jednak zgodzić z tolerowaniem, a nawet swoistym wynagradzaniem zachowań, które nie tylko nie przystoją funkcjonariuszom służby specjalnej, ale stanowią najgorszy rodzaj przestępstwa, jakiego funkcjonariusz może się dopuścić” – napisał Tomasz G. do prezesa PiS.

W swoim liście ujawnił, że 10 grudnia 2015 roku powiadomił szefa CBA Ernesta Bejdę o uzasadnionym podejrzeniu, że jeden z funkcjonariuszy ostrzegł osobę, wobec której prowadzono tajną operację. Mimo zebrania mocnych dowodów wobec funkcjonariusza nie wszczęto postępowania dyscyplinarnego, a tylko wyjaśniające, które miało zadziwiający przebieg. Jak relacjonuje Tomasz G., wezwano funkcjonariusza i zapoznano go z podejrzeniami kierowanymi wobec niego.

„Nawet funkcjonariusz z jednomiesięcznym stażem służby wie, że ta czynność powinna zostać wykonana po zebraniu pełnego materiału dowodowego” – napisał były szef delegatury CBA.

Dalej sprawy obrały całkowicie odmienny obrót. Funkcjonariusz otrzymał 2,5 tysiąca podwyżki i premię, którą Ernest Bejda przyznał mu z innej puli niż ta, którą przekazano na nagrody w lubelskiej delegaturze. Sam dyrektor Tomasz G. został 11 stycznia 2016 roku zwolniony. Kilka tygodni później osoba, która była rozpracowywana w tej operacji CBA, została prezesem jednej ze spółek Skarbu Państwa. „Niewykluczone, że najważniejszy warunek takiego powołania, to wieloletnia znajomość z prominentną lubelską panią poseł” – można przeczytać w liście Tomasza G. do prezesa Kaczyńskiego.

Dotarliśmy do byłego dyrektora CBA Tomasza G. „Potwierdzam wysłanie pisma, w którym zawiadomiłem o przecieku z akcji. Szczegółów nie mogę ujawnić” – mówi dziennikarzowi Radia ZET. Dodaje, że na list wysłany do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego od października 2016 roku nie otrzymał odpowiedzi.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Federalne Biuro Śledcze przeprowadziło rewizję w biurze i domu prawnika Donalda Trumpa

Prezydent USA Donald Trump określił poniedziałkową rewizję w biurze i mieszkaniu swego osobistego prawnika, Michaela Cohena jako „haniebne działanie”, które wpisuje się w logikę „polowania na czarownice” prowadzonego przez prokuratora specjalnego Muellera.

W rozmowie z dziennikarzami, amerykański prezydent po raz kolejny zasugerował, że śledztwo prowadzone przez zespół Roberta Mullera w sprawie domniemanych kontaktów sztabu wyborczego Trumpa z Kremlem w przededniu wyborów prezydenckich jest „pełne uprzedzeń”, w związku z czym minister sprawiedliwości i zarazem prokurator generalny, Jeff Sessions „powinien mu się uważnie przyjrzeć”.

Śledztwo prowadzone przez Muellera jest – w ocenie Trumpa – „otwartym atakiem na nasz kraj”.

O rewizję wnioskował Mueller

W poniedziałek Federalne Biuro Śledcze przeszukało biuro i mieszkanie osobistego prawnika prezydenta Trumpa, Michaela Cohena.

– Nakaz rewizji w biurze i w domu Cohena został wydany m.in. na wniosek biura specjalnego prokuratora Roberta Muellera – podał adwokat Cohena, Stephen M. Ryan. Mieli go o tym poinformować prokuratorzy federalni podczas rewizji.

Adwokat poinformował też, że nakaz – wraz z kilkoma innymi – został wydany ostatecznie przez prokuraturę dla dystryktu południowego Nowego Jorku.

FBI zarekwirowało korespondencję Cohen-Trump

Zarazem potwierdził wcześniejsze doniesienia, że FBI zarekwirowało osobistą korespondencję między Cohenem i jego klientem – Donaldem Trumpem w 2016 r. Agenci interesowali się też wymianą listów m. Cohenem i szefową biura komunikacji ze społeczeństwem w Białym Domu – Hope Hicks ws. niepotwierdzonych pogłosek, że Trump był zamieszany w organizację spotkania swego syna i zięcia z rosyjską prawniczką w czerwcu 2016 r. Korespondencja ta – podkreśla Reuters – nie miałaby jednak wartości dowodowej, gdyż Cohen nie reprezentował jako prawnik Hope Hicks.

