Wybuch na deptaku w Lyonie. Policja poszukuje sprawcy.

Policja poszukuje podejrzanego o podłożenie ładunku wybuchowego w Lyonie. Jego wizerunek zarejestrowały uliczne kamery. Służby apelują o pomoc w identyfikacji mężczyzny. W wyniku eksplozji rannych zostało 13 osób. Do zdarzenia doszło w piątek po południu na ulicy Wiktora Hugo w Lyonie, niedaleko piekarni La Brioche Doree. Lokalne władze poinformowały, że rannych zostało 13 osób, w tym jedno dziecko. 11 rannych trafiło do szpitala. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo – podała francuska telewizja BFMTV.

„Nikt nie wziął odpowiedzialności”

Śledztwo w sprawie eksplozji przejęła paryska prokuratura do spraw terroryzmu. – Na razie nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za przeprowadzenie piątkowego ataku bombowego w Lyonie – poinformował w sobotę prokurator do spraw walki z terroryzmem Remy Heitz. Dodał, że mężczyzna, który miał podłożyć ładunek wybuchowy, zbiegł. Prokurator podkreślił, że zastosowano „wszystkie środki” w celu „szybkiego zidentyfikowania i przesłuchania” sprawcy ataku.

Wizerunek podejrzanego

Podejrzanego nagrały kamery monitoringu. Domniemany sprawca szedł deptakiem, prowadząc ciemny rower. Podłożył ładunek przy wejściu do piekarni w centrum miasta. Jak opisuje policja, mężczyzna był zamaskowany, miał na sobie beżowe szorty, ciemnozieloną koszulkę, szalik lub chustkę w kolorze khaki oraz ciemne okulary. Na plecach miał czarny plecak. W sobotę służby opublikowały nowy wizerunek podejrzanego. Na zdjęciach widać mężczyznę, który jedzie na ciemnym rowerze. W poszukiwania mężczyzny zaangażowało się 90 śledczych wspieranych przez 30 policyjnych techników i lokalną policję. Do tej pory podejrzanego nie udało się zidentyfikować.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Francja: Eksplozja na deptaku w Lyonie. 13 osób rannych

13 osób zostało rannych w wyniku silnej eksplozji, do której doszło w piątek po południu w Lyonie na ulicy Wiktora Hugo. Domniemany sprawca zamachu był zamaskowany. Śledztwo w tej sprawie przejęła prokuratura ds. terroryzmu. Domniemany sprawca zamachu, nagrany przez kamery uliczne, szedł deptakiem prowadząc rower i podłożył ładunek przy wejściu do piekarni w centrum miasta. Mężczyzna był zamaskowany, jego tożsamość pozostaje nieznana.

Wśród osób poszkodowanych jest dziecko; 11 rannych zostało hospitalizowanych, ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo – podaje francuska telewizja BFMTV. Straż pożarna otoczyła kordonem miejsce wybuchu, policja i wojsko ewakuowały przechodniów. Na miejsce zdarzenia udał się minister spraw wewnętrznych Francji Christophe Castaner, który wcześniej zarządził wzmocnienie nadzoru nad miejscami publicznymi oraz imprezami sportowymi i kulturalnymi.

Według policji ładunek, który eksplodował, był prawdopodobnie bombą domowej roboty, o średniej sile rażenia, wypełnioną między innymi śrubami. Nie jest jasne, czy śledczy uznają ten atak za akt terroryzmu.
Źródło info i foto: interia.pl

Niemcy: Nieznany sprawca wjechał w pieszych zgromadzonych na deptaku

W sobotę wieczorem nieznany mężczyzna wjechał w pieszych zgromadzonych na deptaku przy Placu Bismarcka w miejscowości Heidelberg na zachodzie Niemiec. W wyniku ataku ranne zostały trzy osoby, w tym jedna ciężko. Napastnik uzbrojony był również w nóż. A gdy próbował zbiec z miejsca zdarzenia został postrzelony przez funkcjonariuszy policji i ciężko ranny trafił do szpitala.

