Woody Allen Allena oskarżony o pedofilię

Mianem „tandetnego hitu, który nie zmieni faktów” określili przedstawiciele Woody’ego Allen serial dokumentalny HBO, którego pierwszy odcinek stacja wyemitowała 21 lutego. Twórcy opowiadają historie Dylan Farrow, adoptowanej córki reżysera, która oskarża go o wieloletnie wykorzystywanie seksualne. Kobieta twierdzi m.in. że Allen skrzywdził ją, gdy miała 7 lat.

– Czułam się w potrzasku. Przyciskał mnie do siebie. Mówił, że pojedziemy razem do Paryża, że będę w jego filmach. Potem mnie seksualnie napastował. Pamiętam, że próbowałam się skupić na pociągu brata, który tam leżał. I potem on w końcu przestał. Skończył – opowiada w dokumencie HBO Dylan Farrow.

Utrzymuje, że opisana wyżej sytuacja miała miejsce w sierpniu 1992 roku. Miała wówczas 7 lat. 

„Allen v. Farrow”

Dokument „Allen v. Farrow” na nowo analizuje sprawę zarzutów, które wobec Woody’ego Allena wysuwa jego adoptowana córka Dylan Farrow. Kobieta od lat oskarża znanego reżysera o to, że wykorzystywał ją seksualnie, gdy była dzieckiem. Film wyreżyserowany przez Kirby Dicka i Amy Ziering przedstawia historię tylko z punktu oskarżycieli, bo Woody Allen nie chciał rozmawiać z twórcami.

W pierwszym odcinku zaprezentowano wywiady z Mią Farrow, byłą żoną Allena i Dylan Farrow. Przedstawiono także relacje wydarzeń z punktu widzenia świadków, którymi byli krewni, przyjaciele i znajomi rodziny.

Kazał 7-latce ssać jego kciuk

W filmie wspomniano, że znany reżyser zachowywał się niewłaściwie wobec dziecka jeszcze przed 4 sierpnia 1992 roku, gdy miał wykorzystać córkę po raz pierwszy. Opisywana jest m.in. sytuacja, gdy Allen w towarzystwie nakazał 7-letniej Dylan, aby ssała jego kciuk. Tłumaczył, że to ją uspokaja.

Twórcy analizują także wątek Soon-yi, adoptowanej córki Mii Farrow i muzyka Andre Pervina, która później stała się przysposobioną córką reżysera, a następnie jego żoną. Ich romans miał się rozpocząć w 1991 roku, gdy Soon-yi miała 21 lat. Allen miał wówczas 56.

Oświadczenie reżysera

Reżyser od lat kategorycznie zaprzecza zarzutom. Zaznacza, że oskarżenia były przedmiotem dochodzenia prawników i śledczych, którzy nie dowiedli jego winy.

„Ci dokumentaliści nie interesowali się prawdą” – twierdzą przedstawiciele Allena w oświadczeniu przesłanym po emisji dokumentu do redakcji czasopisma „Hollywood Reporter”. „Zamiast szukania jej, spędzili lata potajemnie kolaborując z rodziną Farrow i wykonali nieudolną pracę pełną przekłamań. Woody i Soon-yi zostali poinformowani o tym mniej niż dwa miesiące temu i dostali tylko kilka dni na to, by odpowiedzieć na oskarżenia. Oczywiście, odmówili” – poinformowano.

W piśmie podkreślono, że „to smutne i zaskakujące, że coś takiego zdecydowało się pokazać HBO, które ma kontrakty i powiązania biznesowe z Ronanem Farrowem. Choć ten tandetny hit przyciągnie uwagę, nie zmieni faktów”.

