Kamil Durczok nie zostanie aresztowany

Kamil Durczok nie trafi do aresztu. Tak zdecydował katowicki sąd, który rozpatrywał dzisiaj zażalenie prokuratury na wcześniejszą decyzję sądu pierwszej instancji o braku aresztu dla dziennikarza. Kamil Durczok, który usłyszał zarzuty dotyczące oszustwa i podrobienia weksla, pozostanie na wolności.

Sąd odrzucił zażalenie śledczych w sprawie aresztu dla Kamila Durczoka. Decyzja Sądu Okręgowego w Katowicach oznacza, że Durczok w toczącym się wobec niego postępowaniu będzie odpowiadał z wolnej stopy. Dziennikarz musi jednak wpłacić 200 tys. zł poręczenia, nie może też opuszczać kraju.

Przypomnijmy, że prokuratura postawiła znanemu dziennikarzowi zarzuty podrobienia weksla zabezpieczającego kredyt hipoteczny na zakup domu w Szczyrku na prawie 2,9 mln zł.

Wczoraj Kamil Durczok, który unikał komentowania tej sprawy, opublikował na Facebooku oświadczenie. Nazwał w nim posiedzenie Sądu Okręgowego w Katowicach w swojej sprawie „jednym z przełomowych momentów w życiu”.

„Dotąd milczałem. Nie komentowałem ani decyzji Sądu I instancji, ani informacji wyciekających z Prokuratury. (…) Dziękuję znajomym i nieznajomym, którzy nie stracili wiary we mnie. Dajecie mi mnóstwo siły. Tych, którzy już mnie osądzili, proszę: nie ferujcie wyroków nie znając szczegółów. Jestem zwykłym obywatelem, takim, jak Wy” – czytamy we wpisie. Durczok zapewnił też, że jego „linią obrony jest mówienie prawdy”.

O sprawie związanej z wekslem media informowały już w sierpniu tego roku. Kamil Durczok został zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze Policji w tej sprawie na początku grudnia. Katowicka prokuratura przedstawiła mu zarzuty podrobienia dokumentów umożliwiających uzyskanie kredytu za zakup domu i przedłożenia ich w banku oraz doprowadzenia banku do niekorzystnego rozporządzenia mieniem wielkiej wartości.

Jak wynika z ustaleń śledczych, kiedy Kamil Durczok przestał spłacać raty za dom, bank zwrócił się o wykup weksla do jego byłej żony. Śledztwo zostało wszczęte w sierpniu tego roku z zawiadomienia byłej żony dziennikarza oraz banku. Kobieta miała oświadczyć, że podpis został podrobiony, a jej nie było przy sporządzeniu weksla ani go nigdy nie widziała.

Prokuratura od początku domagała się aresztowania Kamila Durczoka

Prokuratura domagała się aresztowania Durczoka na trzy miesiące. Argumentowała to m.in. grożącą mu karą – nawet 25 lat pozbawienia wolności. Sąd Rejonowy Katowice-Wschód nie uwzględnił tego wniosku. Wskazał m.in., że zagrożenie wysoką karą nie jest wystarczające do przyjęcia, że aresztowanie jest konieczne. W ocenie sądu Durczok nie ma możliwości wpływania na przebieg postępowania. Przypomniał też, że nie stwierdzono, by dziennikarz próbował torpedować śledztwo i by miał ku temu jakiekolwiek możliwości.

Prokuratura Regionalna w Katowicach taką decyzję nazwała „nieracjonalną i niezrozumiałą”. Uznała, że sąd przyznał podejrzanemu „immunitet celebryty”.

– Sąd rozmija się z faktami, uznając, że w sprawie nie istnieje możliwość utrudniania przez podejrzanego śledztwa, z uwagi na zgromadzony już materiał dowodowy. W rzeczywistości w śledztwie badane są również wątki, związane z możliwością popełnienia innych fałszerstw. Prowadzone czynności procesowe obejmować będą z pewnością również przesłuchania świadków. Przekonanie sądu, że podejrzany, któremu grozi surowa kara, nie będzie wpływał na tych świadków, jest nieuzasadnione i co najmniej przedwczesne – wskazali śledczy w zażaleniu.

