Reda: 5-letni chłopiec o 5 rano sam szedł ulicą do babci. Policjanci ustalili gdzie mieszka chłopiec

Wczoraj nad ranem policjanci otrzymali zgłoszenie od świadka, który poinformował o pięcioletnim chłopcu, który sam szedł ulicą Derdowskiego w Redzie. Funkcjonariusze natychmiast udali się na miejsce, potwierdzając zgłoszenie. Chłopiec powiedział policjantom jedynie swoje imię i nie mówił gdzie mieszka, dodał, że idzie do babci. Policjanci w krótkim czasie ustalili gdzie mieszka. Matka chłopca nie wiedziała, że syn wyszedł w nocy z domu.

Wczoraj (12.08.2020 r.) przed godziną 5:00 nad ranem policjanci z Redy otrzymali zgłoszenie, z którego wynikało, że pięcioletni chłopiec samodzielnie wędruje ulicą Derdowskiego. Na miejsce został natychmiast skierowany policyjny patrol. Funkcjonariusze po przyjeździe na miejsce potwierdzili zgłoszenie i ustalili imię chłopca, jednak innych informacji pięciolatek im nie podawał. Na pytania mundurowych, gdzie się wybiera, podał, że idzie do babci. Chłopiec miał przy sobie klucze, które jak się później okazało były od domu chłopca, a drugi komplet kluczy był do samochodu. Maluch wskazał mundurowym, na jakiej ulicy mieszka babcia, jednak nie był w stanie podać dokładniejszej lokalizacji domu.

Policjanci zabrali chłopca na tę ulicę i tam ustalili, gdzie mieszkają jego dziadkowie. Niestety jak ustalili policjanci, nikogo nie było w domu, ponieważ wyjechali. Funkcjonariusze wspólnie z Wydziałem Kryminalnym z Komendy Powiatowej Policji w Wejherowie ustalili tożsamość chłopca i miejsce zamieszkania. Kiedy dotarli z dzieckiem do jego domu, drzwi do mieszkania były zamknięte na klucz, a matka pięciolatka spała i nie miała pojęcia, że syn wyszedł z domu. Była trzeźwa.

Na szczęście dziecku nic się nie stało. Teraz wobec matki dziecka zostanie skierowany wniosek do sądu, ponieważ dopuściła do przebywania małoletniego poniżej lat 7 na drodze publicznej.
Źródło info i foto: Policja.pl

Irlandia Północna: Aresztowano 27-latka podejrzanego o zabójstwo dziennikarki

W miejscowości Londonderry w Irlandii Północnej został aresztowany 27-latek. Zatrzymanie mężczyzny ma związek z zabójstwem dziennikarki Lyry McKee – poinformowała północnoirlandzka policja. Mężczyzna został przewieziony do Belfastu, gdzie jest przesłuchiwany. Przeprowadzono również przeszukanie domu w Londonderry.

29-letnia McKee zginęła 18 kwietnia 2019 roku w trakcie zamieszek, które wybuchły w Londonderry, w zamieszkanej przez republikanów, czyli zwolenników zjednoczenia Irlandii, dzielnicy Creggan, gdy pojawiła się w niej policja, aby przeszukać jeden z domów. W momencie, gdy padł strzał, pochodząca z Belfastu McKee stała w pobliżu jednego z policyjnych samochodów.

Kilka dni później odpowiedzialność za jej śmierć wzięła na siebie Nowa Irlandzka Armia Republikańska, jedno z ugrupowań sprzeciwiających się procesowi pokojowemu w Irlandii Północnej. Nowa IRA przeprosiła za śmierć McKee, wyjaśniając, że została ona postrzelona przypadkowo, gdyż celem bojowników byli policjanci.

Zabójstwo McKee spotkało się z powszechnym potępieniem zarówno ze strony polityków republikańskich, jak i unionistycznych, a w jej pogrzebie uczestniczyli ówczesna premier Wielkiej Brytanii Theresa May i ówczesny premier Irlandii Leo Varadkar.

