Polska: Agencja Wywiadu ostrzegała rząd przed zagrożeniem koronawirusem z Chin

W styczniu 2020 roku rząd dostał notatkę Agencji Wywiadu, że zagrożenie koronawirusem z Chin jest poważne i należy się przygotować na kryzys. Dlaczego ją zignorował? – czytamy w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej”. Według źródeł „GW” informacja o epidemii znalazła się w notatce Agencji Wywiadu (AW), dla której Chiny są jednym z najważniejszych kierunków działania.

Najpoważniej sprawę potraktowała Estonia

„Podobnie jak inne służby NATO badała ona, na ile doniesienia o koronawirusie mogą być wyolbrzymione i służyć prowadzeniu wojny informacyjnej oraz szerzenia paniki. Analizowano szczególnie trzy wątki pojawiające się w przekazach, które mogły być inspirowane przez służby m.in. Rosji, że koronawirus powstał w brytyjskich laboratoriach wojskowych, że za rozprzestrzenianiem go stoją USA, które prowadzą wojnę gospodarczą z Chinami oraz że wirus jest dostosowany tylko do chińskiego DNA, więc dla reszty świata jest bezpieczny” – podaje gazeta.

Zdaniem źródeł „GW” polski „wywiad wniósł cenny wkład w zawartość NATO-wskich analiz – jako pierwsi podkreślaliśmy powagę sytuacji i pisaliśmy, że to nie wojna propagandowa, ale rzeczywiste zagrożenie”. „Już w styczniu AW ostrzegała, że zagrożenie jest realne, trzeba się na nie przygotować, a epidemia na pewno nie ograniczy się tylko do Chin” – powiedział informator gazety, który miał dostęp do tej analizy Agencji.

Informacje z polskiego raportu miały znaleźć się w dwóch poufnych biuletynach informacyjnych NATO, które są „regularnie uzupełniane bieżącymi zapisami, a dostęp do nich mają służby w Sojuszu”. Według cytowanego przez „GW” informatora najpoważniej sprawę potraktowała Estonia – przygotowała odpowiednią ilość sprzętu ochronnego (maseczki, kombinezony, płyny odkażające), mobilne laboratoria itp.

Do komisji nie docierały żadne ostrzeżenia

„GW” przypomina, że część krajów, w tym Polska, bardzo długo trzymały się tezy, że skala zagrożenia jest wyolbrzymiana i wykorzystywana przez propagandę wrogą NATO i USA. Taką postawę przyjął też prezydent USA Donald Trump.

Posłowie Adam Szłapka (KO) i Marek Biernacki (PSL), czyli członkowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych, powiedzieli „GW”, że do komisji nie docierały żadne ostrzeżenia o zbliżającej się epidemii. Ostatnie posiedzenie odbyło się 14 lutego, prawie miesiąc przed wprowadzeniem stanu epidemiologicznego. „Do końca zajmowaliśmy się tylko aferami w służbach” – powiedział gazecie Biernacki. Szłapka dodał, że bardzo wysoko ocenia pracę Agencji Wywiadu i „nie byłby zaskoczony, gdyby miała ważne informacje o sytuacji w Chinach”.

Dziennik zwraca uwagę, że notatka AW powinna zostać zaprezentowana na posiedzeniu Kolegium ds. Służb Specjalnych. Zasiadają w nim premier, minister spraw wewnętrznych czy szefowie służb, a w posiedzeniach może brać udział szef sejmowej speckomisji. Jest nim Waldemar Andzel (PiS). „GW” w niedzielę zapytała go, czy podczas posiedzenia Kolegium w styczniu przekazano ostrzeżenia polskich służb albo innych państw NATO o sytuacji epidemicznej w Chinach. „Poseł nie zaprzeczył, ale szybko zakończył rozmowę: – Posiedzenia Kolegium są niejawne” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

W Chinach zatrzymano złodzieja zwłok

Ścisłe kontrole związane z epidemią koronawirusa w Chinach sprawiają, że poszukiwani przestępcy sami oddają się w ręce policji. Jest wśród nich mężczyzna, który ukradł i sprzedał zwłoki, użyte później w rytuale „zaślubin duchów” – podały lokalne media. Teraz nadzór jest zbyt ścisły. Towarzyszu policjancie, poddaję się – miał z kolei według portalu Huanqiu Wang powiedzieć handlarz narkotykami z metropolii Chongqing, jeden z wielu poszukiwanych przestępców, jakich zatrzymano w czasie czynności związanych z epidemią.