Na reakcję odpowiedziała Dylan Farrow. „Prawda jest czymś, czego nie można zmienić” – napisała. „Prawda jest taka trudna, ale mam nadzieję, że wszystkie ofiary, które oglądały film ostatniej nocy, wiedzą, że nie są same” – dodała.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Małgorzata G. skazana na 7 lat więzienia. Kilkukrotnie próbowała zamordować 10-letnią córkę

Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał Małgorzatę G. na karę 7 lat pozbawienia wolności za usiłowanie zabójstwa swojej 10-letniej córki. Do tego czynu kobietę miały skłonić groźby ze strony sąsiadki, która żądała pieniędzy i straszyła ją, że „wywiezie jej córkę do burdelu”. Ponad 50-letnia obecnie Małgorzata G. zasiadała na ławie oskarżonych wraz z synem Tomaszem G., który miał jej pomóc zabić 10-letnią Olgę. Wobec Tomasza G. Sąd Okręgowy w Poznaniu orzekł karę 5 lat pozbawienia wolności.

Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu nie jest prawomocny.

Do tragicznych zdarzeń doszło pod koniec stycznia 2018 roku w Rawiczu (Wielkopolskie). Małgorzata G. miała być terroryzowana i dręczona przez sąsiadkę Katarzynę Ch., która oskarżała ją, że to przez jednego z synów Małgorzaty, jej syn trafił do więzienia. Katarzyna Ch. miała żądać pieniędzy, grozić, że jeśli ich nie otrzyma „zrobi krzywdę” jej 10-letniej córce i „wywiezie ją do burdelu w Niemczech”.

Używała gazu, dusiła sznurem

Małgorzata G. zaciągała kredyty i przekazywała pieniądze sąsiadce, łącznie ok. 170 tys. zł. Kiedy Katarzyna Ch. nadal groziła, że wywiezie dziewczynkę za granicę, Małgorzata G. wraz z synem Tomaszem byli już na tyle zdesperowani, że uznali, iż jedynym wyjściem będzie zabicie 10-latki, a następnie sami planowali popełnić samobójstwo.

Jak wskazywała oskarżona w swoich wyjaśnieniach składanych w śledztwie, „Olgusia już po drodze w samochodzie i w altanie na działkach mówiła, że nie chce iść do burdelu i ja jej mówiłam: dziecko nie bój się, pójdziemy do dziadziusia, bo mój tata nie żyje i chodziło mi o popełnienie samobójstwa nas wszystkich (…). Olga usiadła na tapczan i wytłumaczyłam jej, co by jej groziło, gdyby ją złapali i wywieźli (…), powiedziała mi: dobrze mamusiu, możemy iść do dziadziusia, bo ona nie chce, żeby jej coś takiego zrobili” – mówiła kobieta.

Prokuratura podkreślała, że kobieta wykazywała determinację w swoim zachowaniu. Córkę próbowała pozbawić życia kilkukrotnie; gdy 10-latka odzyskiwała przytomność, Małgorzata G. próbowała zabić ją po raz kolejny – początkowo używając gazu, później dusząc sznurem, rękoma.

Prokuratura Okręgowa w Poznaniu oskarżyła Małgorzatę G. i Tomasza G. o usiłowanie zabójstwa; czyn ten zagrożony jest karą nawet dożywotniego pozbawienia wolności. Proces Małgorzaty G. i jej syna przed Sądem Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się w lutym 2019 roku.

Co orzekł sąd?

W poniedziałek Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał oskarżonych za winnych i wymierzył im karę: Małgorzacie G. 7 lat, zaś jej synowi 5 lat pozbawienia wolności.

Sędzia Joanna Rucińska podkreśliła w uzasadnieniu, że przy orzekaniu wymiaru kary sąd miał na uwadze, że „rozpoznawana sprawa nie była typową sprawą o usiłowanie zabójstwa, jakich co najmniej kilka w roku toczy się w tutejszym wydziale”. – Przed popełnieniem zarzucanego im dzisiejszym wyrokiem czynu, oskarżeni uchodzili za zwykłą, kochającą się rodzinę. Olga G. była wzorową, lubianą przez kolegów i nauczycieli uczennicą, oskarżona cieszyła się opinią osoby zainteresowanej dzieckiem i dbającej o nie, a oskarżony Tomasz G. był uważany przez sąsiadów za spokojnego człowieka – mówiła sędzia.

– Sytuacja ta nie uległa zmianie do 24 stycznia 2018 roku, jednak oskarżeni powzięli zamiar pozbawienia życia i dziecka, i siebie. Ze zgromadzonych w sprawie dowodów (…) wynika, że powodem takiego postępowania był fakt, że od czerwca 2017 roku Małgorzata G. była nękana przez swoją sąsiadkę i jednocześnie osobę, którą uważała za swoja bliską koleżankę Katarzynę Ch. – dodała.