W lutym w związku z tą sprawą aresztowano czterech mężczyzn, zaś jeden z nich, 52-letni Paul McIntyre z Londonderry, został oskarżony o morderstwo. Nie przyznaje się on do winy.

W czerwcu policja znalazła broń, z której śmiertelnie postrzelona została McKee. Jak oświadczyła później policja, okazało się to kamieniem milowym dla prowadzonego śledztwa.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Trzymał w domu pumę. Kamil S. nie chciał jej oddać. Trwa policyjna obława

Weteran wojenny Kamil S. od kilku lat przetrzymywał w domu pumę jako zwierzę domowe. Gdy po decyzji sądu pracownicy zoo przybyli, żeby ją odebrać, mężczyzna zaczął wymachiwać nożem, po czym zagroził, że popełni samobójstwo. Teraz poszukuje go policja. Groźne zwierzę jest na wolności.

Wydarzenia rozpoczęły się w piątek po południu. Do domu Kamila S., byłego żołnierza przybyli pracownicy poznańskiego zoo. Mieli za zadanie odebrać mu nielegalnie posiadaną pumę. Niebezpieczne zwierzę kupił sześć lat temu. Jako osoba prywatna nie miał prawa do jej posiadania.

„Mieli nakaz sądowy zabrania drapieżnika. Decyzją sądu puma powinna mieszkać w zoo, a nie w prywatnym domu” – mówi Magdalena Wiśniewska z zespołu prasowego śląskiej policji w rozmowie z „Faktem”.

Sąd uznał, że puma musi trafić do zoo. Mężczyzna wielokrotnie był już upominany za stwarzanie zagrożenia. Pokazywał się na spacerach ze zwierzęciem. Chwalił się także, że zwierzę nie jest w klatce, lecz żyje z domownikami i bawi się z dzieckiem.

„To moje dziecko! Nie oddam! Po moim trupie!” – słowa mężczyzny relacjonuje „Wyborcza”.

Mężczyzna był agresywny. Nie zamierzał oddać zwierzęcia. Jak relacjonuje „Wyborcza” wypuścił pumę z klatki, po czym zaczął wymachiwać nożem. Zagroził przypadkowo spotkanemu sąsiadowi, by zaraz po tym przyłożyć sobie nóż do gardła. Groził, że się zabije. Wkrótce uciekł razem ze zwierzęciem w stronę lasu. Za chwilę wrócił już bez pumy i odjechał czerwonym cinquecento.

Wkrótce zaczęła się obława policyjna. Nad Ogrodzieńcem pojawiły się śmigłowce. Mężczyzna posiada przy sobie brań. Poszukiwane jest także zwierzę, które może stanowić zagrożenie.
Źródło info i foto: o2.pl

Pomorze: W nocy mąż zastrzelił żonę, następnie popełnił samobójstwo

Tragedia w gminie Czarne w powiecie człuchowskim na Pomorzu. W nocy mąż zastrzelił żonę, następnie popełnił samobójstwo. W tym czasie w domu było dwoje dzieci. Nic im się nie stało – dowiedział się nieoficjalnie reporter RMF FM. Do zdarzenia doszło w domu jednorodzinnym, w niewielkiej miejscowości.

Funkcjonariusze otrzymali zgłoszenie o zdarzeniu około godz. 6 rano. Mężczyzna – najprawdopodobniej z broni myśliwskiej – zastrzelił swoją żonę, a następnie popełnił samobójstwo. W momencie tragedii w domu było dwoje dzieci w wieku 10 i 16 lat. Oboje trafili pod opiekę rodziny, do której skierowano także psychologia.

Policja i prokuratura ustalają okoliczności zdarzenia. Na razie nie mówi jednak o szczegółach.
Źródło info i foto: interia.pl

49-latek chciał spalić dom wraz z rodziną. Trafił do aresztu

Fot. Stanislaw Kowalczuk/East News. Warszawa 22.03.2015. n/z: policjanci kontroluja predkosc

49-letni mieszkaniec gminy Ślesin (woj. wielkopolskie) chciał spalić dom z rodziną znajdującą się w budynku. Mężczyzna usłyszał prokuratorski zarzut usiłowania zabójstwa, do którego się nie przyznał. Decyzją sądu wobec mężczyzny zastosowano trzymiesięczny areszt.