Najbardziej makabryczna sprawa dotyczy mężczyzny o nazwisku Qiu z Mongolii Wewnętrznej, poszukiwanego od czterech lat za kradzież zwłok. Poddał się on 11 lutego, gdy pracownicy społeczni zaczęli dokładnie legitymować wszystkich wchodzących i wychodzących z jego osiedla – poinformowała miejscowa policja.

Według lokalnych władz mężczyzna przyznał się do kradzieży ciała kobiety o nazwisku Liu, które później sprzedał za 5 tys. juanów (obecnie ok. 2,8 tys. zł) do udziału w ceremonii „yinhun”, czyli małżeństwa duchów.

Historia „yinhun” sięga tysięcy lat wstecz. Ten rodzaj „cmentarnego Feng Shui” opiera się na przekonaniu, że zmarli mają w zaświatach podobne potrzeby, jak ludzie żywi. Należy je zaspokajać, by uniknąć ich gniewu i zemsty.

W niektórych częściach Chin ludzie wciąż wierzą, że ci, którzy umarli przed ślubem, będą w zaświatach samotni, chyba że znajdzie osoba przeciwnej płci, by dzieliła z nimi życie po życiu. Pośmiertne zaślubiny często odbywają się za zgodą rodzin obojga zmarłych, ale czasem – z udziałem zwłok wykradzionych z grobu.

Zbrodnie sprzed lat

Prasa donosiła w ostatnich latach również o przypadkach zabijania kobiet w celu sprzedaży ich ciał. W 2016 roku prokuratura w prowincji Shaanxi oskarżyła mężczyznę podejrzanego o dwa takie morderstwa. Rok później w prowincji Henan odurzona lekami kobieta w ostatniej chwili wydostała się z trumny i uniknęła pogrzebania żywcem. Okazało się, że padła ofiarą gangu handlarzy ludźmi, którzy sprzedawali zwłoki do rytuałów „yinhun”.

Z powodu kontroli epidemiologicznej w ręce chińskiej policji oddał się również mężczyzna o nazwisku Zhang, podejrzany o zabójstwo z 1993 roku. Wcześniej czy później i tak zostałbym złapany – miał powiedzieć funkcjonariuszom w prowincji Guangdong na południu kraju. Według władz przyznał się do udziału w morderstwie, za które na kary więzienia skazano wcześniej już dwie inne osoby.

W prowincji Shanxi z ukrycia wyszedł również mężczyzna o nazwisku Fan, poszukiwany od 2017 roku w Henanie za udział w oszustwach internetowych, w ramach których wyłudzono łącznie 10 mln juanów (ok. 5,6 mln zł). Jego grupa umieszczała w sieci zdjęcia atrakcyjnych kobiet, które rzekomo poszukiwały inwestorów skłonnych włożyć pieniądze w kolekcje monet czy znaczków.

Media Chin kontynentalnych nie informują natomiast o tym, że pod pretekstem kontroli epidemiologicznej łapani są również dysydenci, którzy krytykowali komunistyczne władze ChRL. Jeden z zatrzymanych podczas takich kontroli działaczy zarzucał Pekinowi nieumiejętne radzenie sobie z wirusem. Z powodu epidemii koronawirusa zmarło w Chinach już ponad 2,7 tys. osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Chiński narkobiznes rozkwitał w Polsce. Przemycali ogromne ilości narkotyków

Polskie macki chińskiej triady. Jak dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM – Sun Yee On, największa organizacja przestępcza w Chinach, miała w naszym kraju ludzi, którzy zajmowali się przemytem narkotyków na wielką skalę. Środki odurzające z Europy Zachodniej przez Polskę trafiały głównie do Australii. Osoby te organizowały też przemyt do Polski transportów kokainy z Kolumbii. Chodzi o setki kilogramów tego narkotyku.

