Policja użyła armatek wodnych. Ponad 300 aresztowanych w Hongkongu

We wtorek chiński parlament przyjął nowe, kontrowersyjne prawo o tzw. bezpieczeństwie narodowym w Hongkongu. Przewiduje ono, że działania uznane za zagrożenie dla stabilności miasta mogą być karane nawet dożywociem. W proteście przeciw decyzji na ulicach odbyły się manifestacje. Zatrzymano ponad 300 osób, a dziewięciu postawiono zarzuty.

23 lata temu Hongkong został zwrócony przez Wielką Brytanię Chińskiej Republice Ludowej. Rząd w Pekinie musiał jednak zagwarantować, że status byłej kolonii nie ulegnie zmianie przez kolejne 50 lat, czyli do 2047 roku. Przyjęcie we wtorek przez chiński parlament ustawy o tzw. bezpieczeństwie narodowym odbierane jest jednak, zarówno przez hongkońską opozycję, jak i władze wielu państw zachodnich, jako ograniczenie autonomii regionu. Na mocy ustawy dożywociem karane mają być m.in. działania uznane za terrorystyczne, secesjonistyczne czy spiskowanie z obcymi siłami. Od sądów zależeć będzie natomiast, czy działania opozycji będą uznawane za zagrożenie dla bezpieczeństwa Hongkongu, czy też nie.

W Pekinie rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian wezwał kraje do obiektywnego spojrzenia na sytuację i powiedział, że Chiny nie pozwolą na ingerencję zagraniczną w sprawy wewnętrzne.

Zakazano corocznego marszu

Rząd w Pekinie przekonuje, że nowe prawo ma na celu wyłącznie uporządkowanie sytuacji w mieście. Szefowa władz Hongkongu Carrie Lam uważa, że przyjęcie ustawy to najważniejsze wydarzenie w historii Hongkongu od 23 lat. Miejscowa policja zakazała środowiskom prodemokratycznym przeprowadzenia marszu organizowanego co roku przy okazji rocznicy przejęcia zwierzchnictwa nad regionem przez Chiny, tłumacząc decyzję względami epidemicznymi. Jednak ludzie tak wyszli na ulice i zaprotestowali m.in. przeciw nowemu prawu.

Jak podaje BBC News, wobec demonstrantów policja użyła armatek wodnych, gazu łzawiącego i pieprzowego. Ponad 300 z nich zostało zatrzymanych, a dziewięciu osobom postawiono zarzuty naruszenia uchwalonego we wtorek prawa. Aresztowany został m.in. mężczyzna, który trzymał flagę z napisem „niepodległość Hongkongu”.

W zeszłym roku w Hongkongu doszło do wielu antyrządowych demonstracji, które kończyły się starciem z policją. W ich trakcie domagano się między innymi w pełni wolnych wyborów w Hongkongu i amnestii dla ponad sześciu i pół tysiąca aresztowanych demonstrantów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Starcia na granicy indyjsko-chińskiej. Nie żyje co najmniej 20 żołnierzy

Rośnie napięcie na granicy chińsko-indyjskiej. We wtorek w starciach zginęło tam co najmniej 20 indyjskich żołnierzy, nie wiadomo na razie nic o ofiarach w chińskiej armii. Na granicy Chin i Indii w Dolinie Galwan doszło do starć żołnierzy obydwu państw. Indyjska armia początkowo informowała o śmierci trzech swoich żołnierzy, teraz bilans zwiększył się do 20 – donosi AP.

Co ważne, według strony hinduskiej nie było tam ani jednego wystrzału. Żołnierze Chin i Indii mieli walczyć na gołe pięści i kamienie – są to jednak szczątkowe, niepotwierdzone informacje.

Chiny na razie nie informowały o ofiarach, Pekin ograniczył się jedynie do oskarżenia hinduskich żołnierzy o przekroczenie granicy. Z kolei Hu Xijin, redaktor naczelny dziennika „Global Times”, który uznawany jest za propagandową tubę władz, napisał w jednym z mediów społecznościowych, że w starciach w Dolinie Galwan ucierpieli także Chińczycy.

Napięta sytuacja w tym regionie utrzymuje się już od kilku tygodni. Zarówno Chiny, jak i Indie skierowały na sporny obszar dodatkowe oddziały żołnierzy. Indie twierdzą, że Chińczycy zajęli część ich terytorium (około 38 tys. kilometrów). Chodzi o tereny Aksai Chin, terytorium, do którego prawa roszczą sobie Indie (jako część Kaszmiru), a które zaanektowała ChRL w 1962 roku. Od 1975 roku, mimo stałego napięcia, w regionie Ladakh nie było ofiar śmiertelnych.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Chiny: Atak nożownika w przedszkolu. 39 osób rannych

Co najmniej 39 osób, w większości dzieci, zostało rannych w czwartek w wyniku ataku nożownika w przedszkolu w południowych Chinach – poinformowały lokalne media. Motyw sprawcy, ochroniarza przedszkola, pozostaje nieznany. Władze powiatu Cangwu w prowincji Guangxi przekazały, że 37 podopiecznych przedszkola i dwoje dorosłych odniosło różnego rodzaju obrażenia.

Chińskie media państwowe zidentyfikowały napastnika jako ochroniarza o nazwisku Li. Podejrzany został ujęty, a w sprawie wszczęto śledztwo – podały media.

Chińska telewizja państwowa CCTV poinformowała z kolei, że w ataku rannych zostało 40 osób, w tym trzy ciężko – dyrektor szkoły, inny ochroniarz i uczeń. Agencja AP, która powołuje się na CCTV, nie precyzuje, czy do ataku doszło w przedszkolu, czy np. w zespole szkolno-przedszkolnym. Brutalne przestępstwa są w Chinach rzadsze niż w wielu innych krajach świata, m.in. z powodu ścisłej kontroli broni palnej i środków bezpieczeństwa stosowanych szczególnie w dużych miastach. W ostatnich latach krajem wstrząsnęła jednak seria tragicznych w skutkach ataków z użyciem noży i siekier, których ofiarami często padały dzieci.

W połowie listopada ub.r. 51 dzieci i troje wychowawców przedszkola w prowincji Junnan na południowym zachodzie Chin odniosło obrażenia w wyniku ataku z użyciem żrącej substancji. W październiku 2018 r. kobieta zraniła nożem 14 dzieci w przedszkolu w mieście wydzielonym Chongqing w środkowych Chinach.

Prawie 20 dzieci zginęło w szkolnych atakach w 2010 roku, co skłoniło kierownictwo wielu szkół do wprowadzenia dodatkowych zabezpieczeń, jak bramy czy ochroniarze.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Donald Trump o „niekompetencji Chin” i „masowym zabójstwie”

Donald Trump po raz kolejny oskarża Chiny w związku z wybuchem epidemii koronawirusa. – To „niekompetencja Chin”, a nie nic innego, doprowadziła do tego masowego zabójstwa na całym świecie! – napisał na Twitterze prezydent USA. „The Washington Post” podkreśla, że polityk wykorzystuje koronawirusa w kampanii wyborczej. Donald Trump w środę po raz kolejny zaatakował Chiny w kontekście pandemii koronawirusa.

„Ktoś w Chinach wydał oświadczenie obwiniające wszystkich poza Chinami za wirusa, który zabił setki tysięcy ludzi. Proszę wytłumaczyć temu głupkowi, że to „niekompetencja Chin”, a nie nic innego, doprowadziła do tego masowego zabójstwa na całym świecie!” – napisał na Twitterze amerykański prezydent.

To już kolejne mocne stwierdzenie Donalda Trumpa ws. sytuacji związanej z epidemią koronawirusa. We wtorek np. prezydent Stanów Zjednoczonych nazywał Światową Organizację Zdrowia (WHO) „marionetką Chin” i zagroził wycofaniem się z jej finansowania na stałe. USA to największy pojedynczy płatnik WHO, który zasila blisko 15 proc. jej budżetu. W 2019 roku było to ponad 400 milionów dolarów.

Jak podaje „The Washington Post”, również sekretarz stanu USA Mike Pompeo potępił Chiny jako „brutalny reżim autorytarny” i określił ich relacje z dyrektorem WHO jako „niepokojące”. Dziennik podkreśla jednak, że Trump wykorzystuje temat pandemii koronawirusa w swojej kampanii wyborczej.

Stany Zjednoczone twierdzą, że zarówno Chiny, jak i WHO zbyt późno informowały o wirusie. Z tego powodu prezydent Donald Trump zawiesił amerykańską składkę do WHO. Obecnie liczba zachorowań na COVID-19 na świecie przekroczyła już 5 milionów. Poinformowali o tym naukowcy z amerykańskiego Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Maryland, którzy zajmują się monitorowaniem pandemii. Liczba ofiar na całym świecie to obecnie 326 tysięcy, a wyleczyć udało się niemal 2 miliony osób.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo o koronawirusie. „Istnieją dowody, że wirus powstał w laboratorium”

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo stwierdził, że wirus SARS-CoV-2 mógł powstać w laboratorium w Wuhan. Nie chciał jednak odpowiedzieć na pytanie, czy został on celowo uwolniony. W podobnym tonie kilka dni temu wypowiadał się prezydent Donald Trump.

– Istnieją poważne dowody na to, że pandemia SARS-CoV-2 miała swój początek w laboratorium w Wuhan – powiedział Mike Pompeo w wywiadzie w stacji telewizyjnej ABC. Polityk dodał, że „to nie pierwszy raz, gdy światu zagraża wirus będący wynikiem nieprawidłowości i zaniechań w chińskich laboratoriach”.

W podobnym tonie brzmiał również Donald Trump na konferencji prasowej w Białym Domu w ubiegłym tygodniu. Prezydent USA potwierdził, że widział dowody na to, że wirus powstał w Instytucie Wirusologii w Wuhan. Stwierdził, że SARS-CoV-2 mógł wymknąć sie chińskim naukowcom spod kontroli, nie wykluczył również celowego działania Chin.

– Jak to się stało, że zatrzymali ruch powietrzny wewnątrz Chin, a nie zatrzymali samolotów do Stanów Zjednoczonych i do całej Europy? Uuważam, że Światowa Organizacja Zdrowia powinna się wstydzić, bo zachowuje się jak agencja public relations dla Chin – dodał prezydent USA.

Tak tłumaczy się WHO

Jak wywołane do tablicy WHO odpowiedziało na zarzuty prezydenta USA? – Wielokrotnie słuchaliśmy wielu różnych naukowców, którzy przyglądali się sekwencjom wirusa. Jesteśmy przekonani, że ten wirus ma naturalne pochodzenie” – stwierdził dr Mike Ryan z WHO.

Irlandczyk dodał, że wszystkie dowody wskazują, że wirus nie został stworzony ani zmodyfikowany przez człowieka. Podkreślił też, że należy znaleźć „naturalnego gospodarza koronawirusa”. Dzięki temu będzie wiadomo, jak przekroczono „barierę zwierzę–człowiek”, a to pozwoli zapobiegać takim sytuacjom w przyszłości. Przypomnijmy, że nieoficjalnie uważa się, że pacjentką zero była sprzedawczyni krewetek na targu w Wuhan.
Źródło info i foto: natemat.pl

Jest reakcja chińskiego rządu jakoby koronawirus miał wycieknąć z laboratorium w Wuhan

Chińskie ministerstwo spraw zagranicznych zabrało głos w sprawie artykułu „Washington Post” dotyczącego laboratorium Instytutu Wirusologii w Wuhan. Według ustaleń gazety amerykańscy dyplomaci już dwa lata temu byli zaniepokojeni bezpieczeństwem ośrodka, który zajmuje się badaniami nad koronawirusami. Mieli też ostrzec przed wybuchem pandemii podobnej do SARS. Reakcja chińskich władz na te doniesienia jest stanowcza.

Rzecznik MSZ Chin Zhao Lijian odrzucił sugestie, że COVID-19 mógł mieć swój początek w laboratorium w Wuhan. To reakcja na doniesienia „Washington Post” o tym, że dyplomaci z USA zgłaszali wątpliwości co do bezpieczeństwa ośrodka, gdzie prowadzono badania nad koronawirusami. Rzecznik chińskiego MSZ powołał się na Światową Organizację Zdrowia, która stwierdziła, że nie ma dowodów na to, by wirus został stworzony w laboratorium.

Amerykańscy dyplomaci ostrzegali przed wybuchem epidemii?

We wtorek, 14 kwietnia „Washington Post” poinformował o dwóch depeszach wysłanych przez amerykańskich dyplomatów, którzy na początku 2018 roku złożyli wizytę w laboratorium Instytutu Wirusologii w Wuhan.

Wizyta odbyła się na zaproszenie chińskich władz. Według doniesień gazety Amerykanie mieli być na tyle zaniepokojeni bezpieczeństwem i sposobem zarządzania ośrodka badającego koronawirusy, że wysłali do Waszyngtonu dwie depesze na ten temat.

Jak poinformował waszyngtoński dziennik, Amerykanie mieli domagać się w nich poświęcenia większej uwagi laboratorium w Wuhan ze względu na wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa. Mieli też ostrzec, że prowadzone w ośrodku badania nad koronawirusami u nietoperzy stanowią ryzyko wybuchu pandemii podobnej do SARS w 2003 roku.

Donald Trump o laboratorium w Wuhan

Artykuł opublikowany przez „Washington Post” poruszył opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump pytany o to czy do pierwszego zakażenia koronawirusem doszło w laboratorium w Wuhan odparł, że „coraz więcej o tym się słyszy”. Zapewnił, że władze Stanów Zjednoczonych „prowadzą bardzo dogłębne śledztwo” w tej sprawie. Z kolei przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA generał Mark Milley oświadczył, że koronawirus prawdopodobnie powstał z przyczyn naturalnych, ale nie ma co do tego pewności.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Chiny: Koniec z jedzeniem psów? Nowe wytyczne resortu rolnictwa

Chińskie ministerstwo rolnictwa opublikowało projekt wytycznych, zgodnie z którymi psy mają być klasyfikowane jako zwierzęta domowe, a nie, jak dotąd, jako część żywego inwentarza. Obrońcy praw zwierząt oceniają to jako potencjalny przełom dla dobrostanu tych czworonogów. Planowana nowelizacja katalogu gatunków to element kampanii na rzecz całkowitego zakazania handlu dzikimi zwierzętami w związku z pandemią koronawirusa. Podejrzewa się, że patogen przeniósł się na człowieka z dzikich zwierząt.

Decyzja w związku z koronawirusem

Choć w niektórych częściach Chin wciąż spożywa się mięso psów, resort rolnictwa napisał w opublikowanym w środę komunikacie, że nie będą one już zaliczane do żywego inwentarza. Do tej grupy należą zwierzęta wykorzystywane jako źródło mięsa, mleka, futer czy składników medycznych, w celach sportowych lub wojskowych.

„Zgodnie z powszechną praktyką międzynarodową, podążając z postępem ludzkiej cywilizacji oraz z publiczną troską o ochronę zwierząt, psy zostały »wyspecjalizowane« jako zwierzęta towarzyszące, na świecie nie są powszechnie uważane za część inwentarza i nie powinny być do tej grupy zaliczane w Chinach” – napisano.

Po wybuchu pod koniec 2019 roku epidemii nowego koronawirusa chińskie władze tymczasowo zakazały handlu dzikimi zwierzętami oraz ich spożywania. Zapowiedziały nowelizację odpowiednich ustaw i wprowadzenie zakazu na stałe.

„To może być przełomowy moment”

Opublikowany w środę projekt wytycznych, który ma być poddany publicznej dyskusji, do tradycyjnego inwentarza zalicza 18 rodzajów zwierząt, w tym bydło, trzodę chlewną, drób i wielbłądy. Wymienia również 13 gatunków „inwentarza specjalnego”, które również mają być wyłączone spod restrykcji w handlu dzikimi zwierzętami, w tym renifery, alpaki, bażanty, strusie i lisy.

Jedzenie psów staje się w Chinach coraz mniej popularne, szczególnie w dużych metropoliach. Władze miasta Shenzhen na południu kraju jako pierwsze w Chinach zakazały w marcu spożywania psów i kotów. Organizacja praw zwierząt Humane Society International (HSI) ocenia jednak, że co roku w ChRL na mięso zabija się wciąż ok. 10 mln psów, a część z nich to zwierzęta ukradzione ich opiekunom.

HSI pozytywnie oceniła projekt wytycznych chińskiego ministerstwa. – Ten projekt może sygnalizować moment przełomowy dla ochrony zwierząt w Chinach – oświadczyła rzeczniczka tej organizacji Wendy Higgins, cytowana w czwartek przez agencję Reuters.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polska: Agencja Wywiadu ostrzegała rząd przed zagrożeniem koronawirusem z Chin

W styczniu 2020 roku rząd dostał notatkę Agencji Wywiadu, że zagrożenie koronawirusem z Chin jest poważne i należy się przygotować na kryzys. Dlaczego ją zignorował? – czytamy w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej”. Według źródeł „GW” informacja o epidemii znalazła się w notatce Agencji Wywiadu (AW), dla której Chiny są jednym z najważniejszych kierunków działania.