O sprawie poinformowała konińska policja. Do zdarzenia doszło w sobotę wieczorem. Funkcjonariusze otrzymali informacje, że w jednej z miejscowości gminy Ślesin mężczyzna podpalił poddasze swojego domu, w którym była jego żona wraz z dwójką dzieci w wieku 13 i 15 lat oraz szwagierka z 8-letnim dzieckiem.

„49-latek podłożył ogień na poddaszu, a uciekając z domu powiedział swojej szwagierce, że ich spali. Na szczęście wszyscy domownicy zdążyli opuścić budynek, a strażacy ugasili pożar. Policjanci rozpoczęli poszukiwania sprawcy, który po chwili został zatrzymany i doprowadzony do policyjnego aresztu” – podała policja.49-latek usłyszał prokuratorski zarzut usiłowania zabójstwa. Nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. Decyzją sądu wobec mężczyzny zastosowano tymczasowe aresztowanie. Za zarzucane mężczyźnie przestępstwo grozi nawet dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Groził wysadzeniem domu. W swoim mieszkaniu skrywał prawdziwy arsenał

W poniedziałek wieczorem został zatrzymany 33-letni mieszkaniec gminy Bełżyce, który przyszedł do domu swojej babci z uzbrojonym granatem oraz pistoletem czarnoprochowym. Żądał od niej 20 tys. zł i groził wysadzeniem się w powietrze. Konieczna była ewakuacja bloku. Funkcjonariusze natrafili też na ukrywany przez mężczyznę arsenał broni i amunicji o czarnorynkowej wartości co najmniej 200 tys. zł.

Funkcjonariusze sprawdzili kolejne adresy na terenie gminy Bełżyce (woj. lubelskie, pow. lubelski) oraz w powiecie łęczyńskim, gdzie mężczyzna mógł przechowywać materiały wybuchowe i broń palną. Jak się okazało, w domku letniskowym na terenie gminy Ludwin policjanci natrafili na prawdziwy arsenał. Mężczyzna ukrył wszystko pod podłogą jednego z pomieszczeń. Policjanci znaleźli 35 sztuk broni długiej, w tym karabin snajperski, 10 sztuk broni krótkiej, blisko 200 sztuk istotnych elementów broni, w tym zamki, komory zamkowe i lufy.

Dodatkowo mężczyzna był w posiadaniu około siedmiu tys. sztuk amunicji różnego kalibru, 20 zapalników do granatów oraz substancji chemicznych niewiadomego pochodzenia. Czarnorynkową wartość znaleziska funkcjonariusze szacują na kwotę co najmniej 200 tys. zł. Na poczet przyszłych kar kryminalni zabezpieczyli już blisko 30 tys. zł.

Mężczyźnie grozi do 10 lat więzienia

W środek 33-latek usłyszał zarzuty związane z nielegalnym posiadaniem broni i materiałów wybuchowych, spowodowania bezpośredniego niebezpieczeństwa oraz usiłowaniem wymuszenia rozbójniczego. Śledczy wnioskować będą o tymczasowe aresztowanie na okres 3 miesięcy. Mężczyźnie grozi do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Policjanci pomogli odnaleźć dom zagubionemu 4-latkowi

Policjanci z podwrocławskich Siechnic otrzymali wezwanie dotyczące 4-latka, który samotnie, bez jakiejkolwiek opieki szedł drogą gruntową. Chłopczyk nie wiedział gdzie mieszka, płakał i był roztrzęsiony. Pokazał jednak mundurowym ścieżkę oraz kierunek, skąd przyszedł, co pozwoliło funkcjonariuszom odnaleźć jego dom i rodziców. Okazało się, że 4-latka z oczu stracił jego dziadek, który miał się nim opiekować. Ta sytuacja pokazuje, jak dużą uwagę trzeba zwracać na małe dzieci. Czasem wystarczy moment i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, aby maluch oddalił się od opiekunów.

