Hiszpańscy terroryści wyłudzili podatek ponad 8 mln euro

Grupa zdobywała pieniądze za pośrednictwem spółek spożywczych zarejestrowanych w Danii.

„El Confidencial”, wraz z ponad 30 redakcjami z krajów UE, bierze udział w projekcie Grand Theft Europe obejmującym dochodzenia dziennikarskie związane z procederem wyłudzania podatku VAT. Projekt koordynowała niemiecka redakcja non profit Correctiv, w której pracują dziennikarze śledczy.

Z ustaleń hiszpańskiej gazety wynika, że przez kilka lat dżihadystyczna grupa z Melilli wyłudzała VAT od duńskiego fiskusa poprzez rejestrowane w tym kraju spółki. Oficjalnie handlowały one m.in. napojami, drobiem, nabiałem, słodyczami, a także sprzętem elektronicznym.

Według duńskiego fiskusa oraz hiszpańskiej żandarmerii, radykalni islamiści z Melilli wyłudzili w ten sposób ponad 8 mln euro. Ze śledztwa wynika, że na terenie Danii swoje własne spółki prowadziło dwóch członków siatki dżihadystycznej. Obaj zostali ujęci w 2014 r.

Ze sprawy opisanej w dzienniku wynika, że z terrorystyczną grupą z hiszpańskiej enklawy w Afryce Północnej związane były łącznie 42 firmy zarejestrowane w różnych krajach UE. Siatka działała od 2010 r.

Według madryckiej gazety dotychczas policji udało się zatrzymać sześciu członków grupy terrorystycznej z Melilli. Wszyscy, w tym dwóch dyrektorów duńskich spółek, otrzymało już wyroki sześciu lat więzienia.

„Żaden z dwóch skazanych dyrektorów duńskich firm nich nie miał wcześniej doświadczenia w kierowaniu spółkami. Trzeci z terrorystów, który był dyrektorem w duńskiej spółce sprzedającej napoje, zginął w walkach w Mali, gdzie został wysłany przez swoją komórkę dżihadystyczną” – ujawnił „El Confidencial”.

Z ustaleń gazety wynika, że na „dyrektorskie stanowiska” wprowadził do Danii hiszpańskich terrorystów miejscowy dżihadysta Kenneth Sorensen. Zmarły w 2013 r. islamista ułatwił wejście w ten proceder terrorystom z Melilli w 2005 r., sprowadzając ich do tego skandynawskiego kraju. Od tego czasu członkowie grupy często podróżowali między Hiszpanią a Danią.

Śledczy ustalili, że grupa z Melilli po 2010 r. przeszkoliła i wysłała do bojówek Państwa Islamskiego w Syrii, Libii i Mali 24 obywateli Maroka oraz dwóch Hiszpanów.

Zaangażowani w projekt Grand Theft Europe dziennikarze chcieli ujawnić oszustwa „karuzeli podatkowej”, w wyniku których co roku z budżetów państw unijnych znika ponad 50 mld euro z podatku VAT. Według szacunków Europolu europejskie służby są zdolne odzyskać jedynie 1,1 proc. zdobywanych w ten nielegalny sposób zysków.

Podmioty uwikłane w proceder wprowadzają na rynek towary lub usługi, często pozornie, aby otrzymać od państwa członkowskiego zwrot podatku VAT, który w rzeczywistości nigdy nie został zapłacony. Dzięki wielokrotnemu powtarzaniu takich operacji w ciągu kilku miesięcy przestępcy mogą zdobyć bardzo duże środki. Zanim służby państwowe odkryją przestępstwo, firmy znikają, a wyłudzone pieniądze trafiają do rajów podatkowych.