Rzecznik miejscowej policji Norbert Schätzle powiedział, że mężczyzna wjechał samochodem w grupę ludzi, stojących przed piekarnią. Według wstępnych ustaleń, mężczyzna działał sam – powiedział Schätzle. I dodał, że jak dotąd nie są znane motywy sprawcy. Policja nie potwierdza doniesień lokalnych mediów o zaburzeniach psychicznych kierowcy.

Jedna z trzech rannych osób jest w stanie ciężkim.
Źródło info i foto: wp.pl

Michał L. uniknie kary?

Prokuratura skierowała do sądu wniosek o umorzenie śledztwa ws. mężczyzny, który latem wjechał autem w spacerowiczów na sopockim deptaku i ranił 23 osoby. Psychiatrzy orzekli, że sprawca jest chory psychicznie: sąd zdecyduje, czy będzie on przymusowo leczony.

Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Gdańsku. Jej rzeczniczka prasowa Grażyna Wawryniuk poinformowała, że tego dnia skierowano do Sądu Rejonowego w Sopocie wniosek o umorzenie postępowania. Uczyniono to zgodnie z procedurą mówiącą, że za popełnienie przestępstwa nie odpowiada karnie osoba, która w momencie jego popełnienia była niepoczytalna.

Wawryniuk przypomniała, że w sierpniu b.r., po jednorazowym badaniu 32-letniego Michała L., psychiatrzy uznali, że w momencie, gdy doszło do wypadku, miał on „zupełnie wyłączoną poczytalność” i „całkowicie zniesioną zdolność rozumienia i pokierowania swoim postępowaniem”. Według psychiatrów jego niepoczytalność związana była z chorobą psychiczną, na którą cierpi. Ze względu na ochronę prywatności mężczyzny Wawryniuk odmówiła bardziej szczegółowych informacji na ten temat.

Rzecznik dodała, że biegli w swojej opinii wyrazili obawę, iż – ze względu na chorobę – mężczyzna może ponownie popełnić przestępstwo i wskazali na konieczność jego leczenia w izolacji. We wniosku o umorzenie postępowania śledczy zwrócili się więc do sądu o podjęcie decyzji ws. przymusowego leczenia 32-latka w placówce zamkniętej. Zawnioskowali też o wydanie przez sąd zakazu prowadzenia przez niego pojazdów (już wcześniej śledczy wystąpili do stosownych urzędów o zatrzymanie prawa jazdy mężczyzny). Badania wykonane tuż po wypadku wykazały, że przed tym zdarzeniem mężczyzna nie pił alkoholu, nie był też pod wpływem narkotyków ani środków psychotropowych.

Z informacji przekazanych przez obrońcę 32-latka, adwokat i zarazem psycholog Małgorzatę Ciukszę wynika, że chorobę psychiczną objawiającą się m.in. urojeniami, omamami i tzw. słyszeniem głosów zdiagnozowano u mężczyzny na początku 2013 r. Ciuksza wyjaśniła, że przez ponad rok Michał L. leczył się, co łagodziło objawy choroby, ale wiosną 2014 r. przestał przyjmować leki. – To bardzo często kończy się nawrotem choroby i jej objawów – powiedziała Ciuksza.

Po zatrzymaniu Michał L. przyznał się do winy, ale odmówił składania wyjaśnień. Jak poinformowała w środę Wawryniuk, w końcowej fazie śledztwa mężczyzna zdecydował się złożyć zeznania. Wyjaśniał w nich, że przebieg zdarzenia pamięta tylko fragmentarycznie. Przyznał też, że nie zażywał przepisanych leków, bo czuł się po nich senny i nie mógł normalnie funkcjonować.

19 lipca b.r. wieczorem kierowana przez 32-letniego Michała L. szybko jadąca honda wjechała w spacerowiczów na sopockim deptaku oraz molo. Zanim samochód zatrzymał się, uderzając w ławkę, poszkodowane zostały 23 osoby, z których jedna odniosła ciężkie obrażenia. Sprawca wypadku został zatrzymany na miejscu przez świadków zdarzenia i przekazany policji. Prokuratura postawiła 32-latkowi zarzut umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, za który to czyn grozi do 10 lat więzienia. Sprawca został tymczasowo aresztowany. W tej chwili przebywa w szpitalu psychiatrycznym.

