Adrian P. skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo 17-latki

Karę 25 lat więzienia wymierzył sąd Adrianowi P. oskarżonemu o zabicie 17-letniej dziewczyny po wyjściu z dyskoteki w 2018 roku. Nieprawomocny wyrok w tej głośnej na Śląsku sprawie zapadł w poniedziałek przed rybnickim wydziałem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Informację na temat orzeczenia przekazała rzeczniczka Sądu Okręgowego w Gliwicach sędzia Agata Dybek-Zdyń.

Ukrył ciało w dole

Do zbrodni doszło nocą z 2 na 3 lutego tego 2018 r. w Rybniku. Śledczy ustalili, że 20-letni wówczas Adrian P. pobił Alicję F., udusił ją, a następnie ukrył ciało w dole w pobliżu garaży – tam martwą dziewczynę znalazł przypadkowy przechodzień. Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa w Rybniku.

Krótko przed zbrodnią Adrian i Alicja – uczennica jednej z rybnickich szkół – spotkali się w jedynym z rybnickich lokali, gdzie nastolatka świętowała urodziny znajomej. Wyszli razem z klubu, zarejestrowały ich kamery monitoringu. Oboje skręcili w stronę garaży, gdzie nastolatka straciła życie.

Śledczy ustalili, że w chwili zabójstwa sprawca był pod wpływem alkoholu i amfetaminy. Ponieważ był już wcześniej karany, prokuratura przyjęła, iż dopuścił się przestępstwa w warunkach recydywy.

Prokurator domagał się w mowie końcowej dla P. dożywocia. Według oskarżenia nie ma żadnych wątpliwości, że 20-latek zaatakował dziewczynę, zadając jej poważne, skutkujące śmiercią ciosy i nie ma mowy o nieszczęśliwym wypadku. Ofiara miała rany głowy, twarzoczaszki i szyi, zmarła na skutek gwałtownego ucisku na szyję i uduszenia własną krwią z ran głowy.

Chcieli uniewinnienia

Obrona domagała się uniewinnienia, ponieważ nie ma dostatecznych dowodów na to, że P. zabił dziewczynę. Oskarżony na początku śledztwa częściowo przyznał się do winy – mówił, że uderzył Alicję, a po tym, jak ją odepchnął, dziewczyna już się nie podniosła. Później zmienił wyjaśnienia.

Sąd skazał Adriana P. na 25 lat więzienia. O warunkowe przedterminowe zwolnienie będzie mógł starać się najwcześniej po 20 latach.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowe informacje dotyczące porwania 51-latka przez syna

W lesie na terenie powiatu pińczowskiego (Świętokrzyskie) policjanci odnaleźli w poniedziałek ciało poszukiwanego od soboty 51-latka. Rano zatrzymano 27-letniego syna mężczyzny, który po awanturze domowej miał zabrać siłą ojca do samochodu i odjechać w nieznanym kierunku – poinformowała policja.

– Zwłoki 51-latka znaleziono w lesie, na terenie gminy Kije w powiecie pińczowskim – przekazał w poniedziałek rzecznik świętokrzyskiej policji Kamil Tokarski.

– Obrażenia mogą wskazywać na to, że ktoś się przyczynił do śmierci mężczyzny. Sekcja zwłok wykaże, co tak naprawdę się stało – dodał policjant.

Policja wyjaśnia okoliczności zdarzenia.

Awantura domowa i ucieczka

27-latek został zatrzymany po godz. 9 w centrum Jędrzejowa. Nie stawiał oporu.

– W niedzielę wieczorem w powiecie jędrzejowskim zaleźliśmy samochód, którym mężczyzna poruszał się razem z ojcem. Nadal szukamy 51-latka – powiedział w poniedziałek rzecznik świętokrzyskiej policji Kamil Tokarski.

Mężczyźni po awanturze domowej odjechali z domu białym Fordem Focusem w nieznanym kierunku.