Prokuratorzy przypominali, że sąd nie zastosował wobec podejrzanego żadnego środka zapobiegawczego, który „mógłby w sposób prawidłowy zabezpieczyć dalszy tok śledztwa”. W opublikowanym komunikacie argumentowali, że w przypadku zagrożenia karą co najmniej ośmiu lat pozbawienia wolności, „potrzeba zastosowania tymczasowego aresztowania, w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania, jest uzasadniona”.
Źródło info i foto: onet.pl

Policja ostrzega przed fałszywymi stronami udającymi pośredników szybkich płatności

​Policja ostrzega przed fałszywymi stronami udającymi pośredników szybkich płatności. Na atak narażeni się użytkownicy bankowości internetowej i mobilnej robiący zakupy przez internet. Przestępcy podszywają się pod serwisy takie jak Dotpay, PayU czy Przelewy24. Strony wyłudzają loginy i hasła do bankowości internetowej, a także kody autoryzacyjne zatwierdzające przelewy. Osoby, które nie zachowują ostrożności, mogą stracić swoje oszczędności.

Jak zaznacza policja, takich stron jest wiele. Tylko w marcu odnotowano ponad 100 różnych witryn prowadzonych przez oszustów. Na strony możemy trafić przez linki w SMS-ach, komunikatorach internetowych lub poprzez fałszywe sklepy internetowe.

Policja zwraca uwagę, by uważać na wiadomości o konieczności zapłaty drobnych kwot, które zawierają linki do strony udającej pośrednika płatności. Przed wykonaniem przelewu najlepiej skonsultować się z operatorem, czy sklepem, który figuruje jako nadawca wiadomości, istnieje.

Należy także zwracać uwagę na link w pasku przeglądarki, czy aby na pewno pokrywa się z adresem strony naszego banku. W wypadku, gdy jest inny – powinno się powiadomić swój bank.

Trzeba także zwracać uwagę na treści SMS-ów z kodem autoryzacyjnym. Dla większego bezpieczeństwa najlepiej przejść na autoryzację za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

W wypadku, kiedy podejrzewamy, że padliśmy ofiarą oszustwa, należy zgłosić to do naszego banku, a następnie zespołowi reagowania na incydenty CETP.PL oraz najbliższej jednostce policji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Grupa kradła samochody w Hiszpanii. Fałszowali dokumenty i sprzedawali auta w komisach

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji odzyskali ponad 20 samochodów skradzionych w Hiszpanii i zatrzymali trzy osoby podejrzane o sprowadzenie aut do Polski i fałszowanie dokumentów – poinformowało CBŚP. Od kilku miesięcy policjanci CBŚP wspólnie z Prokuraturą Okręgową w Rzeszowie rozpracowywali grupę osób, która sprowadzała na Podkarpacie samochody osobowe.

Jak poinformowała w czwartek rzeczniczka CBŚP kom. Iwona Jurkiewicz, skradzione auta na terenie Polski były sprzedawane w komisach samochodowych na podstawie sfałszowanych umów kupna-sprzedaży, hiszpańskich dowodów rejestracyjnych i hiszpańskich kart badań technicznych.

Jak ustalili śledczy, skradzione auta sprzedawano często po cenach niższych od cen samochodów oferowanych na aukcjach internetowych, co miało przyciągnąć potencjalnych klientów. Jak poinformowało CBŚP, zainteresowani niejednokrotnie zaciągali na zakup aut wieloletnie kredyty.

– W ramach prowadzonych działań policjanci odzyskali i zabezpieczyli 21 samochodów, które posiadały numery VIN pojazdów aktualnie użytkowanych przez obywateli Hiszpanii, tzw. klony. Przeprowadzone badania pozwoliły na odszyfrowanie prawdziwych numerów identyfikacyjnych – podała Jurkiewicz.

Wartość samochodów oszacowano na ponad milion złotych

Wszystkie auta zostały skradzione w Hiszpanii. Dwa z nich zostały zatrzymane przez policjantów we Francji i w Niemczech. Wartość odzyskanych i zabezpieczonych samochodów oszacowano na ponad 1 mln zł. Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie przedstawiła zatrzymanym zarzuty m.in. oszustwa, paserstwa, fałszowania dokumentów i posłużenia się nimi. Podejrzanym grozi za to kara do 8 lat więzienia.

Jak informuje CBŚP, sprawa ma charakter rozwojowy. Śledczy nie wykluczają kolejnych zatrzymań.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nawet 25 lat więzienia za fałszowanie faktur VAT. Andrzej Duda podpisał nowelizację kodeksu

Do 25 lat więzienia za fałszowanie faktur VAT, których wartość przekracza 10 mln zł oraz od 3 do 15 lat więzienia w przypadku faktur o wartości wyższej niż 5 mln zł. To główne założenia nowelizacji Kodeksu Karnego, którą właśnie podpisał prezydent Andrzej Duda. Wcześniej w Sejmie za przyjęciem projektu głosowało 238 posłów, przeciw było 191 posłów, a 11 wstrzymało się od głosu.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Bruksela: Urzędnicy podrabiali paszporty dla dżihadystów

Skandal w Belgii. W brukselskim magistracie zatrzymano co najmniej dwie osoby, które fałszowały paszporty. Jak ustaliła gazeta „La Dernieure Heure” paszporty te przygotowywano z myślą o belgijskich dżihadystach, którzy walczą w Syrii. W ten sposób chciano im umożliwić powrót do domu. O wewnętrznej kontroli w magistracie, która wykazała „nieprawidłowości” w dziale paszportowym i zatrzymaniu jednego z pracowników belgijskie media informowały kilkanaście dni temu. „La Dernieure Heure” ustalił jednak, że policja zatrzymała co najmniej dwóch urzędników zamieszanych w ten proceder.

Urzędnicy traktowali to jak dochodowy biznes. Za spreparowany przez nich paszport trzeba było zapłacić od 15 do 20 tysięcy euro. Belgijscy dżihadyści, którzy pragną wrócić do kraju, nie mają jednak innego wyjścia. Muszą zapłacić, inaczej wprost z granicy trafią do więzienia.

Jak możliwe było podrabianie paszportów w magistracie? Na przykład jeden z zatrzymanych do wystawienia paszportu użył danych odsiadującego wyrok mężczyzny. Prokuratura nie chce udzielać informacji na temat tego procederu, który trwał od czerwca do listopada zeszłego roku. Według informacji dziennika przy pomocy sfałszowanych paszportów do Belgii wróciło co najmniej 7 dżihadystów. Śledztwo wciąż trwa.
Żródło info i foto: wp.pl

Fałszowali dyplomy

Policjanci zajmujący się zwalczaniem przestępczości gospodarczej z KWP w Katowicach zakończyli sprawę dotyczącą fałszerzy dokumentów. Od 2009 do 2012 roku mężczyźni sfałszowali i sprzedali blisko 100 dyplomów renomowanych uczelni w Polsce. Chętnych na zostanie magistrem szukali w internecie, zarabiając na tym blisko pół miliona złotych.

Policjanci z Wydziału do walki z Przestępczością Gospodarczą KWP w Katowicach, monitorując Internet w poszukiwaniu śladów przestępczej działalności, natrafili na osobę oferującą dyplomy wyższych uczelni. Ceny wahały się od 4 tys. za odpis do 8 tys. zł za dyplom. Chętni mogli też zapłacić 10 tys. złotych za dokument z – jak twierdził oferent – jednoczesnym wpisem o ukończeniu studiów na właściwej uczelni. Załatwienie wpisu kończyło jednak tylko na obietnicy Zainteresowani musieli podać swoje dane, przesłać zdjęcie oraz określić uczelnię, wybrany kierunek studiów i rok ich ukończenia. Tym samym otrzymywali dokument potwierdzający, że posiadają tytuł licencjata, magistra lub inżyniera wybranej przez siebie uczelni w kraju. Pieniądze za dokumenty trafiały na konta dwóch podstawionych osób, którymi dysponował jeden z fałszerzy.

Zatrzymani mieszkańcy powiatu cieszyńskiego usłyszeli zarzuty fałszerstwa, płatnej protekcji i ukrywania środków pochodzących z przestępstwa. 32-latek trafił do tymczasowego aresztu, natomiast wobec jego 39-letniego wspólnika, który pomagał w wytwarzaniu ,,lewych” dyplomów, zastosowano policyjny dozór. Fałszerzom grozi do 8 lat więzienia.
Żródło info i foto: Policja.pl

Cudzoziemcy fałszują polskie wizy

Czy to już plaga oszustw? Na podstawie fałszywych dokumentów i wyłudzonych wiz cudzoziemcy coraz częściej usiłują wjechać do Polski. W 2014 r. Straż Graniczna wykryła blisko 1,9 tys. takich przypadków – pisze „Rzeczpospolita”. Najliczniejszą grupę, która na lewych papierach próbowała się do nas dostać, stanowili Ukraińcy (1,5 tys. osób); kolejną, już mniejszą, byli Białorusini (136).

Wizy wjazdowe

Na nielegalnym rynku wzięciem cieszą się zwłaszcza polskie wizy wjazdowe – stanowiły 95 proc. ujawnionych fałszywek. Zaś wiz innych krajów było niespełna 40. Czemu służą lewe dokumenty? – Chodzi o wielokrotne przekraczanie granicy w celach zarobkowych lub migrację – mówi rzeczniczka Komendy Głównej SG Agnieszka Golias. Jak dodaje, w tej drugiej kategorii osoby aplikujące o wizy z założenia chciały udać się do pracy do innych państw UE.

Wiosenne nasilenie

Według analiz SG zjawisko nasila się wraz z pracami sezonowymi – wiosną, gdy ożywa budownictwo, handel, i jesienią, z rozpoczęciem zbiorów owoców.
Żródło info i foto: TVP.info

Mędzynarodowy gang rozbity

Przestępcy m.in. przerzucali przez granicę cudzoziemców, fałszowali dokumenty i handlowali narkotykami. Jak dowiedziało się Radio ZET wpadło 6 osób. Wielka akcja funkcjonariuszy Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. Zatrzymali 6 osób podejrzanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Gang zajmował się przerzutem cudzoziemców i fałszował dokumenty, żeby zalegalizować ich pobyt. Parał się też przemytem i handlem narkotykami. Wszystkim zatrzymanym grozi do 8 lat więzienia.

Akcję przeprowadzono w zeszłym tygodniu na terenie woj. mazowieckiego: Warszawy, Wólki Kosowskiej i Raszyna. Zatrzymano 4 mężczyzn: to dwóch Wietnamczyków, jeden obywatel Czarnogóry i jeden obywatel Turcji. Wpadły też dwie młode kobiety: Wietnamka i Polka pochodzenia wietnamskiego. Podejrzanym zarzuca się m.in.: przemyt i wprowadzanie do obrotu różnego rodzaju narkotyków, organizowanie przerzutu ludzi przez granicę głównie obywateli Wietnamu z Rosji do Europy Zachodniej oraz fałszowanie dokumentów (paszportów, dowodów osobistych, kart pobytu) wykorzystywanych do legalizowania pobytu cudzoziemcom na terytorium Polski i nie tylko.

Funkcjonariusze przejęli też 1.5 kg narkotyków, m.in.: metamfetaminę i marihuanę a także fałszywe paszporty, dowody osobiste, karty pobytu oraz dwie sztuki broni palnej i 32 szt. amunicji. Narkotyki trafiały na polski rynek dzięki świetnie zorganizowanej sieci dealerskiej, którą stanowili przede wszystkim obywatel Polski, Wietnamu i Bułgarii. Podejrzani usłyszeli m.in.: zarzuty dotyczące udziału w zorganizowanej grupie przestępczej (art. 258 kk.), organizowania cudzoziemcom przekraczania granicy RP wbrew przepisom (art. 264 § 3 kk.) oraz nielegalnego posiadania broni palnej.

Decyzją sądu 4 osoby z 6 zatrzymanych zostało tymczasowo aresztowanych. Wobec pozostałych zastosowano wolnościowe środki zapobiegawcze w postaci policyjnych dozorów, zakazu opuszczania kraju i poręczeń majątkowych. Śledztwo nadzoruje Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Firma Star-Turist fałszowała dokumenty

Firma Star-Turist, której autokar rozbił się w niedzielę koło Berlina, fałszowała dokumenty – dowiedział się nieoficjalnie reporter RMF FM Grzegorz Kwolek. Na papierze kierowcy mieli wolne albo zwolnienie lekarskie, w rzeczywistości – wozili ludzi.
Teraz olsztyński przewoźnik może teoretycznie zostać ukarany nawet odebraniem licencji przewozowej. Droga do tego – jak usłyszał nasz reporter – jest jednak długa i konieczne jest wielokrotnie stwierdzenie złamania przepisów. Na razie Inspekcja Transportu Drogowego nałożyła na firmę maksymalną karę finansową – 25 tysięcy złotych. Przewoźnik odwołał się już od tej kary i czeka na decyzję Generalnego Inspektora. O uchylenie decyzji ITD może też walczyć w sądzie administracyjnym.

8 osób w szpitalach, jedna ma cięższe obrażenia

Do wypadku doszło w niedzielę około godziny 5 rano na autostradzie A10 w okolicach Niederlehme w Brandenburgii, na południowy wschód od Berlina. Jadący w kierunku Polski autokar wypadł z trasy, zjechał w prawo i spadł ze skarpy.

Autokarem podróżowało 66 pasażerów. Jeszcze wczoraj 58 z nich i załoga wyruszyli autokarami zastępczymi w dalszą podróż do Polski. W niemieckich szpitalach zatrzymano natomiast 8 rannych osób. Jedna z nich ma cięższe obrażenia, ale jej życiu na szczęście nic nie zagraża. Rodzinom poszkodowanych informacji udziela Infolinia Sindbad (firma Star-Turist należy do tego przewoźnika) – numery telefonów to: 801 22 33 44 oraz +48 77 443 44 44.

Sindbad: Autokar prowadzili doświadczeni kierowcy

Zarząd firmy Sindbad poinformował, że wypadkowi uległ jeden z autokarów należących do Star-Turist z Olsztyna, realizujący przewóz liniowy na trasie Niemcy – Polska na zlecenie spółki Sindbad. To autokar marki Setra, wyprodukowany w 2010 roku. Ostatnie badania techniczne – jak podał Sindbad – pojazd przeszedł we wrześniu tego roku i są one ważne do marca 2015 roku. Firma zapewniła, że autokar prowadziła doświadczona dwuosobowa załoga kierowców.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Lekarze fałszują daty w dokumentach

Słuchacze Radia ZET ujawniają absurd w służbie zdrowia. Chodzi o zaświadczenia lekarskie dla sportowców. Informację dostaliśmy od pani Doroty z Giżycka. Jak sie okazuje lekarz wpisuje inną datę badania w zaświadczeniu dla klubu, i inną w dokumentach do Narodowego Funduszu Zdrowia. Dlaczego? Żeby rodzic nie musiał płacić za badania z własnej kieszeni. Jak tłumaczą lekarze, wszystkiemu winne są limity Narodowego Funduszu Zdrowia. Doktor może co miesiąc bezpłatnie wystawić zaświadczenia 30 sportowcom, a ma ich zarejestrowanych w sumie kilkuset. Dlatego w druku do klubu wpisuje prawdziwą datę badania, a do Funduszu inną, późniejszą, bo inaczej będzie miał tzw. nadlimit, czyli więcej badań niż zakontraktował Fundusz. Za takie badania NFZ płaci niechętnie albo wcale. Żródło info i foto: Radio ZET.pl