Nowe fakty w sprawie poszukiwanej szefowej gangu

Nowe fakty w sprawie głośnych poszukiwań Magdaleny Kralki z Krakowa. Jej adwokat złożył drugi wniosek o wydanie tzw. listu żelaznego, który zapewniłby kobiecie wolność do czasu prawomocnego zakończenia postępowania. Według Darii Pichórz z biura prasowego Sądu Okręgowego w Krakowie, kobieta miała stać na czele zorganizowanego gangu, którego członkowie mieli zajmować się sprowadzaniem narkotyków z Hiszpanii do województwa pomorskiego i małopolskiego.

Tymczasem do krakowskiego sądu trafił drugi już wniosek o wydanie listu żelaznego dla poszukiwanej Magdaleny Kralki.

– To już drugi wniosek. Pierwszy złożyłem w grudniu ubiegłego roku. Wówczas nie został uwzględniony z powołaniem się przede wszystkim na to, że jest zagrożenie dla prawidłowego toku postępowania – przekazał Gazecie Krakowskiej mecenas Maciej Burda, który reprezentuje poszukiwaną.

Magdalena Kralka ma się ukrywać poza Europą, ale jak przyznaje krakowska policja – jej zatrzymanie to kwestia czasu.

30-letnia Magdalena Kralka jest poszukiwana na podstawie listu gończego wydanego przez Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie oraz na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania i czerwonej noty Interpolu.

Kralka podejrzewana jest o kierowanie gangiem kiboli Cracovii.
Źródło info i foto: se.pl

Zabójstwo 26-letniej Ukrainki. Nowe fakty

To się musiało źle skończyć. Ona – ukraińska piękność, za którą mężczyźni wodzili oczami i on – niepozorny blondyn o zaciętym wyrazie twarzy, w dodatku zazdrosny i porywczy. Wprost oszalał na jej punkcie. I nie pogodził się z tym, że powiedziała mu: żegnaj. Najpierw nękał ją w internecie, a gdy sąd ukarał go za to grzywną – zdobył broń, przystawił jej lufę do głowy i pociągnął za spust.

Ona to Kristina V., 26-letnia Ukrainka osiadła w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie znalazła pracę w pralni chemicznej przy ul. Owczej. On to Paweł R., równolatek Kristiny, miejscowy taksówkarz, ale taki z doskoku. I właśnie w taksówce zetknął ich los.

Szybko ze sobą zamieszkali, ale jeszcze szybciej ona kazała mu się wynosić. Powód? Chorobliwa zazdrość. Bo Paweł R. wprost nie mógł znieść, że jego wybranka tak bardzo podoba się mężczyznom. Zamiast być dumnym, że wybrała jego, urządzał jej sceny. Skutek? Wystawiła mu za drzwi manatki. Naiwna, sadziła, że to finał toksycznej miłości, ale to był dopiero początek, bo Paweł R. postanowił się na niej odegrać.

– Nękał ją w internecie, niepokoił, znęcał się psychicznie, aż 7 czerwca dziewczyna zawiadomiła policję – mówi nadkomisarz Marcin Maludy, rzecznik lubuskiej policji. Szybkie śledztwo skończyło się skierowaniem sprawy do sądu, a ten nie miał wątpliwości, że Paweł R. dopuścił się zarzucanych mu czynów i przysolił mu 500 zł grzywny. Stało się to 2 września. W tym momencie Kristina miała przed sobą już tylko dziewięć dni życia, bo wyrok rozjuszył jej prześladowcę.

– Jeszcze nie wiemy, jak zdobył broń, ale wszystko wskazuje na to, że zrealizował drobiazgowo obmyślany plan – dodaje Maludy.

W środę 11 września około 13:00 Paweł R. wszedł do pralni, w której pracowała Kristina. Świetnie znał rozkład pomieszczeń, więc wiedział, gdzie ją znajdzie. Podszedł, przystawił jej lufę do głowy i pociągnął za spust. Potem wskoczył do auta i ruszył w stronę niemieckiej granicy. Czyżby łudził się, że ujdzie pościgowi i zamelinuje się gdzieś na Zachodzie?