Świadkowie zdarzenia mówili tuż po nim mediom, że zanim na miejscu pojawili się funkcjonariusze, spacerowicze poturbowali sprawcę. Prokuratura zbadała ten wątek. Jak wyjaśniła Wawryniuk, z ustaleń śledczych wynika, że wprawdzie świadkowie wyciągnęli mężczyznę z auta szarpiąc go, ale do pobicia nie doszło. W postępowaniu badano też szybkość i sposób działania policji oraz innych służb przed i po zdarzeniu. Przed pojawieniem się auta na sopockim deptaku policja miała bowiem zgłoszenie o szybko poruszającym się pojeździe zmierzającym w stronę kurortu. Także w tym wypadku prokuratura nie dopatrzyła się złamania prawa.
Żródło info i foto: wp.pl

Ludzie nie wierzą w chorobę Michała L.

Wielu internautów nie wierzy w chorobę Michała L., który rozjeżdżał autem ludzi w Sopocie. Inni podejrzewają, że oszukał biegłych. Czy to możliwe? – Chwilami w naszym myśleniu o osobach zapadających na choroby o charakterze psychicznym cofamy się do średniowiecza – mówi Leszek Trojanowski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku. 32-letni Michał L. 19 lipca wjechał hondą na sopocki deptak, potrącając przynajmniej 23 osoby. Groziło mu maksymalnie 10 lat więzienia. W areszcie śledczym został przebadany przez dwóch biegłych psychiatrów. Orzekli całkowitą niepoczytalność w chwili popełniania czynu. Mężczyzna cierpi prawdopodobnie na schizofrenię paranoidalną, został przewieziony do szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim.

Decyzja biegłych wywołała ogromną dyskusje w internecie i nie tylko. Większość nie dowierza w chorobę, żąda więzienia dla Michała L. albo podejrzewa, że oszukał biegłych. Czy to możliwe?

Pytamy o to Leszka Trojanowskiego, dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku, wykorzystując tezy oraz wątpliwości publikowane na forum trojmiasto.gazeta.pl (zostały ujęte w cudzysłowie).

Katarzyna Włodkowska: Pierwszy cytat – „Hehe, jasne. Parę lat temu taką chorobę można było sobie ‚kupić’ za 5 tysięcy złotych. Dzisiaj kosztuje to pewnie trochę więcej.”

Leszek Trojanowski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku: Zacznijmy od tego, że niepoczytalność nie jest chorobą. Niepoczytalność to stan, który zawsze określamy w stosunku do określonego czynu. Chory psychicznie w stosunku do jednego czynu zabronionego może być całkowicie poczytalny, w stosunku do drugiego już nie. Nie ma czegoś takiego jak „żółte papiery”, jak często zdarza się wielu powtarzać. Czyli że wszystko takiej osobie wolno. Niepoczytalność dotyczy jednego, konkretnego czynu, a zaburzenia psychicznie, jakie pacjent ma, muszą być w logicznym związku z tym czynem.

Co to znaczy?

– Jeżeli pacjent ma urojenia prześladowcze, a osobę, która ma go rzekomo prześladować, zaatakuje, to jest niepoczytalny w stosunku do tego czynu. A jeśli ten sam pacjent pójdzie do sklepu i coś ukradnie, wtedy jest poczytalny. Niepoczytalność nie jest stanem stałym, dotyczy konkretnego czynu.

W jaki sposób biegły jest w stanie stwierdzić, że w chwili popełnienia czynu sprawca był niepoczytalny?

