Kolejne uderzenie policji w biznes dopalaczy. Zatrzymano 6 osób

Sześć osób podejrzanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się produkcją i handlem dopalaczami zatrzymali policjanci CBŚP. Według szacunków, grupa mogła wprowadzić do obrotu ok. 580 kg substancji odurzających o wartości ok. 14 mln zł.

Śledztwo w tej sprawie prowadzą funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji w Lublinie razem z Lubelskim Wydziałem Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

Zespół prasowy CBŚP poinformował w środę w komunikacie, że w minionym tygodniu policjanci przeprowadzili kolejną akcję w ramach tej sprawy. Jak podano w komunikacie, „Działania realizowano na terenie kilku województw tj. na Śląsku, Dolnym Śląsku, a także w województwie łódzkim i opolskim. Zatrzymano sześć osób, w wieku od 32 lat do 53 lat”.

Gang działał w latach 2014 – 2018

Zatrzymane osoby zostały doprowadzone do prokuratury, gdzie przedstawiono im zarzuty związane z podejrzeniem sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób poprzez sprzedaż szkodliwych dla zdrowia substancji, udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a także prania pieniędzy pochodzących z nielegalnej działalności. Trzy osoby zostały tymczasowo aresztowane.

Z dotychczasowych ustaleń śledztwa wynika, że gang działał w latach 2014 – 2018, głównie na Śląsku, Mazowszu, Pomorzu, Lubelszczyźnie, w województwie opolskim, ale również w innych częściach Polski.

Członkowie grupy sprzedawali dopalacze za pomocą firm kurierskich, podając fałszywe dane nadawców. Inne substancje odurzające natomiast były rozprowadzane za pomocą sklepów internetowych. Śledczy szacują, że grupa mogła przeprowadzić nawet kilkadziesiąt tysięcy internetowych transakcji handlowych. Według szacunków, grupa mogła łącznie wprowadzić do obrotu ok. 580 kg nielegalnych substancji odurzających o wartości nawet ok. 14 mln zł.

W toku śledztwa ustalono, że w wyniku zażycia dopalaczy, które wprowadzała do obrotu zorganizowana grupa przestępcza, śmierć poniosły cztery młode osoby wieku 16, 19, 27 i 32 lat.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Afera podkarpacka. Ukraińskie służby interesowały się klientami agencji na Podkarpaciu

Dziennik „Rzeczpospolita” dotarł do zeznań braci Jewgienija i Aleksieja R. z Ukrainy, którzy przez kilkanaście lat prowadzili agencje towarzyskie na Podkarpaciu. Mężczyźni twierdzili, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy interesowała się tym, kto korzystał z usług prostytutek.

Afera podkarpacka ma dwóch głównych bohaterów – braci R., Aleksieja i Jewgenija z Ukrainy. Obydwaj mieszkali od lat 90. w Polsce i prowadzili biznes hotelarski. Jednak po latach wyszło na jaw, że od 2004 do 2017 roku mężczyźni handlowali kobietami i zmuszali je do prostytucji. Obydwaj zostali aresztowani w 2016 roku, ale otrzymali bardzo łagodne kary: skazano ich na rok i półtora roku więzienia. Są już na wolności.

Z zeznań byłego agenta CBA Wojciecha J. wynika, że w agencjach towarzyskich braci R. miały być kamery, a wizyty przeróżnych gości miały być rejestrowane. W ten sposób Ukraińcy mieli w razie czego zabezpieczać się, jeśli ktoś zacząłby interesować się ich przestępczym biznesem. Prokuratura twierdzi jednak, że żadnych taśm nie znaleziono.

Afera podkarpacka. Bracia R. o ukraińskich służbach

Jak informuje „Rzeczpospolita”, bracia R. w 2011 r. w zawiadomieniu złożonym do prokuratury poinformowali, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy od 2007 r. szukała informacji o klientach korzystających z ich agencji towarzyskich. Chodziło w szczególności o polityków i biznesmenów. Według braci R., SBU miała m.in. wzywać w tej sprawie na nieformalne rozmowy ukraińskie tancerki. Ukraińcy mieli twierdzić, że przekazali oficerom SBU blisko milion złotych i jednocześnie nie dali się zwerbować.

W jawnej części akt brakuje informacji, czy polskie służby badały ten wątek i czy zdołały w jakikolwiek sposób potwierdzić prawdziwość zeznań.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Piękna 30-latka zbudowała narkotykowe imperium. Trwają poszukiwania Magdaleny Kralki

Policja poszukuje Magdaleny Kralki, 30-latki, która miała kierować narkotykowym gangiem z Krakowa. Udaje jej się ukrywać prawdopodobnie dzięki pieniądzom, które zarobiła prowadząc nielegalny biznes. – Było ich tyle, że stały na paletach – opowiada dziennikarz Szymon Jadczak w TVN 24.

Magdalena Kralka, 30-latka poszukiwana m.in. czerwoną notą Interpolu, podejrzana jest o kierowanie narkotykowym gangiem. O tym, jak to się stało, że stała się liderką grupy przestępczej opowiadał dziennikarz Szymon Jadczak w TVN 24.