Sędzia wskazała, że „oskarżeni ze strachu przed losem, jaki miał spotkać osobę dla nich najbliższą, zdecydowali się na pozbawienie życia i siebie, i Olgi. Działanie to, całkowicie niezrozumiałe z racjonalnego punktu widzenia, tłumaczy jednak fakt, że w chwili czynu zarówno Małgorzata G. i jej syn mieli – jak to orzekli biegli – w znacznym stopniu ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem”.

Dziewczynka jest przekonana, że zrobili to z miłości do niej

– Oceniając ich zachowanie sąd musiał mieć na uwadze, że nie mogą oni być traktowani tak surowo, jak sprawcy, którzy z premedytacją, z niskich pobudek dokonują, czy też usiłują dokonać zbrodni z art. 148 par. 1 kk – dodała.

Sędzia podkreśliła również, że „mimo niewątpliwie wielkiej traumy, której Olga G. doznała, jej relacja z matką i bratem jest w dalszym ciągu bardzo dobra”.

– Dziewczynka jest przekonana, że oskarżeni swojego czynu dopuścili się z miłości do niej. Nie stwierdzono, aby pokrzywdzona na skutek zdarzenia z 24 stycznia 2018 roku odniosła jakiekolwiek trwałe urazy fizyczne, bądź zmieniła się psychicznie. Pozostając obecnie pod opieką ojca nadal jest wesołym dzieckiem i wzorową uczennicą – zaznaczyła sędzia.

Prokuratura zapowiedziała złożenie wniosku o pisemne uzasadnienie wyroku. Nie wyklucza złożenia apelacji w odniesieniu do wymiaru kary orzeczonej wobec Małgorzaty G. W trakcie procesu prokuratura domagała się dla kobiety kary 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: interia.pl

Zatrzymany chciał spalić 33-latkę i jej córkę

Makabryczne wydarzenia na terenie gminy Kaźmierz w powiecie szamotulskim. 33-latkę obudził dźwięk pękającego szkła. Okazało się, że ktoś podłożył ogień w jej domu. To mogło skończyć się tragicznie, bo w domu poza kobietą były jej dwie córki! Do strasznych scen w jednym z domów na terenie gminy Kaźmierz doszło w nocy z 29 na 30 grudnia 2020 roku. 33-letnią mieszkankę domu obudził dźwięk pękającego szkła, przez co zauważyła ogień na parterze domu. W budynku spały również dwie córki kobiety.

– Na szczęście cała trójka zdążyła opuścić dom i nikomu nic się nie stało. Sąsiedzi pomogli ugasić palącą się elewację, a na miejsce wezwano Straż Pożarną – relacjonuje mł. asp. Sandra Chuda.

– Okazało się, iż jakiś mężczyzna przyszedł na taras posesji, rozlał pod ścianą domu łatwopalną ciecz, po czym podpalił ją i uciekł. Na miejscu, szamotulscy kryminalni, razem z technikiem kryminalistyki z Międzychodu, wykonali oględziny miejsca podpalenia i zabezpieczyli niezbędne materiały dowodowe w sprawie – wyjaśnia mł. asp. Chuda.

Podejrzenia padły na 36-latka – byłego mieszkańca tej samej miejscowości. Jego nowy dokładny adres zamieszkania nie był znany, ale wiadomo było, iż może mieszkać w Szamotułach. Policjanci dowiedzieli się też, jakim samochodem się poruszał, dzięki temu odnaleźli go i zatrzymali jeszcze tego samego dnia.