– Na podstawie badania stanu psychicznego. To rozmowa z pacjentem, wywiad rodzinny, całokształt okoliczności, historia choroby. Biegli psychiatrzy mają naprawdę ogromne doświadczenie. Skoro stwierdzili całkowitą niepoczytalność, a nie ograniczoną w stopniu znacznym i zawnioskowali o izolację, oznacza to ostry stan psychotyczny. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, skierowaliby podejrzanego na obserwację.

Choroba Michała L. ujawniła się w marcu 2013 r. Cztery miesiące wcześniej brał udział w konferencji HR-owej. Nagranie na portalu YouTube, jak sądzę, miało się okazać dowodem na jedno wielkie oszustwo. Pytano: „I co, niby nagle mu tak odbiło?”

– Taka choroba jak schizofrenia najczęściej jest diagnozowana w okresie wczesnej dorosłości, ale w części przypadków rozpoczyna się szybko i gwałtownie, ostrym stanem psychotycznym. Schizofrenia to proces przewlekły, charakteryzujący się rozpadem struktury osobowości. Pacjent ma różnego rodzaju sprzeczne zachowania i emocje, a na to wszystko nakładają się ostre stany psychotyczne, m.in. paranoidalne. Wtedy mamy do czynienia z urojeniami i zaburzeniami postrzegania, czyli halucynacjami. To mogą być omamy słuchowe, węchowe, smakowe. I jak już pacjent o tym mówi, to robi to w taki sposób, że nie ma wątpliwości co do choroby. Całości towarzyszy bowiem duży bezkrytycyzm. Chory naprawdę słyszy te głosy i w nie wierzy. Schizofrenia paranoidalna to bardzo ciężka choroba, nie tylko dla pacjenta, ale i dla całej rodziny.

„Skoro schizofrenia to jedna z cięższych chorób o charakterze psychicznym, na którą składa się grupa zaburzeń i urojeń, to ja się pytam – dla kogo są szpitale psychiatryczne, jak nie dla „ciężko chorych”? Wydawało mi się, że w takich przypadkach „chory” powinien mieć aplikowane leki pod dozorem lub wręcz przymusowo – to nie ból gardła, żeby decyzyjność w tym zakresie pozostawić widzimisię takiej osoby.”

– Takie myślenie jest o krok od średniowiecza. Leczenie przymusowe jest możliwe tylko wtedy, gdy dochodzi do popełnienia czyny zabronionego, jak miało to miejsce w przypadku Michała L. Nie każda choroba psychiczna kończy się przecież tak ekstremalną sytuacją. Każdy pacjent to przypadek indywidualny, a np. schizofrenia nie zawsze jest tak mocna w wyrazie. Tego, co wydarzyło się w Sopocie, nie dało się przewidzieć. Takie podejście do osób chorych pokazuje, jak bardzo są napiętnowane w naszym społeczeństwie. To jest tak silne zjawisko, że staje się powodem ukrywania choroby, a nawet jej zaprzeczania, co tylko komplikuje los chorych i możliwość udzielania im pomocy. Przyzwolenie na przymusowe leczenie jest zresztą dość powszechne, co może świadczyć o słabej gotowości społeczeństwa do respektowania podstawowego prawa obywatelskiego osób chorych psychicznie, jakim jest ich osobista wolność.

„Wyjdzie za miesiąc i po sprawie”.

– Chory na oddziale zamkniętym, jeżeli rokuje, co pół roku przechodzi specjalne badanie. Po jego zakończeniu biegły wnioskuje do sądu o przedłużenie leczenia lub opuszczenie szpitala.

„Kto zagwarantuje, że ten człowiek nie zaniecha brania leków i horroru atakowania ludzi pędzącym samochodem nie powtórzy?”

– Gwarancji nie ma nigdy i na tym też polega dramat tego człowieka.

„Jeżeli przyjmował leki i jego stan był dobry, ale mając świadomość swojej choroby odstawił [je] samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem, bo mu się wydawało, że jest dobrze, to powinien odpowiadać jak osoba poczytalna. Ale tutaj potrzebna jest zmiana w prawie. W mojej ocenie, to świadome ryzyko, jakie podjął”.