Magda Kralka dorobiła się na narkotykach. „Pieniądze leżały na paletach”

30-latka miała przejąć interes po swoim partnerze, Mariuszu Z. należącym do grupy pseudokibiców związanych z klubem piłkarskim Cracovia. W 2017 roku został on zatrzymany przez policję i trafił do aresztu. Kobieta miała nie brać udziału w działaniach kiboli, a zarządzać „biznesową odnogą kibolskiego gangu”.

Prawdopodobnie udaje jej się skutecznie ukrywać przez policją, dzięki pieniądzom, które zarobiła. – Jeden z ludzi, który zna tych braci i był w domu u Magdy, opowiadał mi, że tam pieniądze stały na paletach. Oni już nie wiedzieli, co z tymi pieniędzmi zrobić – opowiadał Szymon Jadczak. – (Magda) ma ogromne środki, właściwie nieograniczone. Mając takie pieniądze można się ukrywać – dodał.

Wobec kobiety wydano Europejski Nakaz Aresztowania

Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wydał za Magdaleną Kralką list gończy. Kobieta ścigana jest także na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Jej sprawa otrzymała czerwoną notę Interpolu, co oznacza, że jest uważana za niebezpiecznego przestępcę. Podejrzewana jest o kierowanie grupą przestępczą i powiązania mające na celu popełnianie przestępstw.

Magdalena Kralka ma 30 lat i około 172 centymetrów wzrostu. Jest szczupłej budowy ciała, ma długie proste włosy koloru blond i zielone oczy. Ostatnio zamieszkiwała w Krakowie. Policjanci ostrzegają, że ukrywanie poszukiwanej lub udzielenie pomocy w ucieczce grozi karą pozbawienia wolności do lat pięciu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Groził śmiercią Zbigniewowi Ziobrze. Dopalaczowy baron miał też innych na celowniku

Oprócz pozbycia się ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który stanął na przeszkodzie nielegalnym interesom, Jan S. miał planować zemstę także na innych osobach. „Rzeczpospolita” dotarła do europejskiego nakazu aresztowania wobec bossa branży dopalaczowej.

Nakaz wydany w maju przez wrocławski sąd zawiera łącznie 10 zarzutów dotyczących podżegania do zabójstwa i stosowania gróźb karalnych. Zgodnie z informacjami prokuratury poszukiwany w całej Europie 28-letni S. chciał usunąć ze swojej drogi wszystkich, którzy udaremnili lewy biznes, przynoszący gangowi zyski rzędu miliona złotych miesięcznie.

Kilka dni temu dziennik ujawnił szczegóły śledztwa w sprawie „zlecenia na Ziobrę” i jednego z prokuratorów, do których zabójstwa miał nakłaniać S. Okazuje się, że w podobny sposób miał on zlecić wyeliminowanie trzech policjantów, którzy rozpracowali i skutecznie rozbili dopalaczowy gang.

Z decyzji sądu o ENA wynika, że Jan S. nakłaniał „kilera” (chemika z jego gangu) do zabójstwa trzech funkcjonariuszy policji, wskazując mu użycie do tego celu m.in. „substancji powodujących zawał serca oraz zapaść krążeniową”.

Z informacji „Rz” wynika też, że S. próbował ustalać adresy policjantów tropiących jego interesy, a wiele wskazuje na to, że służyć miał do tego „patent” z wysyłaniem przesyłek na nazwiska funkcjonariuszy. Odebranie przesyłek miało pomóc ustalić, gdzie mieszkają poszczególni policjanci.

Skala rozmachu, z jaką działał gang, w którym Jan S. miał pełnić kluczową rolę, sięgała poza granice kraju. Dopalacze sprzedawane przez sklep S. kupiło w ciągu kilku lat 16 tys. osób.
Źródło info i foto: TVP.info

Rozbito grupę oszustów. Działali metodą „na policjanta”

Trzech młodych mężczyzn – Piotr R. (22 l.), Adrian Z. (22 l.), Patryk Ś. (25 l.) wymyślili sobie „biznes” na którym chcieli zbić kokosy. Szkoda tylko, że nie chcieli zarobić pieniędzy legalnie, a perfidnym oszukiwaniem seniorów metodą „na policjanta”. Na szczęście wpadli w ręce policji i teraz będą mieli dużo czasu, aby wymyślić sobie legalny biznes, bo grozi im nawet 8 lat więzienia.

Ich plan działania był bardzo prosty. Adrian Z. (22 l.) i Patryk Ś. (25 l.) kierowali grupą. Oni też zamykali się w wynajętym mieszkaniu i po kolei dzwonili d osób, których numery telefonów znaleźli w starej… książce telefonicznej. Gdy już im się kogoś przekonać, że są z „policji” i prowadzą tajną akcję przeciwko oszustom wtedy wkraczał do akcji 22-letni Piotr R, który w strukturach gangu był „kurierem”. To właśnie on odbierał pieniądze od ofiar oszustwa.

Tak też miało to wyglądać kilka dni temu. Przestępcy dodzwonili się do 82-letniego mieszkańca Mokotowa. Zgodził się oddać im 20 tysięcy złotych. Z fałszywym policjantem miał się spotkać przy jednym z banków przy Odyńca. Policjanci jednak juz wcześniej namierzyli oszustów i obserwowali całą transakcję. – W okolicach banku do 82-latka podszedł „kurier”, który odebrał od niego kopertę z pieniędzmi. Policjanci zatrzymali go chwilę później – mówi asp sztab Robert Koniuszy z mokotowskiej policji. – Tego samego dnia, do cel trafili Adrian Z. i Patryk Ś. – dodaje policjant.

Przestępcy najbliższe 3 miesiące spędzą w areszcie. Późnej stana przed sądem. Policjanci natomiast sprawdzają jak wiele osób obrabowali. asp sztab Robert Koniuszy z mokotowskiej policji

Byli dobrze zorganizowani

W trakcie przeszukania mieszkania, z którego telefonowali podejrzani, kryminalni znaleźli dwa laptopy, telefon komórkowy, karty SIM, książkę telefoniczną oraz zapiski, na których znajdowało się również nazwisko pokrzywdzonego.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wielka Brytania: Polak skazany za zmuszanie do niewolniczej pracy

26-letni Polak sprowadził do Wielkiej Brytanii czworo rodaków obiecując dobrą pracę i wysokie zarobki. Gdy przyjechali zmuszał ich do niemal niewolniczej pracy. Został skazany na 1,5 roku więzienia. Według danych ONZ, co 30 sekund kolejna osoba staje się ofiarą handlarzy ludźmi, a „biznes” ten osiąga rocznie ok. 150 mld dolarów.

Czworo dwudziestoparolatków z Poznania przyjechało do położonego na wschód od Londynu Essex w styczniu 2016 roku. Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii spali na podłodze w małym pokoju i mieli wydzielane racje jedzenia, a karmiono ich głównie chlebem i zupą.

26-letni Jonatan M., który ich sprowadził, na koniec każdego tygodnia przejmował większą część ich wypłaty, oddając im z niej zaledwie po kilka funtów. Jak tłumaczył, w ten sposób potrącał sobie koszty ich podróży i zakwaterowania.

Po trzech tygodniach udręki Polacy poprosili o pomoc kolegów z pracy i za ich namową zawiadomili policję.

Jego ojciec również usłyszał wyrok

W domu mężczyzny w Londynie przeprowadzono rewizję, a on sam został aresztowany.

– Oskarżony cynicznie wyzyskiwał ofiary z pieniędzy. Oszukał ich obiecując lepsze życie, oferując pracę o stałym wynagrodzeniu, które było wyższe, niż mogli zarobić w Polsce. W rzeczywistości byli zmuszeni do pracy przed długie godziny, a większość wynagrodzenia była im odbierana – mówił lokalnym mediom James Greenaway z policji metropolitalnej.

26-latek przyznał się do handlu ludźmi w celu wykorzystywania ich do pracy i po kilku miesiącach procesu usłyszał wyrok 18 miesięcy więzienia.

Razem z nim sądzony był jego 56-letni ojciec Marek M., który przyznał się do jednego oszustwa. Sąd skazał go na karę 12 miesięcy pozbawienia wolności.

Współczesne niewolnictwo

Według agencji Reutersa, w Wielkiej Brytanii ok. 13 tys. osób jest ofiarami przymusowej pracy, wykorzystania seksualnego i zmuszania do służby oprawcom.

W 2015 roku wprowadzono nowe przepisy zaostrzające kary za współczesne niewolnictwo, m.in. pozwalając na skazywanie winnych na dożywotnie pozbawienie wolności.

W styczniu dwóch Polaków – 35-letni Krystian M. i 38-letni Erwin M. – zostało skazanych na sześć lat więzienia za niewolnicze traktowanie kilkunastu Polaków, których zmuszali do pracy w magazynach sklepów Sports Direct, pozbawiając ich większości pensji. Wcześniej odebrali swoim ofiarom dokumenty tożsamości.

Jak informuje Organizacja Narodów Zjednoczonych, handel ludźmi jest trzecim, po broni i narkotykach, najbardziej dochodowym przestępstwem na świecie i dotyczy każdego regionu świata. Co roku około 2 milionów ludzi pada ofiarą tego przestępstwa, z czego jedna trzecia to dzieci. Obecnie w niewoli żyje 27 mln ludzi. 99 proc. ofiar nie udaje się uratować – wyrwać z niewoli lub odszukać po porwaniu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Domowy narkobiznes w Toruniu

Narkotykowy domowy biznes prowadziła w Toruniu 58-letnia kobieta wraz z 34-letnim siostrzeńcem. Najwyraźniej szedł dobrze, przynajmniej do czasu, gdy w mieszkaniu pojawili się policjanci. Interes kwitł na Bydgoskim Przedmieściu. 58-letnią kobietą zainteresowali się kryminalni z Komisariatu Policji Toruń Śródmieście.

W trakcie przeszukania jej mieszkania znaleźli kilkanaście zwitków foliowych z białą substancją. W sumie zabezpieczyli blisko 19 gramów narkotyków i wagę elektroniczną. Jak się później okazało, była to amfetamina.

Gdy funkcjonariusze przeszukiwali mieszkanie, przyszedł klient, który nie ukrywał, że chciał kupić narkotyki. Dzięki temu policjanci zyskali dowód, że kobieta nie tylko posiada niedozwolone substancje.

Policjanci ustalili, że pomagał jej 34-letni siostrzeniec. Oboje zostali zatrzymani. Kobieta usłyszała zarzuty posiadania narkotyków i ich udzielania, za co grozi do 10 lat więzienia. Siostrzeniec odpowie za wprowadzanie do obrotu znacznej ilości substancji psychotropowych, za co może trafić nawet na 12 lat za kraty.

Oboje mają policyjny dozór i do czasu zakończenia postępowania będą musieli zgłaszać się trzy razy w tygodniu do komisariatu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Szczyt w Hamburgu pod specjalnym nadzorem

Dziś w Hamburgu początek dwudniowego szczytu G20 z udziałem przywódców najważniejszych gospodarek świata. Dyskusja ma dotyczyć m. in. konfliktów na świecie i polityki klimatycznej. Liderzy Unii Europejskiej i Japonii polecieli na ten szczyt z uzgodnioną już umową handlową.

Bruksela i Tokio przyspieszyły negocjacje, by jeszcze przed szczytem G20 ogłosić porozumienie w sprawie zbliżenia obu gospodarek. – Unia Europejska i Japonia jadą z przesłaniem wolnego handlu wbrew protekcjonistycznym tendencjom – powiedział premier Japonii Shinzo Abe. To aluzja do działań prezydenta Donalda Trumpa, który jest przeciwny liberalizacji w handlu.

„Zamykanie się nie jest dobre dla biznesu”

– Zamykanie się nie jest dobre ani dla biznesu, ani dla światowej gospodarki, ani dla pracowników – komentował Jean-Claude Juncker. Szef Komisji Europejskiej zapowiedział, że Unia i Japonia przedstawią takie stanowisko w Hamburgu.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk mówił, że na szczycie spyta amerykańskiego prezydenta o stanowisko w sprawie przemytu ludzi z Libii do Europy. – Europa zaproponuje ostre sankcje ONZ wobec wszystkich, którzy mają związek z przemytem nielegalnych migrantów na terenie Libii – powiedział szef Rady.

Chiny i Rosja już poinformowały, że będą przeciwne, Stany Zjednoczone – jak mówił szef Rady – na razie milczą.
Źródło info i foto: TVP.info

Metamfetamina z Polski zalewa naszych południowych sąsiadów

Z najnowszych ogólnoeuropejskich danych wynika, że Czechy i Słowacja są wręcz zalewane metamfetaminą znad Wisły. Produkują ją i domorośli chemicy, i zorganizowane grupy przestępcze.

Rok 2009. Dwóch braci – nazwijmy ich Daniel i Piotr – wpada na pomysł rozkręcenia biznesu. Daniel mieszka w Czechach. Piotr w Polsce. Idea na zarobienie była prosta. Bracia postanowili kupować w Polsce leki z pseudoefedryną w hurtowych ilościach. Następnie tabletki przewozić do Czech – korzystając z rzadko odbywających się kontroli granicznych – i tam produkować z nich metamfetaminę. Do tego potrzebny był chemik. Wciągnęli więc w swój biznes Wietnamczyka, który bez trudu radził sobie z przeprowadzaniem syntezy.

Szybko okazało się, że działalność jest dochodowa. Sprzedaż metamfetaminy w Czechach była banalna. Przewóz ogromnych ilości pseudoefedryny przez granicę również. Największym problemem okazało się nabywanie leków w Polsce. Chałupnicza metoda polegająca na chodzeniu od apteki do apteki i kupowaniu po kilka, kilkanaście opakowań była czasochłonna. Piotr postanowił więc poszukać jakiegoś dojścia. Znalazł bardzo szybko. Dogadał się z właścicielką jednej z aptek, której zaproponował skup leków z pseudoefedryną w ilościach hurtowych. Przez siedem miesięcy bracia kupili od aptekarki 70 531 opakowań leków zawierających 846 372 tabletki. Zapłacili za to 700 tys. zł. Zarobili co najmniej 10 razy tyle.

Po nieco ponad pół roku jednak źródło wysycha. Inspekcja farmaceutyczna oraz policja wpadają na trop apteki, która sprzedaje więcej leków z pseudoefedryną niż wszystkie pozostałe placówki w całym województwie. Bracia znów jeżdżą od apteki do apteki i kupują tabletki w detalu. Szukają jednak dojścia do hurtu. Znajdują dość szybko. Pewien mężczyzna – twierdzący, że jest pracownikiem hurtowni farmaceutycznej (co nie zostało do dziś zweryfikowane) – zapewnia, że ma nieograniczony dostęp do medykamentu. Ale żeby nie wzbudzać podejrzeń, może sprzedawać jednorazowo maksymalnie 10 tys. blistrów. W ten sposób bracia nabywają leki za kolejnych kilkaset tysięcy złotych. I po syntezie, w wyniku której uzyskują przy pomocy Wietnamczyka metamfetaminę, sprzedają towar w Czechach za równowartość kilku milionów złotych.

Biznes kręci się na tyle dobrze, że bracia zatrudniają pracowników. Jednego, drugiego, trzeciego. Ostatecznie w proceder zaangażowanych jest 10 osób.

W 2012 r. zaczyna się im jednak palić grunt pod nogami. To wynik tego, w jaki sposób nabywali pseudoefedrynę. Polskie prawo farmaceutyczne zabrania sprzedaży leków przez hurtownika osobie fizycznej. Hurtownia powinna sprzedawać medykamenty do aptek i szpitali. Dlatego załatwiający pseudoefedrynę podstawiał pod transakcje dane jednej z istniejących aptek. Ba, wystawiane były nawet faktury. I to właśnie zgubiło szajkę. Jeden z pracowników hurtowni dostrzegł w jednej z faktur drobny błąd. Chwycił więc za telefon i zadzwonił do kierowniczki apteki.

– Ale ja nic u was nigdy nie kupowałam – odrzekła zdziwiona.

– Jak to? Jest pani jedną z naszych najlepszych klientek – odpowiedział równie zaskoczony pracownik hurtowni.

Sprawą zainteresowała się policja. Braci oraz ich współpracowników wkrótce zatrzymano.

Brzmi jak scenariusz polskiej wersji serialu „Breaking Bad”? Być może. Ale to prawda. O czym świadczy wyrok Sądu Okręgowego w Koninie (sygn. akt II K 32/14), opublikowany kilkanaście dni temu (jako pierwszy poinformował o nim portal dla farmaceutów Mgr.Farm). Daniel uznany za herszta zorganizowanej grupy przestępczej usłyszał wyrok: 4 lata i 10 miesięcy pozbawienia wolności oraz grzywna w wysokości 50 tys. zł. Jego brat, który odpowiadał przede wszystkim za koordynację działań w Czechach, został skazany na 2 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 6 lat oraz grzywnę w wysokości 45 tys. zł. Pozostali członkowie grupy również usłyszeli wyroki. Część z nich – bezwzględnego pozbawienia wolności. Mężczyzny, który podawał się za pracownika hurtowni farmaceutycznej i dostarczał leki, nie odnaleziono. Zniknął jak kamfora.
„Breaking Bad” po polsku

Od 2012 r. wiele się zmieniło. Na gorsze. Coraz większą część rynku wywozu leków z pseudoefedryną do Czech przejmują zorganizowane grupy przestępcze. Mniejsze grupy – takie jak ta kierowana przez Daniela i Piotra – boją się już nie tylko tego, że zostaną złapane przez policję, lecz także tego, iż wejdą w drogę znacznie potężniejszym od nich bandytom.

– To prawda, że wywozem leków z pseudoefedryną zajmują się świetnie zorganizowane grupy przestępcze. Mają dostęp do broni palnej, używają noktowizorów. W laboratoriach, w których produkowana jest metamfetamina, zamontowane są systemy wczesnego ostrzegania, a nawet przygotowane pułapki na policjantów – informuje Adam Chojnacki, lubuski wojewódzki inspektor farmaceutyczny.

To, że nielegalny proceder kwitnie, potwierdza również wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej Marek Tomków. – Skala problemu jest tak duża, że nie ma krztyny przesady w stwierdzeniu, że przestępcy przepakowują leki z opakowań prosto do worków. Z prostego powodu: wtedy więcej się zmieści w bagażniku samochodu, który rusza do Czech – wskazuje.

Co ciekawe, mimo że pseudoefedryna jest łatwo dostępna w wielu krajach świata, to właśnie Polska jest jej czołowym eksporterem. Taki wniosek płynie choćby z raportu „EU Drug Markets Report” stworzonego przez Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) we współpracy z Europolem.

– Ustaliliśmy, że medykamenty zawierające pseudoefedrynę lub nawet już gotowa do spożycia metamfetamina trafiają do Czech przede wszystkim z Polski. Trochę mniej z Turcji – mówi nam Andrew Cunningham, szef sekcji zajmującej się przestępstwami narkotykowymi w EMCDDA. I dodaje, że skala zjawiska oraz brak wystarczającej kontroli ze strony polskich władz muszą budzić niepokój. – Sam eksport z Polski jest wystarczający, by nasycić prawie cały czeski rynek metamfetaminą – zaznacza Cunningham.

Potwierdzają to Czesi. „Metamfetamina jest przeważnie produkowana na terenie Czech w niewielkich laboratoriach. W 2015 r. wykryto 253 takich laboratoriów i przejęto z nich 106,9 kg metamfetaminy o czystości wynoszącej średnio 70,4 proc. Substancja do ich produkcji pochodzi przeważnie z dostępnych bez recepty leków z Polski. Ten kraj pozostaje wciąż głównym prekursorem produkcji metamfetaminy” – podkreśliły czeskie władze w piśmie przekazanym EMCDDA i Europolowi. Jak przekonują autorzy raportu, problem spożycia metamfetaminy w Czechach i na Słowacji rośnie od lat. Pojawia się też coraz więcej dowodów na to, że narkotyk, który zalewa te rynki, jest rozprowadzany przez grupy przestępcze w kolejnych krajach. Czyli łańcuszek wygląda tak: polska grupa przestępcza skupuje surowiec do produkcji narkotyku, ten – już po obróbce – trafia na rynki czeski i słowacki. A dalej na Zachód, przede wszystkim do Niemiec i Francji.

W październiku 2015 r. odbyło się nawet dwudniowe spotkanie śledczych i policjantów z Polski, Czech i Niemiec. Nazwano je „Operacją Gandalf”. Mimo rozmów sytuacja się jednak nie poprawiła. Czeska policja nie chce oficjalnie komentować sprawy na potrzeby artykułu prasowego, odsyła nas jedynie do raportu EMCDDA. Z kolei mł. asp. Michał Gaweł z Komendy Głównej Policji przyznaje, że część lekarstw z Polski faktycznie jest przemycana przez grupy przestępcze do Czech. Ewentualnie produkcja narkotyku odbywa się w Polsce.

– W nielegalnych laboratoriach działających po stronie polskiej często zatrzymywani są obywatele czescy – zastrzega Gaweł. I dodaje, że proceder jest doskonale znany polskiej policji, o czym świadczy choćby to, że raptem kilkanaście dni temu Centralne Biuro Śledcze Policji rozbiło szajkę zajmującą się właśnie produkcją metamfetaminy.
Czyj to problem

Dlaczego narkotyk lub lek umożliwiający jego produkcję jest z Polski eksportowany? Dlaczego nie jest sprzedawany w Polsce? Powód jest prozaiczny. Nad Wisłą popularna jest mniej szkodliwa dla zdrowia amfetamina. Stąd dla metamfetaminy na rynku nie ma wiele miejsca. W Czechach i na Słowacji zaś wiele narkotyków jest trudniej dostać niż u nas. Dlatego większą popularnością cieszą się te, które łatwo wytworzyć i są relatywnie tanie. Dlaczego to właśnie Polska jest głównym eksporterem pseudoefedryny do Czech? Najważniejsze: całkowicie dziurawe są nasze przepisy. Od 1 stycznia 2017 r. wprowadzone zostały ograniczenia w możliwości sprzedaży leków z pseudoefedryną. Ministerstwo Zdrowia ogłaszało je z wielką pompą.

– Farmaceuta nie może sprzedać pacjentowi jednorazowo więcej niż 720 mg pseudoefedryny, a to oznacza jedno lub dwa opakowania leku – wyjaśnia Łukasz Waligórski, redaktor naczelny Mgr.Farm oraz członek Naczelnej Rady Aptekarskiej.

To rzeczywiście utrudniło zakup leków osobom, które często mają chore gardło i chcą od razu kupić syrop na kaszel na zapas. Oszustom jednak w żadnym stopniu. Bardzo szybko znaleziono obejście regulacji. Skoro bowiem można sprzedać jednorazowo ograniczoną liczbę opakowań leku, chodzi o sprzedaż w ramach jednego rachunku. Stworzono więc oprogramowanie komputerowe, które z prędkością karabinu maszynowego wystawia kolejne paragony. W ten sposób można kupić 3,6 tys. opakowań w ciągu godziny.

Łukasz Waligórski przekonuje jednak, że to model działania, który przestępcy wykorzystują coraz rzadziej. – Dużo bardziej opłacalne dla przestępców jest szukanie aptek, które gotowe są na współpracę i sprzedaż większych ilości leków z pseudoefedryną tylnymi drzwiami. Taka apteka oczywiście sporo ryzykuje, ale przy zastosowaniu podwójnej księgowości może skutecznie ukrywać sprzedaż dużych ilości leków. Znane są przykłady aptek, które przez siedem miesięcy potrafiły w ten sposób sprzedać ponad 70 tys. opakowań za blisko 700 tys. zł. Znany jest też przypadek, gdy przestępcy odbierali leki ciężarówkami bezpośrednio z hurtowni farmaceutycznej – opowiada Waligórski.

Lubuski inspektorat farmaceutyczny w ramach wykonywania rutynowych działań znalazł nawet punkt apteczny, w którym w ciągu niespełna dwóch miesięcy sprzedano 45 682 opakowania leku Cirrus oraz 15 922 opakowania Sudafedu, które zawierają pseudoefedrynę. Z ciekawości porównano te liczby do sprzedaży w konkurencyjnym punkcie aptecznym, znajdującym się przy sąsiedniej ulicy. W nim – o dziwo – sprzedano ledwie dwa opakowania Sudafedu. Cirrusu – ani sztuki. Zamówiona i sprzedana ilość leku Cirrus w ciągu dwóch miesięcy przez wyżej wymieniony punkt apteczny wystarczyłaby 174 aptekom mieszczącym się w województwie lubuskim na 76,3 lata – informuje nas tamtejszy inspektor.

Gdy zaś już leki wyjdą z apteki lub punktu aptecznego, to choćby ktoś został złapany za rękę z tysiącami tabletek zawierającymi pseudoefedrynę, nic mu nie grozi – co najwyżej zarekwirowanie medykamentów. – Kilka miesięcy temu na spotkaniu głównego inspektora farmaceutycznego z policją funkcjonariusze podnosili problemy z karaniem takich osób. Bo nawet gdy łapią człowieka z pełnym bagażnikiem leków z pseudoefedryną, to trudno udowodnić mu zamiar produkcji narkotyków, skoro te medykamenty są dostępne bez recepty. A człowiek zarzeka się, że kupił je jedynie na własny użytek – wyjaśnia Paweł Trzciński, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego.

Trudno też karać aptekarzy, którzy sprzedają ogromne ilości produktów. Trzciński wyjaśnia, że inspektorzy mają związane ręce, gdy przedsiębiorca twierdzi na przykład, że to skutek podjechania pod aptekę wielu autokarów wycieczkowych, w których znajdowały się setki osób. I akurat każda z nich potrzebowała leku z pseudoefedryną. – Jeśli tylko przestępca postara się stworzyć pozory legalności swojego działania, bardzo często jest nie do ruszenia – przyznaje z ubolewaniem rzecznik GIF.

