Policjanci rozbili grupę oszustów. Poszkodowanych może być nawet 1800 osób

Dolnośląscy policjanci rozbili grupę przestępczą, której członkowie podejrzani są o oszustwa na dużą skalę. W wyniku przestępczego procederu pokrzywdzonych zostało blisko 1800 osób, które poprzez zawarcie umów z działająca spółką zostały wprowadzone w błąd i doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem o łącznej wartości blisko 13 mln złotych. Zatrzymanych w tej sprawie zostało już 17 osób, którym za popełnione przestępstwa może grozić kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Funkcjonariusze Wydziałów do walki z Przestępczością Gospodarczą i Dochodzeniowo – Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu prowadząc śledztwo pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze rozbili grupę przestępczą dokonującą oszustw na duża skalę. Policjanci zatrzymali na terenie województwa dolnośląskiego kolejne dwie osoby pełniące funkcje kierownicze w spółce i powiązanych z nią podmiotach. Do chwili obecnej w tej sprawie zatrzymanych zostało już 17 osób.

Jak ustalili prowadzący postępowanie policjanci, członkowie grupy w latach 2016/2017 oferowali swoim klientom świadczenie różnego rodzaju usług. Były to usługi skierowane głównie do osób starszych tj. pomoc w czynnościach dnia codziennego, pośrednictwo w uzyskaniu pomocy medycznej lub usługi remontowe. Pokrzywdzeni w trakcie rozmów byli wprowadzani w błąd co do podpisywanych dokumentów i zawieranych umów. Zaciągnięte zobowiązania dotyczyły okresu kilku lat, a miesięczne kwoty za usługi wynosiły nawet kilkaset złotych. Zebrany w tej sprawie materiał dowodowy przez prowadzących postępowanie wskazuje, że poszkodowanych w wyniku oszustwa może być prawie 1800 osób z całego kraju. Jak ustalili śledczy łączna kwota zaciągniętych zobowiązań szacowana jest na kwotę blisko 13 milionów złotych.

Do chwili obecnej zarzuty popełnienia szeregu oszustw, a także udziału w grupie przestępczej usłyszało już 17 osób. Wśród nich są m. in. właściciele spółki, kurierzy, telemarketerzy i osoby oferujące klientom produkty, które to doprowadziły pokrzywdzonych do podpisanie niekorzystnych dla nich umów. Wobec 3 z zatrzymanych dotychczas osób sąd podjął decyzję o tymczasowym areszcie na okres 3 miesięcy. a za popełnione przestępstwa grozić może im kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Policjanci i prokuratorzy nie wykluczają kolejnych zatrzymań w tej sprawie.
Źródło info i foto: Policja.pl

Stambuł: W przeszukanym samochodzie konsulatu znaleziono dwie walizki

W ramach śledztwa w sprawie zaginięcia saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego podczas przeszukania samochodu saudyjskiego konsulatu w Stambule śledczy znaleźli dwie walizki i inne rzeczy – podała we wtorek telewizja CNN Turk, na która powołuje się Reuters.

Nie jest jasne, czy jakakolwiek z tych rzeczy należała do Chaszodżdżiego. Wcześniej ta sama stacja podała, że dwie walizki i rzeczy najpewniej należały do zabitego dziennikarza.

Świadek agencji Reutera powiedział, że saudyjska ekipa śledczych towarzyszyła tureckim dochodzeniowcom, kiedy przeszukiwali oni samochód znaleziony w poniedziałek na podziemnym parkingu w Sultangazi, w europejskiej dzielnicy Stambułu.

CNN Turk podała, że przeszukanie samochodu zostanie wznowione w środę rano.

Tymczasem agencja Associated Press poinformowała, powołując się na tureckie media państwowe, że śledczy znaleźli w samochodzie trzy walizki, laptopa i ubrania.