36-latek najbliższe miesiące spędzi w areszcie. Za usiłowanie zabójstwa polskie prawo przewiduje karę nawet dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: se.pl

Żona Romana Giertycha zarzuca CBA niedwuznaczne propozycje funkcjonariuszy wobec córki

Żona Giertycha zarzuca funkcjonariuszom CBA, którzy brali udział w przeszukaniu domu, że „kierowali niedwuznaczne propozycje i robili seksistowskie uwagi ” pod adresem jej córki. Jest odpowiedź rzecznika CBA. Po zatrzymaniu przez funkcjonariuszy CBA, w związku z podejrzeniem o wyprowadzenie i przywłaszczenie około 92 milionów złotych ze spółki deweloperskiej Polnord, Roman Giertych trafił do szpitala. Za zarzuty postawione przez prokuraturę grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności.

Barbara Giertych w mediach społecznościowych o seksistowskim zachowaniu funkcjonariuszy CBA względem córki Marii.

Seksistowskie zachowanie

Barbara Giertych zarzuciła CBA nieodpowiednie zachowanie funkcjonariuszy względem córki Marii podczas przeszukania domu w Józefowie.

„Skoro CBA działało zgodnie z procedurami to proszę mi wyjaśnić zgodnie z którą procedurą działali funkcjonariusze CBA, którzy robili niedwuznaczne propozycje i zachowywali się w sposób seksistowski w stosunku do mojej córki?” – napisała na Twitterze żona Giertycha.

Maria Giertych o przeszukaniu

„Do zatrzymania doszło przed warszawskim sądem. W tej chwili w domu jest kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu, funkcjonariuszy CBA, przeszukanie jest bardzo szczegółowe. Trwa już jakiś czas i pewnie jakiś czas potrwa” – mówiła w czwartek na antenie Polsat News Maria Giertych.

„Podczas przeszukania (które nadal trwa) tata powiedział, że ma nadzieje iż to bezprawie, które się dzieje z krzywdą dla niego i jego rodziny przyczyni się do upadku reżimu Jarosława Kaczyńskiego” – napisała córka Giertycha w dniu przeszukania.

Rzecznik CBA odpowiada

„Kolejny wpis oczerniający CBA. Córka Romana G. w rozmowie z mediami mówiła, że „agenci CBA zachowują się profesjonalnie” (1:25), Ryszard K. w innej stacji mówił to samo. Ale na TT można napisać wszystko” – odpowiedział na Twitterze Rzecznik CBA, Stanisław Żaryn.

Rzecznik zaznaczył, że czynności były prowadzone zgodnie ze standardami. „Nikt nie zgłosił takich uwag do protokołu, a Pani córka w rozmowie z mediami mówiła, że „agenci CBA zachowują się profesjonalnie”. Ma Pani jakaś wiedzę i dowody proszę kierować sprawę do prokuratury” – dodał Stanisław Żaryn.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Włocławek: Matka i córka znalezione w hotelu. 10-miesięczne dziecko nie żyje

Policja w jednym z hoteli we Włocławku we czwartek odnalazła 41-letnią kobietę i jej około 10-miesięczną martwą córeczkę. Matka dziecka i jej partner zostali zatrzymani – poinformował st. sierż. Tomasz Tomaszewski z włocławskiej Komendy Miejskiej Policji.

„Otrzymaliśmy zgłoszenie z Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego, że nie ma kontaktu z matką i dzieckiem. W wyniku podjętych działań, w jednym z hoteli we Włocławku odnaleźliśmy 41-latkę i jej około 10-miesięczną córeczkę, która nie dawała oznak życia. Do sprawy zostały zatrzymane dwie osoby – ta kobieta i jej partner” – powiedział st. sierż. Tomaszewski.

Policjant odmówił podania bliższych informacji w tej sprawie, m.in. kto powiadomił WCPR i gdzie został zatrzymany partner matki dziecka. Wszystkie okoliczności sprawy zostaną wyjaśnione w śledztwie pod nadzorem prokuratury.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Sprawa uprowadzenia 14-letniej Roksany ma drugie dno?

Rodzice 14-letniej Roksany drżeli z obawy o swoją córeczkę, która nagle zniknęła. Nie wiedzieli, że od pewnego czasu dziewczynka planuje ucieczkę. Pomóc jej w tym miała „rówieśniczka” z Dolnego Śląska. Kiedy nastolatka pojawiła się na bolesławieckim peronie, spotkała… 37-latka. To właśnie on przez trzy miesiące pisał z 14-latką. Mężczyzna, choć miał okazję, nie skrzywdził Roksany. – „Rasowy” pedofil wykorzystałby sytuację pokusy, nie pohamowałby się – ocenia w rozmowie z Fakt24 dr Jerzy Pobocha, psychiatra i biegły sądowy. Dlaczego 37-latek działał inaczej? Biegły kreśli szokujący scenariusz zdarzeń!