Cokolwiek myślał, jego ucieczka zakończyła się po 130 kilometrach tragedią na autostradzie pod Berlinem. Dopadli go tam niemieccy policjanci, zawiadomieni przez polskie służby. A ponieważ wyciągnął broń – nafaszerowali go ołowiem.
Źródło info i foto: se.pl

Wybuch gazu w Zielonej Górze. Matka i córka z zarzutami

Jak dowiedziała się Wirtualna Polska, kobiety, które były poszukiwane w związku z wybuchem gazu w mieszkaniu przy ul. Wyszyńskiego 25 w Zielonej Górze, usłyszały zarzuty. Grozi im nawet 10 lat więzienia. Na jaw wychodzą nowe fakty. Do wybuchu gazu i pożaru doszło 3 lipca w bloku przy ulicy Wyszyńskiego w Zielonej Górze. Siła wybuchu była tak duża, że szyby wypadły z okien. Zarwała się winda, a szyb drugiej został uszkodzony. Na szczęście, nikt nie zginął. Trzy osoby, z atakiem paniki, zawałem serca i zatruciem dymem, zostały przewiezione do szpitala.

Do wybuchu doszło na drugim piętrze bloku. Mieszkanie jest całkowicie zniszczone. Mieszkały tam dwie kobiety – matka i córka – Danuta i Monika P. Kobiety zniknęły przed wybuchem.

Kobiety zostały odnalezione w piątek w okolicy zielonogórskiej dzielnicy Jędrzychów. Ukrywały się w prowizorycznym szałasie w lesie za ogródkami działkowymi.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe informacje dotyczące strzelaniny w Virginia Beach

Co najmniej 12 osób zastrzelił napastnik w urzędzie miejskim w Virginia Beach w stanie Wirginia, na wschodnim wybrzeżu USA – poinformowała miejscowa policja. Funkcjonariusze zabili sprawcę ataku. W strzelaninie ranne zostały cztery osoby. Jak powiedział szef policji w Virginia Beach Jim Cervera, w piątek około godziny 16 czasu lokalnego napastnik wszedł do budynku urzędu miejskiego i otworzył ogień do znajdujących się tam ludzi. Gdy na miejsce przybyła policja, zaczął strzelać także do funkcjonariuszy. Trafił jednego z policjantów, ale ten przeżył dzięki kamizelce kuloodpornej.

Napastnik zginął podczas wymiany ognia z policją. Lokalna stacja WAVY podała, że sprawca masakry to długoletni pracownik miejski, który – zdaniem stacji – w czwartek dostał wypowiedzenie. Jim Cervera poinformował natomiast, że mężczyzna nadal był zatrudniony w urzędzie miejskim, choć dodał, że był on „niezadowolony”. Policjant nie chciał jednak powiedzieć, co był przyczyną ataku.

„To tragiczny dzień dla Virginia Beach”

– To straszne zdarzenie. Brakuje mi słów, by opisać to, co się stało – stwierdził szef policji w Virginia Beach. – W tej chwili rzeczywiście mamy więcej pytań niż odpowiedzi – przyznał Cervera.

W śledztwie miejscowej policji pomaga FBI.

Jedna z pracownic miejskich, która w czasie strzelaniny była w budynku urzędu, powiedziała stacji WAVY, że gdy usłyszała krzyki i strzały, to zadzwoniła na policję. – Zabarykadowaliśmy się w biurze. Mieliśmy tylko nadzieję, że zaraz to wszystko się skończy – stwierdziła kobieta. „Prezydent Donald Trump został poinformowany o strzelaninie w Virginia Beach i cały czas śledzi sytuację w tym mieście” – zakomunikował Biały Dom. „To tragiczny dzień dla Virginia Beach i całego stanu” – napisał na Twitterze gubernator stanu Wirginia Ralph Northam, reprezentujący Partię Demokratyczną.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Nowe informacje w sprawie brutalnego zabójstwa Polaka w Meksyku

Krzysztof Chmielewski został zamordowany pod koniec kwietnia 2018 r. Jego siostra Izabela Schmidke chciała dowiedzieć się więcej o przyczynach tej tragedii, więc razem z dziennikarzami Superwizjera udała się do Meksyku. Na miejscu wyszło na jaw wiele faktów.

Krzysztof Chmielewski zginął w Meksyku w połowie kwietnia 2018 r. Podróżował z Kanady do Argentyny. Początkowo przekonywano, że uległ on wypadkowi drogowemu koło miasta Ocosingo. Miał spaść z urwiska, ale nie było żadnych połamanych kości ani obrażeń wewnętrznych. Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że został zamordowany. Sprawa 37-latka wypłynęła przy okazji odnalezienia ciała Niemca Holgera Franza Hagenbuscha, który przez chwilę podróżował z Polakiem.

Makabryczny stan zwłok Krzysztofa Chmielewskiego

Zwłoki Polaka były w makabrycznym stanie. Były pozbawione głowy i stopy. Ustalono, że podrzucono je do wąwozu. Rodzina od początku miała problemy ze sprowadzeniem ciała Chmielewskiego do Polski. Siostra 37-latka Izabela Schmidke przekonywała, że nie ma pieniędzy na wyprawę na miejsce tragedii. Dodatkowo nie otrzymała wystarczającej pomocy ze strony polskich władz w Meksyku.

Sprawę opisywała nie tylko polskie, ale także światowe media. Kiedy zrobiło się o niej głośno doszło do zmiany prokuratora zajmującego się śmiercią Polaka. Siostra Chmielewskiego podejrzewała, że władze chciały coś ukryć. 37-latek został pochowany bez jej zgody.
Źródło info i foto: wp.pl

Ksiądz nagrywał nagie dzieci w centrach handlowych

Ksiądz Łukasz P. nagrywał nagie dzieci w centrach handlowych – informuje Wirtualna Polska. Duchowy używał kamer szpiegowskich ukrytych w czubku buta. Sprawą zajmuje się prokuratura. 30-letni duchowny w sierpniu ubiegłego roku wypoczywał w towarzystwie czterech innych księży w chorwackim kurorcie. W jednej z galerii handlowych w Splicie został złapany, gdy telefonem nagrywał rozbierającą się dziewczynkę. Po jego zatrzymaniu na jaw wyszły wstrząsające fakty.

Ksiądz Łukasz P. przechowywał na laptopie i telefonie komórkowym filmy z damskich przymierzalni i toalet. Nagrania pochodzą z galerii handlowej w Zamościu. Prokuratura przedstawiła duchownemu zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich.

– Swoje zachowanie tłumaczył stresującą pracą. W ten sposób miał ją odreagowywać – mówi prok. Grzegorz Kryk z Prokuratury Okręgowej w Zamościu.

Z dotychczasowych ustaleń prokuratorów wynika, że jedna z kilku kamer szpiegowskich była zamontowana w czubku buta duchownego. Pozostałe były ukryte w damskich toaletach i pod prysznicem. – Wszystkie poszkodowane to osoby małoletnie, dzieci – podkreślają w rozmowie z ”WP” śledczy.

Duchownemu grozi kara 5 lat pozbawienia wolności. Diecezja zamojsko-lubaczowska zdecydowała, że 30-letni ksiądz zostanie odsunięty od posługi duszpasterskiej oraz od pracy katechetycznej i wszelkiego kontaktu z dziećmi i młodzieżą.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe fakty w sprawie brutalnego ataku na Polki w Londynie

Mężczyzna, który w niedzielę w Londynie zaatakował młotkiem dwie Polki, został formalnie oskarżony o próbę morderstwa. Obie kobiety, 64-letnia matka i 30-letnia córka, znajdują się w stanie ciężkim w szpitalu. Mają dotkliwe rany głowy. Kilka godzin po ataku policja aresztowała młodego mężczyznę. Joe Xuereb ma 27 lat. Mieszkał w pobliżu jednej z zaatakowanych kobiet – Anny G., do której z Polski w odwiedziny przyjechała matka.

Kobiety nie znały swego napastnika. Wszystko wskazuje na to, że był to atak przypadkowy. Według rodziny oskarżonego mężczyzna cierpi na problemy psychiczne. W przeszłości nadużywał marihuany, a 8 lat temu został ubezwłasnowolniony i osadzony w szpitalu. Powinien codziennie zażywać lekarstwa.

Według świadków zdarzenia, mężczyzna uderzał młotkiem w głowy kobiet, po czym spokojnie odjechał z miejsca napaści na rowerze. Został zidentyfikowany w okolicy przez sąsiadkę Polek, która powiadomiła policję. Po aresztowaniu, został przesłuchany. Nie wiadomo, jakimi kierował się motywami. Niewykluczone, że był to atak szaleńca.

Mężczyzna pojawi się dziś w sądzie. Prawdopodobnie tylko po to, by potwierdzić swoją tożsamość. Odczytany zostanie mu formalny akt oskarżenia. 30-letnia Anna G. przeszła wielogodzinną operację czaszki. Pracuje w City, finansowej dzielnicy Londynu. W Eltham, gdzie doszło do ataku, mieszka od dwóch lat.

„Jest kochana, nikt nie miał powodów, by ją skrzywdzić” – powiedziała „The Sun” siostra i córka zaatakowanych kobiet.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowe fakty ws. śmierci radnego Pawła Chruszcza

Wciąż trwa wyjaśnianie zagadkowej śmierci Pawła Chruszcza, radnego z Głogowa, prywatnie brata posła koła Wolni i Solidarni Sylwestra Chruszcza.

Do tragedii doszło na przełomie maja i czerwca. Paweł Chruszcz, radny Głogowa, zaangażowany w wiele ważnych dla lokalnej społeczności spraw, został znaleziony martwy w lesie. Rodzina wyklucza samobójstwo twierdząc, iż mężczyzna „nie miał charakteru, żeby targnąć się na siebie.”. Śledztwo zostało objęte nadzorem Prokuratury Krajowej.

Wiadomo, że przed śmiercią Paweł Chruszcz zainteresował się sprawą nieprawidłowości dot. lokalnego przedszkola. Miał się spotkać w Warszawie z Maciejem Wąsikiem, byłym szefem CBA, obecnie sekretarzem stanu w KPRM. Do spotkania jednak nie doszło. Brat posła Chruszcza został znaleziony martwy w lesie. 42-latek zginął poprzez uduszenie, które było następstwem powieszenia.

Tymczasem media docierają do nowych faktów w sprawie. Z informacji portalu FAKT24 wynika, że radny przed śmiercią szukał w internecie informacji o upadłości konsumenckiej. Śledczy dowiedzieli się o tym m.in. sprawdzając dokładnie zawartość telefonu Chruszcza. – Szukał informacji o upadłości konsumenckiej w wyszukiwarce internetowej w telefonie – mówi portalowi osoba znająca kulisy śledztwa. FAKT24 twierdzi, że Paweł Chruszcz borykał się z konieczności zapłaty 50 tysięcy złotych za pomówienie i poniesienia kosztów publikacji przeprosin. Miało to prawdopodobnie związek z zarzutami, które radny stawiał publicznie lokalnym politykom i biznesmenom.

Radny oskarżał kombinat KGHM o fałszowanie danych o emisji szkodliwego arsenu. Natomiast pod adresem władz Głogowa formułował zarzuty związane ze sprzedażą przedszkola.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Prokuratura naciąga fakty w sprawie wypadku Beaty Szydło?

Aby wybielić rządową ochronę, prokuratura naciągnęła fakty o wypadku premier w Oświęcimiu.

Na podwójnej ciągłej, przekraczając dopuszczalną prędkość i bez sygnałów dźwiękowych – tak rządowa kolumna wioząca premier Beatę Szydło poruszała się po Oświęcimiu 10 lutego 2017 r. tuż przed wypadkiem. To ustalenia śledztwa, jakie przez ponad rok toczyło się w Prokuraturze Okręgowej w Krakowie. Sprzeczne wnioski, jakie na bazie zebranych materiałów wysnuła prokuratura, by przypisać winę Sebastianowi K., szokują.

ANI SŁOWA O DŹWIĘKACH

Prokuratura uznała, że kierujący seicento Sebastian K. nie zachował należytej ostrożności, skręcając w lewo na skrzyżowaniu w Oświęcimiu, czym nieumyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym, i doprowadził do wypadku. Śledczy chcieli, by K. przyznał się do winy bez procesu – w kwietniu skierowali wniosek o warunkowe umorzenie sprawy przeciwko K. Ten jednak odmówił, bo nie poczuwa się do winy.

Zebrane w śledztwie materiały, jakie poznała „Rzeczpospolita”, pokazują jednak, że prokuratura mocno nagięła fakty, by wybronić z zarzutów rządową ochronę pani premier – wnioski, które postawiła, wzajemnie się wykluczają.

Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, wersja funkcjonariuszy BOR, którzy zgodnie twierdzili, że mieli włączone sygnały świetlne i dźwiękowe, nie została potwierdzona w postępowaniu – tak wynika m.in. z wniosku o warunkowe umorzenie sprawy. Co w nim jest?

Na rządową kolumnę, która wymijała seicento składały się trzy auta. Pierwsze jechało bmw, drugie audi wiozące premier Szydło, a trzeci – VW Multivan.

Śledczy ustalili, że Sebastian K. na skrzyżowaniu zatrzymał się i przepuścił bmw.

Prok. Rafał Babiński napisał we wniosku, że K. „świadomie zrezygnował z przysługującego mu pierwszeństwa przejazdu”, przepuszczając bmw. Co istotne, prokurator nazwał bmw „pojazdem emitującym sygnały świetlne uprzywilejowania” – słowem nie wspomina o sygnałach dźwiękowych.

Główny zarzut wobec Sebastiana K. sprowadza się do tego, iż nie ustalił, czy „pojazd emitujący sygnały świetlne uprzywilejowania (czyli bmw – red.) jest jeden, czy też? jadą? za nim inne pojazdy”. Kontynuował jazdę, nie upewniając się, że droga jest wolna, i „nie ustąpił pierwszeństwa przejazdu kierującemu audi”.

Tu pojawia się kolejna sprzeczność. Prokuratura we wniosku nazywa audi (inaczej niż bmw) po prostu „pojazdem”.

Dlaczego? Bo – jak się okazuje – audi wiozące premier, wymijając seicento, nie miało „koguta” ani dźwięków – w lusterku Sebastiana K. wyglądało więc jak zwykły, cywilny samochód. Można to zobaczyć na filmiku z prywatnego monitoringu, jaki zaraz po zdarzeniu opublikowała TVN 24. Światła błyskają tylko w pierwszym pojeździe z kolumny (bmw) i ostatnim (czyli VW Multivan).

Materiał nie nagrał dźwięków, ale 11 funkcjonariuszy BOR, zeznając w prokuraturze, miało zapewniać, że sygnały dźwiękowe były włączone.

Prawo o ruchu drogowym mówi wyraźnie, że pojazd uprzywilejowany to taki, który wysyła sygnały świetlne „w postaci niebieskich świateł błyskowych i jednocześnie sygnały dźwiękowe o zmiennym tonie”. Zgodnie z przepisami audi nie musiało mieć koguta – ale tylko w sytuacji, gdy było w kolumnie pojazdów uprzywilejowanych.

Ale jak wiemy z tego telewizyjnego nagrania, odstęp pojazdów w kolumnie był za duży – to oraz brak koguta na dachu audi mogło zmylić kierowcę seicento.

Wygląda na to, że materiały śledztwa nie dały prokuratorowi Babińskiemu podstaw do wysnuwania tezy, że kolumna miała włączone sygnały dźwiękowe. A skoro ich nie miała, to nie była kolumną uprzywilejowaną i pierwszeństwo przejazdu miał Sebastian K.

Prokuratura, choć nie dała wiary BOR-owikom, nie wyjaśniła sprzeczności i oskarżyła Sebastiana K. mimo wzajemnie wykluczających się dowodów. Uznała, że rządowa kolumna spełniała wymogi uprzywilejowania na drodze, choć nie miała „dźwięków” (we wniosku o warunkowe umorzenie słowem o nich nie wspomina). Nie oskarżyła funkcjonariuszy o składanie fałszywych zeznań, a wątpliwości rozmyła.

NA PODWÓJNEJ CIĄGŁEJ

O tym, że kolumna nie była uprzywilejowana, w opinii prokuratury świadczy też inny fakt, przywołany w materiałach śledztwa.

2 lutego 2018 r. prokurator wyłączył z głównej sprawy obszerne materiały dotyczące ujawnionych „ewentualnych wykroczeń” kierowców pojazdów rządowych – audi, bmw i VW tuż przed wypadkiem. Takich jak: przejechanie podwójnej linii ciągłej (wykroczenie z art. 92 § 1 kodeksu wykroczeń), niedostosowanie się do ograniczenia prędkości (prawo o ruchu drogowym) i spowodowanie na drodze publicznej zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym (art. 86 § 1 kodeksu wykroczeń).