Bezradne są także inne organy państwowe. Jednemu z punktów aptecznych w województwie opolskim przyglądały się przez kilka miesięcy fiskus i Centralne Biuro Śledcze Policji. Efekt? Leki zarekwirowano. Nikt jednak nie usłyszał zarzutów. Było wiele poszlak, ale nikogo nie złapano za rękę nie tylko na obrocie pseudoefedryną, lecz także na produkcji metamfetaminy. To zaś jest kluczem do skazania. – Choć i tu warto podkreślić, że wyroki są śmieszne. Dwa lata pozbawienia wolności za nielegalny obrót lekami? Trzy lata za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą zarabiającą dziesiątki milionów na produkcji narkotyków? To kpina – podkreśla Adam Chojnacki.

Eksperci podkreślają także, że polska policja jest nieudolna albo niezainteresowana walką z przestępcami. Przede wszystkim funkcjonariusze nie rozumieją konsekwencji hurtowego obrotu lekami z pseudoefedryną. Nie łączą tego w jeden łańcuch z produkcją metamfetaminy. A nawet gdy już to robią, często zwycięża przekonanie, że to problem Czechów, a nie Polaków.

Być może dlatego ściganie przestępców przypomina kiepską komedię kryminalną. – Nie tak dawno temu w województwie opolskim policja monitorowała działalność apteki, w której pracownica siedziała i ręcznie wystawiała paragony na opakowania leku z pseudoefedryną. Wiadomo było, że jest zaangażowana w nielegalny proceder. Policja zaczaiła się na dilera, który miał przyjechać. Rzeczywiście się pojawił. A następnie zabrał towar i pojechał. Mieli go ścigać. Ale z pościgu nic nie wyszło, bo funkcjonariuszom… zepsuł się samochód. A innych mogących interweniować akurat nie było – opowiada Marek Tomków.

Inspektorzy farmaceutyczni nie kryją, że źle im się układa współpraca ze służbami. Monika Urabiak, podkarpacki wojewódzki inspektor farmaceutyczny, przyznaje, że w wyniku przeprowadzanych kontroli zdarza się znaleźć podmioty, które zamawiają alarmująco dużo preparatów z pseudoefedryną, a następnie je odsprzedają. – Po przeprowadzeniu kontroli przesyłamy informacje do organów ścigania. W żadnej ze spraw nie otrzymaliśmy jakiegokolwiek sygnału zwrotnego – zapewnia. Podobnie twierdzi inspektor Chojnacki.

– Informacje, które przekazujemy, gdzieś utykają. I nic się nie dzieje. Biznes tak jak się kręcił, tak kręci się nadal – mówi.

Wreszcie pseudoefedryna w Polsce jest bardzo łatwo dostępna. W wielu krajach leki ją zawierające są dostępne wyłącznie na receptę. U nas – bez. Kilka lat temu był w Polsce pomysł, aby te produkty były wydawane na receptę farmaceutyczną. Czyli aptekarz mógłby wydać opakowanie leku, ale dopiero po spisaniu danych pacjenta. Z jednej strony więc nie trzeba byłoby iść do lekarza, aby otrzymać np. syrop na kaszel, a z drugiej ograniczona zostałaby możliwość robienia przekrętów. – Wiele osób widziało w tym jednak nadmierny formalizm. Mówili, że nie potrzeba nam tyle papierologii przy kupowaniu leków na przeziębienie. Moim zdaniem jednak nie powinniśmy podchodzić krytycznie do tego pomysłu. Popatrzmy szerzej – zaopatrujemy Czechy oraz inne kraje europejskie w mniejszym stopniu w substancję niezbędną do produkcji szalenie szkodliwego narkotyku. Trzeba coś z tym zrobić – przekonuje Marek Tomków.
Nie rób tego sam

Przestępcy działają na dwa sposoby. Do niedawna przez granicę były przewożone leki z pseudoefedryną, a laboratoria do produkcji metamfetaminy znajdowały się w Czechach. Tam też rozprowadzano towar: głównie na użytek czeski i słowacki, część trafiała do Niemiec, trochę do Francji. Czeskie służby jednak wypowiedziały wojnę producentom narkotyków. Coraz więcej grup przestępczych więc tworzy laboratoria w Polsce. To u nas powstaje narkotyk, a następnie jest na południe przewożony samochodami osobowymi i półciężarowymi, które rzadko są poddawane kontrolom.

Stworzenie prostego laboratorium jest łatwe. – Bo i proste jest stworzenie metamfetaminy. W internecie bez trudu można znaleźć domowe sposoby na syntezę. Wystarczy jedynie mieć czerwony fosfor, jodek potasu i odpowiednie narzędzia laboratoryjne. Wszystko do nabycia na popularnym portalu aukcyjnym. Musimy też mieć oczywiście kuchnię – tłumaczy Adam Chojnacki. Wszystko co więcej służy tylko usprawnieniu procesu wytwarzania narkotyku oraz ochronie przed nalotem policji (jak np. monitoring).

Łukasz Waligórski uważa jednak, że laikowi trudno byłoby przeprowadzić syntezę w domowych warunkach. Trzeba też mieć chociażby eter, kwas solny i wodorotlenek sodu. Czerwony fosfor jest rzeczywiście na wyciągnięcie ręki. Domorośli chemicy zdrapują go z zapałek.