Nie bez przyczyny o małych dzieciach mówi się „żywe srebro”. Maluchy zazwyczaj nie mogą usiedzieć w miejscu, są ciekawe świata i wystarczy tylko chwila, aby stracić je z oczu. Potwierdzeniem tych słów jest sytuacja, która przydarzyła się małemu Fabianowi z jednej z podwrocławskich miejscowości. Na czterolatka, który oddalił się od domu, uwagę zwróciła 48-letnia kobieta. Zorientowała się ona, że chłopiec jest bez opieki i o zdarzeniu natychmiast poinformowała Policję.

Już po chwili na miejscu był patrol funkcjonariuszy z Komisariatu Policji w Siechnicach. Niestety chłopczyk silnie przeżywał całą sytuację, płakał i był bardzo roztrzęsiony. Nie potrafił mundurowym powiedzieć gdzie dokładnie mieszka. Policjanci musieli najpierw chłopca uspokoić i zapewnić, że nic mu nie grozi oraz obiecać, że razem na pewno znajdą jego rodziców.

Chłopiec nie znał swojego adresu, ale pokazał policjantom kierunek, z którego przyszedł. Funkcjonariusze wybrali się zatem ze zgłaszającą oraz z małym Fabianem na spacer. Maluch prowadził ścieżką, którą przyszedł, a mundurowi po drodze rozpytywali mieszkańców, czy znają 4-latka. W końcu, po blisko kilometrowym spacerze, policjanci znaleźli dom chłopca. Na miejscu zastali jego rodziców oraz dziadka. Funkcjonariusze ustalili też okoliczności zdarzenia. Dzieckiem miał zajmować się na podwórzu jego dziadek. Maluch w pewnym momencie powiedział, że chce mu się pić i poszedł do domu – wówczas dziadek stracił go z oczu. Niestety, zamiast do domu, chłopiec poszedł ścieżką przed siebie.

Całe szczęście, że losem idącego samotnie chłopca zainteresowała się postronna kobieta, dzięki czemu mógł on szybko wrócić do domu pod opiekę rodziców. Przypadek ten pokazuje jednak, że na małe dzieci trzeba nieustannie zwracać uwagę, ponieważ wystarczy chwila, aby doszło do nieszczęścia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Władze Berlina przez 30 lat przekazywał dzieci pedofilom. Szokujące doniesienia o pewnym „eksperymencie”

Władze Berlina przez 30 lat celowo przekazywały bezdomne dzieci pod opiekę pedofilom w ramach tzw. eksperymentu Kentlera – wynika z raportu dotyczącego działalności seksuologa Helmuta Kentlera, przygotowanego przez Uniwersytet w Hildesheim.

Kentler w latach 70. świadomie kierował dzieci do opiekunów zastępczych ze skłonnościami pedofilskimi. Był przekonany, że kontakty seksualne między dziećmi i dorosłymi nie są szkodliwe. Dlatego dzieci odebrane patologicznym rodzinom lub żyjące na ulicach Berlina Zachodniego często trafiały pod opiekę samotnych rodziców zastępczych, mających już za sobą wyroki za przestępstwa seksualne.

Pedofile nie musieli szukać nowych ofiar

Pozornie wydawało się, że problemy dzieci zostały rozwiązane przez Urząd ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt) – nie mieszkały już na ulicy, nie trafiały do domów dziecka, a pedofile nie szukali nowych ofiar, ponieważ tolerowano fakt, że mogli znęcać się nad wychowankami w obrębie własnych domów – napisała gazeta „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Dodała, że Kentler przekonał do swego projektu urzędników berlińskiego Senatu. Twierdził, że opieka pedofili nad małoletnimi „umożliwia ich społeczną integrację”.

Te tzw. domy zastępcze zostały założone pod koniec lat 60. XX wieku i funkcjonowały do ok. 2003 roku. Koncepcja Kentlera, oparta na „wspólnym mieszkaniu dziecka i pedofila”, została zatwierdzona przez urzędników Senatu i, z kilkoma wyjątkami, zaakceptowana także przez okręgowe Jugendamty. Kilka lat temu dwie ofiary zgłosiły się i opowiedziały swoją historię, od tego czasu badacze z Uniwersytetu w Hildesheim przeszukiwali akta i przeprowadzili wywiady – poinformował serwis Deutsche Welle, odnosząc się do zaprezentowanego w poniedziałek raportu.