– Nie ma czegoś takiego jak świadome ryzyko w przypadku osoby chorej psychicznie. Choroba powoduje głęboki bezkrytycyzm, pacjent nie ma świadomości swojego stanu. Leczy się, bo został do tego przekonany, ale w to często nie wierzy, leki przy pierwszej poprawie odstawia. Dlatego nie można mówić o żadnej odpowiedzialności. Można się jedynie zastanawiać nad odpowiedzialnością moralną otoczenia, ale to nie jest proste. Z reguły mamy do czynienia z osobą dorosłą, która musi jednak chcieć się leczyć. Chciałbym jednak podkreślić, że możliwe jest osiągnięcie pełnej remisji, ale trzeba brać pod uwagę wystąpienie kolejnego epizodu i akceptować przyjmowanie w okresie braku objawów leków przeciwpsychotycznych.

„Skoro dominującymi objawami schizofrenii paranoidalnej są urojenia oraz halucynacje, powinien mieć odebrane prawo jazdy, bo to choroba ciężka, z nawrotami”.

– Również musi dojść najpierw do popełnienia czynu zabronionego. Państwo miałoby odbierać prawo jazdy każdemu, kto jest chory, bo mamy fantazję, że doprowadzi w przyszłości do ekstremalnej sytuacji? Najpierw musi być uzasadnione podejrzenie. Odebranie prawa jazdy tylko z powodu historii leczenia psychiatrycznego może być traktowane jako naruszenie praw osobistych. Nie rozumiem, dlaczego to prawo jazdy stało się kluczowe. Mógł wsiąść za kółko bez dokumentu. Albo na rower, ale zabrać ze sobą ostre narzędzie. Głos mu powiedział „jedź do Sopotu” i pojechał. Zrobiłby to nawet gdyby prawa jazdy nie miał.

Być może odpowiedź jest w kolejnym pytaniu: „Kto za to wszystko odpowie?!”

– Ta dyskusja miałaby sens, gdyby zaczęto się zastanawiać nad dostępem do lekarzy psychiatrów. Tymczasem wciąż się zdarza, że na naszą izbę przyjęć trafiają chorzy, którzy szczęśliwie chcą brać lekarstwa, ale w przychodni im powiedziano, że pierwszy wolny termin za dwa tygodnie. Kłopot z dostępem do lekarzy miał rozwiązać Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego, ale realizacja idzie bardzo słabo. Tymczasem 23 proc. Polaków cierpi na różnego rodzaju zaburzenia.

„Jak człowiek, który rzekomo nie zdaje sobie sprawy z tego co robi, używa samochodu w sposób dość pewny?”

– Doznania psychotyczne nie wpłynęły na zdolności jako kierowcy. To wszystko. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.

„Dlaczego taka osoba ma prawo jazdy?”

– Domyślam się, że dokument wydano mu kilka lub kilkanaście lat temu. Ja mam od 30.

„Rozumiem, że u czuba jak zdiagnozowano chorobę, to jego psychiatra nie pomyślał, żeby mu odebrać prawo jazdy? Temu psychiatrze powinni odebrać za to uprawnienia. No chyba, że w tym kraju każdy psychol może sobie usiąść za kierownicą.”

– Przecież lekarz nie ma prawa informować o czyjeś chorobie, obowiązuje go tajemnica. A jeśli ma podejrzenie, że pacjent stanowi zagrożenie dla siebie lub innych, kieruje go na przymusowe leczenie. Ale takie podejrzenie nie może być oparte na samym fakcie zachorowania. Zwróciła pani uwagę, w jaki sposób osoby komentujące wypowiadają się o chorym człowieku? Czub, psychol. Osoby chore psychicznie są w naszym społeczeństwie stygmatyzowane. W ostatnim 10-leciu zainicjowano wprawdzie kilka społecznych akcji zmierzających do zmiany niechętnej wobec psychicznie chorych obyczajowości, ale edukacja jest wciąż na marnym poziomie, chorzy spychani są na margines społeczeństwa, mają problemy ze znalezieniem pracy, a psychiatria środowiskowa, która przynosi najlepsze efekty, wciąż nie jest realizowana. Chorzy psychicznie nie popełniają więcej czynów zabronionych niż osoby zdrowe, ale jak już się o tym słyszy, to są to zdarzenia drastyczne, dziwaczne, dlatego myślimy o takich osobach jak o wyjątkowo agresywnych. Można powiedzieć, że Polacy nie czują się dostatecznie przygotowani do spotkania ze swoimi chorymi rodakami, dlatego reagują tak silnym lękiem.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Udostępniono film z monitoringu z masakry w Sopocie

