Policjanci z Tucholi zatrzymali mężczyznę, który chciał wysadzić kamienicę

W sobotnią noc policjanci z Tucholi zatrzymali mężczyznę, który chciał doprowadzić do wybuchu gazu w kamienicy. Podejrzany uszkodził wąż kuchenki gazowej, włączył piekarnik i zostawił nieopodal zapalony znicz. Dzięki skutecznej akcji policjantów nie doszło do tragedii. Mężczyzna trafił na 3 miesiące do aresztu.

W sobotę, 03.04.2021 r., ok. godz. 22:00 dyżurny Policji otrzymał zgłoszenie dotyczące zakłócenia porządku w kamienicy w centrum starego miasta przez nietrzeźwego mężczyznę. Skierowani na miejsce policjanci od razu zauważyli agresywnego i pobudzanego człowieka. Wyczuli też od mężczyzny silną woń alkoholu, co zapewne utrudniało komunikację. Agresor nawet w obecności mundurowych nie chciał się uspokoić. Swoim zachowaniem stwarzał zagrożenie dla mieszkańców. Podjęto decyzję o umieszczeniu mężczyzny w policyjnym areszcie w celu wytrzeźwienia.

W trakcie wykonywania przez policjantów czynności, agresor wielokrotnie powtarzał, by mundurowi sprawdzili jego mieszkanie. Okazało się, że mężczyzna uszkodził wąż doprowadzający gaz do kuchenki i odkręcił zawory palników. Policjanci natychmiast wrócili na miejsce. Przed kamienicą stało już kilka osób informujących o silnym zapachu gazu dochodzącym z mieszkania zatrzymanego. Policjanci zamknęli główny zawór doprowadzający gaz i jednocześnie ewakuowali ponad dwudziestu mieszkańców. Na miejsce przyjechała również Jednostka Państwowej Straży Pożarnej, z którą zabezpieczono mieszkanie. Czujniki obecności gazu wskazywały jego wysokie stężenie. Po wywietrzeniu lokalu okazało się, że wąż doprowadzający gaz do kuchenki został celowo uszkodzony. Ponadto włączony był również piekarnik elektryczny, a na klatce schodowej, przy licznikach gazowych znajdował się zapalony znicz.

Po ponownym sprawdzeniu przez strażaków stężenia gazu, mieszkańcy mogli wrócić do swoich domów. Dzięki skutecznej akcji nie doszło do tragedii.

We wtorek, 06.04.2021 r., w miejscowej prokuraturze mężczyzna usłyszał zarzut sprowadzenia bezpośredniego zagrożenia utraty życia i zdrowia mieszkańców oraz zniszczenia mienia w znacznych rozmiarach. Na wniosek prokuratora sąd zastosował wobec podejrzanego, 55-letniego mieszkańca Tucholi, trzymiesięczny areszt. Za popełnione przestępstwo grozi mu kara nawet do 8 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Jest wyrok za napaść na policjantów w czasie Marszu Równości

Na rok więzienia w zawieszeniu i konieczność zapłaty na cel społeczny 3 tys. zł świadczenia pieniężnego skazał w poniedziałek Sąd Rejonowy w Białymstoku młodego mężczyznę oskarżonego m.in. o czynną napaść na policjantów w czasie Marszu Równości. Skazany był uczestnikiem kontrmanifestacji. Wyrok nie jest prawomocny.

Marsz Równości z lipca 2019 roku odbywał się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”; był legalny, ale towarzyszyło mu kilka kontrmanifestacji, których uczestnicy kilkakrotnie próbowali go zablokować. W stronę uczestników marszu rzucano kamieniami, petardami, jajkami i butelkami, wykrzykiwano też obraźliwe słowa, policja musiała użyć gazu.

Rzucanie kostką brukową

Ostatecznie ustaliła ponad 140 osób, które popełniły różne wykroczenia, w kilku przypadkach były też zarzuty karne, m.in. dotyczące pobić. Białostockie sądy wciąż zajmują się tymi sprawami.

Oskarżonemu, którego sprawą sąd rejonowy zajmował się w poniedziałek, prokuratura zarzuciła udział w zbiegowisku, którego celem było zablokowanie przejścia uczestników Marszu Równości oraz czynną napaść na kilku policjantów zabezpieczających to zgromadzenie, w stronę których miał rzucać kostką brukową.

Proces zakończył się w ciągu jednego dnia, oskarżony złożył wniosek o wyrok bez konieczności przeprowadzania postępowania dowodowego. W śledztwie przyznał się do udziału w blokowaniu marszu, ale nie do czynnej napaści na funkcjonariuszy. „Rzucałem, ale nie w stronę policji tylko w zupełnie inną stronę. To było pod presją tłumu” – mówił wtedy. Przed sądem zapewniał, że żałuje tego co zrobił i powtórzył, że był pod presją tłumu. Prosił o łagodną karę.

– Wszystko, co było w aktach sprawy, za wyjątkiem części wyjaśnień, ewidentnie świadczyło o tym, że pan popełnił zarzucane mu przestępstwo – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Markowski. Zwracając się do skazanego powiedział, że oznacza to, iż nie toleruje on „innych osób”. – A nasza przestrzeń jest dla każdego, należy się i tym, co inaczej myślą i tym, co po pana myśli myślą – mówił podkreślając, że chodzi o to, by nie naruszało to wolności innych obywateli.

Sędzia mówił, że dowody na to, iż skazany rzucał w policjantów kostką brukową „są ewidentne”. – To, co działo się w tamtym miejscu niestety z tolerancją nie ma nic wspólnego – dodał.

Jaka kara?

Sędzia Markowski wyjaśnił, że wpływ na zawieszenie wykonania kary (na trzy lata) miała dotychczasowa niekaralność sprawcy oraz to, że wyraził żal.

Świadczenie pieniężne (wpłata na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej) ma być finansową dolegliwością pokazującą, że „nie opłaca się w ten sposób postępować”. – Warunkowe zawieszenie wykonania kary ma nie oznaczać, że pan bezrefleksyjnie wyjdzie z tej sali i pomyśli sobie, że udało się. Tylko że będzie nadzór kuratora, będzie długi okres próby i ta wpłata w kwocie 3 tys. zł, która – gdy pan będzie ją uiszczał – z pewnością spowoduje myślenie, że nie opłacało się – powiedział sędzia.

Skazany ma też zapłacić 1,4 tys. zł kosztów sądowych. Sędzia powtórzył, że to również powinno dać do myślenia i świadczyć o tym, że „chyba jednak się nie opłaca”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Warszawa: Manifestacja antycovidowców. Policja użyła granatów hukowych i gazu

Interwencją policji zakończyła się w Warszawie manfiestacja przeciwko obostrzeniom wprowadzonym przez rząd z powodu pandemii koronawirusa. Demonstrowało kilkaset osób. Kilka zostało zatrzymanych. Uczestnicy protestu, w większości bez maseczek, mieli transparenty z napisami „Stop przymusowym szczepieniom”, „Stop plandemii”, „Stop terapii genetycznej”, „Dzieci do szkoły”. Śpiewali: „Cała Polska śpiewa z nami wy… z maseczkami”. Występujący na zaaranżowanej scenie mówcy przekonywali zebranych, że nie ma pandemii, a przepisy sanitarne wprowadzone przez władze ograniczają wolność.

Kilku uczestników manifestacji zapaliło race. W stronę policji poleciało kilka kamieni. Policjanci spisywali niektórych uczestników demonstracji na Polu Mokotowskim. Doszło do szarpaniny między policją, a kilku osobami biorącymi udział w demonstracji. Tłum zaczął otaczać interweniujących funkcjonariuszy. W ich kierunku rzucono kamienie. Policja użyła granatów hukowych i gazu.

Manifestanci rozbiegli się i zatamowali ruch samochodów i tramwajów na Alei Niepodległości. Wtedy doszło do kolejnych przepychanek. Komenda stołeczna napisała w mediach społecznościowych, że w stosunku do osób lekceważących obostrzenia epidemiczne stosowane są – w pojedynczych przypadkach – środki przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej, pałek i ręcznych miotaczy gazu.

Podczas manifestacji zatrzymano kilka osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Brutalna akcja policji w USA. Zakuli w kajdanki i spryskali gazem 9-latkę

Funkcjonariusze policji w Rochester, w stanie Nowy Jork, zakuli w kajdanki i spryskali gazem pieprzowym 9-latkę – podała w poniedziałek CNN. Mundurowi interweniowali na wezwanie o sporze rodzinnym, a dziewczynka protestowała, kiedy ją chcieli wsadzić do samochodu. Funkcjonariusze zostali zawieszeni.

Na nagraniu widać policjantów, w tym jedną kobietę, krępujących dziewczynkę, zakładających jej kajdanki i próbujących wsadzić ją samochodu. Wyrywa się ona, płacze i woła ojca. W pewnym momencie jeden z funkcjonariuszy mówi: „Zachowujesz się jak dziecko”. (…) „Jestem dzieckiem” – odpowiada dziewczynka.

Ponieważ dziewczynka wykonywała poleceń, jeden z funkcjonariuszy spryskał ją gazem pieprzowym. Policja przewiozła następnie ją do szpitala w Rochester, skąd później została zwolniona.

Akcję policji skrytykowały lokalne władze, a jak informuje CNN, na konferencji prasowej p.o. szefowej policji w Rochester Cynthia Herriott-Sullivan przyznała, że sposób, w jaki potraktowali dziewczynkę funkcjonariusze, był nie do przyjęcia.

– Nie zamierzam mówić wam, że spryskanie gazem pieprzowym 9-latki jest w porządku. Tak nie jest. (…) Nie uważam, że takimi jesteśmy jako policja. Zamierzamy wykonać pracę, aby upewnić się, że podobne rzeczy się nie powtórzą – przytacza CNN wypowiedź Herriott-Sullivan.

Według zastępcy szefa policji Rochester Andre Andersona, kiedy w piątek został wezwany patrol, funkcjonariuszom powiedziano, że dziewczynka ma „myśli samobójcze”, mówiła rzekomo, że chce się zabić i chce zabić swoją mamę. Próbowała uciec przed funkcjonariuszami, którzy usiłowali udzielić jej pomocy.

Anderson zwrócił zarazem uwagę, że „nie ma usprawiedliwienia dla tego, co się wydarzyło”. Jak dodał, departament policji dąży do wprowadzenia „zmian kulturowych”.

Do incydentu odniosła się także burmistrz Rochester Lovely Warren. Podkreśliła, że poleciła szefowi policji przeprowadzenie pełnego i dokładnego dochodzenia. Oczekuje na raport w tej sprawie rady odpowiedzialnej za działalność policji miejskiej.

– Z nagrania jasno wynika, że musimy zrobić więcej, aby wspierać nasze dzieci i rodziny – oceniła Warren.
Źródło info i foto: onet.pl

Starcia z policją w dwóch holenderskich miastach. Spalono punkt testowania na COVID

Z jednej strony ogień i kamienie, z drugiej – gaz i armatki wodne. Holenderska policja starła się w Amsterdamie i Eindhoven z protestującymi przeciwko lockdownowi. Jest wielu zatrzymanych.

W Eindhoven protestujący przeciwko obostrzeniom obrzucili policję kamieniami. Na nagraniach i zdjęciach w mediach społecznościowych widać też prowizoryczne barykady, budowane m.in. z rowerów, oraz ogień. Niespokojnie było też w Amsterdamie, gdzie do starcia z funkcjonariuszami doszło na centralnym placu otoczonym przez muzea.

W obu miejscach, jak podaje agencja AP, policja użyła gazu i armatek wodnych do tłumienia zamieszek. Łącznie zatrzymano co najmniej 55 osób w Eindhoven i ponad 100 w Amsterdamie – przekazała AP (lokalne media mówią już nawet o 190 osobach). W mieście Urk (80 km od Amsterdamu) w sobotę spalono laboratorium przeprowadzające testy na koronawirusa.

To drugi weekend z rzędu, kiedy w Holandii dochodzi do protestów przeciw obostrzeniom. Holandia wprowadziła lockdown w połowie grudnia i ma on potrwać co najmniej do 9 lutego. Od 21:00 do 4.30 rano obowiązuje godzina policyjna – przypomina AP.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Marszałek Sejmu domaga się wyjaśnień po ataku gazem na Barbarę Nowacką

Po tym jak Barbara Nowacka została podczas manifestacji spryskana gazem przez policję, marszałek Sejmu domaga się wyjaśnień od mundurowych. Przypadek posłanki Koalicji Obywatelskiej nie jest odosobniony, bo w ten sam sposób potraktowano wcześniej Magdalenę Biejat z Razem. – Elżbieta Witek działa cynicznie – w rozmowie z Interią oceniła Nowacka. Nowacka została potraktowana gazem łzawiącym podczas sobotniej manifestacji w stolicy. Dzień później Kancelaria Sejmu poinformowała, że Elżbieta Witek rozmawiała z komendantem głównym policji gen. Jarosławem Szymczykiem. Marszałek oczekuje również „niezwłocznych, pisemnych wyjaśnień w tej sprawie”.

Zarówno Magdalena Biejat jak i Barbara Nowacka uważają, że taka reakcja po ataku na posłankę KO to za mało. – Trudno mi zrozumieć, dlaczego pani marszałek wybiórczo decyduje, kiedy będzie podejmowała jakieś kroki, a kiedy nie – mówi Biejat. – Nie powinna reagować dopiero wtedy, kiedy gazem obrywa ta czy inna posłanka – dodaje. Jak mówi nam parlamentarzystka Lewicy, Elżbieta Witek „powinna reagować na brutalność w stosunku do wszystkich pokojowo manifestujących osób”.

Nowacka podkreśla, że marszałek Sejmu nie zrobiła nic zarówno w przypadku Magdaleny Biejat jak i Moniki Wielichowskiej, której podczas manifestacji połamano legitymację poselską. – Elżbieta Witek powinna dowiadywać się, co dzieje się z posłami i posłankami. Bierność pokazuje, że nie interesują ją osoby z opozycji – ocenia Nowacka. – Ciężko mi powiedzieć, dlaczego w moim przypadku podjęto interwencję, a jeśli chodzi o innych nie – zastanawia się.

A może w pani przypadku sytuacja jest ewidentna, a jeśli chodzi o koleżanki są wątpliwości? – dopytujemy Nowacką. – Psiknięcie mi gazem prosto w twarz ma znamiona nie tylko przekroczenia uprawnień. To narażenie mojego zdrowia i bezpieczeństwa – odpowiada posłanka. – Może (Elżbieta Witek – red.) nie mogła już udawać, że nie widzi. Nie wiem. Jeśli się z nią spotkam, zapytam czemu nie interweniuje w tych sprawach – zapewnia parlamentarzystka.

Nagranie z policyjnej kamery

Jeszcze w niedzielę Komenda Stołeczna Policji ujawniła nagranie z kamery osobistej jednego z interweniujących policjantów. „Nagranie wyraźnie pokazuje, że jedna osoba lekceważy komunikaty nadawane przez urządzenia nagłaśniające i wezwania policjantów” – twierdzą mundurowi. Zupełnie innego zdania jest posłanka spryskana gazem łzawiącym.

Barbara Nowacka „cieszy się, że nagrania policjantów się pojawiły”. – Chociaż nie widać, kiedy dostaję gazem, cała sytuacja jest jasna. Stoję, nikogo nie atakuję. Kamery pokazują, że działania policji są absolutnie nieadekwatne – przekazała nam posłanka KO. – Przecież nie tylko ja oberwałam. Sporo innych osób nie zasłużyło na takie traktowanie. Koło mnie stał mężczyzna, również dostał gazem za nic – usłyszeliśmy.

Jak przekazała nam parlamentarzystka KO, razem z koleżankami z opozycji obserwowała działania policji. Urszula Zielińska i Małgorzata Tracz z Zielonych były obok. Kiedy doszło do incydentu, poszły za manifestującymi, przy których interweniowała policja. – Trzeba było dobrze widzieć, żeby później dowiedzieć się gdzie pójść, sprawdzić jak się nazywają zatrzymane osoby i jeżeli je wywożą, ustalić dokąd – tłumaczy Nowacka.

Nielegalne zgromadzenie

– Ta sprawa musi być wyjaśniona – na antenie „Śniadania w Polsat News” stwierdziła Mirosława Stachowiak-Różecka z PiS. Podkreślała jednak, że posłanka Koalicji Obywatelskiej brała udział w nielegalnych manifestacjach. – Niektórych posłów trzeba douczyć, jak wygląda interwencja poselska – oświadczyła.

Barbara Nowacka: – Dobrze byłoby, żeby posłowie i posłanki znali przepisy obowiązującego prawa. Zgromadzenie spontaniczne nie jest zgromadzeniem nielegalnym. Po drugie, czym innym jest obserwowanie i branie udziału. Nie siedziałam na blokadzie tylko stałam obok – słyszymy.

Z kolei, zdaniem Magdaleny Biejat, najważniejsi politycy powinni reagować, kiedy dochodzi do przemocy. Uważa też, że obecność parlamentarzystów na ulicach to obowiązek.

– Posłowie i posłanki są na miejscu jako przedstawicielki i przedstawiciele obywateli – tłumaczy posłanka Lewicy. – Kiedy Elżbieta Witek aktywizuje się, bo jedna czy druga posłanka zostaje potraktowana gazem to nie świadczy najlepiej o tym, jak jest wyczulona na łamanie praw obywatelskich – dodała.

Z informacji, które uzyskaliśmy wynika, że Elżbieta Witek nie wyznaczyła dotąd spotkań z żadną z posłanek opozycji.
Źródło info i foto: interia.pl

Strajk Kobiet. Użycie gazu wobec Barbary Nowackiej. Dla policji kluczowy będzie materiał z kamerki funkcjonariusza

Rzecznik Komendy Stołecznej Policji odniósł się do zdarzenia na warszawskim proteście. Wobec Barbary Nowackiej, która pokazywała legitymację poselską, został użyty gaz przez funkcjonariusza. – Nie możemy mówić, że cokolwiek tutaj można tłumaczyć, ale nie możemy też skazywać policjanta – powiedział Sylwester Marczak. Dodał, że kluczowe w sprawie będzie nagranie z kamerki, którą miał przy sobie funkcjonariusz.

W 102. rocznicę uzyskania przez Polki praw wyborczych w wielu miastach odbyły się protesty. Mimo pokojowego charakteru demonstracji w Warszawie, policja użyła gazu. Jedną z poszkodowanych była posłanka Barbara Nowacka. Chwilę po tym, jak polityczka pokazała funkcjonariuszowi legitymację poselską, dostała gazem w twarz z bliskiej odległości.

Na temat sobotnich wydarzeń w stolicy podczas konferencji prasowej mówił Sylwester Marczak, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji. – Grupa ludzi wychodzi na ulicę, zaczyna się tamowanie ruchu. To, na co należy zwrócić uwagę to komunikaty kierowane do uczestników. One są bardzo wyraźne, odnoszą się przede wszystkim do tego, że w danym miejscu nie zgłoszono żadnego zgromadzenia – powiedział Sylwester Marczak. Dodał, że to były zapowiadane zgromadzenia i nie można tutaj mówić o spontaniczności.

„Nasza taktyka i cel nie zmieniły się. Cały czas są te same działania, które zmierzają do tego, aby przywrócić porządek w miejscu, gdzie dochodzi do naruszenia prawa, stąd m.in. w niektórych miejscach policjanci blokują ruch na jezdni po to, aby osoby były kierowane na chodniki” – dodał rzecznik stołecznej policji. Podkreślił, że jeśli protestujący wracali na jezdnię, to byli legitymowani. – Niestety część osób posłuchała organizatorek, które wskazywały, żeby odmawiać podawania swoich danych, co po prostu stanowi wykroczenie – stwierdził.

„Trudno wskazywać, że mamy do czynienia z nastawieniem pokojowym”

Sylwester Marczak zaznaczył, że sobotni protest był spokojniejszy od tego, który odbył się 18 listopada, jednak nie zgadza się, że są to zgromadzenia pokojowe, bo „one same w sobie zakładają legalność”.

„Widzimy hasła, które są wznoszone, a jeżeli ktoś mówi: ‚to jest wojna’, to też trudno wskazywać, że mamy do czynienia z nastawieniem pokojowym. A zwłaszcza chodzi o zachowanie jednej z organizatorek to, w jaki sposób zwraca się do policjantów, to, jakie gesty wykonuje” – powiedział rzecznik Komendy Stołecznej Policji, dodając, że hasło „pokojowy protest” jest używane jedynie na potrzeby medialne, a na samym proteście wygląda to zupełnie inaczej.

Funkcjonariusz podkreślił, że najtrudniejsza sytuacja była na Trasie Łazienkowskiej, gdzie uczestnicy manifestacji wybiegli na jezdnię, po której jeździły samochody. Poinformował, że policjanci używali takich środków przymusu bezpośredniego, jak kajdanki, siła fizyczna i gaz. – Tam były kierowane komunikaty, również do posłów i senatorów. (…) Badamy zdjęcia, które się pojawiły związane z użyciem gazu, okoliczność, dlaczego on został użyty, w jaki sposób zachował się policjant – powiedział Sylwester Marczak. Stwierdził, że najważniejsze będzie zbadanie materiału z kamerki policjanta, który użył gazu wobec posłanki Barbary Nowackiej. Podkreślił, że to będzie „kluczem”. Zaznaczył, że tam, gdzie są funkcjonariusze i wykonują działania dynamiczne, to nie najlepsze miejsce, aby posłowie stawali między policjantami a protestującymi.

„Nie możemy mówić, że cokolwiek tutaj można tłumaczyć, ale nie możemy też skazywać policjanta, bo pamiętajmy o tym, że ulica i media nie są miejscami do skazywania policjantów. Od tego są prokuratury, sądy i przełożeni dyscyplinarni” – zaznaczył funkcjonariusz. Dodał, że nagranie z kamerki policjanta, który użył gazu, zostanie upublicznione. Podkreślił, że „na pierwszy rzut oka jest to bulwersująca sytuacja”.

W sobotę w Warszawie zatrzymano 11 osób, ponad 900 osób zostało wylegitymowanych, ponad 450 notatek zostało skierowanych do sanepidu, wystawiono ponad 370 wniosków o ukaranie oraz pojedyncze mandaty.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Posłanka spryskana gazem podczas strajku zawiadamia prokuraturę

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat zawiadamia prokuraturę w sprawie użycia wobec niej gazu przez nieumundurowanego policjanta, zaznaczając, że uniemożliwiło jej to wykonywanie mandatu poselskiego. Biejat skierowała też pismo do Komendy Głównej Policji z pytaniami o podjęte przez funkcjonariuszy działania. Kroki, które podjęła Biejat, wiążą się z wydarzeniami, które miały miejsce 18 listopada na warszawskim placu Powstańców Warszawy, gdzie przed siedzibą TVP odbywała się demonstracja Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Posłanka w piśmie adresowanym do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście relacjonuje, że podjęła tam interwencje w związku z tym, że „nieumundurowani policjanci brutalnie wyciągali z tłumu uczestników pokojowego zgromadzenia, głównie młode dziewczyny”, a później „nieumundurowani funkcjonariusze użyli wobec nich gazu i pałek teleskopowych”.

„Próbowałam interweniować, wzywając do zaprzestania nieuzasadnionego, prowadzącego do eskalacji użycia przemocy, trzymając na wysokości twarzy swoją legitymację poselską. W odpowiedzi policjant, do którego się zwróciłam, prysnął mi w twarz gazem pieprzowym. Ponieważ w tym momencie zwracałam się do niego, informując, że jestem posłanką, wnoszę, że zrobił to z premedytacją. Bezpośrednio po tym zdarzeniu funkcjonariusz ukrył się za szpalerem umundurowanych policjantów” – pisze Biejat.

Jak zaznacza w piśmie Biejat, działanie nieumundurowanego policjanta uniemożliwiło jej wykonywanie mandatu poselskiego. „Moją rolą jako posłanki jest ochrona obywateli przed nadużyciem władzy wykonawczej i podejmowanie interwencji poselskich w przypadkach, w których stwierdzono lub istnieje podejrzenie takiego nadużycia. Użycie przez funkcjonariusza środka przymusu bezpośredniego – miotacza gazu, przerwało podejmowanie przeze mnie interwencji poselskiej i uniemożliwiło swobodne przemieszczanie się podczas zgromadzenia publicznego” – dodaje. Podkreśla przy tym, że zwracając się do funkcjonariusza, który użył wobec niej gazu, zachowywała się spokojnie i domagała się „jedynie zaprzestania eskalacji działań policji”.

„W tym stanie rzeczy wnoszę o podjęcie czynności sprawdzających i działań prawnych celem ukarania osób winnych” – poinformowała posłanka Lewicy.

Pismo do KGP

Z kolei w drugim piśmie, którego adresatem jest Komendant Główny Policji, Biejat zadaje szereg pytań, które dotyczą działań funkcjonariuszy podczas interwencji na placu Powstańców Warszawy. Pyta m.in., jakie było uzasadnienie dla zacieśniania kordonu policyjnego, co uniemożliwiało demonstrującym zachowanie bezpiecznego dystansu, czy KGP zidentyfikowała lub potwierdziła bezpośrednio po zajściach tożsamość nieumundurowanych policjantów, którzy używali przymusu bezpośredniego, a nie wylegitymowali się, a także, czy zostaną wyciągnięte konsekwencje wobec funkcjonariuszy, którzy nie wylegitymowali się w trakcie przeprowadzania czynności i czy policja zidentyfikowała i potwierdziła tożsamość funkcjonariuszy, którzy użyli środków przymusu bezpośredniego w stosunku do posłanek i posłów, w tym także do niej.

Biejat ma także złożyć skargę na czynności funkcjonariusza policji i wnieść o wszczęcie postępowania.

Rzecznik komendanta głównego policji, insp. Mariusz Ciarka, mówił w poniedziałek (23 listopada), że użycie gaz pieprzowego wobec posłanki Biejat wyjaśni prokuratura.
Źródło info i foto: interia.pl

Protest przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego. Policja użyła gazu łzawiącego

Po godz. 2 w nocy zakończył się protest przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego ws. przepisów aborcyjnych. Na ulicy Mickiewicza doszło do przepychanek, a policja użyła gazu. Protestowano też przed domem Jarosława Kaczyńskiego. Mundurowi nie mają sobie nic do zarzucenia, twierdząc, że to z tłumu leciały kamienie, a użycie gazu było reakcją. – Zdecydowana reakcja wobec takich osób jest zgodna z prawem i powinna być całkowicie zrozumiała – przekazała stołeczna policja na Twitterze.

Protest ws. wyroku Trybunału Konstytucyjnego trwał w Warszawie do późnych godzin nocnych. Strajkowały głównie kobiety, nie godząc się z orzeczeniem TK, który w czasie epidemii, obostrzeń rządowych, zmienił z trudem wypracowany od lat kompromis aborcyjny. TK uznał, że aborcja z powodu wad płodu jest niezgodna z Konstytucją.

Uczestnicy demonstrowali z hasłami na kartkach: „Prawo ma nas chronić”, „Macie krew na togach”. Następnie protest przeniósł się pod dom prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zareagowała policja, pacyfikując protestujących – powołując się na obostrzenia zakazujące większych zgromadzeń w czerwonej strefie.

Policja pacyfikuje protestujących gazem. „Wyłącznie odpowiedź na agresywne zachowanie”

Dostępu do ulicy, przy której mieszka Kaczyński blokował kordon policji. – Działania policjantów mają na celu zapewnienie porządku publicznego i są wyłącznie odpowiedzią na agresywne zachowanie części protestujących. W policjantów ponownie rzucano kamieniami – przekazała KSP.

Uczestnicy wieszczą koniec władzy, która przez – jak mówią – upolityczniony Trybunał Konstytucyjny decyduje o ich życiu. Co najmniej kilka osób zostało poszkodowanych przez użycie gazu wobec protestujących na ul. Mickiewicza. Zdaniem stołecznej Policji, demonstranci rzucali kamieniami w funkcjonariuszy. Na ten moment nie ma informacji o ilości zatrzymanych w protestach.

Nasz reporter Piotr Drabik, który relacjonował do późnych godzin nocnych protesty, przyznał, że podobne zaangażowanie służb widział na Białorusi, gdy po wyborach prezydenckich służby zaczęły pacyfikować mieszkańców.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Sprawa wybuchu gazu w Białymstoku. Prokuratura przejmuje śledztwo

W wyniku wybuchu gazu w poniedziałek doszło do śmierci czterech osób. Jedną z prawdopodobnych wersji wydarzeń jest tzw. samobójstwo rozszerzone. Śledztwo przejmie miejscowa prokuratura okręgowa. Do wybuchu gazu doszło w poniedziałek. Najpierw podano informację, że w wyniku eksplozji zmarły cztery osoby. To ojciec, matka, ich 10-letnia córka i babcia. Później okazało się, że przyczyna śmierci trzech osób mogła być inna. Wiele wskazuje na tzw. rozszerzone samobójstwo.

Według wstępnych ustaleń mężczyzna miał zabić trzy kobiety, a następnie popełnić samobójstwo, doprowadzając do wybuchu gazu. Rodzina miała założoną niebieską kartę. To procedura dotycząca rodzin, w których wykryto przypadki przemocy domowej.

Co więcej, mężczyzna po założeniu karty, w maju tego roku miał zniknąć na kilka miesięcy. Pojawił się dopiero chwilę przed wybuchem gazu. Według wstępnych oględzin straży pożarnej konstrukcja domu została naruszona. Jednak inspektor nadzoru budowlanego wydał zgodę na prowadzenie dalszych czynności. Te ma prowadzić prokuratura okręgowa w Białymstoku.

Dotychczasowe ustalenia są wstępne i mogą ulec zmianie.
Źródło info i foto: wp.pl