Bezkarność twórcy patologicznego „eksperymentu”

DW dodał, że Kentler był w stałym kontakcie z dziećmi i ich przybranymi ojcami. Nigdy nie został postawiony w stan oskarżenia: zanim jego ofiary się zgłosiły, przestępstwa uległy przedawnieniu. Do tej pory ofiary nie otrzymały jakiegokolwiek odszkodowania.

Berlińska senator ds. młodzieży i dzieci Sandra Scheeres (SPD) nazwała odkrycia autorów raportu „szokującymi i przerażającymi”.

Liczba sprawców i ofiar nie została do dziś określona. Wiadomo, że jednym ze sprawców był Fritz H. Pod jego opieką w ciągu kilkunastu lat znajdowało się co najmniej dziesięcioro dzieci, w tym jedno z wieloma niepełnosprawnościami, które zmarło, przebywając pod jego pieczą. Trzy z jego ofiar złożyły później zeznania.

„FAZ”: Pedofile pod ochroną Berlina

Jak napisała „FAZ”, wcześniej przez lata urzędy do spraw młodzieży ignorowały sygnały o zagrożeniach, a ich pracownikom nawet zdarzało się bronić pedofila opiekującego się dziećmi. Także urzędy okręgowe nie reagowały na listy od ofiar, które zgłaszały przypadki nadużyć oraz pornografii dziecięcej.

Działalność Kentlera, który pracował także jako psycholog policyjny w berlińskim Senacie, nie byłaby możliwa bez współpracy władz Berlina, urzędów ds. młodzieży, ale także instytucji edukacyjnych i naukowych – wskazuje „FAZ”.
Źródło info i foto: TVP.info

18 policjantów pilnuje okolicy domu prezesa PiS

24.04.2020 Warszawa Zoliborz Ulica Mickiewicza 49 Dom Jaroslawa Kaczynskiego fot. Adam Burakowski/REPORTER

Okolicy, w której znajduje się dom Jarosława Kaczyńskiego, pilnuje czterech policjantów mundurowych, a także dwóch „tajniaków”. Policjanci zmieniają się co osiem godzin. Oznacza to, że w ciągu doby 18 funkcjonariuszy pilnuje okolicy, w której mieszka prezes PiS — udało się ustalić TVN24.

Jak ustalili dziennikarze TVN24, obowiązki jednej z kompanii warszawskiego oddziału prewencji są określone w dokumencie z rozkazem. Zapisane tam jest, że służbę przy Pałacu Prezydenckim pełni czterech funkcjonariuszy, dwóch policjantów wyznaczono do ochrony ambasady rosyjskiej, natomiast kolejnych czterech pracuje w KRP V. Według serwisu to oznaczenie należy do komendy rejonowej dla Żoliborza. Konkretnie chodzi o ulice Mickiewicza, gdzie znajduje się dom Jarosława Kaczyńskiego.

18 policjantów pilnuje okolicy domu Jarosława Kaczyńskiego.

Stacja poinformowała, że okolicy domu prezesa PiS bez przerwy pilnuje sześciu policjantów. Czterech z nich jest umundurowanych, natomiast dwóch po cywilu — czuwają w nieoznakowanym samochodzie. Funkcjonariusze mają się zmieniać trzy razy w ciągu doby — po godzinie 7:00, 15:00 i 23:00. Łącznie w ciągu jednej dobry zaangażowanych jest 18 policjantów.

Według informacji TVN 24, policjanci, którzy sprawują służbę w okolicy domu Jarosława Kaczyńskiego, w praktyce mają zakaz oddalania się od jego posesji. Jednak jednocześnie nie mogą stać przy samej willi, aby nie zauważono ich z okien domu polityka. Dziennikarze stacji dotarli także do informacji, że policjanci dostali dyspozycję, aby reagować, gdy zauważą kogoś w pobliżu posiadłości Jarosława Kaczyńskiego.