Straż Miejska udostępniła film z szaleńczego rajdu Michała L. (32 l.) po molo i deptaku w Sopocie. Wideo jest wstrząsające. Widać na nim, jak wszyscy wczasowicze uciekają przed rozpędzoną hondą. Ludzie próbują się chować, ale nie ma gdzie! 32-letni wariat z premedytacją wjeżdża w nich jak w kręgle i poturbowanych wiezie na masce samochodu. Film z monitoringu jest bardzo mocny. Michał L. pruł po sopockim deptaku i nawet na chwilę nie zdejmował nogi z gazu. Początkowo spacerujący ludzie nie zwracali szczególnej uwagi na rozpędzoną hondę. Zmieniło się to jednak, gdy 32-latek z Redy potrącił pierwszą ofiarę.

Wtedy, ruszyli za nim, co odważniejsi wczasowicze, chcąc go zatrzymać i nie dopuścić do jeszcze większej masakry. Nie udało im się. 32-latek swoją Hondą przejechał największym bulwarem w Sopocie tak, aby rozjechać jak najwięcej ludzi! W sumie potrącił 23 osoby. I chociaż szaleniec usłyszał zarzut umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, może nie wylądować za kratami. Jak to możliwe? Według biegłych psychiatrów, Michał L. jest niepoczytalny i wymaga leczenia, i zamiast do więzienia, wariat z Redy może trafić do zamkniętego szpitala.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Michał L. nie był pod wpływem narkotyków

Mężczyzna, który w nocy 19 lipca wjechał hondą w spacerowiczów na sopockim deptaku, nie był pod wpływem narkotyków – wynika ze wstępnych ustaleń biegłych. Trwają badania, które wykażą, czy mężczyzna nie zażył innych środków farmakologicznych. O wstępnych wynikach badań poinformowała Agnieszka Gładkowska z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, która to jednostka przejęła z Prokuratury Rejonowej w Sopocie śledztwo w sprawie zdarzenia. Gładkowska wyjaśniła, że biegli, którzy badają krew i mocz podejrzanego, w poniedziałek udzielili śledczym wstępnej ustnej informacji, z której wynika, że sprawca wypadku nie był pod wpływem alkoholu (już wcześniej wykazały to badania przeprowadzone przez policję) ani narkotyków.

To nie koniec badań

– „Trwają jednak badania, które mają pokazać, czy nie zażył on innych środków czynnych farmakologicznie, np. leków uspokajających czy antydepresyjnych” – powiedziała Gładkowska. Prokurator dodała, że śledczy chcą też zlecić biegłym psychiatrom jednorazowe badanie 32-letniego podejrzanego. Ma ono przynieść informacje o zdrowiu psychicznym mężczyzny. – „Jeśli biegli orzekną, że po jednorazowym badaniu nie są w stanie ocenić zdrowia podejrzanego, zlecona zostanie kilkutygodniowa obserwacja psychiatryczna” – powiedziała Gładkowska.

Rozjeżdżał przechodniów z premedytacją

W wypadku, który miał miejsce na sopockim molo oraz na deptaku w ciągu ul. Bohaterów Monte Cassino, poszkodowane zostały 23 osoby. Prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Za taki czyn grozi do 10 lat więzienia. Gdyby okazało się, że mężczyzna był pod wpływem alkoholu lub narkotyków, kara mogłaby wzrosnąć do 15 lat. Mężczyzna przyznał się do zarzutów, ale odmówił złożenia wyjaśnień. Potwierdził natomiast, że leczył się psychiatrycznie. Został tymczasowo aresztowany.