– Sam proces syntezy jest jednak trudny i niebezpieczny. Naczynia pękają, odczynniki wybuchają. Opis można co prawda znaleźć w internecie, ale wątpię, by osoba bez wiedzy chemicznej była w stanie samodzielnie przeprowadzić udaną syntezę. Co innego, jeśli uczyni to z pomocą doświadczonego chemika, który pokaże, co i jak. Wtedy laik może nauczyć się przeprowadzać syntezę i po pewnym czasie działać samodzielnie – tłumaczy redaktor naczelny Mgr.Farm.

Tu docieramy do kolejnego powodu, dla którego Polska jest potęgą w narkotyzowaniu naszych południowych sąsiadów: wiedza chemiczna. Łukasz Waligórski przyznaje, że chemicy są w środowiskach przestępczych niebywale cenni. A lubuski wojewódzki inspektor farmaceutyczny mówi wprost: gangsterzy o nich dbają, bo dzięki dobremu fachowcowi można choćby skrócić proces tworzenia metamfetaminy. Ponoć to właśnie polscy specjaliści skrócili syntezę z 72 godzin do zaledwie 24.

Trzeba też oczywiście mieć leki, które zawierają pseudoefedrynę. O nie jednak najprościej.

– To popularny składnik preparatów na katar dostępnych w aptekach bez recepty. Do nielegalnej produkcji metamfetaminy wykorzystywane są te tabletki, w których dawka pseudoefedryny jest najwyższa – bo wtedy cały proceder jest najbardziej opłacalny. Są to zatem takie preparaty jak Sudafed (60 mg), Acatar Acti Tabs (60 mg) czy Cirrus (120 mg) – wyjaśnia Łukasz Waligórski.

Ci czytelnicy, którzy myślą o otworzeniu domowego laboratorium chemicznego rodem z serialu „Breaking Bad”, powinni jednak szybko z tego pomysłu zrezygnować.

– Nasz system jest tak skonstruowany, że akurat małych dostawców się wyłapuje. Nikt nie rusza mafii, która organizuje wywóz, produkcję i sprzedaż metamfetaminy – spostrzega Adam Chojnacki.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Włoska mafia musi obawiać się konkurencji?

Świat to globalna wioska. Okazuje się, że ta prawda dotyczy także świata przestępczego. Nawet potężne włoskie mafie, takie jak cosa nostra, kamorra czy ‚ndràngheta muszą liczyć się z konkurencją. Mafiosi z importu stają się często ramieniem zbrojnym włoskich organizacji, które zaczynają się zajmować biznesem z wyższej półki. Rośnie w siłę też tamtejsza mafia z apulijskiej Foggii.

Zbieranie haraczu, uliczne porachunki, handel narkotykami na lokalną skalę, drobniejsze mafijne sprawy – to wszystko zaczyna przechodzić w inne ręce. Jak wylicza włoska ANSA, jest co najmniej pięć głównych zagranicznych organizacji przestępczych, które na Półwyspie Apenińskim odciskają piętno. Ochrzczono je wspólnym mianem „pentacamorra”. Chodzi o gangi nigeryjski, gruziński, chiński, latynoskie oraz wspomnianą już società foggiana z Apulii. Każda z nich dała się już porządnie we znaki Włochom.

Voodoo i mafia

Na Sycylii Nigeryjczycy stowarzyszyli się z cosa nostrą. Brutalni, świetnie zorganizowani, stali się jej zbrojnym ramieniem. Nie jest to oczywiście pierwszy rejon Włoch, który naznaczyli swoją przestępczą działalnością. Kłopoty z Nigeryjczykami mają już mieszkańcy Apulii i Piemontu.

Nigeryjczycy wrastają powoli w krajobraz sycylijskich miasteczek. Noszą czarne berety i niebieskie buty. W samochodach mają m.in. kije i maczety, które sprawdzają się jako groźna broń. Są świetnie zorganizowani, hierarchia w ich grupie zbudowana jest na zasadzie piramidy – na górze są panowie, nieco poniżej rada starszych, a na samym dole tzw. rzeźnicy, czyli ludzie od brudnej roboty.

Dyscyplinę w swoich szeregach trzymają m.in. za pomocą… czarów i voodoo. Mają wiele wspólnego z sektami. Podczas gdy panowie kradną i mordują, ich kobiety zajmują się prostytucją i stręczycielstwem.

Ciekawe jest pochodzenia nigeryjskich bandziorów. W gangi przerodziły się bowiem bractwa studenckie z tamtejszych uniwersytetów. Powstawały masowo w latach 50. i 60. XX wieku. Przez pewien czas były oazami intelektualnymi, ale już w latach osiemdziesiątych dostały się pod wpływy licznych w Nigerii grup partyzanckich. I wtedy pojawiła się przemoc – zaczęło się wywierania nacisku na wykładowców i innych studentów.

Zastraszali, bili, potem już mordowali. Uczelnie nadal są przez nich terroryzowane, choć szczyt ich działalności przypadał na lata 90. Wielu członków bractwa z przestępczego rzemiosła uczyniło sposób na życie. I tak powstały organizacje mafijne. Ci, którzy urzędują na Sycylii, mają wywodzić się m.in. z organizacji Black Axe (czarne topory). Mówi się, że stosują krwawe tortury, a podczas ich obrzędu inicjacyjnego jest zwyczaj picia ludzkiej krwi.
Źródło info i foto: TVP.info