„Obserwowaliśmy, jak to wygląda, jak na dłoni widać, że policja ma dyspozycje i pilnuje domu, ma zakaz opuszczania okolicy” – powiedział na antenie TVN24 Grzegorz Łakomski, jeden z autorów reportażu.

Stanowisko policji

Autorzy reportażu o oficjalnie stanowisko zwrócili się do policji. Sylwester Marczak, rzecznik KSP odpowiedział, że działania policji „nie mają nic wspólnego z pilnowaniem jakiejkolwiek posesji czy też osoby”. Natomiast niedawno tygodnik „Polityka” dotarł do informacji, że partia PiS wynajmuje prywatną ochronę dla prezesa Kaczyńskiego. W zeszłym roku miała ona kosztować półtora miliona złotych.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Izraelski sąd skazał żydowskiego ekstremistę, który zabił trzy osoby podpalając dom

Izraelski sąd uznał w poniedziałek za winnego morderstwa żydowskiego ekstremistę, który podpalił arabski dom, zabijając znajdujących się w nim rodziców z 18-miesięcznym dzieckiem. Był to atak terrorystyczny, atak na tle rasowym – uznała sędzia, cytowana przez portal Ynet.

Sąd orzekł, że 21-letni wówczas żydowski osadnik Amiram Ben Uliel rzucił koktajl Mołotowa na dom państwa Dawabsze w Dumie na Zachodnim Brzegu w lipcu 2015 r. Pożar, który wybuchł, zabił na miejscu półtorarocznego Alego, jego matka Riham i ojciec Saad zmarli później z powodu odniesionych ran. Czteroletni brat Ahmad przeżył mimo ciężkich obrażeń. Podczas dochodzenia oskarżony przyznał się do przeprowadzenia ataku, dostarczył nieznanych szczegółów, a nawet zrekonstruował to, co wydarzyło się tamtej nocy – powiedziała przewodnicząca składu sędziowskiego Rut Lorch.

Sędzia przyznała, że była to motywowana rasowo zemsta za zamordowanie Izraelczyka Malachiego Rozenfelda miesiąc wcześniej. Sąd orzekł, że był to atak terrorystyczny, w ten sposób wysyłając przesłanie, że terroryzm jest terroryzmem, niezależnie od tożsamości sprawców” – oświadczyła Lorch.

W czasie kiedy doszło do zabójstwa w Dumie, przez Izrael przetaczała się fala podobnych ataków ze strony żydowskich ekstremistów, uważających się za samozwańczych stróży prawa. Tzw. sprawa Dawabsze wywołała jednak prawdziwy wstrząs i z jednej strony, jak zauważa Associated Press, pomogła podsycać miesiące izraelsko-palestyńskiej przemocy, z drugiej jednak zwróciła uwagę szerokiej opinii publicznej na problem żydowskiego terroryzmu.

Atak został potępiony przez całą klasę polityczną w kraju, niezależnie od barw partyjnych. Ówczesny premier Benjamin Netanjahu zobowiązał się do „zerowej tolerancji” w walce o postawienie winnych przed wymiarem sprawiedliwości. Śledczy umieścili kilku podejrzanych w tzw. areszcie administracyjnym, który jest środkiem zwykle zarezerwowanym dla domniemanych palestyńskich bojowników, co pozwala władzom przetrzymywać podejrzanych przez wiele miesięcy bez zarzutów.

Podczas gdy trwało śledztwo w sprawie Dawabsze, co podkreśla AP, Palestyńczycy skarżyli się na podwójne standardy. To przez nie podejrzani bojownicy palestyńscy są ścigani w ramach wojskowego systemu prawnego panującego na Zachodnim Brzegu, podczas gdy żydowscy osadnicy są chronieni przez prawo karne Izraela, mimo że ich przestępstwa są popełniane również na Zachodnim Brzegu. Ben Uliel został uznany za winnego potrójnego morderstwa, usiłowania zabójstwa oraz podpalenia. Wymiar kary zostanie orzeczony 9 czerwca, grozi mu dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl