Przeciek tajnych informacji w CBA. Jest zawiadomienie do prokuratury

Rzecznik CBA Temistokles Brodowski w rozmowie z dziennikarzem miał oferować dostęp do informacji niejawnych, a dotyczących byłego oficera Biura Wojciecha Janika. Tego samego, który badał aferę podkarpacką. Prawnik funkcjonariusza złożył już zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie.

Chodzi o ujawniony przez portal sluzbyspecjalne.com fragment rozmowy między rzecznikiem CBA Temistoklesem Brodowskim a dziennikarzem portalu Grzegorzem Jakubowskim. Niejawne materiały miały zdyskredytować funkcjonariusza Biura Wojciecha Janika. Ten sam oficer został w 2016 r. oddelegowany przez kierownictwo Biura na Podkarpacie do pracy przy tzw. aferze podkarpackiej.

Przy okazji miał natrafić na sekstaśmę z udziałem byłego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego z nieletnią Ukrainką. Według Janika, nagranie zniknęło z sejfu Biura. Polityk nazwał informacje agenta pomówieniami i skierował sprawę do prokuratury.

Co mówił na nagraniu rzecznik CBA? – Róbmy razem. Grzesiu, jeżeli CBA dało d…y, to nie za mnie. Po prostu. Ale jeżeli tak jak w przypadku Janika – pokazuje ci pewne rzeczy. Inaczej. Wszystko to, co ci powiedziałem jestem w stanie określić się kwitami. Ja ci je mogę pokazać. Nie dam ci ich do publikacji. Ale mogę ci je pokazać. (…) Umówmy się na kiedy. Przyszły tydzień będzie dobry? Tak? (…). Co chcesz zobaczyć? (…) Pokażę protokoły (…) – mówił Brodowski.

– Po pierwsze nie dam ci ich do ręki. Zobaczysz je, ale ci ich nie dam. Nie zrobisz żadnego zdjęcia temu dokumentowi. Dżentelmeńska umowa. Nic nie nagrywasz. (…) Wszystko to co ci powiedziałem jest oparte na faktach. Jeżeli o coś mnie zapytasz, pokaż kwit, to ja ci go pokażę – dodaje rzecznik CBA.

Pytany przez Wirtualną Polskę o rozmowę, zapewnia, że „mieści się ona w standardach rozmowy rzecznika i dziennikarza”.

– Spotkałem się z red. Grzegorzem Jakubowskim, traktując go jako dziennikarza. Moim zadaniem, jako rzecznika prasowego Centralnego Biura Antykorupcyjnego jest m.in. utrzymywanie kontaktu z mediami. Moja rozmowa z red. Jakubowskim mieści się w standardach rozmowy rzecznika prasowego i przedstawiciela mediów. Prezentowanie treści rozmowy, jako zapowiedzi ujawnienia materiałów chronionych jest nadużyciem i nie odzwierciedla jej przebiegu. Moja wypowiedź dotycząca materiałów nt. pana Janika dotyczyła protokołu z otwarcia szafy pancernej pana Janika, który jest dokumentem jawnym – twierdzi rzecznik CBA Temistokles Brodowski.

Rozmowa miała miejsce 10 czerwca br. Dziennikarz nie skorzystał z propozycji rzecznika Biura. Ale trzy dni później, w programie „Alarm” TVP wspomniane protokoły, a także inne dokumenty, ujawniono.

Po upublicznieniu rozmowy rzecznika CBA zareagowała mec. Beata Bosak-Kruczek, pełnomocnik Wojciecha Janika. – Temistokles Brodowski jest funkcjonariuszem CBA i jednocześnie jego rzecznikiem prasowym. Jego rolą nie tylko nie jest ujawnianie tajemnicy służbowej i poufnej, ale nade wszystko nie jest swoiste „kupczenie” dokumentami służbowymi zawierającymi informacje poufne celem zdyskredytowania świadka – mówi Wirtualnej Polsce mec. Beata Bosak-Kruczek.

– Dyskredytowanie Wojciecha Janika poprzez próbę ujawnienia dokumentacji służbowej i niejawnej, w sytuacji gdy mój klient informował o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu CBA, uderza przede wszystkim w funkcjonowanie służby specjalnej i prawidłowość postępowań prowadzonych przez prokuraturę – dodaje mec. Beata Bosak-Kruczek.

W jej przekonaniu, rzecznik Biura przekroczył uprawnienia służbowe. Dlatego złożyła w poniedziałek 26 sierpnia Prokuraturze Krajowej zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

– Oceną wiarygodności Wojciecha Janika powinny się zająć organy prokuratury, a nie rzecznik CBA – uważa mec. Beata Bosak-Kruczek.

W maju br. funkcjonariusz Biura pojawił się na posiedzeniu sejmowego zespołu śledczego ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Od niedawna w sieci można przeczytać cały zapis posiedzenia. U nas znajdziesz go pod tym linkiem. Spora część informacji ujawnionych przez Janika pokazuje w jaki sposób przy aferze podkarpackiej działały polskie służby.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe informacje ws. Kamila Durczoka

Nowe ustalenia w sprawie Kamila Durczoka podaje portal tvp.info. Najprawdopodobniej na początku przyszłego tygodnia sąd zajmie się zażaleniem prokuratury dot. decyzji o braku aresztu dla dziennikarza. Już za kilka dni poznamy również wyniki badań toksykologicznych na obecność narkotyków – podaje rzecznik prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim.

Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie Trybunalskim skierowała w piątek do sądu zażalenie na decyzję o niearesztowaniu Durczoka. Dziennikarz jest podejrzany o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, którego dopuściła się osoba będąca w stanie nietrzeźwości.

Jak informuje portal tvp.info, powołując się na rzecznika prokuratury Witolda Błaszczyka, sąd zajmie się zajmie się zażelaniem pod koniec tego tygodnia lub na początku przyszłego.

W sprawie dziennikarza prowadzone są także badania toksykologiczne. Dzięki temu śledczy wykryją, czy Durczok jechał nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i narkotyków. – Wyniki będą znane do 10 sierpnia – poinformował rzecznik.

Jak wskazał Błaszczyk, policja nie ustaliła dotąd, czy prawdziwe są medialne doniesienia o obecności 20-letniej pasażerki w aucie Durczoka.

Portal tvp.info ustalił także nieoficjalnie, że dziennikarz faktycznie miał w samochodzie broń palną. Posiadał jednak na nią ważne pozwolenie i przetrzymywał ją w przeznaczonej do tego metalowej kasetce. – Prokuratura nie postawiła w tym zakresie żadnych zarzutów – poinformował Błaszczyk.

Przypomnijmy, że 26 lipca Kamil Durczok spowodował wypadek na trasie A1 w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Dziennikarz uderzył samochodem w pachołki rozdzielające jezdnię. Policja ustaliła po przybyciu nie miejsce zdarzenia, że były prezenter TVN i Polsatu jest kompletnie pijany. Jak wynika z relacji świadków wypadku, Kamil D. wychodząc z auta, „ledwo trzymał się na nogach”. Co gorsza, miał w tym stanie przejechać wiele kilometrów i prowadzić auto przez kilka godzin.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Nowe informacje prokuratury ws. poszukiwań zaginionego Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski jest poszukiwany już ósmą dobę. Policja nie przerywa swoich prac. Jak się dowiedzieliśmy w prokuraturze, cały czas jednak nie można zbadać ubrań, należących do ojca chłopca. Pojawiają się także nowe informacja, dotyczące rozmowy Dawida z matką.

Dawid Żukowski zaginął w środę tydzień temu. Policja i prokuratura cały czas prowadzą czynności, które mają doprowadzić do odnalezienia chłopca i rozwiązania sprawy. Jednak już oficjalnie zaczyna się mówić o najczarniejszych scenariuszach.

Jak powiedział nam Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, cały czas nie zbadano ubrań, należących do Pawła Ż. – Czekamy cały czas na właściwe przygotowanie tego ubrania. Z uwagi na okoliczności śmierci mężczyzny jego odzież jest bardzo ubrudzona. Dodatkowo tego dnia padał deszcz, co bardzo utrudnia pracę biegłych – wyjaśnił.

Podkreślił, że ważne jest, by ubrania same dokładnie wyschły. Eksperci ocenią, kiedy będzie można je przebadać, ale ciężko w tej chwili określić, kiedy to nastąpi.

Dawid Żukowski rozmawiał z matką

W czwartek pisaliśmy, jak wyglądał ostatnia droga Pawła Ż. z synem. Tego dnia samochód ojca Dawida zatrzymywał się dwa razy przy wyjściu ewakuacyjnym wzdłuż trasy A2 w okolicach węzła Konotopa. Po raz pierwszy aż na 40 minut, gdy jechał do Warszawy. Jak informowali dziennikarze programu „Uwaga” TVN, wówczas mężczyzna rozmawiał z matką Dawida. Miała mu powiedzieć, że chce rozwodu.

Jak jednak wyjaśnił Wirtualnej Polsce prokurator Łukasz Łapczyński, nie ma informacji, by mężczyzna rozmawiał przez telefon z żoną. Rozmowa była jedynie między Dawidem a matką przez kilka minut w trakcie jazdy samochodem. Chłopiec był wówczas spokojny i nic nie wzbudziło podejrzeń kobiety.

Po tej rozmowie natomiast małżeństwo wymieniało między sobą wiadomości przez jeden z komunikatorów. To ta korespondencja dopiero mogła świadczyć o tym, że może stać się coś złego.

Dawid Żukowski poszukiwany. Co wiadomo?

Przypomnijmy, że Paweł Ż. zabrał syna z domu w Grodzisku Mazowieckim ok. godz. 17. Paweł Ż. miał go zawieźć do Warszawy do matki. Podróżował z chłopcem szarą skodą fabią o nr. rejestracyjnym WGM 01K9. Przed godz. 21 policjanci dostali zgłoszenie, że ojciec Dawida został śmiertelnie potrącony przez pociąg relacji Skierniewice-Warszawa. Miał popełnić samobójstwo. Maszynista pojazdu powiedział, że mężczyzna oczekiwał na przejazd pociągu i rzucił się pod niego. O północy matka Dawida zgłosiła zaginięcie syna.

Służby wróciły w okolice węzła Konotopa, gdzie ojciec Dawida zatrzymywał się aż dwa razy – raz na 40 minut, drugi raz na 15.

Nieoficjalnie wiadomo, że poszukiwania prowadzone są w tych samych miejscach co przedtem, ale przez innych ludzi: lepiej do tego przygotowanych policjantów z pionów kryminalnych – informuje TVN24. Wiadomo, że wcześniej te miejsca przeszukiwały grupy zwarte żołnierzy i policjantów.

Pojawia się także informacja, że służby wypompowują wodę ze studni, trwają przeszukania stawów, a nawet przekopywana jest ziemia.

Jednak prokuratura bierze też pod uwagę, że wszystko było dokładnie przemyślane i zaplanowane, a mężczyzna poczynił pewne kroki tylko po to, by zmylić trop.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe fakty w sprawie brutalnego zabójstwa 9-miesięcznej Blanki z Olecka

Na jaw wychodzi coraz więcej faktów na temat bestialskiego zabójstwa 9-miesięcznej Blanki z Olecka (woj. warmińsko-mazurskie). O dokonanie potwornej zbrodni podejrzani są rodzice dziewczynki. Czy tragedii można było uniknąć? Jak ustalił Fakt24.pl, dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Olecku wnioskowała o odebranie dziecka rodzicom, jednak kiedy doszło do rozprawy, miała zmienić zdanie.

Zabójstwo 9-miesięcznej zaledwie Blanki było nieprawdopodobnie okrutne. Wyniki sekcji zwłok dziewczynki wykazały, że niemowlę zostało uderzone tępym narzędziem w głowę, okolice szyi i klatki piersiowej z taką siłą, że żebro przebiło jej serduszko. 9-miesięczna Blanka doznała krwotoku wewnętrznego i uszkodzenia mózgu.

Nie wiadomo, czym dokładnie została uderzona dziewczynka. Mógł to być młotek lub wałek. Z ustaleń śledczych wynika także, że dziecko zostało brutalnie wykorzystane seksualnie. O dokonanie tej makabrycznej zbrodni podejrzana jest matka Blanki Anna W. (37 l.) i ojciec dziecka Grzegorz W. (45 l.).

Kto popełnił błąd?

Policja zatrzymała rodziców, a śledczy zaczęli ustalać przerażające fakty z krótkiego i bolesnego życia Blanki. Jak udało nam się dowiedzieć, mama dziewczynki nie pracowała, miała problem z alkoholem i narkotykami. Ojciec dziecka był zatrudniony w tartaku. Anna W. ma jeszcze trójkę dzieci z dwoma poprzednimi partnerami, zaś mała Blanka miesiąc po urodzeniu została zabrana rodzicom przez sąd rodzinny i umieszczona w rodzinie zastępczej. Jednak w marcu 2019 roku wróciła do domu rodzinnego, a nadzór nad rodziną sprawował kurator.

Jak udało nam się ustalić, dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Olecku wnioskowała o odebranie dziecka rodzicom, jednak kiedy doszło do rozprawy miała zmienić zdanie. Dlaczego?

– Wszyscy teraz zadajemy sobie pytanie czy można było uniknąć tragedii – mówi Anna Świderska, kierownik Działu Pomocy Dziecku i Rodzinie z PCPR w Olecku, która zastępuje dyrektorkę. – Do naszych zadań należy zapewnienie dziecku opieki, więc umieściliśmy je rodzinie zastępczej. Wspieramy też rodzinę zastępczą i nawet byliśmy zaskoczeni, że Blanka wróciła do matki biologicznej. My wnioskowaliśmy o ograniczenie władz rodzicielskich rodziców. Był to dla nas duży szok, gdy usłyszeliśmy, co się stało i dalej nie możemy się z niego otrząsnąć – podkreśla.

Oświadczenie policji

Okazuje się, że o powrocie Blanki do rodzinnego domu nie wiedzieli funkcjonariusze policji. – Uprzejmie informuję, że to z inicjatywy policji dziecko w listopadzie ubiegłego roku zostało odebrane rodzicom. Związane było to w podejmowanymi interwencjami w stosunku do rodziców dziewczynki oraz okolicznościami, w jakich do nich dochodziło. O sytuacji informowaliśmy zarówno sąd jak i inne instytucje. Policja nie otrzymała informacji, że decyzją sądu dziecko wróciło do rodziców, nie znamy uzasadnienia tej decyzji, jednakże w ostatnim czasie nie było zgłaszanych interwencji policyjnych w stosunku do tej rodziny – oświadczył kom. Krzysztof Wasyńczuk, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego Policji w Olsztynie.

Zabójstwo Blanki w Olecku

Przypomnijmy. W piątek, 21 czerwca, funkcjonariusze zostali wezwani do jednego z mieszkań w Olecku – niewielkiej miejscowości na Warmii i Mazurach. Na ratunek 9-miesięcznej Blance było już jednak za późno. Dziewczynka nie żyła. Policja zatrzymała rodziców dziecka. Obydwoje usłyszeli już zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem i trafili za kraty na trzy miesiące.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Poseł PiS Przemysław Czarnecki ranił nożem mężczyznę. Nowe doniesienia z prokuratury

Dochodzenie w sprawie domowej awantury z udziałem posła PiS Przemysława Czarneckiego, syna europosła Ryszarda Czarneckiego trwa już ponad pięć miesięcy. Śledczy powołali nawet biegłego, by sprawdził „zakres obrażeń” poszkodowanego. Końca sprawy jak na razie nie widać.

Chodzi o głośną sprawę z początku tego roku. Przemysław Czarnecki, jego żona i ich znajomy spędzali wspólnie Sylwestra w domu polityka. Po imprezie cała trójka poszła spać. Kiedy poseł nad ranem zszedł na dół, miał zastać swoją żonę i Krzysztofa K. w dwuznacznej sytuacji. Między mężczyznami doszło do szarpaniny, którą zakończyć chciała żona polityka, dzwoniąc po policję. Kobieta miała powiedzieć funkcjonariuszom, że „mąż grozi pozbawieniem życia”.

Po przyjeździe policji, okazało się, że mężczyzna został przez posła dźgnięty nożem w lewą dłoń. Później twierdził, że było to przypadkowe skaleczenie, ale sprawa trafiła do mediów i zajęła się nią prokuratura okręgowa w Warszawie. – Wszczęte na początku stycznia dochodzenie w sprawie spowodowania naruszenia czynności narządu ciała lub rozstroju zdrowia pokrzywdzonego pozostaje w toku. Postępowanie jest na etapie gromadzenia materiału dowodowego – informuje WP rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej Łukasz Łapczyński.

Sprawa wydawałaby się prosta – jest sprawca, pokrzywdzony oraz świadek – ale toczy się już ponad pięć miesięcy. Śledczy nadal gromadzą materiał dowodowy. Powołali nawet biegłego do oceny obrażeń. – Do tej pory w toku postępowania uzyskano opinię biegłego medycyny sądowej w zakresie obrażeń odniesionych przez pokrzywdzonego i mechanizmu ich powstania; uzyskano ekspertyzę porównawczą z zakresu badań DNA; przesłuchano w charakterze świadków uczestników spotkania; policjantów, którzy podjęli interwencję oraz pracowników pogotowia ratunkowego udzielających pomocy medycznej – mówi nam rzecznik prokuratury okręgowej.

Poseł przedstawił inną wersję

Polityk od początku przedstawiał inną wersję zdarzeń. – Potwierdzam, że w moim domu interweniowała policja, którą sam wezwałem. W sylwestrowy wieczór byliśmy we trójkę. Ja, moja żona i nasz znajomy, chrzestny córki. Mężczyzna według mojej wiedzy rozciął sobie dłoń. Podobno mnie za to obwinia, ale to nieprawda, gdyż nawet nie byłem bezpośrednim świadkiem zdarzenia. Był pijany, gdy przyjechała policja, miał bodajże 2,3 promila. A ja byłem całkowicie trzeźwy. Nie chcę opowiadać, jak wyglądała ta sytuacja, gdyż jestem świadkiem w tej sprawie. Zresztą to dotyczy moich osobistych rodzinnych spraw, więc nie chcę się na ten temat wypowiadać publicznie – mówił w rozmowie z Onetem Czarnecki.

Dlaczego prokuratura tak długo proceduje jego sprawę? Według naszych źródeł, sprawy mogłoby w ogóle nie być, bowiem Krzysztof K. po awanturze twierdził, że sam się skaleczył. Ale sprawą zainteresował się osobiście prezes Jarosław Kaczyński. Zażądał od młodego Czarneckiego wyjaśnień na piśmie. I je dostał. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki w TVN 24 mówił wtedy, że „były to wyjaśnienia jednej strony”. W takiej sytuacji, prokuratura nie miała więc wyjścia i musiała wszcząć dochodzenie.

Zdaniem naszych informatorów, jest jeszcze drugi powód. – Wyciąganie spraw rodzinnych na światło dzienne mogłoby zaszkodzić Czarneckiemu seniorowi w kampanii wyborczej do europarlamentu. Co prawda polityk od razu stanął w obronie swojego syna, ale informacje na temat konfliktu w rodzinie mogłyby być źle odebrane przez wyborców. O sprawie było cicho, a Ryszard Czarnecki znów objął europoselski mandat – mówi nam nasz informator.

Dochodzenie trwa więc nadal. Jak długo jeszcze – nie wiadomo.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe fakty ws. śmierci radnego Pawła Chruszcza

Wciąż trwa wyjaśnianie zagadkowej śmierci Pawła Chruszcza, radnego z Głogowa, prywatnie brata posła koła Wolni i Solidarni Sylwestra Chruszcza.

Do tragedii doszło na przełomie maja i czerwca. Paweł Chruszcz, radny Głogowa, zaangażowany w wiele ważnych dla lokalnej społeczności spraw, został znaleziony martwy w lesie. Rodzina wyklucza samobójstwo twierdząc, iż mężczyzna „nie miał charakteru, żeby targnąć się na siebie.”. Śledztwo zostało objęte nadzorem Prokuratury Krajowej.

Wiadomo, że przed śmiercią Paweł Chruszcz zainteresował się sprawą nieprawidłowości dot. lokalnego przedszkola. Miał się spotkać w Warszawie z Maciejem Wąsikiem, byłym szefem CBA, obecnie sekretarzem stanu w KPRM. Do spotkania jednak nie doszło. Brat posła Chruszcza został znaleziony martwy w lesie. 42-latek zginął poprzez uduszenie, które było następstwem powieszenia.

Tymczasem media docierają do nowych faktów w sprawie. Z informacji portalu FAKT24 wynika, że radny przed śmiercią szukał w internecie informacji o upadłości konsumenckiej. Śledczy dowiedzieli się o tym m.in. sprawdzając dokładnie zawartość telefonu Chruszcza. – Szukał informacji o upadłości konsumenckiej w wyszukiwarce internetowej w telefonie – mówi portalowi osoba znająca kulisy śledztwa. FAKT24 twierdzi, że Paweł Chruszcz borykał się z konieczności zapłaty 50 tysięcy złotych za pomówienie i poniesienia kosztów publikacji przeprosin. Miało to prawdopodobnie związek z zarzutami, które radny stawiał publicznie lokalnym politykom i biznesmenom.

Radny oskarżał kombinat KGHM o fałszowanie danych o emisji szkodliwego arsenu. Natomiast pod adresem władz Głogowa formułował zarzuty związane ze sprzedażą przedszkola.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Irlandia: Nowe informacje dotyczące ataku na polską rodzinę

Sprawcy, którzy napadli na dom polskiej rodziny w Ballincollig w hrabstwie Cork mieli mówić płynnie po angielsku – twierdzi żona ciężko pobitego 35-letniego Polaka, który w wyniku odniesionych obrażeń zmarł w szpitalu. Ona również trafiła do szpitala; została zraniona, gdy próbowała osłonić męża. Do napadu doszło około godz. 3 w nocy z soboty na niedzielę. Do domu polskiej rodziny włamała się grupa czterech uzbrojonych m.in. w maczety mężczyzn, którzy brutalnie pobili 35-letniego Polaka i jego żonę.

W domu przebywało również dwoje małych dzieci w wieku poniżej 6 lat. Nic im się nie stało. Są obecnie pod opieką psychologów.

Grozi jej amputacja palców

35-latek i jego żona trafili do szpitala. Mężczyzny nie udało się uratować – zmarł nad ranem w wyniku doznanych obrażeń. Stan kobiety – ranionej w głowę, twarz, szyję i dłoń – jest poważny, przeszła operację, ale – według lekarzy – jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. We wtorek kobieta w rozmowie z dziennikiem „Irish Examiner” powiedziała, że lekarze mają nadzieję, iż uda się uratować trzy palce u dłoni, które początkowo planowano amputować.

Po sekcji zwłok 35-letniego Polaka wiadomo, że zadano mu wiele ran ciętych. Godzinę po ataku na polską rodzinę w odległości sześciu km od jej domu policja znalazła spalony samochód BMW serii 3, w którym ukryty był pistolet. Trwają jego badania balistyczne.

„Jej serce pozostanie na zawsze złamane”

Pobici Polacy mieszkali w Irlandii od pięciu lat. Mężczyzna prowadził własną firmę. Śledczy na razie nie łączą jednak napadu z prowadzoną przez niego działalnością gospodarczą. Ustalane są motywy, którymi kierowali się sprawcy. Policja ponowiła apel, by zgłaszały się osoby, które przebywały w okolicach Maglin, Ballincollig, Ballinora lub Waterfall w godz. 2-5 w nocy z soboty na niedzielę lub w noc poprzedzającą brutalny atak.

Aga Deryng, przyjaciółka pobitej Polki, powiedziała w rozmowie z „Irish Examiner”, że jej stan fizyczny poprawił się. – Ale jej serce pozostanie na zawsze złamane – stwierdziła.

We wtorek do Irlandii mają przyjechać z Polski bliscy zaatakowanego małżeństwa. Przyjaciele rodziny zorganizowali zbiórkę pieniędzy w serwisie GoFundMe, by pomóc poszkodowanej kobiecie i jej dzieciom. Dotychczas zebrano ponad 12 tys. euro.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje dotyczące napastnika z Liege

Wtorkowy atak w Liege, w którym recydywista zabił dwie policjantki i osobę postronną, był aktem terroru – oświadczyła oficjalnie w środę belgijska prokuratura federalna. Potwierdzono również, że mężczyzna w czasie zamachu wielokrotnie krzyczał „Allahu akbar”.

Prokurator Wenke Roggen powiedziała, że sprawa klasyfikowana jest jako „morderstwo o podłożu terrorystycznym”. Podkreśliła, że styl działania napastnika przypominał wskazówki, jakie w nagraniach daje dżihadystyczne Państwo Islamskie – by zabierać broń policjantom i ich zabijać. Teraz śledztwo koncentruje się na próbach potwierdzenia, czy sprawca na pewno nie miał żadnych wspólników – wskazała Roggen

Wielokrotny recydywista

Już wcześniej informowano, że sprawca ataku w Liege, we wschodniej Belgii, stał się w więzieniu radykalnym wyznawcą islamu, a celem jego ataku była policja.

Mężczyzna zaatakował na ulicy przed kawiarnią w centrum miasta dwie policjantki za pomocą noża; zabrał obydwu broń i je zastrzelił; strzałem zabił też przypadkowego mężczyznę siedzącego w samochodzie.

Napastnik później zbiegł z miejsca zdarzenia, zabarykadował się na szóstym piętrze pobliskiego liceum, gdzie wziął na zakładniczkę pracującą w szkole sprzątaczkę. Antyterroryści zabili sprawcę. Rannych zostało czterech policjantów, w tym jeden ciężko.

Sprawca, zidentyfikowany jako urodzony w Belgii Benjamin Herman, był wielokrotnym recydywistą, skazywanym za kradzieże, bójki i handel narkotykami; w więzieniu przebywał od 2003 roku. Według AFP w chwili śmierci miał 31 lat, a nie – jak wcześniej informowano – 36.

Zradykalizował się w więzieniu

W poniedziałek, na dzień przed atakiem, Herman wyszedł z więzienia pod Liege na dwudniową przepustkę; wcześniej korzystał z przepustek wielokrotnie. Również w poniedziałek zabił mężczyznę, z którym w przeszłości odsiadywał wyrok więzienia. Ofiara zmarła od uderzenia tępym narzędziem w głowę.

Według źródła zbliżonego do śledztwa wszczętego w sprawie ataku Herman podczas odbywania kary zradykalizował się pod wpływem islamistycznego współwięźnia i policja miała te informacje w jego kartotece.

W środę belgijski minister spraw wewnętrznych Jan Jambon poinformował, że śledztwo dotyczące ataku w Liege ma zbadać również okoliczności wypuszczenia mężczyzny z więzienia. „To naprawdę pojedynczy przypadek. (Sprawca) nie był częścią siatki przestępczej, nie otrzymał od nikogo instrukcji” – podkreślił minister, dodając, że śledczy nie mają żadnych informacji na temat kolejnych planowanych ataków.

W Belgii utrzymuje się stan najwyższej gotowości na wypadek ataków terrorystycznych od czasu zamachów w Paryżu i Brukseli w 2015 i 2016 roku, zorganizowanych przez brukselską komórkę dżihadystycznego Państwa Islamskiego.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

11 oskarżonych o handel danymi z policyjnych baz

Do warszawskiego sądu rejonowego wpłynął akt oskarżenia przeciwko 11 osobom, które nielegalnie pozyskiwały i wykorzystywały dane z systemów informatycznych policji – poinformował w środę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Łukasz Łapczyński.

Jak zaznaczył prokurator, od stycznia 2012 r. do czerwca 2015 r. firma detektywistyczna z Torunia pozyskiwała, a następnie przekazywała informacje z systemów policyjnych innym przedsiębiorstwom detektywistycznym i windykacyjnym. Dane udostępniał Krzysztof M. z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. W zamian za informacje dot. prawie 400 osób uzyskał łącznie 55 tys. zł.

Prokuratura zaznaczyła, że Krzysztof M. przekazywał firmie prowadzonej przez Justynę Z.-K. i Piotra K. m.in. KSIP, PESEL, CEPiK, REGON osób i podmiotów znajdujących się w systemach informatycznych będących w dyspozycji policji. Następnie informacje te trafiały do prywatnych detektywów, pracowników firm detektywistycznych i windykacyjnych z Warszawy i okolic, Łodzi oraz Lublina.

Oskarżona Justyna Z.-K. przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Jej mąż Piotr K. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił złożenia wyjaśnień. Z kolei b. funkcjonariusz policji Krzysztof M. przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Natomiast pozostali oskarżeni nie przyznali się.
Źródło info i foto: Bankier.pl

Polityczne bitwy w CBA

Paweł D. – funkcjonariusz z długim stażem i wieloma sukcesami, trzy lata temu złapał i doprowadził do zwolnienia z Centralnego Biura Antykorupcyjnego agenta, który miał wynosić z Biura tajne dokumenty. Dziś Paweł D. jest bez pracy, a złapany przez niego agent wraz z ludźmi PiS wrócił do służby. Materiał programu „Czarno na białym”. Na początku 2015 roku wszystkie polskie służby zajmowały się aferą podsłuchową, ale Centralne Biuro Antykorupcyjne miało też inny problem – problem z tak zwanym kretem w swoich szeregach, czyli człowiekiem, który wynosił z biura tajne dokumenty i informacje.

11 lutego 2015 roku Telewizja Republika opublikowała tajne dokumenty wprost wydrukowane z systemów CBA. To opisy i treść rozmów oficerów operacyjnych CBA z Markiem Falentą, który zlecił nielegalne nagrywanie rozmów polityków w restauracji „Sowa i przyjaciele” i później został za to skazany.

TV Republika podaje tajne kryptonimy współpracowników służb, w studiu jest Ernest Bejda, adwokat, który za pierwszych rządów PiS był wiceszefem CBA. Bejda zwraca uwagę, jak bardzo wrażliwe informacje zawierają ujawnione dokumenty.

Jak mówi „Czarno na białym” Paweł D. – były funkcjonariusz, który prowadził sprawę przecieków w CBA – szybko udało się znaleźć odpowiedzialnego za wyciek informacji. Jego zdaniem, był to Artur C. Artur C. został zwolniony ze służby. – Podejmując decyzje o zwolnieniu ze służby z uwagi na oczywistość czynu, czy oczywistość domniemanego przestępstwa, miałem ku temu istotne przesłanki – mówi Paweł Wojtunik, ówczesny szef CBA. Wojtunik przekazuje sprawę do prokuratury, która wszczyna śledztwo.

Artur C. przywrócony do służby

Pod koniec 2015 roku, kiedy władzę przejął PiS, zaczęły się kłopoty wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do wyrzucenia Artura C.. Pierwszy ze służbą pożegnał się szef delegatury CBA we Wrocławiu Zbigniew Stawarz. – Zarzucono mi zrobienie prowokacji w stosunku do podwładnego funkcjonariusza razem ze swoimi byłymi przełożonymi. Ten funkcjonariusz – jak się potem okazało – był bliskim znajomym nowego szefa CBA – mówi Stawarz. Twierdzi, że był zastraszany, dochodziły do niego informacje, że „jak się nie uspokoisz to coś ci tam wynajdziemy'”. Paweł D. twierdzi, że materiały obciążające Artura C. nie budziły żadnych wątpliwości. Ale gdy tylko Ernest Bejda wrócił do CBA i stanął na jego czele, przywrócił do służby Artura C. Bo według niego, „oczywiście nie wynosił” on informacji. Rzecznik CBA Temistokles Brodowski tłumaczy, że Artur C. nie mógł wynieść dokumentów, bo w czasie, kiedy pokazała je Telewizja Republika, nie miał do nich dostępu.

„Spotkanie z prostytutką”

Artur C. zasłynął w mediach już wcześniej. To on – według Zbigniewa Stawarza – podczas nocnej służby miał zaprosić do delegatury CBA prostytutkę. – Nie została wpisana do stosownych dokumentów. Przebywała przez kilka godzin w siedzibie instytucji, gdzie są dokumenty niejawne – mówi Stawarz, który nie ma żadnych wątpliwości, że była to prostytutka. Rzecznik CBA twierdzi, że „była to znajoma naszego funkcjonariusza”. Nie umie jednak określić celu takiej wizyty.

„Wobec mnie zaczęto stosować mobbing”

Paweł D. nadzorował największe sprawy w CBA. Za swoją pracę był kilkanaście razy nagradzany, między innymi przez prezydenta. Znalezienie tak zwanego kreta wśród oficerów CBA było jego ostatnim poważnym zadaniem. Z tego zadania postanowiło go rozliczyć nowe szefostwo. Bejda temu zaprzecza, ale Paweł D. twierdzi, że już w pierwszym tygodniu urzędowania poprosił go, żeby jak najszybciej przekazał mu materiały sprawy Artura C.

– Już wtedy wiedziałem, że będę miał problemy w związku z tą sprawa. Materiały przekazałem, oddałem wszystko. A ten funkcjonariusz w ciągu tygodnia, czy dwóch pojawił się z powrotem w biurze. Spotkałem go na korytarzu. Uśmiechał się do mnie szyderczo – mówi Paweł D.

– On święci triumfy, a wobec mnie zaczęto stosować mobbing, nie boję się tego powiedzieć. Podjęto szereg działań, które miały na celu upokorzenie mnie i doprowadzenie do tego, żeby mnie zwolnić ze służby. To jest kara za to, że dotknęliśmy człowieka, który gdzieś tam był powiązany politycznie – ocenia.

Sprawa umorzona

Gdy PiS przejął prokuraturę i jej czele stanął Zbigniew Ziobro, umorzono sprawę Artura C. i przecieku w CBA. Paweł D. mówi, że nie był nawet przesłuchany, choć prowadził tę sprawę. – Z tego co wiem, to żaden z prowadzących funkcjonariuszy nie był przesłuchiwany – dodał. Dariusz Korneluk, prokurator działający w stowarzyszeniu prokuratorów „Lex super omnia”, ocenia, że takie przesłuchanie „jest kluczowe”. Prokuratura nie jest w stanie powiedzieć, kto umorzył postępowanie, choć zdaniem Korneluka sprawdzenie tego zajęłoby prokuraturze nie więcej jak 15 sekund.
Źródło info i foto: tvn24.pl