14-letnia Roksana z Bielska Podlaskiego (woj. podlaskie) to spokojna dziewczyna, która dotychczas nie sprawiała problemów rodzicom. Ostatnimi czasy nastolatka coraz więcej czasu spędzała w internecie. Kiedy w poniedziałkowy ranek, 7 września, 14-latka wyszła do szkoły, nikt się nie spodziewał, że może stać się coś złego. Roksana zniknęła…

Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania dziewczyny. Policja ustaliła, że nastolatka pojechała pociągiem do Bolesławca na Dolnym Śląsku. To tam uchwyciły ją kamery monitoringu. Na nagraniach był widoczny także nieznany mężczyzna, za którym szła Roksana. Rozesłano rysopis podejrzanego, a sprawę nagłośniły media. Po prawie tygodniu mężczyzna sam zgłosił się na policję i przekazał informację, gdzie znajduje się 14-latka. W sobotę odnaleziono ją w pustostanie ukrytym w lesie na terenie powiatu lwóweckiego. Roksana była cała i zdrowa.

Tymczasem 37-letni mieszkaniec okolic Bolesławca trafił na trzy miesiące do aresztu. Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że za pośrednictwem internetu, podając się za rówieśniczkę Roksany, nawiązał kontakt z dziewczynką (poniżej 15. roku życia) i podstępem skłonił ją do spotkania w celu wykorzystania seksualnego. Podejrzany naraził też zdrowie, a nawet życie nastolatki poprzez „ukrywanie jej w pustostanach, gdzie była narażona na negatywne oddziaływania warunków atmosferycznych, w szczególności niskiej temperatury”.

Wobec Roksany nie była jednak stosowana żadna przemoc. Podejrzany utrzymywał, że nie chciał zrobić jej krzywdy, ani tym bardziej wykorzystać seksualnie. Z drugiej strony nie potrafił wyjaśnić, dlaczego zwabił Roksanę do Bolesławca…

Zaginięcie 14-latki z Bielska Podlaskiego. Podejrzany nie jest pedofilem?

– To nie jest typowe działanie pedofila, jest to absolutnie wyjątkowe – podkreślił w rozmowie z Fakt24 dr Jerzy Pobocha, psychiatra i biegły sądowy, odnosząc się do zachowania 37-latka. – „Rasowy” pedofil wykorzystałby sytuację pokusy. Był sam na sam z dziewczynką w odludnym miejscu, miał poczucie bezpieczeństwa, ale nie wykorzystał jej. Pedofil nie pohamowałby się, nie wytrzymałby takiej sytuacji.

– Być może mężczyzna nie jest w ogóle pedofilem albo ma bardzo silne mechanizmy kontrolne – zaznaczył nasz rozmówca. – Może działał dla kogoś, na czyjeś zlecenie i nie chciał spłoszyć ofiary. Może miał ją tylko gdzieś dostarczyć, a w takim przypadku musiał być ostrożny, w grę mogły wchodzić duże pieniądze – powiedział dr Pobocha.

Ekspert z zakresu psychiatrii sądowej zaznaczył też, że zastanawiające jest zachowanie dziewczynki.

– Nie uciekała, czekała na coś, co jej obiecano, nie miała poczucia zagrożenia. To musiała być jakaś atrakcyjna propozycja, może pod względem finansowym. Mężczyzna mógł też podać jej środek uspokajający, który ją zobojętnił na całą tę sytuację – tłumaczył dr Pobocha. – Trzeba też wspomnieć o tym, że podejrzany „pracował” nad nią przez trzy miesiące. Musiał być bardzo przekonywający w wiadomościach przesyłanych nastolatce – przyznał nasz rozmówca. Jak dodał, początki ich „znajomości” są typowe dla pedofila.

Dlaczego więc mężczyzna później zgłosił się na policję?

– Najprawdopodobniej liczył, że to mu pomoże i może nawet uniknie aresztu, a jego zeznania będą korzystniejsze. Nieważne, jak bardzo bajkowe i różowe światło na nie rzuci, to liczy się tu to, co powie nastolatka – podkreślił biegły psychiatra.

Na 37-latka mogła mieć wpływ także inna osoba, doradca. – Być może ktoś mu doradził, że powinien zgłosić się na policję i w ten sposób uniknie większych problemów – wskazał dr Pobocha.

Jak działa pedofil?

– Na początku, jak w omawianej historii, pedofil upatruje sobie ofiarę, najczęściej z najbliższych kręgów, np. znajomych, krewnych. Do takiej ofiary łatwiej jest dotrzeć. Pedofil może też szukać ofiary w miejscach publicznych, ogólnie dostępnych, np. na placach zabaw. Wtedy przekonuje dzieci do siebie za pomocą np. słodyczy, pokazania czegoś ciekawego – wyjaśnił Fakt24 dr Pobocha. – Zdarza się też i tak, że pedofil napada na ofiarę, obezwładnia ją i wykorzystuje, czasem powodując uszkodzenia ciała lub nawet śmierć – zaznaczył nasz rozmówca.

Jak działa później? To wszystko zależy od jego „pomysłowości”, tzw. modus operandi, czyli sposobu działania przestępcy.

– Pedofil rzadko skupia się na jednej osobie – podkreślił ekspert psychiatrii sądowej. Trzeba też pamiętać, jak przyznał dr Pobocha, że pedofil to osoba, która często ma zaburzenia osobowości (osobowość dysocjacyjną).
Źródło info i foto: Fakt.pl

Trwa proces dotyczący kradzieży 884 świń

Marian C. i jego córka Urszula zostali oskarżeni o przywłaszczenie dokładnie 884 świń o łącznej wartości ponad pół miliona złotych. Przed sądem w Opolu rozpoczął się ich proces.

Według ustaleń śledztwa, do zdarzenia objętego aktem oskarżenia miało dojść latem 2018 roku w jednej z miejscowości pod Otmuchowem. Prowadzący gospodarstwo Marian C. miał przyjąć sprowadzone z Danii świnie do utuczenia od przedsiębiorcy Jarosława T.

Kiedy właściciel zgłosił się po odbiór odchowanych zwierząt, usłyszał, że świń nie ma. Według tłumaczeń rolnika, część z nich padła, a część uciekła w niewiadomym kierunku. Właściciel powiadomił prokuraturę, a ta po przeprowadzeniu dochodzenia, skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko rolnikowi.

Co się stało z tucznikami?

Oskarżeni nie przyznają się do winy. Przed sądem odmówili składania wyjaśnień i nie chcieli odpowiadać na pytania. Z zeznań złożonych w trakcie śledztwa i odczytanych na sali przez sąd wynika, że nie wiedzą, co stało się z 884 tucznikami, które zniknęły z ich gospodarstwa. Jedną z tez zgłaszanych przez oskarżonego śledczym, była możliwość ucieczki tuczników do lasu.

Innego zdania jest pokrzywdzony przedsiębiorca. W niego oskarżeni najprawdopodobniej sprzedali należące do niego tuczniki innemu rolnikowi lub ubojni, a ich wyjaśnienia są jedynie próbą uniknięcia odpowiedzialności za popełnione przestępstwo. Za zarzucane czyny obojgu oskarżonym grozi do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wielka Byrtania: Kobieta musi oddać 40 tys. funtów zabójcy swojej córki

77-letnia Brytyjka została wezwana do przekazania 40 tys. funtów, co ma stanowić zwrot kosztów prawnych poniesionych przez zabójcę jej córki. To wynik przegranego przez nią procesu, w którym wnioskowała o uchylenie wobec mężczyzny zwolnienia warunkowego. W 1988 r. 64-letni dziś Ian Simms udusił 22-letnią wówczas Helen McCourt, gdy ta wracała z pracy do domu. Mężczyzna został skazany rok później.

