Agenci CBA zatrzymali kolejne osoby w związku z wyłudzeniami z upadłej firmy remontującej koleje

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało kolejne trzy osoby, w związku z wyłudzeniami z upadłej firmy remontującej koleje. Śledczy podejrzewają, że wyłudzono z masy upadłościowej firmy blisko 29 mln zł.

Rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn potwierdził w środę, że funkcjonariusze warszawskiej delegatury Centralnego Biura Antykorupcyjnego dokonali zatrzymań.

– Tym razem w ramach prowadzonych czynności, funkcjonariusze CBA zatrzymali trzech przedsiębiorców z Warszawy, Lublina i Chotomowa – powiedział PAP Żaryn.

Według śledczych, zatrzymani działali na szkodę upadłego przedsiębiorstwa z branży kolejowej – na podstawie szeregu pozornych umów i ustnych porozumień zawartych z syndykiem wystawiali fikcyjne faktury, na podstawie których wyprowadzili z masy upadłościowej środki pieniężne. Łączna wysokość ustalonej dotychczas szkody w mieniu przedsiębiorstwa wynosi blisko 29 mln zł.

Śledztwo CBA dotyczy przekroczenia uprawnień poprzez wyprowadzenie środków z mas prowadzonych upadłości, a następnie pranie pieniędzy przy użyciu szeregu fikcyjnych podmiotów gospodarczych.

Sprawa obejmuje upadłość ośmiu warszawskich spółek m.in. przedsiębiorstwa z branży kolejowej, spółdzielni mieszkaniowej, firmy budowlanej modernizującej publiczne szpitale. Dotychczas w śledztwie 27 osób ma status podejrzanych, w tym syndyk działający na szkodę upadłych spółek.

– Zatrzymane osoby zostaną przewiezione do dolnośląskiego wydziału zamiejscowego departamentu ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, gdzie usłyszą zarzuty – powiedział Żaryn.

Pierwsze działania CBA dokonała w 2017 r., w związku ze sprzedażą – za niewiele ponad 9 mln zł – centrum hotelowo-konferencyjnego w Warszawie wartego co najmniej 31 mln zł.

– Prowadzący postępowanie nie wykluczają kolejnych zatrzymań i zarzutów – podkreślił rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych.
Źródło info i foto: TVP.info

Kolejne starcia na ulicach Hongkongu

Demonstranci w Hongkongu obrzucili policjantów butelkami z płynem zapalającym i cegłami. Funkcjonariusze wystrzelili pojemniki z gazem łzawiącym, użyli także pałek. Co najmniej kilkunastu demonstrantów zostało zatrzymanych, nie ma informacji o rannych.

W regionie Kwun Tong w dzielnicy Kowloon, gdzie zebrali się demonstranci, zamknięto cztery stacje metra. Firma zarządzająca metrem krytykowana była przez chińskie media rządowe, że wspomaga protestujących nie reagując na wykorzystywanie przez nich stacji kolejki jako schronienia przed policją.

Uczestnicy protestów grozili ponowną blokadą hongkońskiego lotniska. Do terminala wpuszczane są jednak tylko osoby posiadające potwierdzone rezerwacje na lot oraz dokumenty tożsamości. Lotnisko działa normalnie.

W piątek wieczorem około 130 tys. osób wzięło udział w żywym łańcuchu, inspirowanym „bałtyckim łańcuchem” sprzed 30 lat. Trzymając się za ręce mieszkańcy Hongkongu w pokojowy sposób protestowali przeciwko polityce hongkońskich władz.

W Hongkongu, do 1997 roku brytyjskiej kolonii, od wielu tygodni trwają starcia demonstrantów z policją. Pierwotną przyczyną kryzysu był zgłoszony przez władze Hongkongu projekt nowelizacji prawa ekstradycyjnego, która umożliwiłaby m.in. transfer podejrzanych do Chin kontynentalnych.

Początkowo krytycy projektu wyrażali swój sprzeciw w masowych, pokojowych marszach. W jednym z nich przeszły, według organizatorów, prawie dwa miliony osób. Nie przekonało to jednak władz do wycofania projektu, choć w czerwcu, po pierwszych brutalnych starciach demonstrantów z policją, prace nad nim zostały bezterminowo zawieszone.
Źródło info i foto: TVP.info

Amerykanie oskarżają firmę Huawei o prowadzenie potajemnej działalności w Syrii i Sudanie

Amerykańskie władze oskarżają chiński koncern Huawei Technologies o prowadzenie potajemnej działalności w Syrii i Sudanie. Firma miała w tym celu korzystać z sekretnych oddziałów i nazw kodowych dla krajów objętych sankcjami – podał Bloomberg. Jak dodaje agencja, dyrektorka finansowa Huaweia Meng Wanzhou miała przyznać funkcjonariuszowi straży granicznej Kanady, że chińska spółka ma biuro w Iranie. Kobieta oskarżana jest przez rząd w Waszyngtonie o złamanie sankcji wobec tego kraju.

Jak opisuje Bloomberg, według amerykańskich władz chiński producent sprzętu telekomunikacyjnego miał prowadzić działalność w Sudanie (jako DirectPoint) oraz w Syrii (jako Canicula). W wewnętrznych dokumentach firmy kraje te miały ponadto figurować pod nazwami kodowymi, odpowiednio: A5 i A7. Koncern miał zarządzać tymi oddziałami w podobny sposób, jak w przypadku domniemanej filii w Iranie, która – zdaniem Waszyngtonu – pozyskiwała amerykańskie towary, technologie i usługi z naruszeniem sankcji USA.

Łamanie sankcji, oszustwa finansowe, kradzież technologii

Zarzuty dotyczące potajemnej działalności Huaweia w Syrii i Sudanie są częścią upublicznionych przez sąd w Kanadzie dokumentów złożonych przez Stany Zjednoczone na poparcie wniosku o ekstradycję zatrzymanej w grudniu 2018 roku wiceprezes i dyrektor finansowej Huaweia Meng Wanzhou.

„Motywacja dla przekłamań wynikała z potrzeby przenoszenia przez Huawei pieniędzy z krajów podlegających amerykańskim lub unijnym sankcjom, takich jak Iran, Syria czy Sudan, za pośrednictwem międzynarodowego systemu bankowego” – zaznaczyło w swoim wniosku o aresztowanie Meng ministerstwo sprawiedliwości USA.

Jak przypomina agencja, w styczniu resort przedstawił koncernowi Huawei oraz jego wiceprezes 13 zarzutów dotyczących łamania amerykańskich sankcji przeciwko Iranowi, a także licznych oszustw, w tym bankowych, elektronicznych i kradzieży technologii. Według USA Meng i inni pracownicy firmy mieli spiskować, by podstępem skłonić banki do przeprowadzenia potencjalnie sprzecznych z sankcjami transakcji o wartości ponad 100 mln dolarów.
Meng nie przyznaje się do winy

Firma zaprzeczyła, jakoby miałaby dopuścić do jakichkolwiek naruszeń. Sama Meng nie przyznaje się do winy, a Pekin domaga się jej uwolnienia. Z opublikowanych we wtorek dokumentów wynika, że w razie zgody na ekstradycję USA zamierzają powołać na świadków menedżerów z HSBC Holdings, Standard Chartered, BNP Paribas i Citigroup, którzy rzekomo zostali wprowadzeni w błąd przez Meng i innych pracowników Huaweia – podał Bloomberg. Agencja odnotowała wcześniej, że podczas grudniowego zatrzymania Meng była przesłuchiwana przez funkcjonariusza straży granicznej Kanady. Miał on pytać ją o interesy Huaweia w Iranie, a także czy firma sprzedawała produkty w krajach, w których nie powinna tego robić. Dyrektor finansowa miała przyznać, że „jej koncern posiada biuro na terytorium Iranu”.

Nagranie z zatrzymania

We wtorek sąd udostępnił również nagranie z trzygodzinnego zatrzymania Meng na lotnisku w Vancouver. Zarówno oświadczenie, jak i materiał wideo zostały wniesione do sprawy przez obrońców dyrektorki. Prawnicy argumentują, że ich klientka została oszukana co do prawdziwego charakteru jej zatrzymania, by funkcjonariusze mogli zebrać wystarczające dowody dla amerykańskiego FBI. Obrońcy starają się o kasację wniosku o ekstradycję Meng do USA, przekonując, że została bezprawnie zatrzymana, przeszukana i przesłuchana przed jej właściwym aresztowaniem. Funkcjonariusze mieli jej zezwolić na rozmowę z prawnikiem dopiero 4 godziny po aresztowaniu, a także zmusić ją do przekazania im urządzeń mobilnych i podania do nich haseł.

„Władze zaangażowały się w proceder, który można nazwać ‚tajnym dochodzeniem karnym’ ” – wskazali prawnicy, którzy domagają się upublicznienia całej komunikacji dotyczącej Meng wymienionej między poszczególnymi organami ścigania w Kanadzie oraz pomiędzy rządami w Ottawie i Waszyngtonie.

Prokuratura ma czas na odpowiedź na wezwanie do 17 września. Następny cykl rozpraw rozpocznie się 23 września.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ukrainiec zasłabł w fabryce trumien. Właścicielka firmy „wywiozła jego ciało do lasu”. Nowe informacje dotyczące śledztwa

Pracował u niej nielegalnie, nagle zasłabł. – Najpierw nie pozwoliła wezwać karetki, potem zmusiła jednego z pracowników, by przeniósł zwłoki kolegi do jej auta, którym potem wywiozła ciało do lasu – twierdzi prokuratura. Nowe ustalenia śledczych w sprawie tragedii w zakładzie produkującym trumny w okolicach Nowego Tomyśla (Wielkopolska).

Prokuratura wyjaśnia okoliczności śmierci 36-letniego Ukraińca, który zasłabł w pracy podczas produkcji trumien. Właścicielka zakładu zamiast do szpitala, miała go wywieźć do lasu i zostawić. Nowe ustalenia śledczych w tej sprawie dotyczą tego, jaką rolę odegrał kolega zmarłego i jeden z nielegalnych pracowników zakładu.

– Kiedy 36-latek zasłabł, właścicielka zakładu wyprosiła wszystkich pracowników. Został tylko mężczyzna, który prowadził akcję reanimacyjną. 36-latek nawet na chwilę odzyskał przytomność, ale potem znów ją stracił – poinformował nas Michał Smętkowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Jak ustalili śledczy, udzielający pierwszej pomocy mężczyzna, domagał się wezwania karetki, ale szefowa nie zgodziła się na to.

– Kobieta nielegalnie zatrudniała obywateli Ukrainy, dlatego obawiając się konsekwencji, postanowiła wywieźć 36-latka poza miejsce pracy. Zmusiła pracownika, by przeniósł zwłoki kolegi do jej auta. Zagroziła, że jeśli jej nie pomoże, to poinformuje służby o jego nielegalnym pobycie w Polsce. Mężczyzna wiedział, że to wiązałoby się z deportacją, dlatego wypełnił jej polecenie – tłumaczy Smętkowski.

Po fakcie, kolega zmarłego próbował opuścić Polskę, ale został zatrzymany w hostelu w Łomży. Usłyszał zarzut utrudniania postępowania karnego. Głównie chodzi o zacieranie śladów przestępstwa. – Ten mężczyzna pomagał szefowej, bo bał się o własne bezpieczeństwo. Zostanie to wzięte po uwagę. Wobec podejrzanego zastosowano dozór policyjny – dodaje Smętkowski. W areszcie przebywa Grażyna F. Kobieta usłyszała zarzut nieudzielenia pomocy nieprzytomnemu mężczyźnie. Został jej także ogłoszony zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Grozi za to kara do 5 lat więzienia. Śledczy, wraz z Państwową Inspekcją Pracy, zajmują się też sprawą zatrudnienia pracowników w firmie. Już pierwsze kontrole wykazały, że większość z nich pracowała bez umów.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Afera Huawei: Funkcjonariusz ABW podejrzany o szpiegostwo na rzecz Chin wyszedł z aresztu

Dalszy ciąg afery Huawei. W styczniu aresztowano Weijinga W., jednego z dyrektorów polskiego oddziału firmy i Piotra D., byłego oficera ABW. Polak opuścił areszt za kaucją – podaje RMF FM. Onet pisał o aferze Huawei w styczniu 2019 roku. Weijing W. i Piotr D. zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Chin.

– Nigdy świadomie nie miałem kontaktu, a już na pewno nie współpracowałem z jakimkolwiek wywiadem, w szczególności z wywiadem chińskim – podkreślał w oświadczeniu Weijing W.

Po zatrzymaniu zabezpieczono materiały dowodowe, np. telefony i komputery. Warszawski sąd uznał, że Piotr D. raczej nie będzie mataczył, ale prokuratura obawiała się utrudniania śledztwa i wniosła zażalenie. Sąd odrzucił te wnioski i w efekcie umożliwił Piotrowi D. wyjście na wolność za kaucją w wysokości 120 tys. złotych. Weijing W. pozostanie w areszcie do października.

W 2016 roku – za czasów rządu Beaty Szydło – Piotr D. miał być konsultantem w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Do sprawy odniosła się na Twitterze była premier. „Przecinam medialne sensacje – zatrzymany nie był konsultantem u Szydło! Nie doradzał Szydło i nie pracował dla Szydło. Był natomiast przedstawicielem UKE w zespole przygotowującym wizytę Papieża Franciszka podczas ŚDM” – napisała.
Źródło info i foto: onet.pl

Ciąg dalszy sprawy Ukraińca porzuconego w lesie. Mężczyzna zmarł

Właścicielka firmy z Jastrzębska Starego k. Nowego Tomyśla miała porzucić w lesie swojego pracownika, który zasłabł w trakcie pracy. Mężczyzna, obywatel Ukrainy, zmarł. Teraz w sprawę zaangażował się Adam Bodnar. RPO domaga się informacji od Inspekcji Pracy na temat wcześniejszych kontroli.

Bulwersującą sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”. 36-letni Wasyl Czornej mieszkał w Polsce od czterech miesięcy. Mężczyzna pracował na budowie, jednocześnie dorabiając w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym nieopodal Nowego Tomyśla. Jak wynika z zeznań kolegów z pracy 38-latka, mężczyzna 12 czerwca zasłabł. 53-letnia Grażyna F., właścicielka zakładu, nie wezwała jednak pogotowia. Zamiast tego miała porzucić go w lesie 125 km dalej, tam 36-latek zmarł. Kobieta zatrudniała pracowników nielegalnie i prawdopodobnie bała się konsekwencji, teraz grozi jej pięć lat więzienia. Oprócz niej zatrzymany został jeden z Ukraińców pracujących w zakładzie, któremu zarzuca się utrudnianie śledztwa.

Porzuciła Ukraińca w lesie. Bodnar domaga się informacji

Do sprawy odniósł się Adam Bodnar, który zamieścił oświadczenie. RPO powiadamia w nim, że zwrócił się do Głównego Inspektora Pracy o informacje dotyczące „czynności kontrolnych wobec pracodawcy zmarłego”. Jak czytamy w oświadczeniu, chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. Rzecznik wymienia pięć zagadnień, które jego zdaniem powinny być zbadane. Chodzi o: legalność zatrudnienia cudzoziemców, obowiązek opłacania składek na ubezpieczenia społeczne, obowiązek opłacania składek na Fundusz Pracy, przygotowanie pracowników do prac i przestrzeganie przepisów dotyczących technicznego bezpieczeństwa pracy.

RPO przypomina przy okazji tego zdarzenia o niepokojących statystykach z raportu „Mniejszość ukraińska i migranci z Ukrainy w Polsce. Analiza dyskursu”. Wynika z niego, że aż 41 proc. wypowiedzi w polskim internecie na temat Ukraińców miało wydźwięk negatywny. 42 proc. było neutralnych, a tylko 17 proc. – pozytywnych.

Konsul uruchomił zbiórkę dla bliskich zmarłego Ukraińca

Do sprawy odniósł się też Witold Horowski, konsul honorowy Ukrainy w Wielkopolsce. Horowski uruchomił zbiórkę na rzecz rodziny zmarłego 36-latka – żona, trójka dzieci oraz rodzice w podeszłym wieku. „Wiemy jednak, że to ubodzy ludzie, dla których śmierć bliskiego wkrótce będzie miało też wymiar materialnej katastrofy. Piszą do nas w tej sprawie ci, którzy mają potrzebę wsparcia materialnego tej rodziny” – pisze konsul. Pieniądze można wpłacać na numer konta 37 1090 1854 0000 0001 1451 2044 z dopiskiem „Dla dzieci Wasyla”
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wciąż nie wiadomo gdzie są pieniądze zrabowane w „skoku stulecia”

Sprawa odwoławcza nic nie zmieniła – sąd utrzymał wyroki dla czterech mężczyzn oskarżonych w tzw. skoku stulecia czyli napadzie na konwój z pieniędzmi pod Swarzędzem (Wielkopolskie). Szajka zrabowała wtedy prawie 8 mln zł. Do dziś udało się odzyskać niewielką część – kilkaset tysięcy złotych. Wciąż nie wiadomo, gdzie jest reszta gigantycznej kwoty

Do skoku stulecia doszło 10 lipca 2015 roku. Zatrzymani wskazują, że całą akcję wymyślił Grzegorz Ł. (53 l.). Zasugerował Adamowi K. (48 l.), swojemu koledze, z którym razem wstępowali do policji, że można obrabować konwój wprowadzając do firmy „kreta”. Znaleźli Krzysztofa W. (50 l.). Stworzyli dla niego fałszywą tożsamość. Nazwali Mirosławem Dudą i zatrudnili w firmie. 10 lipca w konwoju była duża suma. Mirosław Duda, twierdząc, że boli go noga, przekonał dyspozytora, by siąść za kierownicą bankowozu. Potem wysłał tylko krótki sygnał do wspólników: – Jestem kierowcą. Możemy robić. Kiedy załoga bankowozu opuściła kabinę, Krzysztof W. vel Mirosław Duda po prostu odjechał z pozostałymi pieniędzmi. W lesie pod Poznaniem wspólnicy przepakowali pieniądze do innego samochodu i rozjechali się. W garażu pod Łodzią zrabowany łup podzielili – część rozdali sobie, drugą jak twierdził Adam K. razem z Grzegorzem Ł. zakopali w lesie za jego działką. – Po pewnym czasie sprawdziłem to miejsce w lesie i zastałem tylko wykopany, pusty dół. Pieniędzy nie było – mówi Adam K.

Zniknął też Grzegorz Ł. Był poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Początkowo pojawiła się hipoteza, że został ograbiony ze swojej doli i zamordowany przez wspólników. Jak się jednak okazało w listopadzie 2017 roku wytropili go w Odessie „łowcy głów” z poznańskiej policji. Grzegorz Ł. został zatrzymany i zeznawał w procesie odwoławczym. – Słyszałem, że zakopałem 4 miliony złotych, że uciekłem, że mnie zabito i nie żyję. Żyję, nie uciekłem, a pieniędzy nie miałem i nie mam. Wyjechałem na Ukrainę legalnie, z moim paszportem na zaproszenie miasta Truskawiec. Nie ukrywałem się. Wypoczywałem w towarzystwie pięknych kobiet. zajmowałem się też uprawą warzyw na Ukrainie – mówił przed obliczem sądu.

Sąd Apelacyjny w Łodzi czekał na te wyjaśnienia. Dlatego nawet była przerwa w prowadzonej sprawie odwoławczej. Teraz, mając komplet materiałów, wydał wyrok. Rozpatrując odwołanie obrońców oskarżonych, ale i prokuratury, uznał, że ustalenia w pierwszej instancji były trafne, słuszne i nie można ich podważyć. Nie zgodził się także z prokuratorem, który chciał złagodzić karę dla dwóch skazanych, uważając że dzięki ich zeznaniom udało się doprowadzić do zatrzymań w tej sprawie. Jak stwierdziła uzasadniając wyrok sędzia Barbara Augustyniak nie może być w tej sprawie mowy o tzw. małym świadku koronnym, czyli nadzwyczajnego złagodzenia kary, bo oskarżeni, szczególnie Adam K. nie byli szczerzy, dozowali informacje.

Prawomocnym już wyrokiem Krzysztof W. został skazany na 8 lat i dwa miesiące więzienia. Marek K., który zwerbował do pracy fałszywego konwojenta, na siedem lat więzienia, Adam K. na 6 lat i dwa miesiące, natomiast Dariusz D. – pomocnik grupy, który zajął się przerzuceniem pieniędzy z ciężarówki do innego auta, na 6 lat. Oprócz tego zostali oni zobowiązani do zapłacenia ponad 3,2 mln złotych w ramach napraw szkody.

Wciąż pozostaje nierozwiązana zagadka zniknięcia pieniędzy. Według śledczych to niedorzeczne, że przy tak drobiazgowo zaplanowanym napadzie, „rozwiała się” w powietrzu cała zrabowana suma. Czy uczestnicy skoku wkalkulowali sobie odsiadkę w koszty? Czy jeszcze jakieś nowe okoliczności wyjdą na jaw przy sprawie Grzegorza Ł., która jest wyodrębniona do osobnego postępowania?
Źródło info i foto: Fakt.pl

Hiszpańscy terroryści wyłudzili podatek ponad 8 mln euro

Grupa zdobywała pieniądze za pośrednictwem spółek spożywczych zarejestrowanych w Danii.

„El Confidencial”, wraz z ponad 30 redakcjami z krajów UE, bierze udział w projekcie Grand Theft Europe obejmującym dochodzenia dziennikarskie związane z procederem wyłudzania podatku VAT. Projekt koordynowała niemiecka redakcja non profit Correctiv, w której pracują dziennikarze śledczy.

Z ustaleń hiszpańskiej gazety wynika, że przez kilka lat dżihadystyczna grupa z Melilli wyłudzała VAT od duńskiego fiskusa poprzez rejestrowane w tym kraju spółki. Oficjalnie handlowały one m.in. napojami, drobiem, nabiałem, słodyczami, a także sprzętem elektronicznym.

Według duńskiego fiskusa oraz hiszpańskiej żandarmerii, radykalni islamiści z Melilli wyłudzili w ten sposób ponad 8 mln euro. Ze śledztwa wynika, że na terenie Danii swoje własne spółki prowadziło dwóch członków siatki dżihadystycznej. Obaj zostali ujęci w 2014 r.

Ze sprawy opisanej w dzienniku wynika, że z terrorystyczną grupą z hiszpańskiej enklawy w Afryce Północnej związane były łącznie 42 firmy zarejestrowane w różnych krajach UE. Siatka działała od 2010 r.

Według madryckiej gazety dotychczas policji udało się zatrzymać sześciu członków grupy terrorystycznej z Melilli. Wszyscy, w tym dwóch dyrektorów duńskich spółek, otrzymało już wyroki sześciu lat więzienia.

„Żaden z dwóch skazanych dyrektorów duńskich firm nich nie miał wcześniej doświadczenia w kierowaniu spółkami. Trzeci z terrorystów, który był dyrektorem w duńskiej spółce sprzedającej napoje, zginął w walkach w Mali, gdzie został wysłany przez swoją komórkę dżihadystyczną” – ujawnił „El Confidencial”.

Z ustaleń gazety wynika, że na „dyrektorskie stanowiska” wprowadził do Danii hiszpańskich terrorystów miejscowy dżihadysta Kenneth Sorensen. Zmarły w 2013 r. islamista ułatwił wejście w ten proceder terrorystom z Melilli w 2005 r., sprowadzając ich do tego skandynawskiego kraju. Od tego czasu członkowie grupy często podróżowali między Hiszpanią a Danią.

Śledczy ustalili, że grupa z Melilli po 2010 r. przeszkoliła i wysłała do bojówek Państwa Islamskiego w Syrii, Libii i Mali 24 obywateli Maroka oraz dwóch Hiszpanów.

Zaangażowani w projekt Grand Theft Europe dziennikarze chcieli ujawnić oszustwa „karuzeli podatkowej”, w wyniku których co roku z budżetów państw unijnych znika ponad 50 mld euro z podatku VAT. Według szacunków Europolu europejskie służby są zdolne odzyskać jedynie 1,1 proc. zdobywanych w ten nielegalny sposób zysków.

Podmioty uwikłane w proceder wprowadzają na rynek towary lub usługi, często pozornie, aby otrzymać od państwa członkowskiego zwrot podatku VAT, który w rzeczywistości nigdy nie został zapłacony. Dzięki wielokrotnemu powtarzaniu takich operacji w ciągu kilku miesięcy przestępcy mogą zdobyć bardzo duże środki. Zanim służby państwowe odkryją przestępstwo, firmy znikają, a wyłudzone pieniądze trafiają do rajów podatkowych.

Od 2006 r. na terenie Hiszpanii rozbito 10 grup przestępczych dokonujących przestępstw na podatku VAT. Łącznie wyłudziły one z budżetu 550 mln euro.
Źródło info i foto: onet.pl

Pomorze: Ten oszust wciąż jest nieuchwytny! Okrada sklepy „na kuriera”

Grasuje na Pomorzu, podaje się za kuriera i wyłudza pieniądze od pracowników sklepów, kawiarni i restauracji za rzekomo zamówioną przesyłkę. Szuka go policja, ale on wciąż pozostaje nieuchwytny i kradnie na potęgę.

Niedawno fałszywy kurier odwiedził sklep spożywczy w Miastku. – Podał się za kuriera firmy TNT. Zapłaciłam mu 730 złotych za rzekomą przesyłkę dla szefostwa. Ten facet symulował, że rozmawia z moim szefem i to mnie zmyliło. Wyłożyłam pieniądze z własnej kieszeni. Z kolei szef był zdziwiony, bo niczego nie zamawiał, a w przesyłce były stare cuchnące szmaty – mówi pani Magdalena, sprzedawczyni z Miastka, która za pomoc w ujęciu oszusta zaoferowała 300 złotych nagrody. – Więcej nie mam, bo mnie okradł – tłumaczy kobieta.

Jak się okazało nie był to jedyny występ fałszywego kuriera. Dzień wcześniej taki sam numer wykręcił w kawiarni AniAnicafe w Ustce. Tam też pod pozorem dostarczenia przesyłki dla szefostwa oszukał kelnerkę na 730 złotych. Sprawa została zgłoszona na policję. Za oszustwo fałszywemu kurierowi grozi nawet 8 lat więzienia, ale najpierw trzeba go złapać. W ujęciu oszusta mają pomóc zapisy monitoringu.
Źródło info i foto: se.pl

Kto jest odpowiedzialny za pożar w Notre Dame?

Julien Le Bras (32 l.) obiecywał, że jego firma nie narazi Notre Dame na niebezpieczeństwo. Po tym, jak ogień strawił część katedry, zagraniczne media nazywają jego zapewnienia przechwałkami.

Kiedy firma Le Bras Freres wygrała przetarg na renowację iglicy Notre Dame, Francuz mówił, że najważniejsze dla niego jest zapewnienie bezpieczeństwa historycznego budynku. Opowiadał, że jego fachowcy są kompetentni i dumni z tego, że restaurują zabytkowe budynki. Chwalił się, że stawia na Francuzów i nie zatrudnia „taniej siły roboczej” z zagranicy. Był podekscytowany, że malutka firma, którą założył w 1954 r. jego dziadek, w przetargu pokonała międzynarodowych gigantów.

Właśnie pod iglicą, gdzie prowadzono prace renowacyjne, zdaniem śledczych wybuchł pożar, który zniszczył dach katedry. Prokuratorzy przesłuchują pracowników Le Brasa. Podejrzewają, że to właśnie oni przypadkiem mogli doprowadzić do pożaru. Le Bras podkreśla, że zachowali wszelkie środki bezpieczeństwa.
Źródło info i foto: Fakt.pl