Erdogan: zwłoki nie zostały odnalezione

W poniedziałek turecka telewizja NTV podała, że tureckim władzom nie pozwolono tego dnia przeszukać samochodu należącego do saudyjskiego konsulatu w tureckiej metropolii, ponieważ nie otrzymały one zgody od tej placówki. CNN Turk informowała w poniedziałek, że tureckie władze będą mogły przeszukać auto we wtorek.

Tymczasem prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan rozmawiał we wtorek telefonicznie z członkami rodziny zamordowanego dziennikarza. Przekazał im kondolencje i zapewnił, że Turcja uczyni wszystko, co w jej mocy, aby rozwikłać sprawę morderstwa Chaszodżdżiego – poinformowały źródła w kancelarii prezydenta.

Wcześniej we wtorek Erdogan powiedział w tureckim parlamencie, że brutalne zabójstwo dziennikarza, zamordowanego w saudyjskim konsulacie w Stambule, „było polityczne” i zostało zawczasu zaplanowane. Powiedział, że zwłoki Chaszodżdżiego nie zostały odnalezione, i zażądał od saudyjskich władz ujawnienia, gdzie się znajdują.

Sky News: zwłoki zostały „pocięte”, a twarz „oszpecona”

Następnie brytyjska telewizja informacyjna Sky News podała, powołując się na własne źródła, że części ciała Chaszodżdżiego znaleziono w ogrodzie przy rezydencji konsula generalnego Arabii Saudyjskiej w Stambule, oddalonej około 500 metrów od saudyjskiej placówki, gdzie dziennikarz zaginął. Według Sky News zwłoki zostały „pocięte”, a twarz „oszpecona”.

Choć początkowo władze Arabii Saudyjskiej utrzymywały, że dziennikarz opuścił saudyjski konsulat, ponad dwa tygodnie od jego zaginięcia w nocy z 19 na 20 października przyznały, że został on tam zabity. Saudyjska agencja prasowa SPA poinformowała, że dziennikarz zginął podczas kłótni i bójki na pięści z „wieloma osobami”. W niedzielę szef MSZ Arabii Saudyjskiej Adil ad-Dżubeir oświadczył, że zabójstwo Chaszodżdżiego to był „ogromny i poważny błąd”. Zaznaczył, że Rijad nie zna szczegółów zajścia w konsulacie w Stambule.

Dżamal Chaszodżdżi pisał m.in. na łamach amerykańskiego dziennika „Washington Post”; krytykował władze w Rijadzie, a zwłaszcza następcę tronu, księcia Muhammada ibn Salmana.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

W Watykanie ruszył proces księdza pedofila

Były pracownik nuncjatury Stolicy Apostolskiej w Waszyngtonie ksiądz Carlo Alberto Capella stanął w piątek przed trybunałem w Watykanie, oskarżony o posiadanie pornografii dziecięcej. W pierwszym dniu procesu przyznał się do winy. Agencja Ansa podała, że – tak jak w śledztwie – Capella przyznał się do „kompulsywnych czynów niewłaściwych poszukiwań w Internecie”.

„Popełniłem błąd”

Oskarżony wyjaśnił następnie, że „miał kryzys” związany z przeniesieniem do Waszyngtonu.

– Popełniłem błąd lekceważąc kryzys, jaki przechodziłem – dodał włoski ksiądz na ławie oskarżonych.

Według mediów jego proces będzie krótki. Następna rozprawa odbędzie się w sobotę. Zapowiadając proces watykańskie biuro prasowe informowało, że postawione Capelli zarzuty dotyczą posiadania, a także wymiany materiałów pornografii dziecięcej. Za dodatkową okoliczność obciążającą uznano ich „ogromną ilość”.

Grozi mu do 5 lat więzienia

W kwietniu tego roku ksiądz Capella został aresztowany przez watykański wymiar sprawiedliwości. Byłego wysokiej rangi urzędnika nuncjatury apostolskiej umieszczono w celi żandarmerii watykańskiej, gdzie pozostawał do dyspozycji władzy sądowniczej.

Watykan podawał, że za przestępstwa, które mu się zarzuca, kodeks przewiduje karę od roku do pięciu lat więzienia i grzywnę w wysokości do 50 tysięcy euro. Zgodnie z tymi przepisami kara zostaje podniesiona w przypadku znacznych ilości takich materiałów.

Sprawa watykańskiego dyplomaty została nagłośniona we wrześniu ubiegłego roku, gdy media ujawniły, że prokurator trybunału za Spiżową Bramą wszczął śledztwo przeciwko niemu. Zostało ono otwarte po sygnale otrzymanym od władz amerykańskich o możliwości popełnienia przestępstwa przez jednego z urzędników nuncjatury apostolskiej w Waszyngtonie.

Zarzuty z Kanady

O aresztowanie księdza Capelli zabiegał także wymiar sprawiedliwości Kanady, który zarzucił mu, że ściągnął z internetu materiały pedofilskie podczas pobytu w tym kraju. Ten wysoki rangą dyplomata został wezwany z USA do Watykanu, gdzie w czasie prowadzonego śledztwa przebywał w Kolegium Penitencjarzy, czyli domu franciszkanów-spowiedników z bazyliki świętego Piotra. Stamtąd trafił do celi watykańskiej żandarmerii.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Meksykanin wpadł z kokainą w samochodzie. Sąd go uniewinnił przez błąd policjanta

Meksykanin podróżujący po USA wpadł, gdy miał w samochodzie kokainę i metamfetaminę. Sąd go uniewinnił. Wszystko przez błąd policjanta, który do przesłuchania użył translatora Google’a.

Wydarzenie miało miejsce w USA na drodze międzystanowej I-70 z Maryland do Utah. Jako pierwszy opisał całą sprawę Quartz. We wrześniu 2017 roku policjant Ryan Wolting zatrzymał do kontroli samochód, który miał nieważną rejestrację.

USA: policjant przesłuchał podejrzanego za pomocą translatora
Za kierownicą siedział Meksykanin Omar Cruz-Zamora. Nie miał przy sobie prawa jazdy, okazał jednak dowód rejestracyjny pojazdu i ważną wizę. Mężczyzna twierdził, że nie zna języka angielskiego. Policjant wpadł na pomysł, że przesłucha Meksykanina za pomocą popularnego translatora Google. Okazało się, że jadący do Denver mężczyzna ma przy sobie prawie 8 tys. dolarów. Planował kupić samochód, z którym następnie zamierzał wrócić do ojczyzny.

W trakcie rozmowy funkcjonariusz zapytał zatrzymanego, czy może przeszukać pojazd. Cruz-Zamora miał odpowiedzieć „tak”. Podczas przeszukania okazało się, że ma w samochodzie duże ilości kokainy i metamfetaminy. Wolting aresztował więc Meksykanina, a sprawa trafiła do sądu.

Podczas procesu w sądzie federalnym w Kansas City mężczyzna utrzymywał, że nie rozumiał pytań zadawanych przez funkcjonariusza. Twierdził także, że nie zgodził się na przeszukanie pojazdu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Prokurator, który aresztował Tomasza Komendę nie zamierza go przeprosić

Stanisław Ozimina w rozmowie z „Faktem” mówi, że nie czuje się sprawcą dramatu mężczyzny, którzy przez 18 lat siedział w więzieniu za rzekome zabójstwo 15-letniej Małgosi.

Były prokurator Stanisław Ozimina w rozmowie z „Faktem” twierdzi, że gdy jego przełożeni scedowali na niego tę sprawę stwierdzili, że „musi coś z tym zrobić”. Był trzecim prokuratorem prowadzącym sprawę zbrodni w Miłoszycach na Dolnym Śląsku. Jak mówi , na ślad Tomasza Komendy wpadli policjanci, a opinie i ekspertyzy biegłych potwierdziły ich ustalenia.

– W mojej ocenie należało go aresztować i teraz zrobiłbym to samo. Nie popełniłem w tej sprawie żadnego błędu – podkreśla były prokurator. Kiedy przedstawił zarzuty Komendzie, odsunięto go od sprawy. Gazety pisały m.in. o tym, że dowody zapachowe w tej sprawie trzymano w śmierdzących słoikach po ogórkach, a kolejni świadkowie byli zastraszani. Ozimina skrytykowany został także przez ówczesnego prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego. Prokurator do dziś nie wie, za co dokładnie.

Śledztwo odebrano mu w styczniu 2001 r. Pięć lat później odszedł z prokuratury, a w 2015 r. został skazany za korupcję, którą udowodniono mu przy prowadzeniu spraw wrocławskich gangsterów. Nie poszedł do więzienia, bo współpracował z wymiarem sprawiedliwości.

Pytany o to, czy przeprosi Komendę, odpowiada, że nie zamierza, ale jest mu przykro, że niewinny człowiek trafił do aresztu. – Gdybym go spotkał na ulicy podałbym mu rękę. Podziwiam go za to, co przeżył w więzieniu – stwierdza.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wpadka antyterrorystów. Pomylili mieszkania

Antyterroryści bieszczadzkiej straży granicznej mieli zatrzymać podejrzanego o związki z pseudokibicami mężczyzny. Tyle, że pomylili piętra i wpadli do mieszkania niewinnego człowieka. Tymczasem podejrzany uciekł.

Antyterroryści, zamiast zatrzymać podejrzanego o związki z pseudokibicami mężczyzny wpadli do mieszkania, w którym ojciec samotnie wychowuje trójkę dzieci. Zorientowali się, że to pomyłka, bo ich cel miał mieszkać sam – informuje RMF FM. Zanim błąd naprawiono, podejrzany, który był celem pograniczników zdążył już uciec.

Do błędu doszło przez remonty, które kilka tygodni temu zaczął właściciel kamienicy – tłumaczy się z pomyłki Piotr Zakielarz z Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej. Pozamieniane zostały bowiem miejsca zamieszkania lokatorów. W konsekwencji okazało się, że osoba, która była w naszym zainteresowaniu, mieszkała na innymi piętrze – dodaje Zakielarz.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Kulisty zatrzymania Grzegorza Ł.

Grzegorz Ł. z pomocą innych osób zostawił fałszywe tropy, którymi chciał zmylić organy ścigania, jednak popełnił błąd. Dał się uchwycić kamerze w pobliżu granicy z Ukrainą. Tyle wystarczyło, by został schwytany. O kulisach jego poszukiwań opowiedział policjant z grupy tzw. poznańskich łowców głów. Nadal nie wiadomo, gdzie jest 8 mln. zł zrabowane podczas tzw. „skoku stulecia”.

Grzegorz Ł. to wiceprezes firmy ochroniarskiej, której fałszywy konwojent, podający się za Mieczysława Dudę, w 2015 r. ukradł w Swarzędzu (wielkopolskie) 8 mln zł. Grzegorz Ł. miał być jednym z głównych organizatorów kradzieży i zniknąć z łupem. Był poszukiwany listem gończym.

2,5 miesiąca poszukiwań

Mężczyznę zatrzymano w środę na terenie Ukrainy. W jego poszukiwania zaangażowani byli poznańscy „łowcy głów”, czyli członkowie policyjnej grupy, która specjalizuje się w tropieniu najbardziej niebezpiecznych przestępców. Zatrzymania Grzegorza Ł. dokonali funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, którym „łowcy głów” przekazywali informacje. Poznańscy funkcjonariusze tropili Ł. zaledwie 2,5 miesiąca.
 
– Grupa poświęciła cały swój czas na to, żeby sprawdzić wszystkie informacje, które się pojawiały w ostatnim czasie o Grzegorzu Ł. Okazało się, że wszelkie doniesienia, jakie do tej pory były, to fałszywe tropy. Prawdopodobnie Grzegorz Ł. chciał wprowadzić organy ścigania w błąd, żeby nikt go nie znalazł – powiedział policjant z „łowcy głów”.

Chciał tzw. żelaznego listu

Grzegorz Ł. w lipcu skontaktował się z Radiem ZET, w wywiadzie opowiadał o napadzie. Zażądał też tzw. listu żelaznego – gwarancji wydanej przez sąd, że do czasu prawomocnego zakończenia postępowania będzie odpowiadał z wolnej stopy.

– Był to trudny przeciwnik. Próbował nas zmylić, udzielił wywiadu, z którego wynikało, że pływa na statkach w Hiszpanii – powiedział policjant.

Grzegorz Ł. popełnił błąd, który naprowadził śledczych na jego trop.
 
– Znaleźliśmy nagranie, na którym widać było jego twarz. Nie zmienił wyglądu. Było to w rejonie granicy z Ukrainą – dodał policjant.

Poszukiwany nie przekroczył granicy na swoje nazwisko.
 
Wpadł w pobliżu Odessy

Do jego zatrzymania doszło w rejonie Odessy. – Wiemy, że na pewno w ostatnim czasie zmieniał miejsce pobytu na terenie Ukrainy, przebywał tam już dłuższy czas. Nie jesteśmy w stanie na ten moment powiedzieć, czy od momentu, kiedy zaczął się ukrywać od razu tam pojechał. Wiemy, że na pewno inne osoby pomagały mu w ukrywaniu się – wskazał policjant.
 
Jak mówił, przy Grzegorzu Ł. nie zostały odnalezione skradzione pieniądze, jednak ukraińskie służby sprawdzają, czy mógł je ukryć na terenie Ukrainy. Do tej pory udało się odzyskać jedynie niewielką część łupu.
 
Mężczyzna został zatrzymany na ulicy, był zaskoczony i nie stawiał większego oporu. Tłumaczył, że nie był pomysłodawcą „skoku stulecia”. Ł. trafił do ukraińskiego aresztu, gdzie oczekuje na decyzję o ekstradycji do Polski.

Wszystko dokładnie zaplanowali. Szczegóły „skoku stulecia”
 
Do skoku doszło 10 lipca 2016 roku. Był piątek. Około południa agencja ochrony rozwoziła pieniądze do bankomatów. Gotówkę eskortowało trzech uzbrojonych mężczyzn. W samochodzie mieli ponad 8 mln zł. Ich pierwszym przystankiem był właśnie Swarzędz.

Kiedy dwaj ochroniarze wyszli do placówki banku, trzeci z konwojentów odpalił samochód i odjechał w nieznanym kierunku. Miał przy sobie urządzenie zagłuszające nadajnik GPS pojazdu.

Fałszywy konwojent ukrył furgonetkę w lesie i zniknął razem z gotówką. Wcześniej wyczyścił auto używając do tego ciekłego chloru, by zmylić psy tropiące.

Zatrudnił się rok przed skokiem

Mężczyzna zatrudnił się w agencji ponad rok przed skokiem. Nie rzucał się w oczy. Przez cały czas sumiennie wykonywał swoje obowiązki. W dniu kradzieży, oprócz auta, wyczyścił z odcisków też swoją pracowniczą szafkę. Kiedy policja pojawiła się w firmie, okazało się, że nikt nie wie o nim kompletnie nic.

Kilka dni po kradzieży policja opublikowała zdjęcia przestępcy – łysego, brodatego mężczyzny w okularach. Mimo to nie zgłosił się nikt, kto zdradziłby jego prawdziwą tożsamość.

We wrześniu 2016 roku misterny plan zaczął jednak się sypać. Wpadł pierwszy z wspólników napadu: 39-letni Andrzej W., łódzki policjant.

Kilka dni później zatrzymano byłego policjanta, 43-letniego Andrzeja K. Śledczy namierzyli go po tym, jak wpłacił na konto swoją część łupu. Wówczas prokuratura powiązała napad z Grzegorzem Ł., również byłym policjantem i wystawia za nim list gończy.

Fałszywy konwojent z zawodu był krawcem

Zanim mężczyzna został zatrzymany, udało się ustalić, kim jest fałszywy konwojent. Okazał się nim 46-letni Krzysztof W., krawiec, mieszkaniec Łodzi.

Kiedy śledczy zapukali do jego drzwi, zupełnie nie przypominał mężczyzny, którego twarz publikowano w policyjnym komunikacie.

Miał zapuszczone włosy, zgolił brodę, nie nosił okularów i był zdecydowanie szczuplejszy.

6 osób na ławie oskarżonych

Proces w sprawie napadu „skoku stulecia” rozpoczął się na początku tego roku. Na ławie oskarżonych zasiadło sześć osób. Cztery z nich poznańska prokuratura, która prowadziła w tej sprawie śledztwo, oskarżyła o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i o przywłaszczenie mienia o znacznej wartości. Oskarżeni to 44-letni Dariusz D.; 46-letni Adam K., u którego miało dojść do podziału łupu; 48-letni Marek K., który miał brać udział w opracowaniu planu napadu i ubezpieczać przewożenie pieniędzy, oraz 48-letni konwojent Krzysztof W.

Dwie pozostałe osoby, tj. 47-letnia Agnieszka K. i 71-letni Wojciech M., miały pomagać w ukryciu zrabowanych pieniędzy i wpłacić na założone konto w jednym z banków 250 tys. zł.

Wyrok w tej sprawie Sąd Okręgowy w Łodzi wydał w lipcu tego roku. Uznał oskarżonych za winnych przywłaszczenia ostatecznie ponad 7,7 mln zł i skazał b. konwojenta Krzysztofa W. na karę 8 lat i 2 miesięcy więzienia, Marka K. na 7 lat pozbawienia wolności, byłego policjanta Adama K. na 6 lat i 2 miesięcy więzienia, a Dariusza D. – na 6 lat pozbawienia wolności.

Oskarżeni ukarani zostali również m.in. grzywnami w wysokości od 5 do 15 tys. zł. Mają także obowiązek solidarnie naprawić szkodę.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Agenta FBI wyszła za mąż za dżihadystę

Najpierw miała go rozpracować, później uciekła do Syrii, gdzie wyszła za niego za mąż. Szybko jednak zrozumiała, że popełniła duży błąd – tak CNN opisuje historię jednej z tłumaczek FBI, Daniele Greene. 38-letnia dziś Greene urodziła się w byłej Czechosłowacji, młodość spędziła jednak w Niemczech. Stamtąd trafiła do Stanów Zjednoczonych za sprawą swojego męża – amerykańskiego żołnierza. W 2011 roku dołączyła do FBI, gdzie zajmowała się tłumaczeniami z języka niemieckiego. Niedługo potem otrzymała również dostęp do tajnych informacji.

Jednym z jej zadań w trakcie pracy dla FBI było rozpracowanie jednego z bojowników tzw. Państwa Islamskiego. Według CNN był to Denis Cuspert – były niemiecki raper, znany jako Deso Dogg. Jego zadaniem było m.in. rekrutowanie w sieci nowych członków IS. Występował także w wielu brutalnych nagraniach tej organizacji.

W 2014 roku Greene skłamała, że jedzie odwiedzić swoją niemiecką rodzinę w Europie. W tym samym czasie zbiegła jednak do Syrii, gdzie odnalazła rozpracowywanego przez siebie dżihadystę. Ostrzegła go, że jest na celowniku FBI i – pomimo pozostawania w związku małżeńskim – poślubiła Cusperta. Szybko miała jednak pożałować swojej decyzji. „Byłam słaba, chciałabym móc cofnąć czas” – wynika z maili jej autorstwa, ujawnionych przez amerykańską telewizję.

Kobieta powróciła do USA – w niewyjaśnionych okolicznościach – jeszcze w tym samym roku. Natychmiast po wylądowaniu została zatrzymana. W trakcie procesu przyznała się do winy i rozpoczęła współpracę z władzami. W efekcie została skazana na dwa lata więzienia – na wolność wyszła latem zeszłego roku. Łagodny wyrok wynikał prawdopodobnie z tego, że zgodziła się współpracować ze służbami.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Francja: Premier Valls przyznaje, że wypuszczenie na wolność dżihadysty, który zabił księdza, było błędem

Premier Francji Manuel Valls przyznał w wywiadzie dla dziennika „Le Monde”, że decyzja sądu o wypuszczeniu na wolność jednego z dżihadystów, który później zabił księdza w Normandii, była błędem. Potrzeba „nowej relacji z islamem we Francji” – dodał.

„Powinno to doprowadzić sędziów do tego, by przyjęli inne podejście, sprawa po sprawie, biorąc pod uwagę daleko posunięte praktyki kamuflowania się dżihadystów” – oświadczył szef rządu. Przestrzegł zarazem przed „łatwością zrzucania na sędziów odpowiedzialności za ten akt terroru”.

„Nicolasowi Sarkozy’emu puściły nerwy” – ocenił Valls, komentując krytyczne wobec jego rządu wypowiedzi byłego prezydenta i lidera Republikanów. Jak oświadczył, „dyskredytowania lewicy poprzez podsycanie lęków w celu zbicia kapitału politycznego” nie można „usprawiedliwić prawyborami na prawicy ani przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi” we Francji.
Żródło info i foto: wp.pl

Nowe ustalenia w sprawie śmierci Igora S.

Wszystko wskazuje na to, że do śmierci Igora Stachowiaka faktycznie mógł się przyczynić błąd policji. Według nieoficjalnych informacji, do jakich udało nam się dotrzeć wynika, że mężczyzna miał prawdopodobnie nieprzepisowo zapięte kajdanki. Mógł też zostać porażony paralizatorem nie raz, a dwukrotnie. Wobec jednego z interweniujących policjantów trwa postępowanie dyscyplinarne.

W niedzielę, 15 maja 25-letni Igor Stachowiak zmarł na komendzie przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu. Wszystko zaczęło się o 6.00 rano. Igor wyszedł z dyskoteki, pożegnał się z kolegami i poszedł na Rynek. Tam został zatrzymany przez patrol policji. Był podobny do człowieka poszukiwanego przez prokuraturę za oszustwo. Nie chciał się wylegitymować. Miał być agresywny. Dlatego jeden z policjantów użył paralizatora. Zatrzymany 25-latek zmarł tuż po przewiezieniu na komendę.

Wobec policjanta, który użył paralizatora wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Pozostałych trzech mundurowych, którzy brali udział w interwencji, przesunięto do innych obowiązków. – Zakończyło się postępowanie wewnętrzne. Z jego wnioskami zapoznało się już szefostwo Komendy Głównej Policji i jesteśmy w tym zakresie do dyspozycji prokuratury – mówi kom. Iwona Kuc, pełniąca obowiązki rzecznika KGP.

Jak udało się nam nieoficjalnie dowiedzieć, policjanci mogli popełnić kilka poważnych błędów. 25-letni Igor został prawdopodobnie skuty w sposób nieprzepisowy. Ponadto paralizator mógł zostać użyty dwukrotnie. Pierwszy raz w czasie interwencji, być może już po skuciu mężczyzny kajdankami. Drugi raz Igor mógł zostać porażony w drodze na komisariat lub już na miejscu. Wciąż nie ma jednak oficjalnych informacji z wewnętrznego śledztwa. Czekamy również na wyniki badań toksykologicznych zmarłego mężczyzny.
Żródło info i foto: Fakt.pl