Od 2006 r. na terenie Hiszpanii rozbito 10 grup przestępczych dokonujących przestępstw na podatku VAT. Łącznie wyłudziły one z budżetu 550 mln euro.
Źródło info i foto: onet.pl

Bandyci obezwładnili portiera i okradli firmę

Do napadu i kradzieży pieniędzy doszło w nocy z piątku na sobotę w wielkopolskim Grabowie nad Prosną w powiecie ostrzeszowskim – poinformowała w sobotę PAP rzecznik prasowy ostrzeszowskiej policji Ewa Jakubowska. Dwóch zamaskowanych mężczyzn weszło na teren firmy specjalizującej się w konstrukcjach, obezwładniło portiera i ukradło ponad 15 tysięcy euro.

„Sprawców szuka policja. Czynności są prowadzone pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Ostrzeszowie” – poinformowała rzecznik prasowy ostrzeszowskiej policji Ewa Jakubowska.

Całe zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu zamontowane na terenie zakładu.

Dwóch zamaskowanych sprawców przywiązało portiera do krzesła, a następnie zabrało ponad 15 tysięcy euro. Pieniądze miały być przeznaczone na wypłaty dla pracowników i były już przygotowane w kopertach.

O zdarzeniu policję powiadomił portier, po tym, jak zdołał się uwolnić.
Źródło info i foto: interia.pl

Pracownicy krakowskiej firmy w ciągu 14 miesięcy ukradli 30 tys. litrów paliwa

Sześciu mężczyzn, pracowników jednego z krakowskich przedsiębiorstw, w ciągu 14 miesięcy wywiozło z terenu firmy niemal 30 tys. litrów oleju napędowego, narażając pracodawcę na straty sięgające 122 tys. zł. Zadaniem większości z nich była obsługa maszyn i pojazdów pracodawcy. Przy okazji spuszczali też paliwo z firmowych pojazdów. Grozi im nawet 5 lat więzienia.

Na trop kradzieży paliwa z pojazdów firmowych wpadli krakowscy kryminalni przed kilkoma miesiącami. Intensywna praca operacyjna pozwoliła zebrać dowody i zlikwidować proceder grupy. Sześciu mężczyzn, którzy z wywożenia paliwa z terenu firmy uczynili sobie stałe źródło dochodu, zostało aresztowanych.

Pięciu spuszczało paliwa, jeden je wywoził

Wśród zatrzymanych są zarówno mieszkańcy Krakowa, jak i powiatu proszowickiego. Wszyscy byli pracownikami jednego z krakowskich przedsiębiorstw. Zadaniem większości z nich była obsługa maszyn i pojazdów firmowych, co wiązało się również z obowiązkiem ich regularnego tankowania.

Mężczyźni działali według ustalonego schematu oraz podziału ról. Pięciu z nich, wykorzystując swobodny dostęp do baków służbowego sprzętu, kradli olej napędowy, zlewając go do wcześniej przygotowanych kanistrów. Zgromadzone w ten sposób paliwo przekazywali jednemu z zatrzymanych, który kolejno rozprowadzał towar wśród swych odbiorców.

W grupie mężczyźni w wieku od 33 do 65 lat

Członkowie złodziejskiej grupy, w wieku od 33 do 65 lat, usłyszeli zarzuty kradzieży, a jeden z nich paserstwa co najmniej 11 tys. litrów oleju napędowego. Podejrzanym grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności. Zastosowano wobec nich środek zapobiegawczy w postaci policyjnego dozoru oraz zabezpieczono mienie o łącznej wartości 87 tys. zł na poczet przyszłej kary.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Były pracownik Kaspersky Lab ujawnia szokujące informacje dotyczące firmy

Brytyjski dziennik „The Times” poinformował w czwartek, że według zeznań sygnalisty oprogramowanie antywirusowe firmy Kaspersky Lab jest kontrolowane przez rosyjski wywiad, który wykorzystał je do uzyskiwania nieautoryzowanego dostępu do tajnych plików.

Były pracownik Kaspersky ujawnił w rozmowie z łotewskim serwisem Meduza, że istotne wpływy w firmie mają współpracownicy rosyjskich służb, w tym FSB, a także ministerstwa spraw wewnętrznych Rosji. Według jego relacji mieli oni przejąć kontrolę nad działalnością firmy po tym, jak siedem lat temu porwano syna jej założyciela Jewgienija Kaspierskiego, który został uwolniony dopiero przez rosyjskie służby specjalne.

Sygnalista powiedział, że Kaspierski zdecydował wówczas o „zmianie taktyki biznesowej, odwołaniu planowanego wejścia na giełdę, pozbyciu się amerykańskich inwestorów i większości osób pochodzących z zagranicy”.

Gazeta podkreśliła, że w obliczu nowych doniesień część posłów i ekspertów ds. bezpieczeństwa zaapelowała o zakazanie programu w obawie o istniejące luki, które narażają wrażliwe sektory – jak np. branżę energetyczną i usług finansowych – na wyciek istotnych dokumentów.

Jednocześnie jednak Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa Wielkiej Brytanii zdecydowało o nieprzedłużaniu wydanego wcześniej ostrzeżenia dotyczącego programów Kaspersky. Cytowani przez „Timesa” krytycy tej decyzji powiedzieli, że może to utrudnić skuteczną ochronę przed poważnym cyberatakiem.

W rozmowie z „Timesem” źródła podkreśliły, że nadal istnieją poważne obawy odnośnie do działania programów Kaspersky, ale nie ma powodów, aby zakazywać ich używania przez organizacje pozarządowe, które nie mają dostępu do tajemnic państwowych.

Dziennik przypomniał, że w ubiegłym roku stosowanie oprogramowania tej firmy zostało zakazane w federalnych instytucjach w Stanach Zjednoczonych po tym, jak izraelski wywiad ostrzegł Amerykanów, że Rosjanie regularnie wykorzysują luki bezpieczeństwa do uzyskania dostępu do tajnych plików.

Rzecznik Kaspersky odrzucił w rozmowie z „Timesem” doniesienia łotewskich mediów i zapewnił, że „nigdy nie pomogliśmy ani nie pomożemy żadnemu rządowi w jego wysiłkach w zakresie cyberszpiegostwa”.
Źródło info i foto: interia.pl

Ofiary firmy Exeos Cars same postanowiły wymierzyć sprawiedliwość

Prokuratura oraz policja wyjątkowo ślamazarnie zajmowały się sprawą osób oszukanych przez Exeos Cars. Dlatego ofiary postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość.

Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.

Większość rozmówców przyznaje, że ich czujność uśpił wzór dokumentu, który otrzymali do podpisu. Część konsultowała go z prawnikami i każdy z nich przyznawał, że w umowie nie ma żadnych kruczków, jest ona bardzo korzystna dla nabywcy. – Rzeczywiście sama umowa była bardzo korzystna dla klienta i przewidywała nawet możliwość nałożenia kar umownych na Exeos. Już sam ten fakt wskazuje, że firma od początku wiedziała, że spółka będzie wkrótce goła i wesoła. Dlatego jej przedstawicielom było zupełnie obojętne, czy ktoś będzie mógł obciążyć spółkę karami – spostrzega Oskar Możdżyn, prawnik specjalizujący się w prawie motoryzacyjnym i założyciel strony Autoprawo.pl.

Exeos jest bowiem spółką z ograniczoną odpowiedzialnością – więc odpowiada jedynie do wysokości swojego kapitału. A ten wynosi 5 tys. zł. W praktyce jeśli tylko Exeos utracił płynność finansową, klienci wpadali w tarapaty. Zostawali z samochodem, którego nie byli w stanie spłacić. Choć i tak nie wszyscy. Dariusz Różański został z kredytem, za to bez auta. – Obejrzałem samochód i podpisałem umowę. Po czym oddałem auto i dowód rejestracyjny, żeby pracownik spółki mógł załatwić ubezpieczenie. Wpłaciłem też 10 tys. zł wadium. Potem nastała cisza ze strony Exeos. Poszedłem zgłosić sprawę na policję, ale do dziś nic się w tym temacie nie zadziało – ubolewa.

Odzyskać cokolwiek od tych, którzy wpędzili ludzi w tę kabałę – nie sposób. Pracownicy spółki powoływali się na przejściowe trudności finansowe, gdy ktoś żądał wypłaty należnych mu comiesięcznie 666 zł. Do klientów 28 kwietnia 2017 r. trafiło pismo, w którym spółka poinformowała, że „na chwilę obecną ze względu na zaistniałą sytuację jest zmuszona do wstrzymania płatności dla kontrahentów wynikających z umów sponsorskich”. Jako przyczynę wskazała to, że zablokowano jej rachunek bankowy wskutek zawiadomienia do prokuratury złożonego przez jednego z klientów. Zawierania dalszych umów, w których Exeos zobowiązywał się do płacenia po kilkaset złotych miesięcznie w ramach umów sponsorskich, mimo to nie zaprzestano.

Pokrzywdzeni twierdzą jednak, że nie może być mowy o żadnych tarapatach finansowych. Od początku było to perfidnie zaplanowane oszustwo. Dowody? – Moduł GPS zainstalowany w samochodzie, który powinien rejestrować, czy spełniony jest wymóg przejechania 400 km miesięcznie, jest pusty, więc nie można nic nim sprawdzić. A reklamodawcy, których logotypy znajdowały się na pojazdach, nie mieli o sprawie pojęcia – przekonuje Grzegorz Bednarski, inicjator siłowego wejścia do lokalu przy ul. Augustówka.

Sprawdziliśmy to ostatnie. – Nie współpracowaliśmy z firmą Exeos – zapewnia Katarzyna Pilarska-Wrona z Oracle. Logo technologicznego giganta widnieje na pojazdach pokazywanych na facebookowym profilu spółki. O współpracy z tą spółką nic nie wie również rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Krzysztof Dobies. – Akurat logo WOŚP wzbudziło moje wątpliwości. Po co orkiestra miałaby się odpłatnie reklamować na samochodach? Ale zainteresowało mnie to już po podpisaniu umowy i wzięciu kredytu, więc było za późno – mówi jeden z pokrzywdzonych.

Co na to wszystko Exeos? Spółka nie odpowiedziała na nasze pytania. Z kolei Radosław Kozioł podkreśla, że był jedynie pracownikiem spółki i w związku z tym nie może wypowiadać się w imieniu firmy. Przypomina też, że w postępowaniu prokuratorskim to on jest osobą pokrzywdzoną. – Nigdy też nie posługiwałem się innym nazwiskiem niż swoje własne, ponieważ jest to karalne – dodaje.

Tyt, tyk… odliczaj czas

Dlaczego trójka rozczarowanych klientów najechała biuro firmy? Mężczyźni przyznają, że ich trochę poniosło. Jeden zapewnia, że poszedł tylko rozmawiać i po prostu wydarzenia wymknęły się spod kontroli wskutek krewkości kolegów. – Byłem wściekły. Inne osoby, także te, których nie było wtedy z nami, również. Dlatego postanowiliśmy znaleźć oszustów. Chcieliśmy spróbować odzyskać od nich pieniądze na własną rękę – tłumaczy Grzegorz Bednarski. I dodaje, że gdy zobaczył Kozioła, który podpisywał większość umów (w niektórych przypadkach używając fikcyjnego nazwiska Rafalski, w innych Nafalski – jak przekonują poszkodowani), rozmawiającego z kolejnym klientem, coś w nim pękło. Tym bardziej że na tablicy były wypisane nazwiska osób, które dały się już nabrać na przekręt. – To dlatego położyłem go na ziemię i wyciągnąłem atrapę broni. Domagałem się informacji, kto stoi za przedsięwzięciem – przyznaje Bednarski.

Chodziło też – czego dowodem jest wcześniejsza dyskusja za pośrednictwem FB – o zabranie dokumentów i dysków twardych. Pokrzywdzeni od kilku miesięcy próbowali swoimi problemami zainteresować prokuraturę oraz policję. Często słyszeli jednak, że sprawa nie jest oczywista i że to słowo przeciwko słowu, sama niewypłacalność zaś nie jest jeszcze karalna. Jednemu z pokrzywdzonych policjant zaproponował wręcz wprost: „Idźcie do nich i pogadajcie z nimi po swojemu. Efekt będzie lepszy niż czekać, jak my coś zrobimy”.

To często powtarzający się motyw w przypadku oszustw finansowych i piramid. W tych przypadkach najważniejszy jest czas reakcji. Pokazała to sprawa Amber Gold, gdy organy państwa wiedziały o przekręcie, ale mieliły postępowania, podczas gdy kolejni konsumenci byli oszukiwani. – A proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż zostać oszukanym i widzieć, że kanciarze bezkarnie naciągają kolejne osoby – mówiła DGP w zeszłym roku ofiara Pay Trade International Club, piramidy finansowej, którą opisaliśmy w listopadzie 2016 r. (po naszym tekście zainteresowała się nią prokuratura, a piramida upadła).

Tymczasem pokrzywdzeni przez Exeos mówią nam, że po zajściu w siedzibie firmy doświadczyli gróźb ze strony oszustów. – Powiedziano mi, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi i przez to spotka mnie krzywda. Wystraszyłem się. Bałem się o siebie i żonę, bo oszuści mieli moje dane i wiedzieli, gdzie mieszkam. Sąsiedzi mówili mi nawet, że podejrzani ludzie kręcili się przy moim domu – opowiada Andrzej Nodzyński. Pokazuje nam SMS o treści: „Zadarliście z bardzo nieodpowiednimi ludźmi. Wiem o tobie wszystko. Kim jesteś, gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, czym i gdzie jeździsz. Zachciało się gangsterki? To teraz poznasz dużo ciekawych ludzi. See you soon…”. A także fragment wiadomości: „Tyk tyk tyk… odliczaj czas… ciesz się chwilą”.

Z poważniejszymi konsekwencjami musiał zmierzyć się zaś Grzegorz Bednarski. – Dostawałem wiadomości od oszustów, że zrobią wszystko, by mnie zniszczyć. Na seksportalu umieszczono fikcyjny anons z moim zdjęciem. Tam, gdzie mieszkam, rozpowszechniano plakaty mówiące, że jestem groźnym pedofilem, i za złapanie mnie wyznaczono nagrodę pieniężną – mówi Bednarski. On również pokazuje nam jedną z wiadomości od oszustów: „10 tys. zł wydam na kolportaż plakatów. Będzie ich 50 tys. sztuk. Na każdym drzewie, płocie, murku, przy każdym sklepie, stacji benzynowej, w pobliżu każdej szkoły, kościoła. Tam, gdzie jest najwięcej ludzi, będą wisieć te plakaty. Ludzie będą cię wytykać palcami, a mam nadzieję, że trafisz też na takich, którzy nie będą chcieli rozmawiać, tylko cię za***, ty śmieciu pedofilu”.

Nikt nic nie wie

W sprawie Exeos działania służb do czerwca 2016 r. były ślamazarne. Po napaści na lokal firmy nabrały rozpędu. Wszelkie zgłoszenia pokrzywdzonych są przekierowywane do warszawskiej prokuratury. Przemysław Paluch, zastępca prokuratora rejonowego w prokuraturze Warszawa-Wola, przyznaje, że w sprawie Exeos trwa postępowanie. Z ustaleń śledczych wynika, że w ramach realizacji umowy sponsorskiej pokrzywdzeni mieli otrzymywać wynagrodzenie, jednak nie było im ono wypłacane. Nie zwrócono również opłat wstępnych (traktowanych przez firmę jako wadium).

– W sprawie występuje 10 osób posiadających status pokrzywdzonych. Ze względu na fakt gromadzenia w dalszym ciągu materiału dowodowego przedwczesne jest wypowiadanie się przez tutejszą prokuraturę co do pozostałych poczynionych ustaleń w sprawie – ucina prokurator Paluch. Ponoć materiały przekazane przez pokrzywdzonych, wśród nich pełna korespondencja e-mailowa prowadzona przez pracowników spółki, się przydały.

Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Agnieszka Majchrzak z UOKiK przyznaje, że dotychczasowe działania spółki mogą wyczerpywać znamiona czynów zabronionych, w tym przede wszystkim oszustwa z kodeksu karnego. – Zamierzamy wystąpić z zawiadomieniem do prokuratury w tej sprawie – zapewnia.

Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. wyjaśnienia przyczyn afery Amber Gold, jest jednak załamany dotychczasowymi działaniami państwowych służb. Przekonuje, że wszystko to powinno być zrobione o wiele wcześniej. I że służby powinny ze sobą współpracować. W sprawie Exeos prokuratura nie informowała ani UOKiK-u, ani Komisji Nadzoru Finansowego o prowadzonym postępowaniu. UOKiK zaś do dziś nie powiadomił o sprawie prokuratury. Każdy więc działa niezależnie od siebie. – A sprawa Amber Gold pokazuje, że państwowe organy muszą działać razem. W przeciwnym razie ucięcie oszustwa drastycznie się wydłuża – przekonuje Zembaczyński. – Wygląda na to, że od czasu tamtej afery podejście śledczych do spraw oszustw nie zmieniło się ani na jotę. I to wciąż dziennikarze działają dużo szybciej i skuteczniej niż organy śledcze. A przecież sprawa nie wydaje się być przesadnie skomplikowana jak w przypadku instrumentów parabankowych i nie potrzeba, by śledczy wspinali się na Himalaje swoich umiejętności – dodaje parlamentarzysta.

Na razie jednak główny pomysłodawca biznesu w Exeos chodzi wolno, nie ma nawet postawionych zarzutów. Exeos formalnie nadal działa, ale wszystko wskazuje na to, że działalność została zarzucona. A mózg operacji założył już kolejną firmę. Na Facebooku powstała już grupa pokrzywdzonych przez nią osób. Jej działalnością zaczyna interesować się zarówno UOKiK, jak i KNF. Choć na razie bez konkretów.

Jedyną osobą, która poniosła konsekwencje w sprawie Exeos, jest Grzegorz Bednarski. Został prawomocnie skazany przez sąd na grzywnę za najazd na lokal spółki i grożenie bronią pracownikowi. Nie żałuje.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Sosnowiec: Skradziono 5 nowych aut z salonu

Zamaskowani sprawcy nocą napadli na salon samochodowy w Sosnowcu i ukradli pięć fabrycznie nowych samochodów. Za pomoc w ujęciu złodziei właściciel okradzionej firmy wyznaczył nagrodę finansową. To 10 tys. zł. Wartość samochodów, które zabrano z parking przed salonem to ponad 700 tys. zł. Policja otrzymała zgłoszenie ok. godz. 1 poprzedniej nocy.

– Dwa z tych pojazdów policjanci już odzyskali. Odnaleziono je w Katowicach – informuje st. asp. Sonia Kepper, rzeczniczka policji w Sosnowcu. Śledczy nie udzielają dodatkowych informacji na temat okoliczności przestępstwa. Tłumaczą, że mogłoby to zaszkodzić postępowaniu.

Według oświadczenia autoryzowanego dilera koncernu Mazda – firmy Mirai Motors na Facebooku w kradzieży brało udział siedmiu zamaskowanych sprawców.

„Szybka i profesjonalna akcja policji pozwoliła na odzyskanie już dwóch pojazdów. Dalsze czynności operacyjne są nadal prowadzone przez policję. Ze względu na dobro śledztwa nie możemy udzielić więcej informacji w temacie” – dodał właściciel salonu.

Obiecał, że przekaże 10 tys. zł nagrody osobie, która wskaże sprawców lub znacząco przyczyni się do odzyskania pozostałych aut – dwóch mazd CX 5 (w kolorach czerwonym i brązowym) i mazdy 6 kombi (czerwony metalik). Wszystkie samochody wyprodukowano w 2017 r.
Źródło info i foto: wp.pl

Zatrzymano właściciela firmy z fajerwerkami w Łomiankach

Właściciel firmy w Łomiankach, w której w sobotę po południu eksplodowały fajerwerki, został zatrzymany – informuje Polsat News. Do wybuchu fajerwerków i pożaru budynku jednorodzinnego w Łomiankach oraz przylegającego do niego garażu doszło ok. godz. 14 w sobotę. W akcji gaśniczej brało udział 70 strażaków i 17 samochodów ratowniczo-gaśniczych.

Po godzinie 19 w sobotę, pod gruzami domu, który w dużej części został zniszczony w serii eksplozji, ratownicy odnaleźli ciało poszukiwanej przez kilka godzin kobiety – 22-letniej pracownicy firmy.
Żródło info i foto: wp.pl

Pakistan: Porwano 6 pracowników firmy Geofizyki Kraków

Sześciu pakistańskich pracowników polskiej firmy Geofizyka Kraków zostało uprowadzonych na północnym zachodzie Pakistanu – poinformowały agencję Reutera źródła wojskowe. Przed kilkoma laty polski inżynier Piotr Stańczyk z tej samej firmy, został stracony przez pakistańskich bojowników.

Do porwania doszło w sobotę po południu. Mężczyźni zostali wyciągnięci z samochodów na drodze niedaleko miasta Drazinda, około 80 km na północny zachód od miasta Dera Ismail Khan – poinformowało dwóch przedstawicieli pakistańskiego wojska, zastrzegając anonimowość.

Geofizyka Kraków to firma świadcząca usługi na rzecz poszukiwań złóż węglowodorów (gazu ziemnego i ropy naftowej). Na stronie internetowej firmy figuruje oświadczenie, że dnia 1 sierpnia 2016 podjęto decyzję o rozwiązaniu Spółki Geofizyka Kraków SA. i spółka została postawiona w stan likwidacji.

Na razie nikt nie przyznał się do porwania. W przeszłości bojownicy z ekstremistycznej grupy pakistańskich talibów porywali ludzi dla okupu lub w zamian za uwolnienie z więzień swych towarzyszy.

MSZ: Wśród porwanych nie ma obywateli RP

Wśród porwanych w Pakistanie pracowników Geofizyki Kraków nie ma polskich obywateli – poinformowała w niedzielę na twitterze rzeczniczka MSZ Joanna Wajda. Jak dodała, polska placówka w Pakistanie monitoruje sprawę na bieżąco.

Geofizyka Kraków to firma świadcząca usługi na rzecz poszukiwań złóż węglowodorów (gazu ziemnego i ropy naftowej). Na stronie internetowej firmy figuruje oświadczenie, że dnia 1 sierpnia 2016 podjęto decyzję o rozwiązaniu Spółki Geofizyka Kraków SA. i spółka została postawiona w stan likwidacji.(PAP)

We wrześniu 2008 roku Piotr Stańczyk, polski inżynier pracujący dla Geofizyki Kraków, został porwany przez pakistańskich talibów niedaleko miasta Atak w północnym Pakistanie, a kilka miesięcy później ekstremiści dokonali jego dekapitacji.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

„Rząd nie może zmusić Apple’a do odblokowania iPhone’a”

– Departament Sprawiedliwości USA nie może zmusić firmy Apple do odblokowania telefonu iPhone w celu dotarcia do znajdujących się w nim danych – orzekł wczoraj sędzia sądu federalnego w Nowym Jorku. Apple walczy w podobnej sprawie przeciwko nakazowi sędziego z Kalifornii.

Sędzia James Orenstein wydał to orzeczenie w rutynowej sprawie przeciwko handlarzowi narkotyków. Orenstein orzekł, że Apple nie jest zobowiązany do pomagania organom federalnym wbrew swej woli i zwrócił uwagę, że Kongres USA nie uchwalił dotąd ustawy zezwalającej na takie postępowanie.

Orzeczenie nowojorskiego sędziego stanowi istotne wsparcie dla Apple’a. Firma odwołuje się właśnie od decyzji sędziego Sheri Pyma z Kalifornii nakazującej opracowanie programu umożliwiającego agentom FBI zbadanie zawartości iPhone’a 5C, który należał do Syeda Farooka, jednego z zamachowców odpowiedzialnych za masakrę z 2 grudnia ub. r. w San Bernardino.

Zginęło wówczas 14 osób, a władze uważają, że atak, którego Farook dokonał razem z żoną, był przynajmniej częściowo inspirowany przez tzw. Państwo Islamskie.

Sprzeciw Apple’a wywołał ogólnonarodową dyskusję na temat praw do prywatności i bezpieczeństwa narodowego. Firma, mająca swoją siedzibę w kalifornijskim Cupertino, argumentuje, że złamanie zabezpieczeń wyprodukowanego przez nią iPhone’a naruszy istniejące zaufanie między nią i jej klientami oraz spowoduje uszczerbek dla jej wizerunku.

Prokurator generalna USA Loretta Lynch wyraziła wczoraj nadzieję, że Apple jednak zastosuje się do nakazu sędziego Pyma. Telefony iPhone zabezpieczane są specjalnym kodem znanym tylko właścicielowi. Dodatkowo nowsze modele rozpoznają odcisk palca właściciela, który jest niezbędny do ich uruchomienia. Kilkakrotne wprowadzenie błędnego kodu powoduje trwałe zablokowanie telefonu. FBI chce, aby Apple opracował oprogramowanie umożliwiające obejście tych zabezpieczeń.
Żródło info i foto: onet.pl

W Iraku odnaleziono zaginiony materiał radioaktywny

Opisywany jako „wysoce niebezpieczny” materiał radioaktywny, który zaginął w Iraku, został odnaleziony. Ładunek był porzucony w pobliżu stacji benzynowej w mieście Az-Zubajr na południu kraju – poinformowało dziś ministerstwo środowiska. Rzecznik resortu zapewnił, że materiał nie został uszkodzony i nie ma zagrożenia promieniowania. Zaginięcie materiału wywołało obawy, że mógł on trafić w ręce dżihadystów z Państwa Islamskiego.

Ładunek znalazł przechodzień, który zawiadomił służby bezpieczeństwa. Na miejsce wysłano ekipy wyposażone w specjalistyczny sprzęt. W ubiegłym tygodniu agencja Reutera informowała, że materiał został skradziony w listopadzie 2015 roku z magazynu należącego do amerykańskiej firmy Weatherford w pobliżu Basry, na południu Iraku. Firma ta świadczy usługi techniczne na rzecz górnictwa naftowego.

Dokument ministerstwa środowiska precyzował, że zaginięcie dotyczy defektoskopu gamma, wykorzystywanego przy badaniu jakości wykonania rurociągów transportujących ropę i gaz. Urządzenie to było własnością firmy SGS Turkey z siedzibą w Stambule. Defektoskop znajdował się w obudowie ochronnej o rozmiarach laptopa. Nie wiadomo, w jaki sposób urządzenie trafiło do Az-Zubajr, ok. 15 km na południowy zachód od Basry.
Żródło info i foto: onet.pl