Nowy Jork: Boss rodziny Gambino zastrzelony

W jeden wieczór Amerykanie przenieśli się w czasie do lat 80. poprzedniego wieku. W luksusowej dzielnicy Nowego Jorku kule dosięgły bossa rodziny Gambino – niegdyś najpotężniejszej spośród nowojorskich mafii.

– Usłyszałem strzały – opowiadał reporterom dobiegający wieku emerytalnego Salvatore. Było tuż po dziewiątej wieczorem. Nad Staten Island zapadł zmrok, a w jego najwyższej części – Todt Hills, gdzie przed laty kręcono „Ojca chrzestnego”, ciemności były gęstsze, bo rezydencje są tu porozrzucane pośród zagajników.

Zabójca czaił się na 53-letniego Francesco Caliego, nazywanego Frankiem albo „Franky Boyem”, przed domem. Jak ustaliła po wszystkim policja, oddał do niego 12 strzałów, z tego sześć celnych, na koniec przejechał po nim pikapem, którym też chwilę później uciekł. Przed domem pozostawił dogorywającego 53-letniego mafiosa. Policja przyjęła zgłoszenie o 21.20. Po przewiezieniu go do szpitala lekarze stwierdzili zgon. Dziś amerykańskie media zgodnie powtarzają, że morderstwa gangstera o takiej pozycji w mafii nie było od 1985 r.

Policjanci wkrótce zaczęli rekonstruować wydarzenia, w czym pomogły nagrania z monitoringu: o godz. 21 na podjeździe rezydencji gangstera doszło do stłuczki. Najprawdopodobniej furgonetka zabójcy uderzyła w zaparkowanego tam SUV-a mafiosa, a sprawca sam zadzwonił do drzwi. Cali wyszedł z domu, by sprawdzić, co się stało. Zaczęła się wymiana zdań z kierowcą pikapa, na pozbawionych fonii nagraniach wyglądająca na spokojną. Trwała około minuty, gdy młody mężczyzna wyciągnął broń. Kilkadziesiąt godzin po morderstwie sprawca był w rękach policji. 24-letni Anthony Comello nie wypierał się zabójstwa. Śledczy narzekali tylko, że sprawca wydaje się kompletnie rozkojarzony, bo składa sprzeczne zeznania. Udało im się jednak ustalić, że Comello jest adoratorem jednej z młodych krewniaczek Franka Caliego i mafijny boss już dawno temu kazał mu dać dziewczynie spokój.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Meksyk: Aresztowano żonę bossa najpotężniejszego kartelu narkotykowego

Meksykańskie władze poinformowały, że aresztowały żonę szefa najpotężniejszego kartelu narkotykowego w kraju Jalisco Nueva Generacion (CJNG). Rosalinda Gonzalez Valencia prawdopodobnie zarządza majątkiem tej grupy przestępczej – podało meksykańskie MSW.

Żona Nemesio Oseguery Cervantesa, alias „El Mencho”, została aresztowana w sobotę wieczorem w Guadalajarze, stolicy stanu Jalisco na zachodzie kraju – poinformował minister spraw wewnętrznych Alfonso Navarrete Prida.

– Ta kobieta jest prawdopodobnym administratorem majątku grupy przestępczej i dlatego zostanie objęta postępowaniem sądowy – wskazał.

Podczas tej samej operacji, która odbyła się bez przemocy, siły zbrojne aresztowały podejrzanego, przedstawianego jako Gerardo „N”, uważanego za jednego z głównych przywódców CJNG w stanach Guanajuato i Michoacan de Ocampo, w środkowej części kraju – podaje agencja AFP. Mężczyzna ten jest podejrzany o zabójstwa policjantów oraz członków rywalizujących z CJNG karteli; o jego ekstradycję za morderstwo z 2002 roku w Oregonie wystąpiły Stany Zjednoczone.

Fortuna szacowana na 50 miliardów dolarów

Dzięki zatrzymaniom władze przejęły 270 kg kokainy na południu Meksyku.

Siły bezpieczeństwa w Guadalajarze, drugim co do wielkości mieście w kraju, zostały ostrzeżone, żeby zapobiec ewentualnym represjom ze strony kartelu.

Według szacunków meksykańskiego rządu kartel prowadzony przez „El Mencho” zgromadził fortunę w wysokości 50 miliardów dolarów. Ma silną pozycję w dziewięciu z 31 stanów kraju i ma powiązania z organizacjami przestępczymi w Stanach Zjednoczonych, Europie, Azji i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

W ostatnich latach kartel Jalisco Nueva Generacion nie wahał się atakować celów wojskowych i policyjnych – zwraca uwagę AFP. W 2015 roku członkowie tej grupy przestępczej zabili 20 żołnierzy i policjantkę podczas ataku na śmigłowiec wojskowy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polacy pomogli cyberprzestępcom ze Wschodu ukraść 154 miliony złotych

Co najmniej 154 miliony złotych wykradł z kont bankowych na całym świecie, polski odłam cybergangu, którego bossowie rezydowali w Rosji i mogli mieć powiązania z tamtejszymi służbami specjalnymi. Jak się dowiedział portal tvp.info do sądu trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko polskim liderom grupy i ich najbliższym współpracownikom. – To największa w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości sprawa dotycząca międzynarodowej cyberprzestępczości – powiedział tvp.info prok. Maciej Florkiewicz, naczelnik lubelskich „pezetów”.

O skali przestępstw popełnianych przez polski odłam cybergangu najlepiej świadczy fakt, że osoby odpowiedzialne w grupie za rozliczanie i przekazywanie pieniędzy dostawały od razu liczarki do banknotów. Tylko na terenie naszego kraju przestępcy założyli dwa tysiące kont rachunków, przez które przepuścili ponad 154 miliony złotych.

Śledczy z Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej ustalili, że polscy rezydenci cybergangu: przez Dariusz O., Mariusz S. i Mariusz P. zawiadywali blisko 500 osobami: przede wszystkim słupami, którzy zakładali rachunki bankowe potrzebne do transferowania wykradzionych pieniędzy.

Portal tvp.info dotarł do szczegółów aktu oskarżenia w tej sprawie.

Groźny „mały bankowiec”

Cybergansterzy włamywali się na konta bankowe na terenie całego świata, głównie jednak w krajach Unii Europejskiej oraz USA i Kanadzie. Wykorzystywali wirus komputerowy o nazwie Tinba (od słów: Tiny Banker, – czyli mały bankowiec). Ten tzw. trojan był dołączany do fałszywych e-maili pochodzących rzekomo od firm ubezpieczeniowych, kurierskich, banków czy poczty. Wystarczyło otworzyć załącznik do otrzymanej wiadomości i wirus już uzyskiwał dostęp do konta ofiary.

Rada Bakowości Elektronicznej taj przedstawia mechanizm działania „trojana”: „Klient podaje hasło i login do bankowości internetowej, które są następnie przesyłane na serwer hakerów. Na komputerze klienta przez okres czasu około minuty lub dłużej wyświetlany jest komunikat „ trwa przesyłanie danych”, „proszę czekać”, „trwa aktualizacja danych” itp. W tym czasie na podstawie wykradzionego loginu i hasła następuje: logowanie przez hakerów do bankowości internetowej klienta, badanie dostępnych środków, przygotowywanie transakcji oszukańczej, pobranie informacji z banku o konieczności podania numeru wygenerowanego przez Token w celu autoryzacji ww. transakcji.

Po tych czynnościach na komputerze klienta skrypt wyświetla komunikat o rzekomych problemach z uwierzytelnieniem i generuje prośbę o wprowadzenie dodatkowego numeru wygenerowanego przez Token w celu prawidłowego przeprowadzenia procesu uwierzytelnienia tożsamości klienta. Nieświadomy użytkownik wprowadzając numer z Tokena „de facto” autoryzuje transakcję oszukańczą myśląc, iż dokonuje dodatkowego uwierzytelnienia swojej tożsamości”.

Aby zamaskować nielegalne operacje, po kradzieży wirus często wysłał komunikat o ‘pracach modernizacyjnych czy przerwie w pracy bankowości internetowej.

Wirus ze Wschodu

Pieniądze z rachunków bankowych, do których uzyskali dostęp przestępcy, były następnie transferowane przez Polskę i Danię na Ukrainę, następnie trafiały najprawdopodobniej do Rosji lub Łotwy. Z ustaleń prokuratury wynika, że polski oddział cybergangu dokonał 1259 kradzieży. Jednorazowe przelewy wynosiły od kilkunastu do nawet kilkuset tysięcy złotych. Międzynarodowy cgang działał od czerwca 2009 r. do kwietnia 2016 r.

– Z naszych informacji wynika, że organizatorzy cybergangu wywodzili się z Rosji. Nie jest jednak pewne czy pieniądze trafiły do tamtejszej mafii czy do służb specjalnych, które znane są ze skutecznych ataków hakerskich – mówi jeden ze śledczych.

Pewne jest, że właśnie na Łotwie lub w Rosji rezydowali autorzy złośliwego oprogramowania. Do nich trafiało 60 proc. wykradzionych pieniędzy. Pozostałymi 40 proc. dzieli się rezydenci oddziałów krajowych, takich jak polski. – Hakerzy byli na najwyższym poziomie działalności grupy. Osoby te przygotowywały oprogramowanie w celu ataku na klientów określonych banków w różnych krajach. W kodzie oprogramowania złośliwego zaszyfrowywane były numery rachunków założonych przez członków grupy przestępczej przeznaczonych do transferów pieniędzy. Ten poziom grupy przestępczej stanowili obywatele państw rosyjskojęzycznych – dodaje prok. powiedział tvp.info prok. Maciej Florkiewicz, naczelnik Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

Polskie mózgi w akcji

Kolejnymi po hakerach, w hierarchii ważności gangu były osoby nazywane „mózgami”. Odpowiadały one za budowanie siatek osób, za pomocą, których można było bezpiecznie transferować wykradzione pieniądze do organizatorów przestępstwa. Podlegali im „księgowi” (dysponujący dostępem do baz danych okradanych osób) oraz „łowcy mułów” (odpowiedzialni za nadzór nad kontami zakładanymi przez podstawione osoby, czyli „muły”). „Mułami” byli najczęściej alkoholicy z Polski, Ukrainy i Łotwy, którzy za niewielkie wynagrodzenie zakładali rachunki bankowe niezbędne do transferowania zysków gangu.

Na terenie Polski oraz Danii „mózgami” byli: Dariusz O., Mariusz P. i Mariusz S. Dwaj ostatni mężczyźni przez jakiś czas byli samodzielnymi rezydentami cybergangu, ale w końcu podporządkowali się pierwszemu. Mieli stały kontakt z hakerami, od których przyjmowali konkretne zlecenia.

Według śledczych podgrupa Dariusza O. była „nadzwyczaj zorganizowana”. Szef pilnował bezpieczeństwa przedsięwzięcia. Każdy z jego podwładnych musiał na bieżąco zacierać ślady przestępstwa. – Wykorzystane telefony, komputery, a także karty płatnicze były niszczone po realizacji poszczególnych etapów działań. Sprawcy korzystali wyłącznie z telefonów pre-paidowych, kontaktując się między sobą za pomocą komunikatorów internetowych oraz poczty elektronicznej, której konta były zakładane na specjalnych rosyjskich serwerach, gwarantujących użytkownikom pełną anonimowość – dodaje prok. Florkiewicz.

„Muły” jadą po pieniądze

Na samym dole przestępczej hierarchii były tzw. muły. To właśnie oni zakładali rachunki indywidualne lub firmowe po jednym w kilku czy nawet kilkunastu bankach w Polsce, ale także w krajach sąsiednich: Niemczech, Słowacji czy Czechach. Każdy „muł” miał przykazane, aby przy podpisywaniu umowy podać adres do korespondencji wskazany przez swoich nadzorców. Najczęściej były to adresy pustostanów, rzadziej przypadkowych osób. Chodziło o to, aby można było bezpiecznie przejąć karty płatnicze wysłane przez banki. Jeśli chodzi o wykorzystanie adresów przypadkowych osób, to przestępcy włamywali się do ich skrzynek pocztowych, przechwytując korespondencję z bankiem.

„Muły” podawały także numery telefonów do odbierania wiadomości SMS z kodami do autoryzacji transakcji internetowych. Mając już wszystkie dokumenty oraz karty płatnicze przekazywali je „mózgom”. Ci zaś wykorzystywali tak założone konta do otwarcia kolejnych rachunków, za pomocą, których transferowano pieniądze do hakerów. Następnie numery rachunków były przekazywane hakerom. Ci zaś po dokonanej kradzieży, transferowali pieniądze na konta „mułów”, o czym informowali „mózgi”. Dla bezpieczeństwa przelewy na konta cybergangu nie przekraczały kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Na sygnał od nadzorców, „księgowi” przelewali pieniądze na kolejne rachunki. Później „właściciele” kont wypłacali gotówkę w bankomatach lub placówkach banków. Tak wyprane pieniądze były transferowane na Ukrainę za pośrednictwem znanych firm zajmujących się międzynarodowymi przekazami pieniężnymi. Stamtąd gotówka trafiała najprawdopodobniej do Rosji.

Koniec El Dorado

Początkiem końca polskiej rezydentury cybergangu było zatrzymanie w listopadzie 2015 Mariusza S. Mężczyzna ukrywał się w Danii, posługując węgierskim paszportem oraz dwoma węgierskimi dowodami osobistymi. W mieszkaniu jego ukochanej znaleziono 70 tys. euro i 300 tys. koron duńskich.

W marcu 2016 r. policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą lubelskiej komendy wojewódzkiej, zatrzymali również w Danii – Dariusza O. Z ustaleń śledczych wynika, że po wyjeździe do Skandynawii, mężczyzna stworzył tam najbardziej liczną sieć „mułów”. Policjanci mówili, że jego organizacja przypominała wręcz obóz pracy dla Polaków i Łotyszy. Miesiąc później w Białej Podlaskiej wpadł Mariusz P.

W czasie śledztwa ustalono, że przez polski odłam gangu przewinęło się 500 osób. Do kwietnia 2018 r. skierowano akty oskarżenia przeciwko 48 osobom, głównie „mułom”. Teraz odpowiedzą „polskie mózgi” oraz ich najbliżsi współpracownicy. W czasie śledztwa udało się zablokować na kontach gangsterów ponad 70 milionów złotych.
Źródło info i foto: TVP.info

Tajlandia: Zatrzymano poszukiwanego mężczyznę, który ukrywał się przez 15 lat

Tajlandzka policja schwytała poszukiwanego od prawie 15 lat bossa yakuzy, japońskiej mafii. Udało się to dzięki… zdjęciom jego tatuaży, która stały się niezwykle popularne w mediach społecznościowych – podają agencje prasowe. 74-letni Szigeharu Szirai został aresztowany w Lopburi, ok. 140 km na północ od Bangkoku.

– Podejrzany przyznał, że był szefem należącego do yakuzy gangu Kodokai, który wchodzi w skład największego klanu yakuzy, Yamaguchi-gumi – oświadczył w czwartek rzecznik tajlandzkiej policji Wirachai Songmetta. Szirai jest w Japonii poszukiwany w związku z podejrzeniami o udział w zabójstwie w 2003 r. członka rywalizującego z nim gangu. – Nie przyznał się do zabójstwa, ale wyznał, że ofiara groziła mu – poinformował Songmetta.

W 2005 roku Szirai uciekł do Tajlandii, w której ukrywał się i w której się ożenił. Jednak po kilkunastu latach jeden z lokalnych dzienników opublikował zdjęcia, na których mężczyzna ten – prawdopodobnie nieświadomy faktu, że jest fotografowany – gra na ulicy w szachy. Na fotografiach widać było pokrywające dużą część ciała tatuaże oraz brak kawałka małego palca u lewej ręki.

Zdjęcia w sierpniu 2017 r. zostały udostępnione na Facebooku ponad 10 tys. razy i przykuły uwagę japońskiej policji. Tamtejsi funkcjonariusze zwrócili się z prośbą o pomoc do kolegów z Tajlandii. Tatuaże na plecach, górnych częściach rąk i odcięty kawałek małego palca są charakterystycznymi znakami członków yakuzy. Szirai nie miał wizy ani paszportu; żył dzięki pieniądzom, które kilka razy do roku przywozili mu znajomi z Japonii. Oficjalnie aresztowano go w związku z nielegalnym wjazdem do Tajlandii. Zostanie prawdopodobnie poddany ekstradycji do Japonii.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Nie żyje Totò Riina, najpotężniejszy boss sycylijskiej mafii

W wieku 87 lat zmarł we włoskim szpitalu najpotężniejszy boss bossów sycylijskiej mafii, cosa nostra Totò Riina. Gangstera skazano go na 26 wyroków dożywocia, w tym za zlecenie zamachów na prokuratorów Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino.

Z powodu ciężkiej choroby Riina przebywał ostatnio na oddziale więziennym w szpitalu w Parmie, dokąd trafił po ponad 20 latach pobytu w izolacji, w warunkach zaostrzonego rygoru. Tak we Włoszech osadzani są najgroźniejsi członkowie mafii.

W ostatnich godzinach jego życia minister sprawiedliwości Andrea Orlando podpisał specjalny dekret zezwalający dzieciom Riiny, być przy nim w szpitalu.

Wyjątkowe okrucieństwo

Totò Riina urodził się 16 listopada 1930 r. w chłopskiej rodzinie, w uważanym za kolebkę cosa nostra Corleone pod Palermo na Sycylii. Dorobił się przydomku „La Belva” (bestia) z powodu swego okrucieństwa.

Jako 19-latek został skazany na 12 lat więzienia za zabicie rówieśnika. Od końca lat 50. był w bandzie, która zajmowała się nielegalnym ubojem. Zamordował wtedy swego szefa. Od tamtej pory nie zszedł już z przestępczej drogi.

W 1974 r. został bossem cosa nostra w swym rodzinnym Corleone, a w kolejnych latach zdobywał coraz większą władzę w mafii sycylijskiej. Konkurentów mordował. Szacuje się, że mafijnej wojnie od początku lat 80. zginęło ok. 200 członków cosa nostra.

Dziesiątki zbrodni

Riina został skazany 26 razy na dożywocie za dziesiątki zbrodni, m. in. za zlecenie zabójstwa dwóch słynnych sędziów śledczych, walczących z mafią. Giovanni Falcone zginął w zamachu bombowym w maju 1992 r. koło Palermo, a Paolo Borsellino dwa miesiące później, także w stolicy Sycylii.

Totò Riina był poszukiwany przez 24 lata. Aresztowano go w Palermo w styczniu 1993 r. Śledczy twierdzą, że kierował mafią także z więzienia. W 2016 r. ministerstwo sprawiedliwości podejmując decyzję o dalszym utrzymaniu wobec niego rygoru ciężkiego więzienia uznało go za wciąż niebezpiecznego jako zdolnego do utrzymywania kontaktów z przebywającymi na wolności mafiosami cosa nostra.

Ostatnio wytoczony mu proces dotyczył nigdy niewyjaśnionej do końca kwestii domniemanych rokowań, jakie kierowana przez niego mafia miała prowadzić z państwem włoskim w latach 90.
Źródło info i foto: TVP.info

Gangi przemycające migrantów zarabiają rocznie 400 mln dolarów

Przerzut migrantów do Włoch przynosi przemytnikom zyski w wysokości co najmniej 400 milionów dolarów rocznie – pisze dziś dziennik „Corriere della Sera”. Gazeta dodaje, że gangi wymuszają też okup za porwanych migrantów. Włoski dziennik zauważa, że wśród przemytników migrantów nie ma jednego wielkiego „bossa” gangu, którego można by porównać do Al Capone. Są ich setki, dodaje, i są oni wyjątkowo okrutni.

W artykule wyjaśniono, że przychody przemytników, szacowane na 400 milionów dolarów, nie obejmują kwot, jakie wymuszają oni od migrantów w punktach kontrolnych oraz pracy przymusowej wykonywanej przez dziesiątki tysięcy ludzi, którzy chcą dostać się do Włoch. Na łamach mediolańskiego dziennika postawiono tezę, że to brak oficjalnych i kontrolowanych kanałów dla tych, którzy chcą dostać się do Europy, doprowadził do rozkwitu wręcz całego „przemysłu” przemytu ludzi.

Gazeta przytacza rezultaty ankiety, przeprowadzonej wśród tysiąca uchodźców. Na podstawie ich relacji ustalono, że za przerzut z Afryki zachodniej migranci płacą po około 825 dolarów. W przypadku Afryki wschodniej kwota ta sięga 3750 dolarów. Tym drugim szlakiem przypływają uciekinierzy z Erytrei, Somalii, Sudanu czy nawet Bangladeszu. Stanowili oni jedną czwartą wszystkich migrantów w zeszłym roku.

Z Afryki zachodniej przybywają obywatele Mali, Senegalu, Gambii, Wybrzeża Kości Słoniowej i Nigerii. Na podstawie liczb z pierwszego półrocza szacuje się, że do końca roku przypłynie stamtąd co najmniej 150 tysięcy osób. Zyski z ich transportu są znacznie wyższe – zauważono. Grupy przestępcze czerpią też korzyści z uprowadzeń przemycanych migrantów, którzy są torturowani i uwalniani dopiero po tym, gdy rodziny zapłacą za nich okup w wysokości od 3 do 5 tysięcy dolarów. Na tym procederze wymuszeń przestępcy zarabiają około 80 mln dolarów rocznie.

„Corriere della Sera” podaje wyniki analiz Światowej Organizacji ds. Migracji, wskazujące, że 52 procent mężczyzn i 33 proc. kobiet zostało pojmanych przez gangi w czasie drogi przez Afrykę.
Źródło info i foto: onet.pl

Monika B., „Królowa mafii” skazana na trzy i pół roku więzienia

Monika B., była żona pruszkowskiego bossa „Słowika” nie kierowała zorganizowaną grupą przestępczą, ale uczyniła sobie stały dochód z popełniania przestępstw – orzekł stołeczny sąd skazując „królową mafii” na 3,5 roku więzienia – ustalił portal tvp.info. Prokuratura już zapowiada apelację, bo zdaniem śledczych wyroki w sprawie były rażąco niskie. Jeden z oskarżonych został skazany za porwanie na rok więzienia!

To nie był szczęśliwy dzień dla śledczych z warszawskich „pezetów”. Po blisko trzech latach procesu, w piątek zapadł wyrok w procesie Moniki B. znanej wcześniej, jako „Słowikowa”, obecnie, jako „królowa mafii”, oskarżonej m.in. za kierowanie gangiem, handel narkotykami oraz pośrednictwo w unikaniu odsiadki przez przestępców. Byłej żonie Andrzeja Z. ps. Słowik, w ławach oskarżonych towarzyszyło pięciu przestępców, którzy mieli pełnić różne role w jej gangu.

Tyle, że sąd wydając wyrok uznał, że w przypadku oskarżonych nie można mówić, by tworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą” z jasno określonym liderem i podziałem ról, a co najwyżej szajkę popełniającą wspólnie różnego rodzaju przestępstwa. Przy takiej interpretacji upadł więc zarzut kierowania gangiem dla Moniki B. i udziału w „grupie” dla jej towarzyszy. Jednocześnie jednak sąd uznał, że oskarżeni uczynili sobie stałe źródło dochodu z popełnianych przestępstw. Za wiarygodne uznano zeznania Romana O. ps. Sproket, byłego już świadka koronnego, na którego słowach opierał się w znacznej mierze akt oskarżenia.

Łagodne orzeczenie

Monika B. została uznana winną popełnienia pięciu czynów. Sąd wymierzył jej karę łączną trzy i pół roku więzienia, uznając, że kara jest wystarczająca biorąc pod uwagę m.in. postawę oskarżonej, a także czas, jaki minął od zarzucanych jej przestępstw. Podobnie zresztą postąpił orzekając kary dla pozostałych podsądnych. Większość z nich oscyluje w dolnej granicy zagrożenia. Uzasadniając swą decyzję, sąd wspominał m.in., że miało na nią wpływ także to, że część oskarżonych zmieniła się od czasu popełnienia przestępstw za jakie odpowiadali. I tak, jeden z podsądnych usłyszał wyrok roku więzienia za uprowadzenie niejakiego „Maciory”.

Śledczy zapowiedzieli już w rozmowie z tvp.info, że będą wnosić o apelację, jak tylko otrzymają pisemne uzasadnienie wyroku. – Dopiero mając uzasadnienie będziemy mogli się odnieść, czego dokładnie będzie dotyczyć apelacja, choć już uważamy, że zasądzone kary są niewspółmiernie niskie. Inna jest także nasza ocena działania oskarżonych, którzy wg. nas działali w zorganizowanej grupie przestępczej – mówi jeden ze śledczych.

Szefowa?

Monika B., była żona pruszkowskiego bossa Andrzeja Z. ps. Słowik, odpowiadała przed stołecznym sądem za kierowanie gangiem, handel narkotykami oraz pośrednictwo w unikaniu odsiadki przez przestępców, za sprawą m. in. fikcyjnych chorób. Byłą żonę „Słowika” obciążają przede wszystkim zeznania „Sproketa”. Tak ją opisywał: – Miała niekwestionowaną pozycję przywódcy. Konkretna. Otwarta na nowe kierunki działań.

– Nigdy nie kierowałam żadną grupą przestępczą i nie odgrywałam żadnej roli w grupie pruszkowskiej. Prawdą jest, że kochałam swojego męża. Te fałszywe zarzuty i pobyt w areszcie przez ponad dwa lata zrujnowały mi życie. Zostałam bez grosza przy duszy. Nie mam nawet jak pomóc choremu ojcu – przekonywała Monika B. w rozmowie z tvp.info.

Według „Sproketa” grupa Moniki B. była podzielona na dwa niezależne „działy”. Pierwszy, w skład, którego wchodzili m.in. Dariusz A. ps. Wieża, Wojciech P. ps. Puchacz i Ludwik M. ps. Lulu, zajmowała się handlem narkotykami, wymuszeniami, ściąganiem haraczy. Ot, klasyczną bandytierką. Drugi dział kombinował wokół przestępstw gospodarczych: obrotu fikcyjnymi fakturami, oszustw kredytowych, windykacji rat leasingu itp.

Aby chorobę

Na liście zarzutów ciążących na Monice B. znalazło się kilka dotyczących pośrednictwa z Konradem T. To oszust, który w zamian za łapówki pomagał przestępcom zdobywać dokumentację medyczną, niezbędną do uniknięcia więzienia czy aresztu. Jego nazwisko pojawia się w sprawie skorumpowanego stołecznego prokuratora (zatrzymanego dwukrotnie: raz, gdy przyjmował i raz, gdy dawał łapówkę) oraz w sprawie dotyczącej producenta filmowego Lwa R.

W czasie kontaktów z grupą „Słowikowej” miał pomóc kilku osobom zdobyć „mocne papiery”. I tak jednemu z przestępców za pośrednictwem T., załatwiono pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Innemu gangsterowi sugerowano, żeby połknął folię aluminiową, to w czasie prześwietlenia metal będzie imitował zmiany nowotworowe. Oczywiście, za każde załatwienie sprawy „Słowikowa” i „Sproket” mieli brać solidne wynagrodzenia od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów.

Obecnie Monika B. promuje książkę „Królowa mafii”, którą napisała wspólnie z Piotrem Pytlakowskim. Bierze udział także w płatnych spotkaniach z fanami.
Źródło info i foto: TVP.info

Niebezpieczny mafioso zatrzymany po 23 latach poszukiwań

Karabinierzy aresztowali w piątek w Kalabrii poszukiwanego od 23 lat mafiosa Giuseppe Giorgiego, uważanego za szefa potężnego klanu Romeo. Giorgi figurował na policyjnej liście wśród pięciu najgroźniejszych przestępców we Włoszech. 56-letni mężczyzna o pseudonimie „u capra” (koza) został znaleziony w miejscowości San Luca koło Reggio Calabria w swoim domu. Ukrywał się w małym bunkrze, zbudowanym za kominkiem. Mafioso zamykał się w nim, ilekroć dochodziło do policyjnych kontroli i rewizji w jego domu. Był poszukiwany od 1994 roku.

Musi odbyć karę ponad 28 lat więzienia za przynależność do mafii i udział w grupie przestępczej zajmującej się międzynarodowym handlem narkotykami. Włoski minister spraw wewnętrznych Marco Minniti pogratulował karabinierom zatrzymania mafiosa z kalabryjskiej mafii, ‚ndranghety, i uznał je za „ogromny sukces” organów ścigania.
Źródło info i foto: interia.pl

Rozbito warszawską grupę handlarzy narkotyków

Kilkunastoosobową grupę handlarzy narkotyków, działającą głównie na terenie warszawskiej Pragi Północ, rozbili policjanci wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw stołecznej policji. Młodych dilerów nadzorować miała m.in. Barbara A., żona siedzącego w więzieniu „Salaputa”, bossa gangu markowskiego. Co ciekawe na trop bandy policjanci „terroru” trafili rozpracowując sprawą zabójstwa starszego małżeństwa w 2012 r.

W ostatnich dniach policjanci z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw KSP wspierani przez antyterrorystów wkroczyli do kilkunastu mieszkań na warszawskiej Pradze Północ. Ich celem było członkowie grupy zajmującej się handlem narkotykami, głównie na prawobrzeżnej części stolicy.

Funkcjonariusze zatrzymali: Bartosza B. – ps. Baczek, Artura S. – ps. Skirek, Tomasza K. –ps. Redzi, Piotra O. – ps. Pietia, Dominika R. – ps. Rupert, Daniela M. – ps. Krowa, Marcina D. – ps. Szczurek, Patryka M. – ps. Mandela, Pawła Ś. – ps. Gruby, Marka Z. – ps. Kendal, Sebastiana D. oraz Barbarę A. Większość ujętych ma od 20 do 30 lat. W przeszłości byli notowani m.in. za przestępstwa narkotykowe, pobicia i rozboje.

Dopadli ją po latach

Policjanci z „terroru” nie kryją, że najbardziej są zadowoleni z zatrzymania jedynej kobiety w grupie – Barbary A. To nikt inny jak żona osławionego bossa gangu markowskiego Andrzeja P. – ps. Salaput.

Boss od kilku lat siedzi w więzieniu, a przed sądem kolejny raz toczy się proces w sprawie strzelaniny przed cmentarzem w Markach w 2009 r. Wówczas to podwładni „Salaputa” urządzili zasadzkę na członków grupy „Szkatuły”. Kiedy zaczęli strzelać do konkurentów, przypadkiem śmiertelnie ranili jednego ze swoich ludzi.

– Od lat mieliśmy informacje, że „Baśka” jest zamieszana w handel narkotykami i różne inne ciemne interesy. Trudno jednak było zdobyć dowody przeciwko niej. A teraz, dzięki skruszonym udało się je zdobyć. Mało tego, jej syn znany, jako „Królik” wpadł z 5 kg narkotyków, a później jeszcze udało mu się postawić zarzuty przemytu – opowiada jeden ze śledczych.

Śledczy nie wykluczają, że Barbara A. z racji swoich przestępczych powiązań mogła odgrywać w grupie jedną z ważniejszych ról. W gangu znajdowali się m.in. byli członkowie gangu nieżyjącego już Jerzego W. „Żaby”, uważanego za czołowego handlarza narkotyków dla grupy pruszkowskiej.

Bestie

Na ślad grupy policjanci trafili za sprawą zatrzymania w 2014 r. bandytów przeprowadzających brutalne napady na domy i mieszkania. Sprawcy byli bardzo brutalni. Swoje ofiary często zmuszali torturami do wskazania miejsca ukrycia pieniędzy.

Podczas ataku na dom w miejscowości Zakręt w nocy z 19 na 20 czerwca 2012 r. bandyci skatowali starsze małżeństwo,Marię i Henryka W. Zabrali złotą biżuterię, pieniądze, obrazy i broń palną. Przed południem następnego dnia sąsiad znalazł skrępowanych staruszków. Maria W. już nie żyła, a jej mąż Henryk z poważnymi obrażeniami trafił do szpitala. Zmarł w nim kilka tygodni później.

Jakiś czas po rozbiciu kilkunastoosobowej bandy, kilku aresztowanych zdecydowało się przerwać zmowę milczenia. Opowiedzieli m.in. o grupie handlującej narkotykami.

Złamana omerta

Rozpracowując grupę wskazaną przez „skruszonych”, funkcjonariusze przez blisko rok ustalili kolejnych jej członków. Zebrali setki godzin nagrań z podsłuchów dilerów, ale także udało im się zatrzymać kilka osób z narkotykami i rozpracować bandyckie kryjówki. Wkroczyli, gdy byli pewni, że zatrzymają najważniejsze osoby z bandy.

Z zebranych przez policjantów do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw informacji wynika, że od roku 2012 do 2014 członkowie rozbitej grupy mogli wprowadzić na rynek nawet 63 kg różnego rodzaju narkotyków: marihuany, heroiny, amfetaminy, kokainy oraz 10 500 tabletek ecstasy o łącznej czarnorynkowej wartości około 4 mln zł.

Dzięki współpracy policjantów z prokuratorami Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga 12 osób usłyszało zarzuty udziału w obrocie znacznych ilości środków odurzających. Aż 10 podejrzanych trafiło do aresztu. Śledczy nie kryją, ponieważ część ujętych teraz przestępców zdecydowała się przerwać zmowę milczenia, dojdzie do kolejnych zatrzymań.
Źródło info i foto: TVP.info

CBŚP zatrzymało bossa gangu

Setki tysięcy złotych miesięcznie zarabiał kielecki gang na wstawianiu do miejscowych lokali nielegalnych automatów do gier. Grupę rozbili funkcjonariusze CBŚP z Kielc, których w akcji zatrzymań i zabezpieczenia automatów musiała wspierać ponad setka kolegów z innych miast oraz funkcjonariusze służb celno-skarbowych. Boss grupy liczył, że umknie obławie chowając się w swoim gołębniku, w którym urządził sobie kryjówkę.

Kontrolowanie przez grupy przestępcze automatów do gier o niskich wygranych (znanych lepiej, jako „jednoręcy bandyci”) to jedno z bardziej dochodowych przedsięwzięć w półświatku. Jedna tylko „maszyna” wstawiona w lokalu o dobrej lokalizacji może przynieść miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych zysku. Policjanci i celnicy regularnie zatrzymują setki automatów, ale kolejne bardzo szybko wracają na miejsce. Bo grupa dysponująca kilkudziesięcioma maszynami, może zarabiać na nielegalnym hazardzie więcej niż bardziej ryzykownego haraczowania agencji towarzyskich.

Wielka obława

Funkcjonariusze CBŚP namierzyli gang, który wstawiał automaty do lokali w Kielcach i okolicach. Grupą kierował znany lokalny kryminalista, który zwerbował do współpracy znajomego po fachu i kilku „akwizytorów”. – Funkcjonariusze CBŚP ustalili, że grupa działała od połowy 2016 roku. Urządzenia należącego do podejrzanych nie miały koncesji i nie były nigdzie rejestrowane. W ciągu kilkunastu tygodni funkcjonariusze ustalili kompletny skład grupy przestępczej i adresy lokali, do których wstawiono automaty – powiedziała tvp.info kom. Agnieszka Hamelusz, rzeczniczka CBŚP.

Kiedy śledczy uznali, że zebrali wystarczające dowody do uderzenia w grupę, to wkroczyli do akcji. W tym samym czasie, kilkanaście ekip policyjnych pojawiło się w ustalonych miejscach. Policjantów z Kielc wspierali koledzy z Radomia, Łodzi, Krakowa i Katowic oraz funkcjonariusze służb celno-skarbowych. Do członków gangu z kryminalna przeszłością wysłano antyterrorystów. Zachodziła obawa, że obaj gangsterzy mogą być uzbrojeni i stawiać opór.

Udawał gołębia?

Siedmiu z ośmiu członków bandy zatrzymano bez większych problemów. Nieco problemów, nastręczyło funkcjonariuszom znalezienie herszta bandy. Z informacji policyjnych wynikało, że mężczyzna miał być w domu. Jednak, gdy funkcjonariusze wkroczyli na jego posesję, okazało się, że ten zniknął. Przeszukano wszystkie pomieszczenia w domu, a po gangsterze nie było śladu. Uwagę funkcjonariuszy zwrócił profesjonalny gołębnik. Boss był, bowiem zapalonym miłośnikiem tych ptaków. Funkcjonariusze przeszukali te pomieszczenia, ale również nie znaleźli w nim poszukiwanego. Ich uwagę zwróciła jednak jedna ścianka działowa. Okazało się, że można ją tak przesuwać, że tworzyła specyficzną kryjówkę. I tam znaleziono bossa.

Policjanci zabezpieczyli 44 maszyny hazardowe i pieniądze oraz samochody o wartości 350 tys. złotych. W kieleckiej Prokuraturze Okręgowej, członkowie gangu usłyszeli zarzuty związane z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej i przestępstwami karno-skarbowymi, za co grozi im do 5 lat więzienia.

Miłośnik gołębi odpowie dodatkowo za kierowanie gangiem.
Źródło info i foto: TVP.info