Najpoważniej sprawę potraktowała Estonia

„Podobnie jak inne służby NATO badała ona, na ile doniesienia o koronawirusie mogą być wyolbrzymione i służyć prowadzeniu wojny informacyjnej oraz szerzenia paniki. Analizowano szczególnie trzy wątki pojawiające się w przekazach, które mogły być inspirowane przez służby m.in. Rosji, że koronawirus powstał w brytyjskich laboratoriach wojskowych, że za rozprzestrzenianiem go stoją USA, które prowadzą wojnę gospodarczą z Chinami oraz że wirus jest dostosowany tylko do chińskiego DNA, więc dla reszty świata jest bezpieczny” – podaje gazeta.

Zdaniem źródeł „GW” polski „wywiad wniósł cenny wkład w zawartość NATO-wskich analiz – jako pierwsi podkreślaliśmy powagę sytuacji i pisaliśmy, że to nie wojna propagandowa, ale rzeczywiste zagrożenie”. „Już w styczniu AW ostrzegała, że zagrożenie jest realne, trzeba się na nie przygotować, a epidemia na pewno nie ograniczy się tylko do Chin” – powiedział informator gazety, który miał dostęp do tej analizy Agencji.

Informacje z polskiego raportu miały znaleźć się w dwóch poufnych biuletynach informacyjnych NATO, które są „regularnie uzupełniane bieżącymi zapisami, a dostęp do nich mają służby w Sojuszu”. Według cytowanego przez „GW” informatora najpoważniej sprawę potraktowała Estonia – przygotowała odpowiednią ilość sprzętu ochronnego (maseczki, kombinezony, płyny odkażające), mobilne laboratoria itp.

Do komisji nie docierały żadne ostrzeżenia

„GW” przypomina, że część krajów, w tym Polska, bardzo długo trzymały się tezy, że skala zagrożenia jest wyolbrzymiana i wykorzystywana przez propagandę wrogą NATO i USA. Taką postawę przyjął też prezydent USA Donald Trump.

Posłowie Adam Szłapka (KO) i Marek Biernacki (PSL), czyli członkowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych, powiedzieli „GW”, że do komisji nie docierały żadne ostrzeżenia o zbliżającej się epidemii. Ostatnie posiedzenie odbyło się 14 lutego, prawie miesiąc przed wprowadzeniem stanu epidemiologicznego. „Do końca zajmowaliśmy się tylko aferami w służbach” – powiedział gazecie Biernacki. Szłapka dodał, że bardzo wysoko ocenia pracę Agencji Wywiadu i „nie byłby zaskoczony, gdyby miała ważne informacje o sytuacji w Chinach”.

Dziennik zwraca uwagę, że notatka AW powinna zostać zaprezentowana na posiedzeniu Kolegium ds. Służb Specjalnych. Zasiadają w nim premier, minister spraw wewnętrznych czy szefowie służb, a w posiedzeniach może brać udział szef sejmowej speckomisji. Jest nim Waldemar Andzel (PiS). „GW” w niedzielę zapytała go, czy podczas posiedzenia Kolegium w styczniu przekazano ostrzeżenia polskich służb albo innych państw NATO o sytuacji epidemicznej w Chinach. „Poseł nie zaprzeczył, ale szybko zakończył rozmowę: – Posiedzenia Kolegium są niejawne” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

W Chinach zatrzymano złodzieja zwłok

Ścisłe kontrole związane z epidemią koronawirusa w Chinach sprawiają, że poszukiwani przestępcy sami oddają się w ręce policji. Jest wśród nich mężczyzna, który ukradł i sprzedał zwłoki, użyte później w rytuale „zaślubin duchów” – podały lokalne media. Teraz nadzór jest zbyt ścisły. Towarzyszu policjancie, poddaję się – miał z kolei według portalu Huanqiu Wang powiedzieć handlarz narkotykami z metropolii Chongqing, jeden z wielu poszukiwanych przestępców, jakich zatrzymano w czasie czynności związanych z epidemią.