Informację o rewizji w biurze Cohena jako pierwszy podał dziennik „The New York Times”. Potwierdził ją także rzecznik FBI, który w rozmowie z agencją Reutera ujawnił, że agenci przejęli cały szereg dokumentów, w tym – m.in. dowody płatności na rzecz gwiazdy kina porno Stephanie Clifford – znanej jako Stormy Daniels, utrzymującą, że miała przygodę z Donaldem Trumpem.

Sprawa Stormy Daniels

Pieniądze w wys. 130 tys. dolarów USA za nieujawnienie informacji o tym epizodzie miały być przekazane gwieździe porno w październiku 2016 r., tuż przed wyborami prezydenckimi w USA.

Cohen utrzymuje, że była to pożyczka pod zastaw domu. Sam Donald Trump podkreślał kilkakrotnie, że nie miał z całą tą sprawą – i panną Stormy Daniel – nic wspólnego. Nie miał też bladego pojęcia o płatności dokonanej przez swego prawnika.

„Polowanie na czarownice”

Śledztwo prowadzone przez specjalnego prokuratora Muellera prezydent Trump wielokrotnie określał mianem „polowania na czarownice”. Jak podkreśla, nie ma sobie nic do zarzucenia, gdy chodzi o powiązania z Kremlem i próbami przechylenia szali zwycięstwa w wyborach na swą korzyść dzięki pomocy rosyjskich hakerów.

Dziennik „The Washington Post” podał w poniedziałek na swym portalu, że Cohenowi grozi zarzut oszustwa bankowego oraz pogwałcenie zasad finansowania kampanii wyborczej. „WP” powołał się na źródło bliskie śledztwu.

Reuters przypomina, że Cohen jest centralną postacią w kontrowersyjnej aferze związanej z rewelacjami gwiazdy porno Stormy Daniels (właściwie Stephanie Clifford) o romansie z Trumpem.

Jeśli adwokat Trumpa płacił za milczenie Daniels, aby nie zaszkodziła jego szansom w wyborach prezydenckich, to było to niezgodną z amerykańskim prawem wyborczym wpłatą na rzecz kampanii wyborczej obecnego prezydenta – podkreśla Reuters.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zatrzymano napastnika, który zaatakował pracownika biura PiS w Chrzanowie

Wszedł do biura PiS w Chrzanowie. Miał krzyczeć, grozić i rzucać wyzwiskami. Na koniec uderzył jednego z pracowników. Jak podaje RMF FM, mężczyzna został zatrzymany. We wtorek około 14 mężczyzna wszedł do biura Zarządu Okręgowego PiS przy ul. 3 Maja w Chrzanowie i zaczął krzyczeć. Według wstępnych ustaleń policji, mężczyzna miał wykrzykiwać groźby i wulgaryzmy. Następnie uderzył w twarz jednego z pracowników biura, po czym uciekł.

Napastnik od wtorku był poszukiwany przez policję. W środę funkcjonariusze opublikowali portret pamięciowy i zdjęcia z monitoringu.

Zatrzymany nad ranem

Mężczyzna został zatrzymany w czwartek nad ranem. O sprawie poinformowało RMF FM. To 58-letni mężczyzna zameldowany we Władysławowie, który od lat mieszka za granicą. Do Chrzanowa przyjechał by odwiedzić rodzinę – podało Radio Kraków. Mężczyzna trafił do aresztu.

Policja na razie nie potwierdziła doniesień dziennikarzy.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

CBA kontra prezydent miasta Radom

Centralne Biuro Antykorupcyjne skierowało wniosek do Rady Miasta Radomia o wygaszenie mandatu prezydenta Radosława Witkowskiego. To skutek ujawnienia przez CBA nieprzestrzegania przez prezydenta przepisów ustawy antykorupcyjnej – informuje biuro w komunikacie na stronie internetowej. Radosław Witkowski uważa, że nie złamał prawa.

O co chodzi? Według funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Witkowski – wbrew zakazowi wynikającemu z przepisów ustawy antykorupcyjnej – zasiadał w radzie nadzorczej spółki Świętokrzyski Rynek Hurtowy.

CBA przeprowadziło kontrolę przestrzegania w latach 2014-16 przez prezydenta Radomia zakazów wynikających z art. 4 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne (tzw. ustawy antykorupcyjnej), a także kontrolę prawidłowości i prawdziwości składanych przez niego oświadczeń majątkowych w zakresie tych zakazów.

Według agentów CBA prezydent Radomia miał zasiadać w 2015 r. przez cztery miesiące w radzie nadzorczej spółki Świętokrzyski Rynek Hurtowy, w której udział Skarbu Państwa nie przekraczał 50 proc. liczby akcji.

Prezydent Radomia się broni

W ocenie prezydenta Radomia większościowym udziałowcem spółki, która go powołała do rady nadzorczej, był Skarb Państwa. Dlatego też – jego zdaniem – mógł on jako prezydent miasta jednocześnie zasiadać w radzie nadzorczej świętokrzyskiej spółki.

