Jest list gończy za „Hossem”

Jest list gończy za Arkadiuszem Ł. ps. „Hoss”. Sąd Okręgowy w Poznaniu podjął taką decyzję po tym, jak policja nie zastała „króla wnuczkowej mafii” pod wskazanym przez niego adresem.

Sąd został rano poinformowany przez policję, że funkcjonariusze nie zastali Arkadiusza Ł. pod adresem, pod którym miał przebywać, a w związku z tym nie udało się go zatrzymać. Dlatego została podjęta decyzja o wydaniu listu gończego za oskarżonym. W tym momencie każda jednostka policji w kraju, która pozyska informację o miejscu pobytu Arkadiusza Ł., ma obowiązek go zatrzymać i doprowadzić do najbliższego aresztu śledczego – powiedział sędzia Aleksander Brzozowski z Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Poznańskiej policji nie udało się zatrzymać „Hossa”. Funkcjonariusze dziś rano przekazali do sądu materiały wskazujące na konieczność poszukiwania Arkadiusza Ł. listem gończym.

Jak poinformował mł. insp. Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, funkcjonariusze we wtorek po otrzymaniu dokumentacji z sądu podjęli próbę zatrzymania „Hossa”.

Sąd Okręgowy w Poznaniu uwzględnił w poniedziałek wniosek Prokuratury Okręgowej w Warszawie o zastosowanie wobec Arkadiusza Ł. ps. „Hoss” tymczasowego aresztu międzyinstancyjnego w związku z wyrokiem, który wobec „Hossa” został orzeczony we wrześniu ubiegłego roku.

We wrześniu w sprawie Hossa została orzeczona nieprawomocnie kara 7 lat pozbawienia wolności, czyli kara surowa. Obecnie jest rozpoznawana apelacja. Sposób jej rozpoznania będzie miał bezpośrednie przełożenie na postępowanie, które zostało umorzone w ubiegłym tygodniu – wyjaśniła w rozmowie z PAP prokurator Mirosława Chyr z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Żeby zabezpieczyć wykonanie kary, prokurator wniósł o zastosowanie międzyinstancyjnego aresztu tymczasowego, uzasadniając wniosek wysokim prawdopodobieństwem prawomocnego orzeczenia kary 7 lat pozbawienia wolności, a także uzasadnioną obawą, że oskarżony będzie uciekał, ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości – dodała prok. Chyr.

Prokurator przypominała, że „Hoss” zachowywał się w opisany sposób „na gruncie sprawy, która została właśnie umorzona”.

Sąd Okręgowy w Poznaniu uwzględnił wniosek. Zgodził się, że to, jak się oskarżony zachowuje w kontaktach z organami ścigania, jest przesłanką do zastosowania tymczasowego aresztowania. Areszt został zastosowany na okres sześciu miesięcy – dodała.

Ten okres aresztowania powinien wystarczyć do rozpoznania apelacji od wrześniowego wyroku, którą wniosły strony.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie przygotowuje także zażalenie na decyzję Sądu Okręgowego w Poznaniu, podjętą 18 marca.

Jak wyjaśniał w minionym tygodniu sędzia Aleksander Brzozowski, „18 marca sąd umorzył wobec Arkadiusza Ł. postępowanie z uwagi na to, że czyny, które zostały zarzucone oskarżonemu w tym postępowaniu, zawierają się w okresie, który został osądzony przez Sąd Okręgowy w Poznaniu we wrześniu ubiegłego roku. Sąd wówczas przyjął koncepcję czynu ciągłego, czyli dane zachowania, w tym przypadku oszustwa, popełnione w jednym czasie, uznał za jeden czyn. Nowy akt oskarżenia obejmuje takie same zachowania, popełnione tą samą metodą, w tym samym czasie. Jest to okres zamknięty i wszystkie czyny z tego okresu uznaje się za osądzone, nawet jeżeli organy ścigania ujawniły je później. W związku z umorzeniem postępowania sąd podjął decyzję o zwolnieniu Arkadiusza Ł. z aresztu” – poinformował sędzia Brzozowski.

Skazany za oszustwa dokonane metodą „na wnuczka”

„Hoss” został nieprawomocnie skazany we wrześniu ub.r. przez Sąd Okręgowy w Poznaniu na 7 lat więzienia za oszustwa dokonane metodą „na wnuczka”. Proces „króla wnuczkowej mafii” trwał ponad dwa lata. Śledczy zarzucali mu udział w grupie przestępczej i wyłudzenie lub próbę wyłudzenia w Niemczech, Szwajcarii i Luksemburgu – w latach 2012-2014 – w sumie kilku milionów złotych w różnych walutach oraz kosztowności: biżuterii, złota i złotych monet.

Ofiarami były głównie osoby w podeszłym wieku, często samotne. Mężczyzna wprowadzał seniorów w błąd, pozorując bliskie pokrewieństwo lub znajomość z nimi. Miał też podawać się m.in. za funkcjonariusza policji.

Na ławie oskarżonych Hoss zasiadł razem ze swoim bratem. Adam P. został skazany na 6 lat pozbawienia wolności. Sąd nakazał im również naprawienie szkody oraz pokrycie kosztów sądowych. Żaden z mężczyzn nie był w tej sprawie pozbawiony wolności. Po zatrzymaniach w 2015 roku obaj poszli na współpracę z prokuraturą, przyznali się do przestępstw i zgodzili się dobrowolnie poddać karze, wpłacili także poręczenia majątkowe. Z ugody wycofali się dopiero na etapie postępowania sądowego.

W lutym 2017 roku „Hoss” został ponownie zatrzymany na warszawskiej Woli przez Centralne Biuro Śledcze Policji na podstawie materiałów zebranych przez warszawską prokuraturę. Nowe zarzuty dotyczyły wyłudzeń na blisko 1,6 mln złotych w latach 2012-2014.

Sprawa nabrała rozgłosu, bo Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów uznał, że areszt w tej sprawie nie będzie konieczny i wyznaczył mu dozór policji połączony z poręczeniem majątkowym. Wkrótce po tej decyzji „Hoss” zniknął, a prokuratura wytknęła sądowi, że przekroczył czas 24 godzin, jaki miał na zbadanie wniosku i decyzję. Śledczy wnieśli też do sądu odwoławczego o zmianę decyzji i aresztowanie „Hossa”.

W sprawie głos zabrał także Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, podkreślając, że „przestępca, który grasuje ze swoją szajką w całej Europie, okradając starszych ludzi z oszczędności ich życia, nie powinien się dłużej cieszyć wolnością”.

Arkadiusz Ł. został zatrzymany po miesiącu poszukiwań. Ukrywał się na stołecznym Żoliborzu w wynajętym mieszkaniu. Ujęli go funkcjonariusze z policyjnego Zespołu Poszukiwań Celowych z Poznania. „Hoss” był w tej sprawie aresztowany od 17 marca 2017 roku.

Jesienią ubiegłego roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie ponownie oskarżyła Arkadiusza Ł. Sprawa początkowo trafiła do Sądu Okręgowego w Warszawie, a następnie decyzją sądu apelacyjnego, przekazana do rozpoznania przez Sąd Okręgowy w Poznaniu. Jej finałem była decyzja z 18 marca o umorzeniu postępowania.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Sąd skrócił czas odsiadki dla „Szkatuły”

Aż o cztery lata złagodził Sąd Apelacyjny w Warszawie wyrok Rafała S. ps. Szkatuła w sprawie próby porwania oraz podżegania do zabójstwa. Tym samym zamiast na 15 lat więzienia, boss jednej z największych stołecznych grup przestępczych został prawomocnie skazany na 11.

W grudniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Rafała S. na karę 15 lat więzienia za próbę porwania złodzieja samochodów Ireneusza T. w 2002 roku, podżeganie do zabójstwa Piotra D. ps. Pietia w 2010 i 2011 roku oraz nielegalne posiadanie broni. Sędzia Andrzej Krasnodębski uznał, że za pierwsze przestępstwo „Szkatuła” zasłużył na 8 lat, za drugie również na 8, a za trzecie na 3 lata pozbawienia wolności.

Sąd Apelacyjny, który rozpatrywał sprawę, uznał w przypadku dwóch ostatnich przestępstw, sąd I instancji wydał słuszny werdykt. Oceniono jednak, że w sprawie próby porwania trzeba wziąć pod uwagę fakt, że 8 lat to zbyt surowy wyrok, tym bardziej, że za udział w tym samym zdarzeniu brat przyrodni bossa – Marcin K. ps. Belmondziak został skazany na 3 lata. Obniżono więc karę o trzy lata.

Ku zaskoczeniu prokuratury Sąd Apelacyjny złagodził też wyrok łączny. I to aż o cztery lata. Wyrok jest już prawomocny.

„Zrobienie Irka”

Ireneusz T. ps. Irek był dawnym znajomym „Szkatuły”, z czasów, gdy ten kradł jeszcze samochody. Stąd Rafał S. miał wiedzieć, że „Irek” jest wyjątkowy oszczędny jak na przestępcę i zgromadził małą fortunę. W 2002 roku Rafał S. miał wpaść na pomysł „zrobienia Irka”, czyli uprowadzenia go i zwolnienia po zapłacie 100 tysięcy złotych.

Ustalono, że Ireneusz T. zostanie „zawinięty” spod ośrodka Gwardii, gdzie trenował. Pierwsza próba porwania nie udała się, bo „Irek”, zapewne dobrze znając gangsterskie obyczaje, bardzo się pilnował.

Podczas drugiej próby napastnicy próbowali wciągnąć T. do samochodu, ale ten stawił opór. Wówczas jeden z porywaczy zadał mu dwa ciosy nożem w nogi. I ta próba zakończyła się fiaskiem, gdyż w pewnym momencie zrejterować miał „Belmondziak”. Reszta kompanii też musiała zrezygnować.

Ireneusz T. w czasie śledztwa oraz przed sądem zaprzeczał, aby ktokolwiek chciałby go uprowadzić. Nie potrafił jednak przekonująco wyjaśnić skąd ma dwie blizny na nogach w miejscach wskazanych przez jednego ze skruszonych bandytów.

Zdrada

Rafała S. pogrążyli przede wszystkim dwaj gangsterzy z Konstancina: Rafał B. ps. Bukaciak i Łukasz A. ps. Łuki. Ta „zdrada” musiała być wyjątkowo bolesna dla „Szkatuły”, gdyż ten w czasie ukrywania się przed policją namaścił pierwszego na swojego zastępcę, a nawet sukcesora w razie zatrzymania.