Najbardziej makabryczna sprawa dotyczy mężczyzny o nazwisku Qiu z Mongolii Wewnętrznej, poszukiwanego od czterech lat za kradzież zwłok. Poddał się on 11 lutego, gdy pracownicy społeczni zaczęli dokładnie legitymować wszystkich wchodzących i wychodzących z jego osiedla – poinformowała miejscowa policja.

Według lokalnych władz mężczyzna przyznał się do kradzieży ciała kobiety o nazwisku Liu, które później sprzedał za 5 tys. juanów (obecnie ok. 2,8 tys. zł) do udziału w ceremonii „yinhun”, czyli małżeństwa duchów.

Historia „yinhun” sięga tysięcy lat wstecz. Ten rodzaj „cmentarnego Feng Shui” opiera się na przekonaniu, że zmarli mają w zaświatach podobne potrzeby, jak ludzie żywi. Należy je zaspokajać, by uniknąć ich gniewu i zemsty.

W niektórych częściach Chin ludzie wciąż wierzą, że ci, którzy umarli przed ślubem, będą w zaświatach samotni, chyba że znajdzie osoba przeciwnej płci, by dzieliła z nimi życie po życiu. Pośmiertne zaślubiny często odbywają się za zgodą rodzin obojga zmarłych, ale czasem – z udziałem zwłok wykradzionych z grobu.

Zbrodnie sprzed lat

Prasa donosiła w ostatnich latach również o przypadkach zabijania kobiet w celu sprzedaży ich ciał. W 2016 roku prokuratura w prowincji Shaanxi oskarżyła mężczyznę podejrzanego o dwa takie morderstwa. Rok później w prowincji Henan odurzona lekami kobieta w ostatniej chwili wydostała się z trumny i uniknęła pogrzebania żywcem. Okazało się, że padła ofiarą gangu handlarzy ludźmi, którzy sprzedawali zwłoki do rytuałów „yinhun”.

Z powodu kontroli epidemiologicznej w ręce chińskiej policji oddał się również mężczyzna o nazwisku Zhang, podejrzany o zabójstwo z 1993 roku. Wcześniej czy później i tak zostałbym złapany – miał powiedzieć funkcjonariuszom w prowincji Guangdong na południu kraju. Według władz przyznał się do udziału w morderstwie, za które na kary więzienia skazano wcześniej już dwie inne osoby.

W prowincji Shanxi z ukrycia wyszedł również mężczyzna o nazwisku Fan, poszukiwany od 2017 roku w Henanie za udział w oszustwach internetowych, w ramach których wyłudzono łącznie 10 mln juanów (ok. 5,6 mln zł). Jego grupa umieszczała w sieci zdjęcia atrakcyjnych kobiet, które rzekomo poszukiwały inwestorów skłonnych włożyć pieniądze w kolekcje monet czy znaczków.

Media Chin kontynentalnych nie informują natomiast o tym, że pod pretekstem kontroli epidemiologicznej łapani są również dysydenci, którzy krytykowali komunistyczne władze ChRL. Jeden z zatrzymanych podczas takich kontroli działaczy zarzucał Pekinowi nieumiejętne radzenie sobie z wirusem. Z powodu epidemii koronawirusa zmarło w Chinach już ponad 2,7 tys. osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Chiński narkobiznes rozkwitał w Polsce. Przemycali ogromne ilości narkotyków

Polskie macki chińskiej triady. Jak dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM – Sun Yee On, największa organizacja przestępcza w Chinach, miała w naszym kraju ludzi, którzy zajmowali się przemytem narkotyków na wielką skalę. Środki odurzające z Europy Zachodniej przez Polskę trafiały głównie do Australii. Osoby te organizowały też przemyt do Polski transportów kokainy z Kolumbii. Chodzi o setki kilogramów tego narkotyku.

W śledztwie przewija się m.in. nazwisko Tse Chi-Lop. To urodzony w Kanadzie Chińczyk, najbardziej poszukiwany człowiek w Azji, domniemany szef syndykatu Sam Gor. Odpowiada on za przemyt narkotyków o wartości kilkudziesięciu miliardów dolarów. Tylko w ciągu roku. Według śledczych, Tse Chi-Lop to „ta sama liga”, co El Chapo – słynny meksykański boss narkotykowy, czy Pablo Escobar – zwany królem kokainy.

Polski wątek sprawy

Informacje w sprawie polskiego wątku tej międzynarodowej afery przemytniczej Centralne Biuro Śledcze Policji z Bieska Białej uzyskało od policji australijskiej. Tamtejsze organy ścigania prowadziły postępowanie w sprawie syndykatu zajmującego się importem substancji psychotropowych z Europy do Australii.

Na tej podstawie Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej wszczął śledztwo. Ustalono, że w zorganizowanej grupie na terenie Śląska działali Igor D., Tomasz N. oraz Czesław M. W sprawie pojawia się również obywatel Czech Zbigniew M. oraz nieustalone na razie osoby działające w Wielkiej Brytanii, Holandii, a także w Chinach, m.in. w Hongkongu i Makao. Ich pseudonimy to Old Guy, Old Belgium Guy, Jack Sparrow, czy Dandi.

Łącznikiem polskich członków grupy z mocodawcami z Chin miał być Tomasz N. To on miał dostawać szczegółowe informacje na temat dostawców środków odurzających. Igor D. odpowiadał – jak twierdzą śledczy – za logistykę – wynajmował firmy, magazyny, organizował transport i wymyślał sposoby na przemyt znacznych ilości narkotyków.

Z kolei techniczne sprawy, związane m.in. z ukryciem przemyconych substancji w Czechach i na Śląsku, zlecano Zbigniewowi M.

Początek: Trefny płyn do naczyń

Październik 2014 rok. 23-letni wówczas Igor D. oraz 29-letni Tomasz N. spędzają wakacje na Filipinach. Tam zapada decyzja o współpracy w handlu narkotykami. Obaj mężczyźni ustalają szczegóły zakupu i transportu do Europy ponad 1000 litrów Safrolu – prekursora służącego do produkcji MDMA, czyli ekstazy. Substancja z Laosu przez Wietnam, a dalej statkiem do Włoch, miała trafić do Czech. Stamtąd planowano przewieźć ją do Holandii. W Laosie Safrol wlano do 5-litrowych butelek z oznaczonych jako płyn do mycia naczyń. Pojemniki umieszczono w transporcie, który przewoził prawdziwy środek myjący.

Polacy cały czas mieli kontakt z rezydującym w Hongkongu mężczyzną o pseudonimie Old Guy. Półprodukt trafił najpierw do magazynów na północy Czech, a następnie został przetransportowany do garaży w Katowicach i Zawierciu. W trakcie śledztwa to tam funkcjonariusze odnaleźli substancję.

Patent na aluminiowe rurki

Przemyt do Holandii nie udał się, ale Chińczycy zaproponowali Polakom udział w dostawach MDMA z Europy do Australii. 60 kilogramów substancji w dwumetrowej drewnianej skrzyni, wiosną 2015 roku dotarło z Holandii do Czech w transporcie części samochodowych. Grupa szukała metody na bezpieczne przesłanie towaru do Australii, gdzie znaleziono odbiorcę.

Towar został ukryty w aluminiowych rurkach. Wykorzystany ołów miał uniemożliwić prześwietlenie kontrabandy przez celników. Rurki zrobione w Tychach i napełnione MDMA w transporcie legalnego aluminium z Włoch popłynęły do Australii. Narkotyki odebrali ludzie związani z Chińczykami o pseudonimach Old Guy, Old Belgium Guy i Jack Sparrow. To był pierwszy poważny zarobek Igora D. i Tomasza N. Za udany przemyt dostali ćwierć miliona euro.

Australijska wpadka

Pierwszy sukces sprawił, że Chińczycy zaproponowali kolejny przerzut MDMA z Holandii do Australii – tym razem chodziło już o pół tony substancji. Ponownie skorzystano z metody aluminiowych rurek. Zostały wypełnione środkami odurzającymi i popłynęły do Australii. Dotarły tam w październiku 2016 roku. Wtedy zaczęły się problemy. Z interesu wycofała się firma, która miała odebrać aluminium. Poszukiwano kolejnej spółki.

W Polsce wpadł współpracujący z grupą Czech Zbigniew M. W Australii nie było zaufanej osoby, by otworzyć przesyłkę. Tomasz N. w Hongkongu i Makau spotkał się przedstawicielami szefostwa syndykatu. Ustalono nowe miejsce odbioru pół tony narkotyków. W tym czasie jednak australijska policja prowadząca akcję „Ingenika” namierzyła i przejęła kontrabandę. Zatrzymała też dwóch Chińczyków.

Pięć dolarów

Wiosną 2016 roku „Jack Sparrow”, przedstawiciel chińskiej mafii, zlecił Igorowi D. i Tomaszowi N. zorganizowanie przemytu do Australii pół tony kokainy z Ameryki Południowej. Polacy odpowiadali za logistykę. W Brazylii w Rio de Janeiro wynajęli magazyn. W Sao Paulo poznali córkę plantatora kawy. Zamierzali podjąć współprace z producentem, żeby razem z kawą przemycać narkotyki.

Igor D. spotkał się też z osobami, które miały dostarczyć kokainę. Ostatecznie stanęło na tym, że będzie to 300 kilogramów. Przed spotkaniem Polak uwiarygodnił się przedstawiając banknot o nominale 5 dolarów z Hongkongu. Kontrahenci znali numery banknotu. Zapewnili, że narkotyki są gotowe do przewiezienia do magazynu. Po kilku dniach jednak kontakt z potencjalnymi dostawcami urwał się.

300 tysięcy euro łapówki

Sprawa przemytu kokainy nie została zakończona. Igor D. szukał w Ameryce Południowej dostawcy 150 kilogramów narkotyków. Miały trafić do Gdańska. W czerwcu 2018 roku wyleciał do Kolumbii. Najpierw w Bogocie spotkał się z ludźmi, którzy mieli dostęp do kokainy. Potem szukał dostawcy w Medellin, a następnie pojechał do Cartageny. Ostatecznie, narkotyki znalazł w Ekwadorze. Ruszyły one transportem drogą morską.

W Polsce Igor D. – według śledczych – znalazł człowieka, który miał załatwić bezproblemowe oclenie kontenera i odebranie go z portu. Mężczyzna miał znajomą, która pracowała w Urzędzie Celnym w Gdańsku. Za pomoc mężczyzny Igor D. miał zaoferować 300 tysięcy euro, zaliczka wynosiła 5 procent.

Ostateczna wpadka

Koniec sierpnia 2018 roku. Igor D. jedzie na spotkanie z człowiekiem, który miał odebrać 150 kilogramów kokainy ze statku płynącego do Gdańska. Okazuje się, że opisanego kontenera nie ma. Wyładowano go w niemieckim Bremerhaven. Mężczyzna stara się ustalić, jakie są losy transportu. 30 sierpnia w restauracji podczas spotkania z mężczyzną, który miał odebrać kontrabandę ze statku, zostaje zatrzymany przez policjantów.

Oskarżenie

Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej zakończył śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia trafił już do sądu. Prokuratorzy chcą, by Igor D. odpowiedział za dwanaście zarzutów, Tomasz N. – za sześć. Czesław M. usłyszał trzy zarzuty. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, w toku postępowania nie udało się dokładnie ustalić danych personalnych osoby, która kierowała grupą przestępczą.

Podczas śledztwa skierowano jednak do Kanady wniosek o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej, której celem ma być potwierdzenie personaliów osoby wskazanej jako Tse Chi-Lop.

„El Chapo Azji”. Kim jest Tse Chi Lop?

Baron narkotykowy Tse Chi Lop jest obecnie najbardziej poszukiwanym przestępcą na świecie. Urodzony w Chinach Kanadyjczyk kieruje azjatyckim syndykatem. Jak do tej pory jest nieuchwytny. Jako ochroniarzy zatrudnia tajskich kick bokserów, lata tylko prywatnymi odrzutowcami, co nie przeszkadza mu wydać miliony euro w ciągu jednego wieczora w kasynie.

Współpracuje z innymi mafiami w regionie: japońską Yakuzą, gangami motocyklowymi w Australii i grupami przestępczymi w Azji Południowej.

Przypuszcza się, że w 2018 roku kierowany przez niego syndykat zarobił co najmniej 8 miliardów dolarów, ale są tacy, którzy twierdzą, że może to być nawet 17 miliardów dolarów.

Tse jest ścigany przez 20 agencji Azji, Ameryki Północnej oraz Europy. Operacji nadano kryptonim Kungur.
Źródło info i foto: interia.pl