Witkowski podkreślał, że gdy sprawa wzbudziła kontrowersje, zakończył swą działalność w radzie nadzorczej i zwrócił blisko 12 tys. zł, które zarobił tam przez cztery miesiące i odnotował ten fakt w oświadczeniu majątkowym. Witkowski zapowiedział, że aby oczyścić się z zarzutów zamierza wykorzystać w tej sprawie wszystkie możliwe środki prawne.

Radni – 30 dni na decyzję

Od momentu wpłynięcia wniosku do Rady Miasta radni będą mieli 30 dni na podjęcie decyzji czy wygasić mandat prezydenta miasta. Zdaniem funkcjonariuszy, samorządowiec – zasiadając w radzie nadzorczej Świętokrzyskiego Rynku Hurtowego – złamał prawo. On sam uważa, że działał zgodnie z przepisami.

Jeśli radni zdecydują się wygasić mandat prezydenta, ten ma siedem dni na odwołanie się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, a sąd powinien w ciągu dwóch tygodni wydać wyrok. Stronie niezadowolonej z wyroku przysługuje prawo odwołania do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Natomiast w przypadku, kiedy radni nie znajdą podstaw do wygaszenia mandatu, inicjatywę przejmuje wojewoda, który – jak mówi Dariusz Wójcik, przewodniczący radomskiej Rady Miejskiej – wzywa samorządowców do usunięcia naruszenia prawa. Jeżeli tak się nie stanie, przedstawiciel rządu – w porozumieniu z ministrem spraw wewnętrznych i administracji – wydaje zarządzenie zastępcze. Także i wtedy prezydentowi przysługuje prawo odwołania się do sądu. Ten jednak nie jest związany żadnym terminem, w którym miałby wydać wyrok.

Ustawa antykorupcyjna

Zgodnie z ustawą antykorupcyjną, prezydenci miast w okresie zajmowania stanowiska lub pełnienia funkcji nie mogą być członkami zarządów, rad nadzorczych lub komisji rewizyjnych spółek prawa handlowego. Zakaz nie obowiązuje w przypadku, gdy osoby zostały zgłoszone do objęcia stanowisk w spółce prawa handlowego przez Skarb Państwa, inne państwowe osoby prawne, spółki, w których udział Skarbu Państwa przekracza 50 proc. kapitału zakładowego lub 50 proc. liczby akcji, jednostki samorządu terytorialnego, ich związki lub inne osoby prawne jednostek samorządu terytorialnego.
Żródło info i foto: Money.pl

Zdewastowane wejście do biura PiS w Świętochłowicach

W nocy z piątku na sobotę zdewastowano wejście do biura miejskiego Prawa i Sprawiedliwości w Świętochłowicach. O zdarzeniu informuje na swojej stronie internetowej „Dziennik Zachodni”. Nieznany sprawca na drzwiach wejściowych do biura napisał białym sprayem „wolne media”, czyli hasło, z którym w Sejmie protestował poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba.

Biura Prawa i Sprawiedliwości znajduje się w Świętochłowicach przy ul. Polaka 2a. Lokalna policja podała, że funkcjonariusze dokonali oględzin i zabezpieczyli nagranie z monitoringu. Nie przeprowadzono jeszcze wyceny zdewastowanego mienia. Na stronie biura zamieszczono po zajściu następujący wpis (publikujemy go w całości): Komunikat biura PiS w Świętochłowicach

„W okresie stanu wojennego żołnierzom wysyłanym na ulice wmawiano, że tłumią rozruchy wywołane przez zachodnich imperialistów. W podobnym tonie wypowiadały się media. Dziś potomkowie osób tworzących tamten propagandowy przekaz wmawiają Polakom, że ktoś lub coś zagraża wolności i demokracji.

Po witrynie świętochłowickiego koła PiS widać, że manipulacja jest skuteczna. Ogłupieni przez postPRLowców chuligani postanowili wyrazić się artystycznie za pomocą farby w sprayu. Hasło wymyślił prawdopodobnie sam Ryszard Petru, bo nawet on nie popełnił by w nim żadnego błędu ortograficznego. Nasza witryna to nie FB, więc zabrakło niestety miejsca na hasztag przez co nocna akcja odniosła przeciętny efekt PRowy.

Sprawcom po chrześcijańsku wybaczamy i prosimy o zgłoszenie się do nas zanim ich personalia zostaną ustalone przez policję na podstawie zapisu z okolicznego monitoringu. W nagrodę każdy z nich otrzyma kolorowankę celem kontynuacji wyrażania swych opozycyjnych ekspresji”.
Żródło info i foto: interia.pl