W śledztwie przewija się m.in. nazwisko Tse Chi-Lop. To urodzony w Kanadzie Chińczyk, najbardziej poszukiwany człowiek w Azji, domniemany szef syndykatu Sam Gor. Odpowiada on za przemyt narkotyków o wartości kilkudziesięciu miliardów dolarów. Tylko w ciągu roku. Według śledczych, Tse Chi-Lop to „ta sama liga”, co El Chapo – słynny meksykański boss narkotykowy, czy Pablo Escobar – zwany królem kokainy.

Polski wątek sprawy

Informacje w sprawie polskiego wątku tej międzynarodowej afery przemytniczej Centralne Biuro Śledcze Policji z Bieska Białej uzyskało od policji australijskiej. Tamtejsze organy ścigania prowadziły postępowanie w sprawie syndykatu zajmującego się importem substancji psychotropowych z Europy do Australii.

Na tej podstawie Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej wszczął śledztwo. Ustalono, że w zorganizowanej grupie na terenie Śląska działali Igor D., Tomasz N. oraz Czesław M. W sprawie pojawia się również obywatel Czech Zbigniew M. oraz nieustalone na razie osoby działające w Wielkiej Brytanii, Holandii, a także w Chinach, m.in. w Hongkongu i Makao. Ich pseudonimy to Old Guy, Old Belgium Guy, Jack Sparrow, czy Dandi.

Łącznikiem polskich członków grupy z mocodawcami z Chin miał być Tomasz N. To on miał dostawać szczegółowe informacje na temat dostawców środków odurzających. Igor D. odpowiadał – jak twierdzą śledczy – za logistykę – wynajmował firmy, magazyny, organizował transport i wymyślał sposoby na przemyt znacznych ilości narkotyków.

Z kolei techniczne sprawy, związane m.in. z ukryciem przemyconych substancji w Czechach i na Śląsku, zlecano Zbigniewowi M.

Początek: Trefny płyn do naczyń

Październik 2014 rok. 23-letni wówczas Igor D. oraz 29-letni Tomasz N. spędzają wakacje na Filipinach. Tam zapada decyzja o współpracy w handlu narkotykami. Obaj mężczyźni ustalają szczegóły zakupu i transportu do Europy ponad 1000 litrów Safrolu – prekursora służącego do produkcji MDMA, czyli ekstazy. Substancja z Laosu przez Wietnam, a dalej statkiem do Włoch, miała trafić do Czech. Stamtąd planowano przewieźć ją do Holandii. W Laosie Safrol wlano do 5-litrowych butelek z oznaczonych jako płyn do mycia naczyń. Pojemniki umieszczono w transporcie, który przewoził prawdziwy środek myjący.

Polacy cały czas mieli kontakt z rezydującym w Hongkongu mężczyzną o pseudonimie Old Guy. Półprodukt trafił najpierw do magazynów na północy Czech, a następnie został przetransportowany do garaży w Katowicach i Zawierciu. W trakcie śledztwa to tam funkcjonariusze odnaleźli substancję.

Patent na aluminiowe rurki

Przemyt do Holandii nie udał się, ale Chińczycy zaproponowali Polakom udział w dostawach MDMA z Europy do Australii. 60 kilogramów substancji w dwumetrowej drewnianej skrzyni, wiosną 2015 roku dotarło z Holandii do Czech w transporcie części samochodowych. Grupa szukała metody na bezpieczne przesłanie towaru do Australii, gdzie znaleziono odbiorcę.

Towar został ukryty w aluminiowych rurkach. Wykorzystany ołów miał uniemożliwić prześwietlenie kontrabandy przez celników. Rurki zrobione w Tychach i napełnione MDMA w transporcie legalnego aluminium z Włoch popłynęły do Australii. Narkotyki odebrali ludzie związani z Chińczykami o pseudonimach Old Guy, Old Belgium Guy i Jack Sparrow. To był pierwszy poważny zarobek Igora D. i Tomasza N. Za udany przemyt dostali ćwierć miliona euro.