Simms odmówił natomiast ujawnienia miejsca ukrycia zwłok. Pomimo zakrojonych na szeroką skale poszukiwań, ciała Helen nigdy nie udało się odnaleźć.

Zgodnie z prawem uchwalonym w marcu ubiegłego roku, zabójca, który odmawia wskazania miejsca ukrycia ciała ofiary nie może wnioskować o zwolnienie warunkowe. Rzecz w tym, że Simms opuścił więzienie tuż przed wprowadzeniem tego prawa.

Matka zamordowanej, Marie McCourt wytoczyła proces, domagając się ponownego umieszczenia Simmsa w więzieniu. Sąd Najwyższy orzekł jednak na korzyść Komisji ds. Zwolnień Warunkowych i nakazał kobiecie pokrycie kosztów prawnych poniesionych przez zabójcę jej córki.

W listopadzie ub.r. Marie McCourt uruchomiła zbiórkę na platformie Go Found Me informując, że prawnicy Simmsa będą domagać się od niej dużej sumy pieniędzy. Decyzją sądu musi teraz zwrócić równowartość wpłaconych darowizn, czyli ok. 40 tys. funtów.

Marie zadeklarowała, że nadal będzie kontynuować poszukiwania ciała swojej córki. Przyznała też, że jest rozczarowana decyzją sądu. – Simms odebrał życie mojej córce i odebrał jej prawo do chrześcijańskiego pochówku – powiedziała.
Źródło info i foto: TVP.info

Sprawa wybuchu gazu w Białymstoku. Prokuratura przejmuje śledztwo

W wyniku wybuchu gazu w poniedziałek doszło do śmierci czterech osób. Jedną z prawdopodobnych wersji wydarzeń jest tzw. samobójstwo rozszerzone. Śledztwo przejmie miejscowa prokuratura okręgowa. Do wybuchu gazu doszło w poniedziałek. Najpierw podano informację, że w wyniku eksplozji zmarły cztery osoby. To ojciec, matka, ich 10-letnia córka i babcia. Później okazało się, że przyczyna śmierci trzech osób mogła być inna. Wiele wskazuje na tzw. rozszerzone samobójstwo.

Według wstępnych ustaleń mężczyzna miał zabić trzy kobiety, a następnie popełnić samobójstwo, doprowadzając do wybuchu gazu. Rodzina miała założoną niebieską kartę. To procedura dotycząca rodzin, w których wykryto przypadki przemocy domowej.

Co więcej, mężczyzna po założeniu karty, w maju tego roku miał zniknąć na kilka miesięcy. Pojawił się dopiero chwilę przed wybuchem gazu. Według wstępnych oględzin straży pożarnej konstrukcja domu została naruszona. Jednak inspektor nadzoru budowlanego wydał zgodę na prowadzenie dalszych czynności. Te ma prowadzić prokuratura okręgowa w Białymstoku.

Dotychczasowe ustalenia są wstępne i mogą ulec zmianie.
Źródło info i foto: wp.pl

Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej. 27-latek zabił nożem swoją matkę. Zatrzymany po obławie

Po policyjnej obławie znalazł się 27-latek, który zadźgał nożem blisko 50-letnią matkę. Do tragedii doszło w powiecie mińskim, w jednej z miejscowości w gminie Dobre. Sprawcy grozi dożywocie. Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej na wschodnim Mazowszu. W poniedziałek wieczorem, 10 sierpnia, umierającą kobietę zauważyła jej córka. Mimo zaalarmowania służb, jej życia nie udało się uratować.  

Jak podaje Polsat News, na ciele kobiety były widoczne dwa dźgnięcia sztyletem. Sekcja zwłok wykazała, że zmarła wskutek tych głębokich ran kłutych.

Zabił matkę i uciekł. Wpadł w policyjnej obławie

27-letni syn uciekł na czas przybycia służb. Kryminalni wszczęli obławę, sprawca wpadł niedługo później. Na przesłuchaniu nie potrafił wyjaśnić powodów, dla których zadźgał nożem matkę. Jego stan psychiczny ocenią też biegli – od tego zależy czy będzie odpowiadał przed sądem. Jednakże pojawił się już wniosek o areszt tymczasowy.

Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl