Nowe informacje dotyczące afery maseczkowej

Nie milkną echa transakcji, które przeprowadził resort zdrowia, kupując maseczki od znajomego ministra Szumowskiego. 5 mln zł poszło w piach, bo sprzęt nie ma żadnych atestów. Wiemy jednak, że Łukasz G. handlował nie tylko z ministerstwem zdrowia. Dotarliśmy do ofert, jakie wystawiał na Facebooku. Maseczki sprzedawał taniej niż rządowi.

Nawet ok. 5 mln zł kosztowały maseczki ochronne, które nie spełniają polskich norm. Resortowi zdrowia miał je sprzedać instruktor narciarski, który zna się z ministrem Łukaszem Szumowskim oraz jego bratem – podała we wtorek „Gazeta Wyborcza”. Gdy w ministerstwie zorientowano się, że maseczki nie spełniają norm, zażądano wymiany lub zwrotu pieniędzy.

Ów instruktor to Łukasz G. Ofertę sprzedaży maseczek wrzucał też na swój profil na Facebooku. Po wybuchu afery skasował post. Zostawił jednak sporo innych ofert zarówno kupna, jak i sprzedaży maseczek, w różnych miejscach w internecie.

Był na przykład aktywny w grupie założonej specjalnie po to, by handlować maseczkami, rękawiczkami i innymi środkami ochrony przed koronawirusem. Z informacji „Wyborczej” wynika, że pierwszego SMS-a z ofertą wysłał 16 marca 2020 roku do Marcina Szumowskiego. Ten obiecał skontaktować go ze swoim bratem – czyli ministrem Łukaszem Szumowskim.

Oferta Łukasza G. była droga – jedna maseczka chirurgiczna za 4,60 zł plus VAT. Owszem, w internecie roiło się od różnych ofert z kosmicznymi wręcz wycenami, sięgającymi kilkunastu złotych za sztukę. Mimo wszystko cena ok. 5 złotych za maseczkę była już wtedy uważana za wygórowaną, w hurcie sprzedawały się za cenę w przedziale 2-3 zł.

Pod koniec marca na facebookowej grupie zrzeszającej sprzedawców i nabywców artykułów do ochrony przed wirusem, maseczki jednorazowe dało się kupić za 3-3,5 zł netto za sztukę, w dużych ilościach nawet za ok. 2 zł. Maseczki z certyfikatem FFP2 kosztowały ok. 2,5 euro, czyli ok. 10 zł. Według informacji przekazanych przez Janusza Cieszyńskiego, wiceministra zdrowia, resort zdrowia zakupił za pośrednictwem Łukasza G. 100 tys. masek FFP2, 20 tysięcy maseczek chirurgicznych, 3 tys. przyłbic ochronnych oraz 10 tys. masek FFP2 od innego producenta.

Maseczki typu FFP2 kosztowały ok. 39 zł netto za sztukę (z VAT to ok. 42 zł), maseczki chirurgiczne – po 8 zł za sztukę. To musiał być dla niego świetny biznes, bo na facebookowej grupie, w której udzielał się Łukasz G., maseczki chirurgiczne kosztowały… 2,20 zł za sztukę.

Ministerstwo odpiera zarzuty o wygórowane ceny

Trzeba jednak dodać, że z ministerstwem obrotny instruktor narciarski handlował w środku marca, na Facebooku miesiąc później. Te parę tygodni wystarczyło, by cena spadła o 70 proc. Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia, odpiera zarzuty, iż resort przepłacił, kupując maseczki od Łukasza G.

– Porównywanie połowy marca, kiedy kupowaliśmy maseczki u wskazanego dostawcy z połową kwietnia, jest pozbawione racjonalności. Porównujemy okres, w którym na rynku nie było środków ochrony osobistej i każdy kraj walczył o możliwość zdobycia choćby małych ilości środków, z okresem, kiedy te środki zaczęły być już dostępne z różnych źródeł. Dziś też ceny są inne niż w połowie kwietnia i my dziś, w połowie kwietnia i połowie marca płaciliśmy i płacimy inne kwoty za zamówienia. Tak się dzieje na całym świecie. W każdym z tych okresów zarówno popyt, jak i podaż są zupełnie inne. A to te dwie rzeczy kształtują ceny – mówi Andrusiewicz w rozmowie z money.pl

Rzecznik resortu zdrowia podkreśla, że ministerstwo szukało i szuka najlepszych ofert w danym momencie. – Nikt nie oferował takich ilości masek ministerstwu za te pieniądze. Dla obiektywizmu trzeba sprawdzić, po ile państwa kupowały maski – a kupowały nawet za kwoty wyższe. Nikt ówcześnie nie składał do nas ofert w tych cenach, a my szukaliśmy też na innych rynkach – mówi nam Wojciech Andrusiewicz.

Rzecznik ministerstwa dodaje, że większość sprzedawców żądała zapłaty przed dostawą towaru, a na to resort nie wyrażał zgody. Byli to wyłącznie pośrednicy, niedający na dodatek gwarancji dostawy. Wymaganiem ministerstwa była więc dostawa, a następnie zapłata. Łukasz G. wystawił fakturę już po dostarczeniu sprzętu.

To już sprawa dla prokuratury, warto jednak przypomnieć, że na początku kwietnia farmaceutyczna grupa Neuca sprowadziła do Polski 8 milionów maseczek, które sprzedawała w aptekach (czyli w detalu) w cenie rekomendowanej 2,50 zł. Czyli 5,50 zł taniej, niż resort zdrowia kupił od Łukasza G.

Znajomość z instruktorem potwierdzili Łukasz oraz Marcin Szumowscy. Zdaniem gazety znajomość z rodziną ministra zdrowia miała ułatwić przedsiębiorcy sprzedaż artykułów potrzebnych do walki z pandemią. Z kolei w ocenie resortu, oferta zakopiańskiego przedsiębiorcy została potraktowana jak każda inna. Nie zajmował się nią Szumowski, a wiceminister Cieszyński.

Chcieliśmy zadać Łukaszowi G. pytania dotyczące różnic w cenach produktów: dlaczego ministerstwu sprzedawał o wiele drożej? Niestety nie odbiera telefonu i nie odpowiada na SMS-y.
Źródło info i foto: wp.pl

Kara śmierci za przemyt fentanylu z Chin do Stanów

Sąd w Chinach skazał dziewięć osób za przemyt fentanylu do USA, w tym jedną na karę śmierci w zawieszeniu i dwie na dożywocie. Rozbicie szajki przedstawiono jako pierwszą taką sprawę, rozwiązaną dzięki współpracy organów ścigania z obu krajów.

Fentanyl jest syntetycznym opioidem, 50-krotnie silniejszym od heroiny. Ze względu na niską cenę często wykorzystywany jest do produkcji nielegalnych narkotyków. Odgrywa istotną rolę w tzw. kryzysie opioidowym w USA.

W 2017 r. odnotowano w tym kraju ponad 28 tys. zgonów z powodu przedawkowania syntetycznych opioidów. W większości fentanylu i substancji pokrewnych – wynika z danych amerykańskich Centrów Kontroli i Prewencji Chorób (CDC).

Amerykańskie służby antynarkotykowe wskazywały Chiny jako główne źródło fentanylu trafiającego do USA. Zaprzeczały temu władze chińskie, które twierdzą, że Stany Zjednoczone powinny robić więcej, by ograniczyć popyt na tę substancję. Prezydent USA Donald Trump zarzucił w sierpniu przywódcy Chin Xi Jinpingowi, że nie wypełnił obietnicy walki z fentanylem i zbliżonymi do niego substancjami.

Informacja o ukaraniu przemytników została ogłoszona w czasie, gdy oba kraje przygotowują się do podpisania wstępnej umowy, mającej zakończyć trwający od 16 miesięcy spór handlowy.

– Gang przemycający fentanyl i inne opioidy do USA za pośrednictwem kurierów został rozbity dzięki współpracy chińskich i amerykańskich organów ścigania – powiedział urzędnik Chińskiej Państwowej Komisji Kontroli Narkotyków Yu Haibin w mieście Xingtai na północy Chin, gdzie członkowie szajki byli sądzeni.

Jeden z nich usłyszał wyrok śmierci (w zawieszeniu na dwa lata). Wyroki takie z reguły zamieniane są na dożywocie. Dwaj inni członkowie gangu zostali skazani na dożywotnie pozbawienie wolności, a sześciu pozostałych otrzymało mniejsze kary.
Źródło info i foto: TVP.info

Lagos: Policja uwolniła 19 kobiet. Kobiety są porywane i siłą zapładniane. Ich dzieci miały trafić na sprzedaż

Policja w Lagos – największym mieście Nigerii – uwolniła 19 kobiet i dziewcząt, które w większości zostały porwane i zapładniane wbrew własnej woli. Ich dzieci miały trafić na sprzedaż. Kobiety w wieku od 15 do 28 lat pochodziły ze wschodnich i południowych stanów Nigerii. Były kuszone obietnicą pracy – poinformowała policja. Funkcjonariusze znaleźli także czworo niemowląt.

„Fabryki dzieci”

Najwięcej tak zwanych „fabryk dzieci” jest na wschodzie kraju. – Młode kobiety były w większości przypadków porwane przez podejrzanych po to, by zaszły w ciążę i oddały swoje dzieci potencjalnym kupcom. Mydlono im oczy, obiecując zatrudnienie jako pomoc domowa w Lagos – wyjaśnił rzecznik miejscowej policji. Jak dodał, za chłopca można dostać 500 tysięcy naira (ok 5,5 tysiąca złotych), za dziewczynkę prawie połowę mniej. Kobiety uwolniono 19 września, ale policja utrzymywała ten fakt w tajemnicy, by nie utrudniać ścigania sprawców. W związku ze sprawą aresztowano dwie kobiety – 40-latkę i 54-latkę. Poszukiwania trzeciej trwają.

„Poród trwał całe trzy dni, a ja nie mogłam urodzić”

Jedna z uwolnionych kobiet powiedziała policji, że została zapłodniona przez swojego chłopaka, a o pracy w Lagos zapewniała ją ciocia.

– Jakaś kobieta mnie zbadała i włożyła lek w moje miejsce intymne. Nagle zaczęłam rodzić, byłam w siódmym miesiącu ciąży. Poród trwał całe trzy dni, a ja nie mogłam urodzić. W końcu policja przyszła nas aresztować, bo rodzimy i sprzedajemy dzieci – relacjonowała. Dodała, że jej dziecko przyszło na świat bardzo słabe i niedługo później zmarło.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Trzy gangi na ławie oskarżonych

Takiego procesu już dawno w Polsce nie było. W ławach oskarżonych katowickiego sądu zasiądzie 51 członków trzech śląskich gangów, którzy wspólnie stworzyli prawdziwą przestępczą koalicję. Handlowała ona setkami kilogramów narkotyków, nielegalnymi papierosami, a nawet lekami wczesnoporonnymi. Dwie grupy mogły liczyć na siłowe wsparcie trzeciej, którą można było wynająć do rozwiązania każdego sporu wymagającego argumentów siły.

Do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko członkom trzech gangów. Choć nie są to grube ryby śląskiego półświatka, a raczej jego potencjalni następcy, to i tak lista „osiągnięć” przestępców może robić wrażenie.

– Prokuratura przedstawiła 51 podejrzanym blisko 200 zarzutów: m.in. udziału w zorganizowanych grupach przestępczych, obrotu i wewnątrzwspólnotowej dostawy znacznych ilości środków odurzających, kradzieży z włamaniem, kradzieży samochodów, a także wyłudzeń odszkodowań komunikacyjnych czy prania pieniędzy, a także pomocnictwa w przerywaniu ciąży. Zastosowano 6 aresztów, 35 dozorów, 15 poręczeń majątkowych na łączną kwotę 148 tysięcy złotych – mówi tvp.info kom. Iwona Jurkiewicz, rzeczniczka CBŚP.

Policjantom CBŚP z Katowic i śledczym z miejscowej prokuratury okręgowej rozpracowanie trzech gangów, które miały odrębne struktury, ale za to mocno ze sobą współpracowały, zajęło blisko cztery lata. Grupy te połączyła jeszcze osoba jednego z gangsterów, który po zatrzymaniu uznał, że nie uśmiecha mu się wieloletnia odsiadka i opowiedział o tym, z kim i jakie popełniał przestępstwa. Szybko okazało się, że podobną postawę zaprezentowało kilku jego dawnych kompanów lub znajomych.

Wielka trójka

Śledczy podzielili sprawę na trzy główne wątki. Pierwszy dotyczył działania gangu, na czele którego stał Paweł O. – Ta grupa zajmowała się przede wszystkim przestępczością kryminalną. Jej członków można było wynająć np. do działań wymagających tzw. silnorękich. Gangsterzy dopuszczali się pobić dilerów należących do gangów konkurujących z dwoma kooperantami bandy. Wymuszali także od nich tzw. opłatę koncesyjną, czyli po prostu haracze – opowiada jeden ze śledczych.

Druga grupa, pod przywództwem Adama Ś., przemycała do Polski narkotyki z Czech, głównie marihuanę, ale także syntetyczne substancje odurzające. Trzeci wątek koncentrował się na działalności grupy Magdaleny G. i Roberta H. Para ta i jej podwładni także zajmowali się handlem narkotykami, ale oprócz tego sprzedawali środki wczesnoporonne i podrabiali dokumenty.

Bmw z cenną wkładką

Rozpracowując gangi, policjanci ustalili, że to członkowie jednej z grup usiłowali przed laty uprowadzić bizneswoman z południa Polski. Na szczęście plan porywaczy spalił na panewce, a kolejnej próby już nie było. W ręce gangsterów wpadło także bmw, w bagażniku którego było 190 tys. euro. Samochód zniknął w jednej z czeskich miejscowości. Nie wiadomo, kto nadał przestępcom tak intratną „robotę”.

Śledczy przekonują, że zebrali dowody świadczące, że grupy sprzedały bądź kupiły w sumie 400 kg różnego rodzaju narkotyków, zlikwidowali plantację marihuany i zabezpieczyli łącznie około 5,7 kg narkotyków. Podczas przeszukań odkryli ponad 616 tys. sztuk przemycanych papierosów o wartości rynkowej ponad 396 tysięcy złotych. W trakcie śledztwa policjanci współpracowali ze Śląskim Urzędem Celno-Skarbowym w Katowicach oraz Wydziałem do spraw Zwalczania Przestępczości Powszechnej Miejskiej Komendy Policji Republiki Czeskiej w Ostrawie.
Źródło info i foto: TVP.info

Martin Shkreli uznany winnym. Trafi do więzienia?

Niedawno Martin Shkreli brylował w mediach i bezczelnie odpowiadał na oburzenie, które wywołał, podnosząc wielokrotnie cenę za leki dla chorych na AIDS. Teraz były szef firmy farmaceutycznej może trafić do więzienia. Proces pokazał, że nadal ma tupet.

Zaczęło się od tej skromnej informacji prasowej. „10 sierpnia 2015 r. Turing Pharmaceuticals kupuje prawa do leku Daraprim”. Szefem firmy był Martin Shkreli. Niedługo później podniósł cenę Daraprimu. To było aż 5 tysięcy procent (!) podwyżki: z 13,5 do 750 dolarów za pigułkę. Blady strach padł na osoby chore na AIDS – Daraprim ratuje przed zapadnięciem na toksoplazmozę, która dla osób z obniżoną odpornością organizmu może być, i bardzo często jest, wyrokiem śmierci.

Wtedy właśnie Shkreli został ochrzczony „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w USA”. Sprawę opisywaliśmy szeroko na weekend.gazeta.pl >>>

Martin Shkreli winnym oszustw

Młody i arogancki Martin Shkreli wydawał się czerpać satysfakcję z całej sytuacji. Nie stronił od mediów. Swoim wystawnym życiem chwalił się na YouTube. Teraz 34-latek został uznany winnym, ale nie za podwyżkę cen Daraprimu, a za coś zupełnie innego. Chodzi o oszustwa finansowe. Oskarżyciel porównał działanie Martina Shkreli do piramidy finansowej o wartości 11 mln dolarów.

O winie Martina Shkreli zdecydowała po 5 dniach intensywnych obrad ława przysięgłych. Jak pisze „Washington Post”, Shkreli kręcił ze zdziwieniem głową, gdy ława ogłosiła swoją decyzję, a jego ojciec złapał się za głowę.

„Jestem zachwycony”

Za dwa główne zarzuty Martinowi Shkreli grozi po 20 lat więzienia. Eksperci „Washington Post” szacują, że kara będzie dużo niższa. O jej wymiarze zadecyduje sąd. Sam oskarżony powiedział mediom, że proces to „polowanie na czarownice”, ale jest w pewnym sensie „zachwycony”. – Może znaleźli jedną lub dwie miotły – ocenił, ale – jak twierdzi – „został oczyszczony z najważniejszych zarzutów”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Migranci sprzedawani na targach jak towar. Cena pomiędzy 200-500 dolarów

Za zdolnych do pracy chcą wyższą cenę, innych torturują, by wymusić okup od rodzin. Kobiety są sprzedane jako niewolnice seksualne. To nie zamierzchła historia – takie targi niewolników funkcjonują dziś w Libii. Ich ofiarą padają ludzie, którzy próbują dotrzeć do Europy.

Grupy zbrojne lub siatki przemytnicze chwytają migrantów z Afryki Zachodniej, głównie z Nigerii, Senegalu czy Gambii, gdy ci próbują dotrzeć do libijskiego wybrzeża. Stamtąd uciekinierzy mają nadzieję na łodziach dostać się do Włoch. Jednak przestępcy sprzedają ich na targach niewolników.

Międzynarodowa Organizacja do Spraw Migracji (IOM) próbuje nagłośnić ten proceder. Głównym ośrodkiem przemytu migrantów jest miasto Sabha położone na południowym zachodzie kraju. Ludzie w rozmowach z IOM opisywali, że zostali przewiezieni na place lub parkingi, gdzie następnie ich sprzedawano.

Cena za migranta waha się od 200 do 500 dolarów. Osoby mające takie umiejętności jak malowanie czy kładzenie dachówek są wyceniane wyżej od pozostałych, a następnie wykorzystywane np. podczas prac budowlanych.

– Migranci są sprzedawani na targu jak towar – mówi szef IOM na Libię Othman Belbeisi. – Sprzedawanie ludzi staje się nowym trendem wśród przemytników, podczas gdy siatki przemytnicze w Libii rosną w siłę – dodaje.

Ludzie torturowani, by wymusić okup od rodzin

Mężczyzna z Senegalu, z którym rozmawiała IOM, opowiedział, że został sprzedany na jednym z takich targów w mieście Sabha, a następnie zabrany do prowizorycznego więzienia, gdzie przetrzymywano ponad stu migrantów. Jak relacjonował, więźniom kazano dzwonić do rodzin, od których następnie żądano pieniędzy za ich uwolnienie. Niektóre osoby były podczas rozmowy bite, aby bliscy słyszeli, że są torturowane. Gdy nie wpłacano kilkuset dolarów okupu, cena wzrastała.

Według Senegalczyka w więzieniu panowały przerażające warunki. Brakowało jedzenia, a ludzie, którzy nie mogli zapłacić, byli zabijani lub głodzeni na śmierć, a następnie anonimowo chowani. Inny, któremu po dziewięciu miesiącach udało się zebrać pieniądze i opuścić więzienie, trafił do szpitala z powodu skrajnego niedożywienia. Ważył 35 kg.

Według świadków, na których powołuje się IOM, handluje się także kobietami. Kupują je Libijczycy, którzy następnie zabierają je do swych domów i wykorzystują jako niewolnice seksualne.

Migranci zmuszani do ochraniania targów niewolników

Przedstawiciel IOM z Nigru oznajmił, że organizacja potwierdziła informacje o aukcjach w Libii u kilku innych migrantów, którym udało się odzyskać wolność. Osoby te potwierdziły, że istnieje ryzyko bycia sprzedanym jako niewolnik w mieście Sabha.

Sprzedającymi są kierowcy lub lokalni mieszkańcy, którzy wykorzystują migrantów do prac, głównie budowlanych. – Później zamiast im płacić sprzedają swoje ofiary nowym klientom – dodał.

Niektórzy migranci są zmuszani do pracy jako ochroniarze w więzieniach lub na targach – wyjaśnił przedstawiciel IOM.

Tysiące ludzi giną na morzu i pustyni w drodze do Europy

Po zamknięciu szlaku przez Turcję, Grecję i Bałkany trasa z Libii do Włoch przez Morze Śródziemne stała się główną drogą, jaką do Europy próbują się dostać uchodźcy i migranci ekonomiczni z Afryki. W tym roku do Włoch dotarło ponad 26 tys. migrantów, czyli o ponad 7 tys. więcej niż rok temu w tym samym czasie. Ponad 600 zginęło podczas przeprawy morskiej. Liczba tych, którzy ponieśli śmierć podczas podróży na północ przez pustynię, nie jest znana.

W zeszłym roku na niebezpieczną przeprawę zdecydowało się 355 tys. osób. Utonęło co najmniej pięć tysięcy. W lutym Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci UNICEF opublikował raport, w którym informował, że kobiety i dzieci uciekające z Afryki do Europy przed biedą i wojnami są bite, gwałcone i głodzone w prowizorycznych ośrodkach dla migrantów w Libii.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

„Odmładzali” sprowadzane auta. CBŚP rozbiło szajkę oszustów

Co najmniej 500 osób padło ofiarą oszustów, którzy sprowadzali używane samochody z zachodu Europy i przy pomocy zaprzyjaźnionych diagnostyków „odmładzali” roczniki produkcji aut. Funkcjonariusze kieleckiego CBŚP zatrzymali sześciu członków szajki, w tym właścicieli autokomisu i stacji diagnostycznych. Na „rewitalizacji” aut przestępcy zarobili ok. 2,5 mln zł.

„Niemiec płakał, jak sprzedawał” – to jedno z najbardziej cwaniackich zapewnień handlarzy samochodów, którzy chcą przekonać naiwnych klientów, że oferowane im auto jest w bardzo dobrym stanie. Znaczna część samochodów w Polsce to pojazdy używane, sprowadzone z Europy Zachodniej.

O ile przez lata zmniejszyła się szansa, że kupimy pojazd kradziony, to jednak wciąż klienci narażeni są na pomysłowość oszustów. Jednym z najpopularniejszym przekrętów jest „cofanie liczników”. Oszuści z woj. świętokrzyskiego chcieli być bardziej finezyjni.

Autospa

– Funkcjonariusze kieleckiego CBŚP wpadli na ślad grupy, która zajmowała się fałszowaniu roku produkcji zagranicznych samochodów. Na podstawie przerobionych dokumentów sprawcy rejestrowali je w Polsce jako auta młodsze niż w rzeczywistości. Tak przygotowane samochody były następnie oferowane do sprzedaży za cenę wg wartości rocznika danej marki. Pojazdy sprzedawano za pośrednictwem autokomisów i portali internetowych – mówi kom. Agnieszka Hamelusz, rzeczniczka CBŚP.

Za przekrętem stał właściciel jednego z autokomisów i jego pracownik oraz czterech diagnostów, w tym dwóch właścicieli stacji diagnostycznych, wykonujących przeglądy pojazdów. Wszyscy są mieszkańcami województwa świętokrzyskiego. Na każdym „odmłodzonym” samochodzie oszuści zarabiali od 3 do 18 tys. zł. Wiadomo, że ofiarami przekrętów padło co najmniej 500 osób, a przestępcy zarobili blisko 2,5 mln zł.

Podczas zatrzymania u członków szajki zabezpieczono ponad 140 tys. złotych w gotówce oraz sześć samochodów wartych ok. 140 tys. zł. Zatrzymanym grozi do 8 lat więzienia.
Żródło info i foto: TVP.info

Włochy: Handlowali groźnymi krzyżówkami psów z wilkami

We Włoszech wykryto proceder handlu szczeniakami psów, które, jak wykazały badania DNA, są krzyżówkami z europejskimi i amerykańskimi wilkami – podaje prasa. Eksperci ostrzegają, że mogą być one bardzo groźne. Cena szczeniaka sięga 5 tys. euro. Po pierwszych sygnałach o pojawieniu się nieznanych dotąd, nietypowych ras psów karabinierzy i funkcjonariusze oddziału Straży Leśnej, który ściga nielegalny handel okazami flory i fauny, skontrolowali 120 hodowli w całym kraju, od Piemontu po Kalabrię.
 
Zarzuty oszustw i łamania norm dotyczących hodowli psów postawiono dotąd dziewięciu osobom. Ich liczba może wzrosnąć, bo prowadzone od 2013 roku śledztwo jest kontynuowane.

Skonfiskowano 42 szczeniaki-hybrydy
 
Dziennik „Corriere della Sera” podał w niedzielę, że w rezultacie tej operacji skonfiskowano w hodowlach 42 szczeniaki-hybrydy. Funkcjonariusze ustalili też, że 230 psów zostało już sprzedanych prywatnym osobom.
 
Szczegółowe analizy wskazują, że psy te stanowią efekt skrzyżowania z wyjątkowo groźnymi wilkami z Ameryki Północnej – z Kanady oraz z amerykańskich stanów Wyoming i Alaska – a także z wilkami karpackimi i skandynawskimi. Połączono je przede wszystkim z rasą psów wilczak czechosłowacki, by ją „wzmocnić” i by nowym okazom nadać bardziej wilczy wygląd – podkreśla gazeta.
 
– Taki pies może być piękny, ale też może mieć geny, które wzmacniają nadmiernie agresję, co sprawia, że cechy dzikiego zwierzęcia przeważają nad cechami zwierzęcia udomowionego – powiedział na łamach gazety prezes fundacji rzymskiego zoo Federico Coccia.
Żródło info i foto: polsatnews.pl

Handel dyplomami kwitnie

W internecie kwitnie handel podrobionymi dokumentami. Bez problemu można kupić świadectwo maturalne, dyplom czy certyfikat. „Matura” to koszt około 900 zł – czytamy w dzisiejszym wydaniu „Dziennika Polskiego”. Choć podrabianie dokumentów jest przestępstwem, za które grozi pięć lat więzienia, to odpowiedzialności karnej podlegają tylko ci, którzy posługują się falsyfikatami w kontakcie z instytucjami.

„Handlarze wykształcenia” zabezpieczają się odpowiednim opisem oferowanych przedmiotów. „Nasze świadectwa oraz dyplomy fantastycznie prezentują się w antyramach, obok telewizorów czy jako talizmany szczęścia” – czytamy.

Przedstawiciele uczelni zapewniają, że w sieci nie da się kupić oryginału. „Papier do naszych dyplomów produkowany jest przez polską Wytwórnię Papierów Wartościowych i posiada trzy rodzaje zabezpieczeń” – podkreśla Adrian Ochalik, rzecznik Uniwersytetu Jagiellońskiego. Choć świadectwo maturalne można bez problemu kupić w internecie, to – jak podkreśla dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej Marcin Smolik – „nie ma mowy, by na podstawie fałszywki dostać się na wyższe studia”. Inaczej wygląda sprawa weryfikacji dokumentów przez pracodawców. Na takie sprawdzenie autentyczności decydują się nieliczne firmy.

„Im wyższe stanowisko, tym częściej pojawiają się przypadki z fałszowaniem wykształcenia podczas rekrutacji” – zaznacza Monika Klonowska z Background Screening Service. Nowa ustawa o dokumentach publicznych ma uporządkować te kwestie. Projekt jest poddawany obecnie konsultacjom społecznym – zaznacza „Dziennik Polski”.
Żródło info i foto: interia.pl

Policjanci zatrzymali oszustów z Rumunii

Puławska policja zatrzymała dwóch obywateli Rumunii, którzy wcześniej dokonali oszustwa. Jeden z zatrzymanych usłyszał już zarzuty, za które grozi do 8 lat pozbawienia wolności. Jak informuje puławska policja, na policję zgłosił się mężczyzna, który został oszukany przez dwóch obcokrajowców. Do zdarzenia doszło, gdy ofiara została poproszona o pomoc. Oszuści twierdzili, że zabrakło im paliwa w samochodzie. Podczas rozmowy zaproponowali sprzedaż złota w okazyjnej cenie.

Mężczyzna zakupił sygnet i bransoletkę, za które zapłacił 400 złotych. Chwilę później zorientował się, że został oszukany, ponieważ złoto okazało się tombakiem. Poinformował więc policję, że sprawcy tego oszustwa poruszają się srebrnym audi na angielskich numerach rejestracyjnych.

W wyniku pościgu zatrzymano dwóch obywateli Rumunii w wieku 31 i 34 lat. Podczas przeszukania policjanci znaleźli jeszcze kilka sztuk biżuterii, które mogą być wykonane z tombaku. Mężczyźni posiadali przy sobie również znaczną kwotę pieniędzy w euro oraz w walucie polskiej. Jeden z nich usłyszał już zarzuty oszustwa, za co grozi do 8 lat pozbawienia wolności. Policjanci sprawdzają, czy mężczyźni wcześniej nie dokonywali podobnych czynów.
Żródło info i foto: interia.pl