Australijska wpadka

Pierwszy sukces sprawił, że Chińczycy zaproponowali kolejny przerzut MDMA z Holandii do Australii – tym razem chodziło już o pół tony substancji. Ponownie skorzystano z metody aluminiowych rurek. Zostały wypełnione środkami odurzającymi i popłynęły do Australii. Dotarły tam w październiku 2016 roku. Wtedy zaczęły się problemy. Z interesu wycofała się firma, która miała odebrać aluminium. Poszukiwano kolejnej spółki.

W Polsce wpadł współpracujący z grupą Czech Zbigniew M. W Australii nie było zaufanej osoby, by otworzyć przesyłkę. Tomasz N. w Hongkongu i Makau spotkał się przedstawicielami szefostwa syndykatu. Ustalono nowe miejsce odbioru pół tony narkotyków. W tym czasie jednak australijska policja prowadząca akcję „Ingenika” namierzyła i przejęła kontrabandę. Zatrzymała też dwóch Chińczyków.

Pięć dolarów

Wiosną 2016 roku „Jack Sparrow”, przedstawiciel chińskiej mafii, zlecił Igorowi D. i Tomaszowi N. zorganizowanie przemytu do Australii pół tony kokainy z Ameryki Południowej. Polacy odpowiadali za logistykę. W Brazylii w Rio de Janeiro wynajęli magazyn. W Sao Paulo poznali córkę plantatora kawy. Zamierzali podjąć współprace z producentem, żeby razem z kawą przemycać narkotyki.

Igor D. spotkał się też z osobami, które miały dostarczyć kokainę. Ostatecznie stanęło na tym, że będzie to 300 kilogramów. Przed spotkaniem Polak uwiarygodnił się przedstawiając banknot o nominale 5 dolarów z Hongkongu. Kontrahenci znali numery banknotu. Zapewnili, że narkotyki są gotowe do przewiezienia do magazynu. Po kilku dniach jednak kontakt z potencjalnymi dostawcami urwał się.

300 tysięcy euro łapówki

Sprawa przemytu kokainy nie została zakończona. Igor D. szukał w Ameryce Południowej dostawcy 150 kilogramów narkotyków. Miały trafić do Gdańska. W czerwcu 2018 roku wyleciał do Kolumbii. Najpierw w Bogocie spotkał się z ludźmi, którzy mieli dostęp do kokainy. Potem szukał dostawcy w Medellin, a następnie pojechał do Cartageny. Ostatecznie, narkotyki znalazł w Ekwadorze. Ruszyły one transportem drogą morską.

W Polsce Igor D. – według śledczych – znalazł człowieka, który miał załatwić bezproblemowe oclenie kontenera i odebranie go z portu. Mężczyzna miał znajomą, która pracowała w Urzędzie Celnym w Gdańsku. Za pomoc mężczyzny Igor D. miał zaoferować 300 tysięcy euro, zaliczka wynosiła 5 procent.

Ostateczna wpadka

Koniec sierpnia 2018 roku. Igor D. jedzie na spotkanie z człowiekiem, który miał odebrać 150 kilogramów kokainy ze statku płynącego do Gdańska. Okazuje się, że opisanego kontenera nie ma. Wyładowano go w niemieckim Bremerhaven. Mężczyzna stara się ustalić, jakie są losy transportu. 30 sierpnia w restauracji podczas spotkania z mężczyzną, który miał odebrać kontrabandę ze statku, zostaje zatrzymany przez policjantów.

Oskarżenie

Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej zakończył śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia trafił już do sądu. Prokuratorzy chcą, by Igor D. odpowiedział za dwanaście zarzutów, Tomasz N. – za sześć. Czesław M. usłyszał trzy zarzuty. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, w toku postępowania nie udało się dokładnie ustalić danych personalnych osoby, która kierowała grupą przestępczą.

Podczas śledztwa skierowano jednak do Kanady wniosek o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej, której celem ma być potwierdzenie personaliów osoby wskazanej jako Tse Chi-Lop.

„El Chapo Azji”. Kim jest Tse Chi Lop?

Baron narkotykowy Tse Chi Lop jest obecnie najbardziej poszukiwanym przestępcą na świecie. Urodzony w Chinach Kanadyjczyk kieruje azjatyckim syndykatem. Jak do tej pory jest nieuchwytny. Jako ochroniarzy zatrudnia tajskich kick bokserów, lata tylko prywatnymi odrzutowcami, co nie przeszkadza mu wydać miliony euro w ciągu jednego wieczora w kasynie.

Współpracuje z innymi mafiami w regionie: japońską Yakuzą, gangami motocyklowymi w Australii i grupami przestępczymi w Azji Południowej.

Przypuszcza się, że w 2018 roku kierowany przez niego syndykat zarobił co najmniej 8 miliardów dolarów, ale są tacy, którzy twierdzą, że może to być nawet 17 miliardów dolarów.

Tse jest ścigany przez 20 agencji Azji, Ameryki Północnej oraz Europy. Operacji nadano kryptonim Kungur.
Źródło info i foto: interia.pl

Chiny: Zaatakował dzieci żrącą substancją. Kilkadziesiąt przedszkolaków rannych

51 dzieci zostało poparzonych żrącą substancją przez napastnika w przedszkolu w południowo-zachodnich Chinach. Mężczyzna – według relacji chińskich mediów – chciał „zemsty na społeczeństwie”.

Do ataku w mieście Junnan doszło w poniedziałek po południu. Mężczyzna przedostał się na teren placówki i zaatakował dzieci z użyciem wodorotlenku sodu. Jak podaje rp.pl, powołując się na państwową agencję informacyjną Xinhua, obrażenia odniosły 54 osoby – w tym 51 dzieci i troje nauczycieli.

Napastnikiem okazał się 23-latek. Mężczyzna zbiegł, zatrzymano go pół godziny później. Według chińskiej agencji prasowej dwie osoby mają poważne obrażenia.
Źródło info i foto: TVP.info

Hongkong: Policja postrzeliła 21-letniego demonstranta

Hongkońska policja postrzeliła w poniedziałek uczestnika antyrządowej demonstracji ostrą amunicją podczas starć w dzielnicy Sai Wan Ho. 21-letni mężczyzna przeszedł operację i jest w stanie krytycznym. Demonstracje trwają w wielu miejscach regionu.

W sieciach społecznościowych krąży nagranie przedstawiające rzekomo moment postrzelenia demonstranta. Na nagraniu policjant drogówki strzela z bliskiej odległości w tors ubranego na czarno mężczyzny, który wygląda na nieuzbrojonego. Wkrótce na miejsce przybył oddział prewencyjny policji i przy użyciu gazu pieprzowego rozgonił tłum rozwścieczonych osób domagających się odpowiedzi w sprawie postrzelenia mężczyzny – podała publiczna stacja RTHK. Następnie policjanci otoczyli to miejsce kordonem.

Według źródeł medycznych dziennika „South China Morning Post” postrzelony 21-latek o nazwisku Chow przeszedł operację wątroby i nerki, ale jego stan wciąż jest krytyczny. Policja zaprzeczyła pojawiającym się w internecie pogłoskom, że funkcjonariuszom polecono, aby podczas operacji rozganiania poniedziałkowych protestów częściej korzystali z broni palnej. W oświadczeniu opublikowanym na Facebooku policja napisała, że takie zarzuty są „całkowicie fałszywe i złośliwe”.

Protesty trwają w poniedziałek w wielu miejscach regionu, w tym na kampusach uczelni wyższych. Demonstranci dokonywali aktów wandalizmu na stacjach metra i zakłócili pracę niektórych linii, rzucając przedmioty na tory. Według zarządu sieci metra protestujący rzucili również dwa koktajle Mołotowa wewnątrz pociągu, ale ogień został szybko ugaszony.

W pobliżu kampusu Uniwersytetu Chińskiego w Hongkongu w Sha Tin doszło do starć pomiędzy demonstrantami a policją. Protestujący rzucali koktajle Mołotowa i fragmenty kostek chodnikowych, a funkcjonariusze odpowiedzieli gumowymi kulami i gazem łzawiącym. Z powodu zakłóceń transportu publicznego wiele uniwersytetów odwołało poniedziałkowe zajęcia. Policja użyła również gazu łzawiącego, by rozgonić protesty w dzielnicy Tseung Kwan O, na terenie terminalu autobusowego w dzielnicy Sha Tin, a także w finansowej dzielnicy Central na wyspie Hongkong. Tysiące demonstrantów idą tymczasem w marszu w kierunku budynków rządowych w dzielnicy Admiralty.

Napięcia wzrosły w piątek w związku z doniesieniami o śmierci 22-letniego studenta, który – jak wielu przypuszcza – w nocy z 3 na 4 listopada spadł z wysokości w pobliżu miejsca starć z policją, uciekając przed wystrzelonym przez nią gazem łzawiącym. Demonstrantów dodatkowo rozgniewało aresztowanie kilku prodemokratycznych posłów hongkońskiego parlamentu, którym zarzuca się utrudnianie pracy izby w maju.

Na 24 listopada zaplanowano w Hongkongu wybory do rad dzielnic. Pod presją trwających od czerwca protestów rząd Hongkongu wycofał kontrowersyjny projekt nowelizacji prawa ekstradycyjnego, ale nie przychylił się do żadnego z pozostałych postulatów zgłaszanych przez demonstrantów. Żądają oni m.in. demokratycznych wyborów władz regionu i niezależnego śledztwa w sprawie działań policji, której zarzucają brutalność i używanie nadmiernej siły.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Atak nożownika w Hongkongu. Ranne 4 osoby

Nożownik ranił cztery osoby podczas kolejnego antyrządowego protestu w jednym z centrów handlowych w Hongkongu. Do zdarzenia doszło najprawdopodobniej na tle sporu politycznego – wskazują lokalne media.

Łącznie rannych zostało sześć osób: cztery poszkodowane przez nożownika, napastnik, którego pobił wściekły tłum, i mężczyzna, który próbował go ochronić – pisze gazeta „South China Morning Post”. Według miejscowego nadawcy RTHK wśród rannych jest prodemokratyczny przedstawiciel lokalnych władz Andrew Chiu Ka-yin, któremu odgryziono kawałek ucha.

Nożownik został aresztowany. Funkcjonariusze do rozpędzenia zgromadzonych użyli gazu łzawiącego.

„SCMP”, powołując się na słowa jednej z poszkodowanych, pisze, że napastnik wyjął nóż po kłótni. Według portalu Hong Kong Free Press mówił on po mandaryńsku i deklarował poparcie dla władz w Pekinie.

Do zdarzenia doszło w centrum handlowym Cityplaza, gdzie pokojowy początkowo protest, w ramach którego skandowano prodemokratyczne hasła i utworzono ludzki łańcuch, przerodził się w zamieszki. Policja zatrzymała kilka osób i poinformowała, że uczestnicy akcji zdemolowali jedną z restauracji.

Reuters relacjonuje, że jeden z mężczyzn był bity kijami przez protestujących, inny leżał w kałuży krwi na chodniku.

Do przepychanek i aktów wandalizmu doszło też w innych centrach handlowych w Nowych Terytoriach, w północnej części regionu. W jednym z centrów handlowych protestujący zablokowali wejście do galerii przy pomocy kabli i parasolek. Associated Press informuje, że w internecie wzywano do udziału w akcjach protestu w siedmiu miejscach.

To już 22. z rzędu weekend niepokojów w Hongkongu. Agencja Reutera ocenia, że do najpoważniejszych od miesięcy aktów przemocy doszło 2 listopada. Tego dnia protestujący zaatakowali miejscowy oddział chińskiej państwowej agencji prasowej Xinhua. W wydanym w niedzielę oświadczeniu agencja podkreśliła, że stanowczo potępia „barbarzyńskie działania tłumów”, które zdewastowały i podpaliły lobby redakcji. Stowarzyszenie Dziennikarzy Hongkongu również potępiło „wszelkie akty sabotażu przeciwko mediom” i wezwało do zakończenia przemocy wobec przedstawicieli tej branży.

W niedzielę biuro szefowej rządu Hongkongu Carrie Lam, która obecnie przebywa w Szanghaju, poinformowało, że we wtorek uda się ona do Pekinu, gdzie w środę będzie rozmawiać m.in. z wicepremierem Chin Hanem Zhengiem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Protesty w Hongkongu. Za zakrywanie twarzy zatrzymano już 77 osób

Do wtorku 77 osób zatrzymano za łamanie wprowadzonego w sobotę zakazu zakrywania twarzy podczas demonstracji w Hongkongu. Liczba zatrzymanych w związku z trwającymi od czerwca protestami przekroczyła 2300 osób. Szefowa hongkońskich władz Carrie Lam zapewniła, że rząd poradzi sobie z prodemokratycznymi protestami, ale nie wykluczyła możliwości poproszenia Pekinu o interwencję wojskową, jeśli sytuacja się pogorszy.

W Hongkongu już 77 osób zatrzymano za łamanie wprowadzonego w sobotę zakazu zakrywania twarzy podczas demonstracji – poinformowała we wtorek policja. Zgodnie z nowym prawem grozi za to do roku więzienia lub grzywna. Najmłodsza z zatrzymanych z tego powodu osób ma 12 lat. Od czerwca w związku z protestami zatrzymano już łącznie 2363 osoby w wieku od 12 do 83 lat, z czego 241 w ciągu ostatnich czterech dni. Ponad 200 zatrzymanym postawiono jak dotąd zarzuty udziału w zamieszkach, za co grozi 10 lat więzienia. Szefowa hongkońskich władz Carrie Lam oświadczyła we wtorek, że jest jeszcze za wcześnie, by oceniać skuteczność zakazu.

„Żadnej opcji nie można wykluczyć”

Lam wyraziła przekonanie, że władze Hongkongu uporają się z protestami we własnym zakresie, ale nie wykluczyła możliwości poproszenia rządu centralnego w Pekinie o interwencję wojskową, jeśli sytuacja się pogorszy.

– Nie mogę teraz kategorycznie powiedzieć, w jakich warunkach zrobimy dodatkowe rzeczy, w tym (…) poproszenie rządu centralnego o pomoc – powiedziała szefowa hongkońskiej administracji w rozmowie z dziennikarzami. – W tym momencie jestem silnie przekonana, że powinniśmy sami znaleźć rozwiązania. To również stanowisko rządu centralnego, że Hongkong powinien sam uporać się z problemem. Ale jeśli sytuacja stanie się tak zła, wówczas żadnej opcji nie można wykluczyć – oświadczyła Lam.

Trwające od czerwca demonstracje pogrążyły Hongkong w największym kryzysie politycznym od jego przyłączenia do Chin w 1997 roku. Najnowszą eskalację protestów i przemocy wywołał zakaz zakrywania twarzy podczas demonstracji, wprowadzony przez Lam przy pomocy kolonialnych regulacji kryzysowych. Zgodnie z hongkońskim prawem władze regionu mogą poprosić stacjonujący tam garnizon chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ALW) o pomoc w utrzymaniu porządku publicznego. Agencja Reutera informowała, powołując się na anonimowych dyplomatów, że Chiny podwoiły niedawno liczbę żołnierzy i funkcjonariuszy paramilitarnej policji stacjonujących w Hongkongu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Antyrządowy protest w Hongkongu. Policjant postrzelił 18-latka w klatkę piersiową z ostrej amunicji

W trakcie dużego antyrządowego protestu, który odbył się w Hongkongu w dniu 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej, policja postrzeliła nastolatka. Uczestnik demonstracji w stanie krytycznym trafił do szpitala. To pierwszy przypadek, kiedy policja użyła ostrej amunicji wobec protestujących.

We wtorek Chiny hucznie obchodziły 70. rocznicę utworzenia Chińskiej Republiki Ludowej. Gdy na Placu Tiananmen w Pekinie defilowały tysiące żołnierzy i prezentowano nowoczesną broń, w Hongkongu odbywał się kolejny antyrządowy protest. W trakcie trwających w kilkunastu dzielnicach demonstracji doszło do ostrych starć z policją.

Hongkong. Policja postrzeliła demonstranta w klatkę piersiową

Rannych zostało blisko 70 osób, jedną z nich jest 18-latek, którego policjant postrzelił w klatkę piersiową. Mężczyzna w stanie krytycznym trafił do szpitala, a media obiegło nagranie, na którym rzekomo widać moment wystrzału. Widać na nim starcie między policjantem a protestującym z metalową pałką. Strzał pada z bardzo bliskiej odległości. To pierwszy przypadek użycia wobec protestujących ostrej amunicji wobec protestujących w Hongkongu. Wcześniej jedynie oddawano strzały ostrzegawcze w powietrze.

Prodemokratyczna polityk z Hongkongu Claudia Mo oceniła na podstawie nagrania, że policjant niesłusznie użył pistoletu. – Rozsądną reakcją byłoby użycie policyjnej pałki lub gazu. Nie była to ekstremalna sytuacja – stwierdziła.

Szef policji: Odpowiednia reakcja

Szef hongkońskiej policji Stephen Lo jednak broni funkcjonariusza, twierdząc, że bał się on o swoje życie. – To napastnik zdecydował, by się zbliżyć. On (policjant) mógł tylko użyć takiej broni, jaką miał dostępną – stwierdził. Lo poinformował, że policjanci nie dostali rozkazu, by strzelać w razie zagrożenia, ale mogą użyć „właściwych” środków. Szef policji przekonuje, że uczestnicy protestów popełnili mnóstwo różnych przestępstw, od ataków na policjantów po niszczenie publicznego mienia.

W związku z postrzeleniem 18-latka inni młodzi aktywiści zorganizowali milczący protest. Setki ubranych na czarno osób zebrało się przed jego szkołą. Demonstrujący w geście solidarności trzymają dłonie na lewej części klatki piersiowej.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

17 lat temu uciekł z chińskiego więzienia, ukrywał się w jaskini. Znaleziono go dopiero dzięki dronowi

17 lat zajęło chińskim śledczym znalezienie zbiega skazanego za handel ludźmi. Mężczyzna ukrywał się w niewielkiej jaskini, bez dostępu do cywilizacji. Do zatrzymania doszło dzięki nowoczesnemu sprzętowi wykorzystywanemu przez policję.

Obecnie 63-letni Song Moujiang z na początku lat 2000. został skazany za handel kobietami i dziećmi. W 2002 r. uciekł z obozu pracy w prowincji Syczuan. Przez lata policja nie mogła trafić na jego ślad.

Na początku września śledczy dostali sygnał, że mężczyzna może ukrywać się w górach niedaleko swojego rodzinnego miasta w prowincji Junnan. Dogłębne przeszukanie terenu nie było jednak możliwe ze względu na strome zbocza i gęstą roślinność. Dlatego też zdecydowano się na wykorzystanie dronów.

Po pięciu godzinach operowania dronem jeden z funkcjonariuszy zauważył na stromym klifie niebieski fragment stali. Gdy przyjrzano się bliżej temu miejscu, zauważono ślady ludzkiej bytności, w tym śmieci. Szybko stało się jasne, że ktoś się tam ukrywa. Był to właśnie poszukiwany 63-latek.

Mężczyzna przez lata ukrywał się w niewielkiej jaskini o powierzchni 2 metrów kwadratowych. Od dłuższego czasu nie mył się i nie prał swoich ubrań. Co więcej, od dawna nie miał kontaktu z ludźmi, więc rozmowa z nim nie była pozbawiona przeszkód.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Chiny: Nożownik zabił ośmioro uczniów w pierwszy dzień szkoły

Uzbrojony w nóż napastnik wdarł się do szkoły podstawowej i zabił ośmioro uczniów w jednej z wsi w prowincji Hubei na północy Chin w pierwszy dzień nowego roku szkolnego; dwoje uczniów zostało rannych – podały we wtorek lokalne media, cytując komunikat władz. Policja zatrzymała 40-letniego mężczyznę podejrzanego o dokonanie ataku, który miał miejsce w poniedziałek rano – czytamy w komunikacie. Władze starają się ustalić szczegóły sprawy oraz motyw działania napastnika – dodano.
Źródło info i foto: polsatnews.pl