Co to oznacza? Że prokurator nie uznał kolumny BOR za uprzywilejowaną w ruchu, bo tylko takiej wolno złamać wszystkie te przepisy (przy zachowaniu szczególnej ostrożności).

Jak wiemy, trójka prokuratorów, która od początku prowadziła śledztwo (na finale postępowanie zostało im odebrane po konflikcie z przełożonym), nie zgadzała się, by całą winą za wypadek obciążyć Sebastiana K. – chcieli też uznać, że do kraksy przyczynił się kierowca rządowego audi. Ponadto, śledczy chcieli dogłębnie zbadać wiarygodność funkcjonariuszy BOR, którzy zgodnie zeznali, iż kolumna miała włączone sygnały dźwiękowe – przeczą temu nie tylko relacje bezstronnych świadków. Dziś już wiemy, że BOR-owikom nie uwierzyła również sama prokuratura.

– W świetle tych materiałów oskarżenie kierowcy seicento nie ma prawa utrzymać się w sądzie – ocenia wysokiej rangi prokurator specjalizujący się w katastrofach drogowych.

Nie dziwi decyzja trójki prokuratorów, którzy w finale wyłączyli się ze śledztwa i nie podpisali postanowienia o warunkowym umorzeniu.

Szef prokuratury Rafał Babiński wziął osobistą odpowiedzialność za oskarżenie, które jest pełne luk i sprzeczności. Zapewne wszystkie bezlitośnie wypunktuje obrońca Sebastiana K.?
Źródło info i foto: rp.pl

Tomasz Komenda był wrabiany w jeszcze jeden gwałt

Szokujące nowe fakty w sprawie zaniedbań i nieudolności śledczych zajmujących się zbieraniem dowodów na Tomasza Komendę (42 l.). Nie dość, że niewinnego mężczyznę wrobiono w mord na 15-letniej Małgosi, to próbowano mu też przypisać kolejny potworny czyn: brutalny gwałt na 39-letniej Bożenie H.! Tomasz Komenda z Wrocławia odzyskał w marcu wolność po 18-latach gehenny w więzieniu.

Okazało się, że zbrodni na nastoletniej Małgosi w 1996 roku dokonał ktoś inny. Fakt opisywał już, jak nieprofesjonalnie podeszli śledczy do zbierania dowodów w tej sprawie. Wystarczy przypomnieć, że uwierzyli słowom prostytutki, która – jak się okazało – kłamała jak z nut, wrabiając niewinnego człowieka! Tomasz Komenda miał stać się też kozłem ofiarnym w kolejnej sprawie, której nie mogli rozwikłać policjanci.

Chodzi o dwukrotny gwałt na kobiecie w nocy z 10 na 11 sierpnia 1996 roku w Jelczu-Laskowicach. Jeden z oprawców już kilka miesięcy później trafił na ławę oskarżonych. Choć policja miała ślady DNA i rysopis drugiego sprawcy od pierwszych dni śledztwa, to poszukiwania stanęły w miejscu. I wtedy śledczy uznali, że tym drugim gwałcicielem może być właśnie Tomasz Komenda.

Szokuje to, że sama zgwałcona kobieta kategorycznie zaprzeczyła, że rozpoznaje w nim swojego kata! W maju 2002 roku prokurator Renata Procyk-Jonczyk (53 l.) – ta sama, która początkowo wyjaśniała też sprawę zabójstwa 15-letniej Małgosi – oskarżyła Komendę o gwałt na Bożenie H. Dwa lata później, gdy niewinny chłopak odsiadywał już wyrok za morderstwo, sąd skazał go na 4 lata więzienia za gwałt.

Z tego co ustalili nasi dziennikarze, 5 miesięcy później uchylono ten wyrok, wytykając skandaliczne pomyłki w ustalaniu prawdy. To nie spodobało się prokurator Procyk, która w apelacji nazwała niewinnego mężczyznę „seryjnym gwałcicielem”. W 2008 roku sąd okręgowy we Wrocławiu ostatecznie zakończył sprawę, uniewinniając Tomasza Komendę. Potrzebne było kolejnych 10 lat, aby okazało się, że jest też niewinny w sprawie zamordowanej 15-latki!
Źródło info i foto: Fakt.pl