– Samochód był widziany na terenie powiatu staszowskiego, a ostatnio w powiecie buskim – powiedział nadkom. Kamil Tokarski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach.

W akcji poszukiwawczej uczestniczy policyjny śmigłowiec Black Hawk.

Jak podaje serwis Interia, w dniu zaginięcia 27-latek uciekł ze szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Następnie udał się do domu, gdzie zaatakował swoją babcię. Kiedy na miejscu pojawił się 51-letni ojciec napastnika, kobiecie udało się uciec i powiadomić policję o zdarzeniu. 27-latek w międzyczasie miał pobić i siłą zaciągnąć swojego ojca do auta. Mężczyźni odjechali w nieznanym kierunku.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Karpacz: Ciało kobiety znalezione w hotelu. Została zamordowana

Do wstrząsającego odkrycia doszło w sobotę w jednym z hoteli w Karpaczu. Na balkonie jednego z pokoi znaleziono ciało 43-letniej uczestniczki odbywającej się w tym miejscu konferencji. Kobieta przyjechała w delegację z województwa zachodniopomorskiego. W niedzielę zatrzymano mężczyznę podejrzanego o dokonanie zabójstwa. To również mieszkaniec Pomorza Zachodniego.

Kobieta została najprawdopodobniej uduszona, jednak dokładną przyczynę jej śmierci ma wskazać sekcja zwłok. Nieznany jest także motyw zabójstwa. Mężczyzna dobrze znał kobietę, więc nie jest wykluczone, że zbrodni dokonano na tle uczuciowym.

Podejrzany mężczyzna miał opuścić Karpacz zaraz po dokonaniu zbrodni. 43-letni Paweł M. został zatrzymany na terenie województwa zachodniopomorskiego. W poniedziałek został doprowadzony do prokuratury, gdzie został przesłuchany. Przyznał się do winy.

Pawłowi M. grozi dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: se.pl

Odnaleziono ciało 51-latka porwanego przez syna

Nie żyje mieszkaniec powiatu staszowskiego, który w sobotę został porwany przez swojego 27-letniego syna. Ciało 51-latka policjanci odnaleźli w lesie w pobliskiej gminie Kije. Jak już informowaliśmy, od soboty niemal w całym regionie świętokrzyskim trwała wielka akcja poszukiwawcza. Wiadomo, było że funkcjonariusze poszukują 27-letniego mieszkańca gminy Łubnice w powiecie staszowskim i jego 51-letniego ojca.

– Z naszych ustaleń wynika, że pomiędzy synem a ojcem doszło do awantury. W jej trakcie 27-latek wepchnął 51-letniego mężczyznę do auta i odjechał w nieznanym kierunku – mówił dziś rano Onetowi nadkom. Kamil Tokarski, rzecznik świętokrzyskiej policji. – Wiadomo, że 27-latek wcześniej oddalił się ze szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Nie znamy jego zamiarów, stąd nasze duże zaangażowanie w akcję poszukiwawczą – dodał.

Dziś rano poszukiwania mężczyzn zostały wznowione. Brali w nich udział funkcjonariusze z oddziału prewencji Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach i przewodnicy z psami tropiącymi. Działania prowadzone były także z powietrza przy użyciu drona i śmigłowca black hawk.

Przed godz. 10 27-latek został zatrzymany na Rynku w Jędrzejowie. Poszukiwania jego ojca trwały, ale jak się okazało, zakończyły się tragiczną informacją.

– Ciało mężczyzny zostało odnalezione w zagajniku leśnym w gminie Kije w powiecie pińczowskim. Zostało ono zabezpieczone do sekcji, która da nam odpowiedź na pytanie, co było przyczyną śmierci 51-latka – poinformował Onet nadkom. Kamil Tokarski.
Źródło info i foto: kielce.onet.pl

Karpacz: Ciało 43-latki znalezione w hotelu

W nocy z soboty na niedzielę w jednym z hoteli w Karpaczu znaleziono ciało 43-letniej kobiety. W związku ze sprawą dolnośląska policja zatrzymała mężczyznę. Ciało kobiety znaleziono na balkonie hotelowego pokoju. Jak podaje RMF FM, zatrzymany to rówieśnik ofiary – 43-letni mężczyzna, który odjechał sprzed hotelu samochodem marki BMW na angielskich numerach rejestracyjnych.

Zwłoki kobiety znaleziono ok. godziny 22:30 w sobotę. Policja nie ujawnia szczegółów. Informuje jedynie, że zlecono sekcję zwłok. Funkcjonariusze ustalają okoliczności śmierci kobiety.
Źródło info i foto: wp.pl

Tomasz J. wysadził kamienicę, by zatrzeć ślady innej Zbrodni. zabił żonę i cztery inne osoby

„Musiałby mi łeb odrąbać i przyszyć nowy, bo ja już z nim nie chcę żyć, ani w ogóle nic” – napisała do nowego partnera Beata J. Jak ustaliła prokuratura, niedługo potem mąż kobiety Tomasz J. z zazdrości zmasakrował jej ciało. By zatrzeć ślady, wysadził w powietrze kamienicę, w której mieszkała. Zginęły cztery kolejne osoby. W piątek rusza proces mężczyzny. 44-latek jest oskarżony o zabójstwo pięciu osób i usiłowanie zabójstwa 34.

To pierwszy taki proces w Polsce. Do tej pory nikt nie odpowiadał przed sądem za usiłowanie zabójstwa tak wielu osób. Tomasz J. będzie siedział za kuloodporną szybą. Jednym ze świadków może być jego 14-letni syn Kacper, który wcześniej nieomal zginął w wypadku, do którego mężczyzna miał celowo doprowadzić.

Chłopiec przebywa pod opieką cioci. Kilka tygodni temu sąd pozbawił jego ojca praw rodzicielskich. – Sytuacja mojej klientki i chłopca jest bardzo ciężka z uwagi na to, że ta sprawa wiele ich kosztuje. W procesie będą oskarżycielami posiłkowymi, ale z powodów emocjonalnych raczej nie będą uczestniczyć w rozprawach – mówi mec. Katarzyna Golusińska, pełnomocnik ciotki 14-letniego Kacpra. Chłopiec cały czas jest pod opieką psychologa.

Sprawcę wskazali świadkowie

4 marca 2018 roku wszystkie media informowały o wybuchu w poznańskiej kamienicy przy ulicy 28 czerwca 1956 r. Służby wezwane na miejsce w gruzach znalazły pięć ciał. Jedno z nich miało obrażenia, które nie mogły powstać w wyniku katastrofy budowlanej. Potencjalnego sprawcę szybko wskazali świadkowie.

Mieszkańcy kamienicy opowiedzieli śledczym o mieszkającej pod numerem piątym Beacie J. Kobieta niedawno rozstała się z mężem. Tak się go bała, że wymieniła zamki w drzwiach. Tomasz J. miał się nad nią znęcać i nadużywać alkoholu. „Gdy dowiedział się o założeniu sprawy rozwodowej, groził Beacie samobójstwem i ‚pozbawieniem wszystkiego, co jest dla niej ważne”’ – przyznał sąsiad zamordowanej kobiety.

Beata J. wystąpiła o rozwód po wypadku samochodowym. Prokuratura ustaliła, że Tomasz J., jadąc 109 km/h na drodze, gdzie dopuszczalna prędkość wynosiła 60, celowo zjechał na pobocze i wjechał w drzewo. Jego 14-letni syn bardzo ucierpiał w wypadku. Z powodu obrażeń głowy długo był nieprzytomny. Miał zapadnięte płuco i bardzo skomplikowane złamania prawej nogi. Przeszedł kilka operacji i cały czas wymaga rehabilitacji.

Paradoksalnie, być może właśnie wypadek, a w konsekwencji rehabilitacja sprawiły, że jeszcze żyje. 3 marca 2018 r. Tomasz J. przyleciał do Poznania. Z lotniska odebrał go ojciec i zawiózł prosto do mieszkania żony, z którą był w separacji. Po 15 minutach Tomasz J. zadzwonił do ojca, że zostanie u kobiety dłużej. Ten pojechał do domu i położył się spać. Rano dowiedział się, że kamienica, do której zawiózł syna, wybuchła. 14-letniego Kacpra nie było w budynku, bo przebywał wówczas w szpitalu na rehabilitacji.

Chciał ukryć ślady

Jak wynika z aktu oskarżenia, do wybuchu doszło w chwili, gdy do mieszkania Beaty J. próbowali wejść jej znajomi. Przez kilka minut nie mogli otworzyć drzwi. Przebywający w środku Tomasz J. odkręcił rurę doprowadzającą gaz do kuchenki. Siła wybuchu była tak duża, że część kamienicy się zawaliła.

Prokuratura ustaliła, że Tomasz J. miał doprowadzić do wybuchu, bo bał się, że znajomi żony odkryją, co zrobił. Z postępowania wynika bowiem, że z zazdrości rzucił się na swoją żonę z nożem. Zadał jej 11 ciosów w klatkę piersiową. Gdy już nie żyła, zbezcześcił jej ciało, zadając wiele obrażeń ostrym narzędziem.

Poza zamordowaną Beatą J. w wyniku wybuchu gazu zginęły cztery osoby. Pod paznokciami Tomasza J. znaleziono ślady DNA jego żony. Na jego spodniach i butach była jej krew. Jego ślady DNA były na rurce doprowadzającej gaz. Tomasz J. odmówił składania wyjaśnień. Nie chciał się odnieść do tego, czy przyznaje się do winy.

Chciał, żeby mama była szczęśliwa

Przesłuchiwany przez śledczych 14-letni Kacper zeznał, że nie pamięta wypadku samochodowego. Przyznał, że rodzice nie darzyli się sympatią, ale w jego obecności starali się nie kłócić. Zdarzało się jednak, że po wypiciu piwa ojciec wulgarnie odnosił się do matki i awanturował się. Chłopiec wiedział o rozwodzie i chciał, by do niego doszło, bo zależało mu na tym, by mama była szczęśliwa.

W piątek o 9:30 rozpocznie się proces Tomasza J. Ma odpowiadać za umyślne spowodowanie wypadku, w którym ranny został jego syn, a także za zabójstwo żony i czterech innych osób przebywających w kamienicy oraz za usiłowanie zabójstwa kolejnych 34. Grozi za to dożywocie. Kamienica, w której doszło do wybuchu, ze względów bezpieczeństwa miała zostać rozebrana.
Źródło info i foto: wp.pl

Łódź: Ciało mężczyzny znalezione na klatce schodowej

Do dramatycznego odkrycia doszło na osiedlu na łódzkim Widzewie. Jeden z mieszkańców bloku przy ul. Bartoka zauważył w nocy przed klatką schodową ciało mężczyzny. Łódź. Jak informuje „Express Ilustrowany”, jeden z lokatorów w nocy ze środy na czwartek zauważył przed klatką schodową przy ul. Bartoka 41 nieprzytomnego mężczyznę. Wezwał na miejsce pogotowi ratunkowe.

Lekarz, który przyjechał na miejsce, stwierdził zgon. Na ciele zmarłego nie było widocznych ran. Nie wykluczono jednak udziału w jego śmierci osób trzecich. Dlatego wezwano policję.

Sprawę wyjaśniają śledczy.
Źródło info i foto: wp.pl

Płock: Zwłoki 69-letniej kobiety w jednym z mieszkań

Jak informuje Krystyna Kowalska z Komendy Miejskiej Policji w Płocku, o sprawie poinformowała mundurowych sąsiadka denatki. W sobotę późnym popołudniem znaleźli oni na miejscu zwłoki 69-letniej kobiety. Jak dodaje Kowalska, po wstępnych czynnościach z udziałem prokuratora wykluczono udział osób trzecich. Lokatorzy tego samego budynku nie widzieli kobiety od kilku dni.

Funkcjonariusze KMP w Płocku znaleźli ciało denatki w sobotę po godzinie 17 po zgłoszeniu od jednej z jej sąsiadek. Na miejscu potwierdzili najgorsze obawy pozostałych lokatorów, którzy nie widzieli kobiety od kilku dni.

Wstępna analiza wskazuje, że do śmierci 69-latki nie przyczyniły się osoby trzecie.
Źródło info i foto: se.pl

Zwłoki kobiety znalezione w rzece Rakówka

Tragedia rozegrała się w Bełchatowie w woj. łódzkim. Dwóch nastolatków znalazło zwłoki w rzece Rakówka, w okolicy ronda Hallera. Zgłoszenie o wstrząsającym odkryciu dostała straż miejska i policja w Bełchatowie. Służby zaalarmowali dwaj nastolatkowie. Na miejsce odnalezienia zwłok funkcjonariusze przyjechali natychmiast. Wezwali także straż pożarną.

Nastolatkowie zauważyli zwłoki w niedzielę po południu. Ciało dryfowało w rzece Rakówka.

Policja z Bełchatowa ustaliła, że znalezione zwłoki to ciało 68-letniej mieszkanki Bełchatowa. Zaginięcie kobiety zgłosił 7 listopada jej syn. Z zawiadomienia wynikało, że jego matka była widziana po raz ostatni przed dniem Wszystkich Świętych.

Według informacji policjantów, 68-latka miała problemy finansowe.

– Jak długo ciało leżało w wodzie i co było przyczyną śmierci kobiety, to wykaże sekcja zwłok – mówiła w rozmowie z naszemiasto.pl Iwona Kaszewska z Komendy Powiatowej Policji w Bełchatowie.

Funkcjonariuszka podkreśliła, że „wszystkie czynności były wykonywane pod nadzorem prokuratora”.

– Ciało zostało zabezpieczone. Sekcja wykaże, co było przyczyną śmierci – dodała policjantka.
Źródło info i foto: wp.pl

Petersburg: Naukowiec wyłowiony z rzeki. W plecaku miał obcięte ręce kobiety

Petersburscy śledczy badają sprawę w której centrum znalazł się znany w mieście profesor historii, fascynat Napoleona. Naukowiec został wyłowiony z rzeki Mojki wraz z plecakiem, w którym były obcięte kobiece ręce i pistolet. W jego domu znaleziono rozczłonkowane zwłoki studentki. Mężczyzna przyznał się, że zamordował swoją kochankę.

Rzeka Mojka to jeden z głównych kanałów w centrum Sankt Petersburga i atrakcja turystyczna. W sobotę 9 listopada przechodnie zaalarmowali policję nad ranem, że w lodowatej wodzie unosi się człowiek.

Tonął z odciętymi rękami swojej studentki

Z toni został wyciągnięty mężczyzna urodzony w 1956 roku. W jego plecaku znajdowały się dwie odcięte kobiece ręce oraz pistolet – podała petersburska policja.

Mężczyznę przewieziono do szpitala. Kiedy odzyskał świadomość, przyznał się do popełnienia morderstwa. Okazało się też, że to znany petersburski wykładowca historii, miłośnik cesarza Napoleona Bonapartego, Oleg Sokołow. W mieszkaniu profesora policja znalazła w niedzielę rozczłonkowane ciało młodej kobiety, jej odciętą głowę i zakrwawioną piłę. Ofiarą okazała się jego studentka Anastasija Jeszczenko, z którą – jak twierdzą lokalne media – miało łączyć go coś więcej.

Studentka miała być współautorka części jego prac, a ponadto była z nim w na tyle bliskich stosunkach, że z naukowcem mieszkała. Miała mieć też konflikt z dorosłymi dziećmi profesora, które nie chciały jej zaakceptować i to podobno był to dla Sokołowa poważny problem.
Źródło info i foto: polsatnews.pl