Śledczy zabezpieczyli zapisy monitoringu miejskiego i zwrócili się do policji z prośbą o pomoc w pozyskaniu innych nagrań przedstawiających przebieg zdarzenia, w tym nagrań wykonanych prywatnie przez świadków zdarzenia, np. telefonami komórkowymi. W postępowaniu mają być badane wszystkie aspekty sprawy, w tym szybkość i sposób działania policji oraz innych służb przed i po zdarzeniu. Prokuratura ma przyjrzeć się m.in. sprawie zgłoszeń o szybko jadącym aucie poruszającym się z Gdyni w kierunku Sopotu. Takie zgłoszenia miały trafić do policjantów jeszcze przed wypadkiem.
Żródło info i foto: TVP.info

Rodzina odwróciła się od Michała L.

Miał rodzinę, pieniądze i całe życie przed sobą. W jednej chwili stracił wszystko! Mowa o szaleńcu Michale L. (32 l.) z Redy, który w sobotę urządził masakrę na sopockim Monciaku. W sobotę wieczorem prowadzona przez niego rozpędzona honda civic wjechała na sopocki deptak. Michał L. taranował ludzi, 23 osoby zostały ranne. Świadkowie zdarzenia rzucali mu różne przedmioty pod koła, aby go spowolnić. Niestety, nie udało się go zatrzymać na molo i popędził dalej. W końcu auto rozbiło się na drzewie. Michał L. trafił już do aresztu.

Nie może jednak liczyć na to, że jego bliscy wyciągną go z tarapatów. Rodzina kompletnie się od niego odwróciła! To, co zrobił 32-latek, nie jest do zaakceptowania także dla jego krewnych i bliscy nie chcą go znać. Nikt nie wysłał do niego obrońcy, który pomógłby mu wyjść z opresji. Bronić będzie go adwokat przydzielony z urzędu. Szaleńcowi grozi do 10 lat więzienia, a jeśli okaże się, że był pijany albo pod wpływem narkotyków, usłyszy inny zarzut. I wtedy może spędzić za kratami nawet 15 lat.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Dlaczego sprawca tragedii w Sopocie został zatrzymany tak późno?

– „Musi być policja, żeby opanowała tę sytuację” – powiedział Jacek Karnowski w rozmowie z TVP Info. Prezydent Sopotu podkreślał, że będzie się domagał wyjaśnień, jak było możliwe, że kierowca, który urządził sobie śmiertelnie niebezpieczny rajd samochodem po zatłoczonym deptaku, tak późno został zatrzymany. Podkreślił także, że miasto będzie zabiegać o większą ilość policji w mieście.

– „To na pewno trzeba wyjaśnić, gdyż wczoraj było stosunkowo dużo policji jak na Sopot. Tym niemniej jednak ten człowiek nie został zatrzymany (w trakcie rajdu po deptaku – red.)” – powiedział Karnowski. Prezydent miasta zastrzegł jednocześnie, że zaraz potem działania służb były „perfekcyjne”. Zapowiedział także, że będzie się domagała większej ilości policji w mieście, szczególnie w sezonie turystycznym. Jak mówił, w sobotę, gdy doszło do incydentu na „Monciaku” było kilkadziesiąt tysięcy ludzi. – „Musi być policja, żeby opanowała tę sytuację, żeby działała prewencyjnie, musi ją być widać” – podkreślał.

Jak dodał, miasto jest w stanie wyłożyć więcej pieniędzy na zwiększenie bezpieczeństwa w Sopocie, na większą ilość patroli na ulicach. Prezydent także w specjalnie wydanym oświadczeniu domagał się większych nakładów na bezpieczeństwo. „To bezprecedensowy wypadek, mający znamiona zamachu terrorystycznego, który dotychczas nie miał miejsca w naszym mieście i miejmy nadzieje nigdy się nie powtórzy. To był obraz prawdziwej katastrofy, ponad dwadzieścia osób rannych rozrzuconych na przestrzeni kilkuset metrów w środku kilkudziesięciotysięcznego tłumu” – napisał Karnowski.

„Od kilku lat alarmuję policję o potrzebie większej ilości pieszych i zmotoryzowanych patroli w Sopocie. Szczególnie w piątkowe i sobotnie noce, kiedy na ulicy Bohaterów Monte Cassino, w Dolnym Sopocie przebywa kilkadziesiąt tysięcy osób. W zeszłym roku apelowałem o przywrócenie ładu i porządku i zlikwidowanie nielegalnego spożywania alkoholu. Moje żądania potraktowane zostały jako konflikt z policją” – czytamy w oświadczeniu Karnowskiego.

Rajd po deptaku

W nocy z soboty na niedzielę na popularnym sopockim deptaku odgrywały się sceny jak z gangsterskiego filmu. 32-letni mieszkaniec Redy kierujący hondą civic wjechał w tłum ludzi na Monciaku, po czym zawrócił i wjechał w kolejną grupę siedzącą w ogródkach. Rozbił auto i próbował uciec. Zatrzymany przez świadków został przekazany policji.
Żródło info i foto: TVP.info

Świadkowie o tragedii w Sopocie

Oszalał czy był odurzony narkotykami? W sobotnią noc w Sopocie 32-letni mężczyzna wjechał hondą na zatłoczoną ul. Bohaterów Monte Cassino, wbił się na molo, tam zawrócił. – „Wszystko trwało 5-7 minut. Trąbił, pruł z prędkością 60-80 km/h. Nie zważał na nic, potrącał stoliki, krzesła. Jakby polował na ludzi. Uciekaliśmy w popłochu, nie wszyscy zdążyli” – opisuje Krzysztof (20 l.), świadek szaleńczego rajdu. Nim samochód zatrzymał się na jednym z ogródków piwnych, ranił 22 osoby. Trzy są w ciężkim stanie.

W sobotę przed północą na popularnym sopockim deptaku były tłumy ludzi. W upalną noc knajpki były pootwierane, stoliki wystawione na chodniki. W kinie letnim w pobliżu mola trwał seans filmowy. Nagle na „Monciaku” pojawiła się czerwona honda civic. Gnała w dół ulicy. Przerażeni turyści uskakiwali na bok, kierowca nie zwracał na nich uwagi. Nie zbaczał z drogi, kiedy widział na niej przechodniów. Odbijali się od auta jak lalki. Honda przecięła plac Przyjaciół Sopotu, staranowała bramki przy wejściu na molo i wjechała w tłum ludzi oglądających film. Zawróciła przy końcu drewnianej części mola, znowu ruszyła w kierunku deptaka. Samochód zatrzymał się dopiero w ogródku piwnym na wysokości ul. Królowej Jadwigi.

Mężczyzna wysiadł z rozbitego auta i próbował uciekać. Dopadli go rozwścieczeni ludzie. Tłum próbował zlinczować pirata. Wtedy pojawili się policjanci, którzy go aresztowali. – „To 32-letni mieszkaniec Redy. W chwili zatrzymania był trzeźwy. Została pobrana od niego krew oraz mocz. Ich analiza wykaże, czy był pod działaniem innych środków odurzających” – mówi sierżant sztab. Karina Kamińska z Komendy Miejskiej Policji w Sopocie. – „22 osoby zostały poszkodowane, 16 znalazło się w szpitalu, w tym 3 osoby w stanie poważnym, z urazami kończyn i twarzoczaszki” – dodaje.

Okazuje się, że debil w hondzie szalał na ulicach Trójmiasta już wcześniej. Według świadków w Gdyni wjechał na przejście dla pieszych na czerwonym świetle, później w Sopocie gnał jedną z ulic pod prąd, a wreszcie rozochocony wpadł na „Monciak”. Śledczy mogą mu postawić zarzut spowodowania katastrofy w ruchu lądowym.
Żródło info i foto: se.pl