„Bukaciak” i „Łuki” opisali, jak w okresie od końca 2010 roku do 11 maja 2011 roku (dnia zatrzymania „Szkatuły”) na polecenie bossa mieli złożyć Piotrowi D. ps. Pietia „propozycję nie do odrzucenia”. Gangsterzy pojechali na umówione spotkanie i przekazali „Pieti”, „aby się określił, czy jest z nimi na śmierć i życie”. Ten zaś przekonywał posłańców, że szanuje Rafała S., ale – jak to ujął – „nie spieszy się do więzienia”. Odmowa ponoć rozeźliła „Szkatułę”, który wedle skruszonych przestępców miał stwierdzić: „Rusek musi się przewrócić”. Życie „Pieti” wycenił na 60 tysięcy złotych.

Do realizacji zlecenia jednak nie doszło, choć dwaj gangsterzy obserwowali już dom, w którym miał mieszkać „Pietia”. Piotr D. przekonywał przed sądem, że nie zna Rafała S. i nie sądzi, aby ktokolwiek miałby mu zagrażać.
Źródło info i foto: TVP.info

Poszukiwany czerwoną notą Interpolu Sergiy G. zatrzymany w Hiszpanii

Poszukiwany czerwoną notą Interpolu Sergiy G. (48 lat, obywatel Ukrainy) został zatrzymany na lotnisku w Barcelonie. Według śledczych miał on stać na czele gangu narkotykowego.

Jak przekazała rzeczniczka Prokuratury Krajowej prok. Ewa Bialik, Sergiy G. był poszukiwany do postępowania prowadzonego przez Podkarpacki Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korporacji Prokuratury Krajowej w Rzeszowie. „Od 16 marca 2017 roku był poszukiwany na podstawie czerwonej noty Interpolu, Europejskiego Nakazu Aresztowania (ENA) oraz listu gończego” – podała prokurator.

Wskazała, że 48-letni obywatel Ukrainy został zatrzymany 22 stycznia 2020 roku na lotnisku w Barcelonie. „Władze hiszpańskie wyraziły zgodę na jego przekazanie do Polski. Podejrzany Sergiy G. 14 lutego 2020 roku został przekazany stronie polskiej, a następnie osadzony w Zakładzie Karnym w Rzeszowie” – podała rzeczniczka Prokuratury Krajowej.

„Prokurator przedstawił podejrzanemu zarzuty kierowania na terenie Unii Europejskiej, Ukrainy i Rosji zorganizowaną grupą przestępczą dokonującą przemytu znacznej ilości narkotyków. Kolejny zarzut dotyczy usiłowania przemytu znacznej ilości środka odurzającego w postaci żywicy konopi o łącznej wadze 237 kilogramów” – tłumaczyła Bialik, która dodała, że prokurator skierował wniosek o przedłużenie wobec podejrzanego środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania.
Miał kierować gangiem narkotykowym

Według śledczych, Sergiy G. miał kierować grupą przestępczą, która przewoziła narkotyki z Hiszpanii do Rosji. „Kurierzy dokonywali tego w specjalnie skonstruowanych skrytkach konstrukcyjnych umieszczonych w progach samochodów osobowych marki BMW X6 oraz BMW X5 na ukraińskich tablicach rejestracyjnych. Przemyt udaremniony został przez funkcjonariuszy Placówek Straży Granicznej w Terespolu i Korczowej” – podała.

Dodała, że w tej sprawie trzy osoby już zostały skazane. „Sąd Okręgowy w Zielonej Górze skazał Viktora K. za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz usiłowanie przemytu 237 kilogramów żywicy konopi na karę łączną 8 lat pozbawienia wolności oraz grzywnę w wysokości 100 tysięcy złotych. Ponadto zasądził od oskarżonego nawiązkę w wysokości 25 tysięcy złotych na cele zapobiegania i zwalczania narkomanii” – pokreśliła prokurator.

Yevgen S. został skazany za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz usiłowanie przemytu narkotyków na 7 lat więzienia oraz grzywnę w wysokości 100 tysięcy złotych. Dodatkowo sąd zasądził od niego nawiązkę w wysokości 25 tysięcy złotych na cele zapobiegania i zwalczania narkomanii.

„Olha P. została skazana za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz usiłowanie przemytu narkotyków na karę łączną 3 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz grzywnę w wysokości 250 stawek dziennych po 200 złotych (50 tysięcy złotych)” – dodała.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowy Jork: Boss rodziny Gambino zastrzelony

W jeden wieczór Amerykanie przenieśli się w czasie do lat 80. poprzedniego wieku. W luksusowej dzielnicy Nowego Jorku kule dosięgły bossa rodziny Gambino – niegdyś najpotężniejszej spośród nowojorskich mafii.

– Usłyszałem strzały – opowiadał reporterom dobiegający wieku emerytalnego Salvatore. Było tuż po dziewiątej wieczorem. Nad Staten Island zapadł zmrok, a w jego najwyższej części – Todt Hills, gdzie przed laty kręcono „Ojca chrzestnego”, ciemności były gęstsze, bo rezydencje są tu porozrzucane pośród zagajników.

Zabójca czaił się na 53-letniego Francesco Caliego, nazywanego Frankiem albo „Franky Boyem”, przed domem. Jak ustaliła po wszystkim policja, oddał do niego 12 strzałów, z tego sześć celnych, na koniec przejechał po nim pikapem, którym też chwilę później uciekł. Przed domem pozostawił dogorywającego 53-letniego mafiosa. Policja przyjęła zgłoszenie o 21.20. Po przewiezieniu go do szpitala lekarze stwierdzili zgon. Dziś amerykańskie media zgodnie powtarzają, że morderstwa gangstera o takiej pozycji w mafii nie było od 1985 r.

Policjanci wkrótce zaczęli rekonstruować wydarzenia, w czym pomogły nagrania z monitoringu: o godz. 21 na podjeździe rezydencji gangstera doszło do stłuczki. Najprawdopodobniej furgonetka zabójcy uderzyła w zaparkowanego tam SUV-a mafiosa, a sprawca sam zadzwonił do drzwi. Cali wyszedł z domu, by sprawdzić, co się stało. Zaczęła się wymiana zdań z kierowcą pikapa, na pozbawionych fonii nagraniach wyglądająca na spokojną. Trwała około minuty, gdy młody mężczyzna wyciągnął broń. Kilkadziesiąt godzin po morderstwie sprawca był w rękach policji. 24-letni Anthony Comello nie wypierał się zabójstwa. Śledczy narzekali tylko, że sprawca wydaje się kompletnie rozkojarzony, bo składa sprzeczne zeznania. Udało im się jednak ustalić, że Comello jest adoratorem jednej z młodych krewniaczek Franka Caliego i mafijny boss już dawno temu kazał mu dać dziewczynie spokój.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Meksyk: Aresztowano żonę bossa najpotężniejszego kartelu narkotykowego

Meksykańskie władze poinformowały, że aresztowały żonę szefa najpotężniejszego kartelu narkotykowego w kraju Jalisco Nueva Generacion (CJNG). Rosalinda Gonzalez Valencia prawdopodobnie zarządza majątkiem tej grupy przestępczej – podało meksykańskie MSW.

Żona Nemesio Oseguery Cervantesa, alias „El Mencho”, została aresztowana w sobotę wieczorem w Guadalajarze, stolicy stanu Jalisco na zachodzie kraju – poinformował minister spraw wewnętrznych Alfonso Navarrete Prida.

– Ta kobieta jest prawdopodobnym administratorem majątku grupy przestępczej i dlatego zostanie objęta postępowaniem sądowy – wskazał.

Podczas tej samej operacji, która odbyła się bez przemocy, siły zbrojne aresztowały podejrzanego, przedstawianego jako Gerardo „N”, uważanego za jednego z głównych przywódców CJNG w stanach Guanajuato i Michoacan de Ocampo, w środkowej części kraju – podaje agencja AFP. Mężczyzna ten jest podejrzany o zabójstwa policjantów oraz członków rywalizujących z CJNG karteli; o jego ekstradycję za morderstwo z 2002 roku w Oregonie wystąpiły Stany Zjednoczone.

Fortuna szacowana na 50 miliardów dolarów

Dzięki zatrzymaniom władze przejęły 270 kg kokainy na południu Meksyku.

Siły bezpieczeństwa w Guadalajarze, drugim co do wielkości mieście w kraju, zostały ostrzeżone, żeby zapobiec ewentualnym represjom ze strony kartelu.

Według szacunków meksykańskiego rządu kartel prowadzony przez „El Mencho” zgromadził fortunę w wysokości 50 miliardów dolarów. Ma silną pozycję w dziewięciu z 31 stanów kraju i ma powiązania z organizacjami przestępczymi w Stanach Zjednoczonych, Europie, Azji i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

W ostatnich latach kartel Jalisco Nueva Generacion nie wahał się atakować celów wojskowych i policyjnych – zwraca uwagę AFP. W 2015 roku członkowie tej grupy przestępczej zabili 20 żołnierzy i policjantkę podczas ataku na śmigłowiec wojskowy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polacy pomogli cyberprzestępcom ze Wschodu ukraść 154 miliony złotych

Co najmniej 154 miliony złotych wykradł z kont bankowych na całym świecie, polski odłam cybergangu, którego bossowie rezydowali w Rosji i mogli mieć powiązania z tamtejszymi służbami specjalnymi. Jak się dowiedział portal tvp.info do sądu trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko polskim liderom grupy i ich najbliższym współpracownikom. – To największa w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości sprawa dotycząca międzynarodowej cyberprzestępczości – powiedział tvp.info prok. Maciej Florkiewicz, naczelnik lubelskich „pezetów”.

O skali przestępstw popełnianych przez polski odłam cybergangu najlepiej świadczy fakt, że osoby odpowiedzialne w grupie za rozliczanie i przekazywanie pieniędzy dostawały od razu liczarki do banknotów. Tylko na terenie naszego kraju przestępcy założyli dwa tysiące kont rachunków, przez które przepuścili ponad 154 miliony złotych.

Śledczy z Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej ustalili, że polscy rezydenci cybergangu: przez Dariusz O., Mariusz S. i Mariusz P. zawiadywali blisko 500 osobami: przede wszystkim słupami, którzy zakładali rachunki bankowe potrzebne do transferowania wykradzionych pieniędzy.

Portal tvp.info dotarł do szczegółów aktu oskarżenia w tej sprawie.

Groźny „mały bankowiec”

Cybergansterzy włamywali się na konta bankowe na terenie całego świata, głównie jednak w krajach Unii Europejskiej oraz USA i Kanadzie. Wykorzystywali wirus komputerowy o nazwie Tinba (od słów: Tiny Banker, – czyli mały bankowiec). Ten tzw. trojan był dołączany do fałszywych e-maili pochodzących rzekomo od firm ubezpieczeniowych, kurierskich, banków czy poczty. Wystarczyło otworzyć załącznik do otrzymanej wiadomości i wirus już uzyskiwał dostęp do konta ofiary.

Rada Bakowości Elektronicznej taj przedstawia mechanizm działania „trojana”: „Klient podaje hasło i login do bankowości internetowej, które są następnie przesyłane na serwer hakerów. Na komputerze klienta przez okres czasu około minuty lub dłużej wyświetlany jest komunikat „ trwa przesyłanie danych”, „proszę czekać”, „trwa aktualizacja danych” itp. W tym czasie na podstawie wykradzionego loginu i hasła następuje: logowanie przez hakerów do bankowości internetowej klienta, badanie dostępnych środków, przygotowywanie transakcji oszukańczej, pobranie informacji z banku o konieczności podania numeru wygenerowanego przez Token w celu autoryzacji ww. transakcji.

Po tych czynnościach na komputerze klienta skrypt wyświetla komunikat o rzekomych problemach z uwierzytelnieniem i generuje prośbę o wprowadzenie dodatkowego numeru wygenerowanego przez Token w celu prawidłowego przeprowadzenia procesu uwierzytelnienia tożsamości klienta. Nieświadomy użytkownik wprowadzając numer z Tokena „de facto” autoryzuje transakcję oszukańczą myśląc, iż dokonuje dodatkowego uwierzytelnienia swojej tożsamości”.

Aby zamaskować nielegalne operacje, po kradzieży wirus często wysłał komunikat o ‘pracach modernizacyjnych czy przerwie w pracy bankowości internetowej.

Wirus ze Wschodu

Pieniądze z rachunków bankowych, do których uzyskali dostęp przestępcy, były następnie transferowane przez Polskę i Danię na Ukrainę, następnie trafiały najprawdopodobniej do Rosji lub Łotwy. Z ustaleń prokuratury wynika, że polski oddział cybergangu dokonał 1259 kradzieży. Jednorazowe przelewy wynosiły od kilkunastu do nawet kilkuset tysięcy złotych. Międzynarodowy cgang działał od czerwca 2009 r. do kwietnia 2016 r.

– Z naszych informacji wynika, że organizatorzy cybergangu wywodzili się z Rosji. Nie jest jednak pewne czy pieniądze trafiły do tamtejszej mafii czy do służb specjalnych, które znane są ze skutecznych ataków hakerskich – mówi jeden ze śledczych.

Pewne jest, że właśnie na Łotwie lub w Rosji rezydowali autorzy złośliwego oprogramowania. Do nich trafiało 60 proc. wykradzionych pieniędzy. Pozostałymi 40 proc. dzieli się rezydenci oddziałów krajowych, takich jak polski. – Hakerzy byli na najwyższym poziomie działalności grupy. Osoby te przygotowywały oprogramowanie w celu ataku na klientów określonych banków w różnych krajach. W kodzie oprogramowania złośliwego zaszyfrowywane były numery rachunków założonych przez członków grupy przestępczej przeznaczonych do transferów pieniędzy. Ten poziom grupy przestępczej stanowili obywatele państw rosyjskojęzycznych – dodaje prok. powiedział tvp.info prok. Maciej Florkiewicz, naczelnik Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

Polskie mózgi w akcji

Kolejnymi po hakerach, w hierarchii ważności gangu były osoby nazywane „mózgami”. Odpowiadały one za budowanie siatek osób, za pomocą, których można było bezpiecznie transferować wykradzione pieniądze do organizatorów przestępstwa. Podlegali im „księgowi” (dysponujący dostępem do baz danych okradanych osób) oraz „łowcy mułów” (odpowiedzialni za nadzór nad kontami zakładanymi przez podstawione osoby, czyli „muły”). „Mułami” byli najczęściej alkoholicy z Polski, Ukrainy i Łotwy, którzy za niewielkie wynagrodzenie zakładali rachunki bankowe niezbędne do transferowania zysków gangu.

Na terenie Polski oraz Danii „mózgami” byli: Dariusz O., Mariusz P. i Mariusz S. Dwaj ostatni mężczyźni przez jakiś czas byli samodzielnymi rezydentami cybergangu, ale w końcu podporządkowali się pierwszemu. Mieli stały kontakt z hakerami, od których przyjmowali konkretne zlecenia.

Według śledczych podgrupa Dariusza O. była „nadzwyczaj zorganizowana”. Szef pilnował bezpieczeństwa przedsięwzięcia. Każdy z jego podwładnych musiał na bieżąco zacierać ślady przestępstwa. – Wykorzystane telefony, komputery, a także karty płatnicze były niszczone po realizacji poszczególnych etapów działań. Sprawcy korzystali wyłącznie z telefonów pre-paidowych, kontaktując się między sobą za pomocą komunikatorów internetowych oraz poczty elektronicznej, której konta były zakładane na specjalnych rosyjskich serwerach, gwarantujących użytkownikom pełną anonimowość – dodaje prok. Florkiewicz.

„Muły” jadą po pieniądze

Na samym dole przestępczej hierarchii były tzw. muły. To właśnie oni zakładali rachunki indywidualne lub firmowe po jednym w kilku czy nawet kilkunastu bankach w Polsce, ale także w krajach sąsiednich: Niemczech, Słowacji czy Czechach. Każdy „muł” miał przykazane, aby przy podpisywaniu umowy podać adres do korespondencji wskazany przez swoich nadzorców. Najczęściej były to adresy pustostanów, rzadziej przypadkowych osób. Chodziło o to, aby można było bezpiecznie przejąć karty płatnicze wysłane przez banki. Jeśli chodzi o wykorzystanie adresów przypadkowych osób, to przestępcy włamywali się do ich skrzynek pocztowych, przechwytując korespondencję z bankiem.

„Muły” podawały także numery telefonów do odbierania wiadomości SMS z kodami do autoryzacji transakcji internetowych. Mając już wszystkie dokumenty oraz karty płatnicze przekazywali je „mózgom”. Ci zaś wykorzystywali tak założone konta do otwarcia kolejnych rachunków, za pomocą, których transferowano pieniądze do hakerów. Następnie numery rachunków były przekazywane hakerom. Ci zaś po dokonanej kradzieży, transferowali pieniądze na konta „mułów”, o czym informowali „mózgi”. Dla bezpieczeństwa przelewy na konta cybergangu nie przekraczały kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Na sygnał od nadzorców, „księgowi” przelewali pieniądze na kolejne rachunki. Później „właściciele” kont wypłacali gotówkę w bankomatach lub placówkach banków. Tak wyprane pieniądze były transferowane na Ukrainę za pośrednictwem znanych firm zajmujących się międzynarodowymi przekazami pieniężnymi. Stamtąd gotówka trafiała najprawdopodobniej do Rosji.

Koniec El Dorado

Początkiem końca polskiej rezydentury cybergangu było zatrzymanie w listopadzie 2015 Mariusza S. Mężczyzna ukrywał się w Danii, posługując węgierskim paszportem oraz dwoma węgierskimi dowodami osobistymi. W mieszkaniu jego ukochanej znaleziono 70 tys. euro i 300 tys. koron duńskich.

W marcu 2016 r. policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą lubelskiej komendy wojewódzkiej, zatrzymali również w Danii – Dariusza O. Z ustaleń śledczych wynika, że po wyjeździe do Skandynawii, mężczyzna stworzył tam najbardziej liczną sieć „mułów”. Policjanci mówili, że jego organizacja przypominała wręcz obóz pracy dla Polaków i Łotyszy. Miesiąc później w Białej Podlaskiej wpadł Mariusz P.

W czasie śledztwa ustalono, że przez polski odłam gangu przewinęło się 500 osób. Do kwietnia 2018 r. skierowano akty oskarżenia przeciwko 48 osobom, głównie „mułom”. Teraz odpowiedzą „polskie mózgi” oraz ich najbliżsi współpracownicy. W czasie śledztwa udało się zablokować na kontach gangsterów ponad 70 milionów złotych.
Źródło info i foto: TVP.info

Tajlandia: Zatrzymano poszukiwanego mężczyznę, który ukrywał się przez 15 lat

Tajlandzka policja schwytała poszukiwanego od prawie 15 lat bossa yakuzy, japońskiej mafii. Udało się to dzięki… zdjęciom jego tatuaży, która stały się niezwykle popularne w mediach społecznościowych – podają agencje prasowe. 74-letni Szigeharu Szirai został aresztowany w Lopburi, ok. 140 km na północ od Bangkoku.

– Podejrzany przyznał, że był szefem należącego do yakuzy gangu Kodokai, który wchodzi w skład największego klanu yakuzy, Yamaguchi-gumi – oświadczył w czwartek rzecznik tajlandzkiej policji Wirachai Songmetta. Szirai jest w Japonii poszukiwany w związku z podejrzeniami o udział w zabójstwie w 2003 r. członka rywalizującego z nim gangu. – Nie przyznał się do zabójstwa, ale wyznał, że ofiara groziła mu – poinformował Songmetta.

W 2005 roku Szirai uciekł do Tajlandii, w której ukrywał się i w której się ożenił. Jednak po kilkunastu latach jeden z lokalnych dzienników opublikował zdjęcia, na których mężczyzna ten – prawdopodobnie nieświadomy faktu, że jest fotografowany – gra na ulicy w szachy. Na fotografiach widać było pokrywające dużą część ciała tatuaże oraz brak kawałka małego palca u lewej ręki.

Zdjęcia w sierpniu 2017 r. zostały udostępnione na Facebooku ponad 10 tys. razy i przykuły uwagę japońskiej policji. Tamtejsi funkcjonariusze zwrócili się z prośbą o pomoc do kolegów z Tajlandii. Tatuaże na plecach, górnych częściach rąk i odcięty kawałek małego palca są charakterystycznymi znakami członków yakuzy. Szirai nie miał wizy ani paszportu; żył dzięki pieniądzom, które kilka razy do roku przywozili mu znajomi z Japonii. Oficjalnie aresztowano go w związku z nielegalnym wjazdem do Tajlandii. Zostanie prawdopodobnie poddany ekstradycji do Japonii.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Nie żyje Totò Riina, najpotężniejszy boss sycylijskiej mafii

W wieku 87 lat zmarł we włoskim szpitalu najpotężniejszy boss bossów sycylijskiej mafii, cosa nostra Totò Riina. Gangstera skazano go na 26 wyroków dożywocia, w tym za zlecenie zamachów na prokuratorów Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino.

Z powodu ciężkiej choroby Riina przebywał ostatnio na oddziale więziennym w szpitalu w Parmie, dokąd trafił po ponad 20 latach pobytu w izolacji, w warunkach zaostrzonego rygoru. Tak we Włoszech osadzani są najgroźniejsi członkowie mafii.

W ostatnich godzinach jego życia minister sprawiedliwości Andrea Orlando podpisał specjalny dekret zezwalający dzieciom Riiny, być przy nim w szpitalu.

Wyjątkowe okrucieństwo

Totò Riina urodził się 16 listopada 1930 r. w chłopskiej rodzinie, w uważanym za kolebkę cosa nostra Corleone pod Palermo na Sycylii. Dorobił się przydomku „La Belva” (bestia) z powodu swego okrucieństwa.

Jako 19-latek został skazany na 12 lat więzienia za zabicie rówieśnika. Od końca lat 50. był w bandzie, która zajmowała się nielegalnym ubojem. Zamordował wtedy swego szefa. Od tamtej pory nie zszedł już z przestępczej drogi.

W 1974 r. został bossem cosa nostra w swym rodzinnym Corleone, a w kolejnych latach zdobywał coraz większą władzę w mafii sycylijskiej. Konkurentów mordował. Szacuje się, że mafijnej wojnie od początku lat 80. zginęło ok. 200 członków cosa nostra.

Dziesiątki zbrodni

Riina został skazany 26 razy na dożywocie za dziesiątki zbrodni, m. in. za zlecenie zabójstwa dwóch słynnych sędziów śledczych, walczących z mafią. Giovanni Falcone zginął w zamachu bombowym w maju 1992 r. koło Palermo, a Paolo Borsellino dwa miesiące później, także w stolicy Sycylii.

Totò Riina był poszukiwany przez 24 lata. Aresztowano go w Palermo w styczniu 1993 r. Śledczy twierdzą, że kierował mafią także z więzienia. W 2016 r. ministerstwo sprawiedliwości podejmując decyzję o dalszym utrzymaniu wobec niego rygoru ciężkiego więzienia uznało go za wciąż niebezpiecznego jako zdolnego do utrzymywania kontaktów z przebywającymi na wolności mafiosami cosa nostra.

Ostatnio wytoczony mu proces dotyczył nigdy niewyjaśnionej do końca kwestii domniemanych rokowań, jakie kierowana przez niego mafia miała prowadzić z państwem włoskim w latach 90.
Źródło info i foto: TVP.info

Gangi przemycające migrantów zarabiają rocznie 400 mln dolarów

Przerzut migrantów do Włoch przynosi przemytnikom zyski w wysokości co najmniej 400 milionów dolarów rocznie – pisze dziś dziennik „Corriere della Sera”. Gazeta dodaje, że gangi wymuszają też okup za porwanych migrantów. Włoski dziennik zauważa, że wśród przemytników migrantów nie ma jednego wielkiego „bossa” gangu, którego można by porównać do Al Capone. Są ich setki, dodaje, i są oni wyjątkowo okrutni.

W artykule wyjaśniono, że przychody przemytników, szacowane na 400 milionów dolarów, nie obejmują kwot, jakie wymuszają oni od migrantów w punktach kontrolnych oraz pracy przymusowej wykonywanej przez dziesiątki tysięcy ludzi, którzy chcą dostać się do Włoch. Na łamach mediolańskiego dziennika postawiono tezę, że to brak oficjalnych i kontrolowanych kanałów dla tych, którzy chcą dostać się do Europy, doprowadził do rozkwitu wręcz całego „przemysłu” przemytu ludzi.

Gazeta przytacza rezultaty ankiety, przeprowadzonej wśród tysiąca uchodźców. Na podstawie ich relacji ustalono, że za przerzut z Afryki zachodniej migranci płacą po około 825 dolarów. W przypadku Afryki wschodniej kwota ta sięga 3750 dolarów. Tym drugim szlakiem przypływają uciekinierzy z Erytrei, Somalii, Sudanu czy nawet Bangladeszu. Stanowili oni jedną czwartą wszystkich migrantów w zeszłym roku.

Z Afryki zachodniej przybywają obywatele Mali, Senegalu, Gambii, Wybrzeża Kości Słoniowej i Nigerii. Na podstawie liczb z pierwszego półrocza szacuje się, że do końca roku przypłynie stamtąd co najmniej 150 tysięcy osób. Zyski z ich transportu są znacznie wyższe – zauważono. Grupy przestępcze czerpią też korzyści z uprowadzeń przemycanych migrantów, którzy są torturowani i uwalniani dopiero po tym, gdy rodziny zapłacą za nich okup w wysokości od 3 do 5 tysięcy dolarów. Na tym procederze wymuszeń przestępcy zarabiają około 80 mln dolarów rocznie.

„Corriere della Sera” podaje wyniki analiz Światowej Organizacji ds. Migracji, wskazujące, że 52 procent mężczyzn i 33 proc. kobiet zostało pojmanych przez gangi w czasie drogi przez Afrykę.
Źródło info i foto: onet.pl

Monika B., „Królowa mafii” skazana na trzy i pół roku więzienia

Monika B., była żona pruszkowskiego bossa „Słowika” nie kierowała zorganizowaną grupą przestępczą, ale uczyniła sobie stały dochód z popełniania przestępstw – orzekł stołeczny sąd skazując „królową mafii” na 3,5 roku więzienia – ustalił portal tvp.info. Prokuratura już zapowiada apelację, bo zdaniem śledczych wyroki w sprawie były rażąco niskie. Jeden z oskarżonych został skazany za porwanie na rok więzienia!

To nie był szczęśliwy dzień dla śledczych z warszawskich „pezetów”. Po blisko trzech latach procesu, w piątek zapadł wyrok w procesie Moniki B. znanej wcześniej, jako „Słowikowa”, obecnie, jako „królowa mafii”, oskarżonej m.in. za kierowanie gangiem, handel narkotykami oraz pośrednictwo w unikaniu odsiadki przez przestępców. Byłej żonie Andrzeja Z. ps. Słowik, w ławach oskarżonych towarzyszyło pięciu przestępców, którzy mieli pełnić różne role w jej gangu.

Tyle, że sąd wydając wyrok uznał, że w przypadku oskarżonych nie można mówić, by tworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą” z jasno określonym liderem i podziałem ról, a co najwyżej szajkę popełniającą wspólnie różnego rodzaju przestępstwa. Przy takiej interpretacji upadł więc zarzut kierowania gangiem dla Moniki B. i udziału w „grupie” dla jej towarzyszy. Jednocześnie jednak sąd uznał, że oskarżeni uczynili sobie stałe źródło dochodu z popełnianych przestępstw. Za wiarygodne uznano zeznania Romana O. ps. Sproket, byłego już świadka koronnego, na którego słowach opierał się w znacznej mierze akt oskarżenia.

Łagodne orzeczenie

Monika B. została uznana winną popełnienia pięciu czynów. Sąd wymierzył jej karę łączną trzy i pół roku więzienia, uznając, że kara jest wystarczająca biorąc pod uwagę m.in. postawę oskarżonej, a także czas, jaki minął od zarzucanych jej przestępstw. Podobnie zresztą postąpił orzekając kary dla pozostałych podsądnych. Większość z nich oscyluje w dolnej granicy zagrożenia. Uzasadniając swą decyzję, sąd wspominał m.in., że miało na nią wpływ także to, że część oskarżonych zmieniła się od czasu popełnienia przestępstw za jakie odpowiadali. I tak, jeden z podsądnych usłyszał wyrok roku więzienia za uprowadzenie niejakiego „Maciory”.

Śledczy zapowiedzieli już w rozmowie z tvp.info, że będą wnosić o apelację, jak tylko otrzymają pisemne uzasadnienie wyroku. – Dopiero mając uzasadnienie będziemy mogli się odnieść, czego dokładnie będzie dotyczyć apelacja, choć już uważamy, że zasądzone kary są niewspółmiernie niskie. Inna jest także nasza ocena działania oskarżonych, którzy wg. nas działali w zorganizowanej grupie przestępczej – mówi jeden ze śledczych.

Szefowa?

Monika B., była żona pruszkowskiego bossa Andrzeja Z. ps. Słowik, odpowiadała przed stołecznym sądem za kierowanie gangiem, handel narkotykami oraz pośrednictwo w unikaniu odsiadki przez przestępców, za sprawą m. in. fikcyjnych chorób. Byłą żonę „Słowika” obciążają przede wszystkim zeznania „Sproketa”. Tak ją opisywał: – Miała niekwestionowaną pozycję przywódcy. Konkretna. Otwarta na nowe kierunki działań.

– Nigdy nie kierowałam żadną grupą przestępczą i nie odgrywałam żadnej roli w grupie pruszkowskiej. Prawdą jest, że kochałam swojego męża. Te fałszywe zarzuty i pobyt w areszcie przez ponad dwa lata zrujnowały mi życie. Zostałam bez grosza przy duszy. Nie mam nawet jak pomóc choremu ojcu – przekonywała Monika B. w rozmowie z tvp.info.

Według „Sproketa” grupa Moniki B. była podzielona na dwa niezależne „działy”. Pierwszy, w skład, którego wchodzili m.in. Dariusz A. ps. Wieża, Wojciech P. ps. Puchacz i Ludwik M. ps. Lulu, zajmowała się handlem narkotykami, wymuszeniami, ściąganiem haraczy. Ot, klasyczną bandytierką. Drugi dział kombinował wokół przestępstw gospodarczych: obrotu fikcyjnymi fakturami, oszustw kredytowych, windykacji rat leasingu itp.

Aby chorobę

Na liście zarzutów ciążących na Monice B. znalazło się kilka dotyczących pośrednictwa z Konradem T. To oszust, który w zamian za łapówki pomagał przestępcom zdobywać dokumentację medyczną, niezbędną do uniknięcia więzienia czy aresztu. Jego nazwisko pojawia się w sprawie skorumpowanego stołecznego prokuratora (zatrzymanego dwukrotnie: raz, gdy przyjmował i raz, gdy dawał łapówkę) oraz w sprawie dotyczącej producenta filmowego Lwa R.

W czasie kontaktów z grupą „Słowikowej” miał pomóc kilku osobom zdobyć „mocne papiery”. I tak jednemu z przestępców za pośrednictwem T., załatwiono pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Innemu gangsterowi sugerowano, żeby połknął folię aluminiową, to w czasie prześwietlenia metal będzie imitował zmiany nowotworowe. Oczywiście, za każde załatwienie sprawy „Słowikowa” i „Sproket” mieli brać solidne wynagrodzenia od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów.

Obecnie Monika B. promuje książkę „Królowa mafii”, którą napisała wspólnie z Piotrem Pytlakowskim. Bierze udział także w płatnych spotkaniach z fanami.
Źródło info i foto: TVP.info